Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?
: śr lip 08, 2026 7:46 am
trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłośćAle przecież panna Wyatt wiedziała swoje. Przecież Ares znowu pochwalił jej sukienkę i upięcie jasnych loków, które kaskadą spływały jej po ramieniu. Przecież patrzył w jej błękitne oczy, a raz nawet zerknął na usta i na pewno zastanawiał się jak smakują. Ona cały czas myślała o tych jego, czy były tak szorstkie, jak Pan Horne w obyciu?
Chciała to sprawdzić.
I kiedy Queenie przebierała kolejne sukienki Bree już siedziała na swoim telefonie.

bree wyatt
ares... czy ja ciebie uraziłam?
wiem, że zachowałam się trochę nie na miejscu, że tak sobie wyszłam
mam nadzieję, że nie jesteś na mnie obrażony i będziemy kontynuować naszą... współpracę
może dzisiaj moglibyśmy się spotkać? wpadnę do ciebie po południu...
przepraszam, że sobie poszłam
Wiadomość...
Zagryzała wąskie wargi wstukując coraz to nowe wiadomości. Desperatka. Nie zastanowiła się nawet przez chwilę. Ona po prostu przepraszała Aresa za to, że to on w stosunku do niej zachował się grubiańsko. Ona chciała znowu go zobaczyć.
Te niebieskie oczy co chwilę zerkały na wyświetlacz telefonu oczekując jego odpowiedzi. Horne zawrócił jej w głowie, sprawił, że nie umiała przestać o nim myśleć.
Nie ona jedna.
Widział te smsy, ale nie odpisał ani jednym słowem, zrzucał je z telefonu nawet nie doczytując do końca. Dzisiaj chciał tutaj gościć kogoś zupełnie innego niż Bree Wyatt. Inną Panią Wyatt. Od rana nie mógł usiedzieć na miejscu, nie mógł też napisać ani jednego zdania, bo wszystko, co wychodziło spod jego palców kręciło się wokół niej.
Dzisiaj to zrobię.
Dzisiaj nie pozwolę Ci mnie odepchnąć Queenie.
Przypomnę ci jaki smak miały wakacje w Hamptons i ile goryczy później musiałaś przełknąć, kiedy byliśmy daleko... od siebie.
Skasował. Zapalił kolejnego papierosa i zamiast zakładać na kark koszulę, on w sportowym ubraniu zabrał się za sprzątanie dworku. Mógł do tego zatrudnić ekipę, ale przecież deski w salonie były nie do ruszenia. Ani ten luźny kamień na którym wieki temu, jako dzieciaki jeszcze wyryli napis A+Q sądząc, że na zawsze, tak jak oni... razem.
Wynosił do kontenera tylko śmieci, relikty przeszłości i ich dawnych wspomnień pozostawiając na miejscu, wraz z witrażem nad wejściem. W który jako dzieciaki wpatrywali się godzinami. Piękne róże, które gdy słońce odpowiednio się ustawiło, rzucały kolorowe, migotliwe światełka do środka. Na jej jasne policzki, gdy siedzieli razem na schodach.
Na zawsze razem.
Największe kłamstwo tego świata.
Ares nawet nie zauważył, kiedy kolejne minuty przelatywały mu przez palce. Minuty... Godziny.
Słońce chowało się już za horyzontem, Horne nie miał pojęcia, że to już zbliża się godzina kolacji, a przecież na tej dzisiaj zaszczyć go miała Pani Wyatt. Ta odpowiednia, ta, na którą czekał. Usiadł w ogrodzie przy podniszczonym stoliku łapczywie wypijając dwie szklanki wody. Kilka kropli zabłądziło mu na brodzie, spłynęło po szyi, znacząc na koszulce, która i tak lepiła się do rozgrzanego ciała, mokre ślady. Spojrzał na telefon, kolejne wiadomości od Bree.
Może być osiemnasta?
Dwudziesta?
Ares...
Nie dawała za wygraną.
I kiedy Horne miał ją już spławić, napisać jej, że sobie tutaj nie życzy jej towarzystwa. Wtedy usłyszał jej głos.
Jakże mógłby zapomnieć. Zerwał się z miejsca gwałtownie, palce zaciskając na telefonie.
- Queenie - wypowiada jej imię jakby był zaskoczony, ale tak naprawdę cieszy się na jej widok. Kąciki jego ust od razu drgnęły w uśmiechu, a oczy rozbłysły, kiedy zrobił krok w jej kierunku - zająłem się pracą, nie wiedziałem, że to już ta godzina - spojrzał na wyświetlacz telefonu i wsunął go do kieszeni dresowych spodni. Kolejny krok w jej kierunku był odruchowy, jego ciało samo się do niej wyrwało, tak, że znowu znaleźli się bardzo blisko siebie. Powinien ją przytulić? Po przyjacielsku rzecz jasna. Równie niewinnie musnąć wargami jasny policzek?
Nie powinien.
Ale to zrobił, palce układając na jej przedramieniu, pochylił się w jej kierunku i najpierw to ciepły oddech omiótł jej blade pociągnięte różem lico. A potem jego wargi... dotknęły skóry. Delikatnej jak aksamit, jego gorące, szorstkie usta. W niewinnym przecież geście, przyjacielskim pocałunku w policzek. A jednak Ares zaciągnął się zapachem jej perfum, nie odsunął od razu, a jego usta zawisły tuż przy jej uchu, czekała, aż tam też dotkną jej skóry?
Nie zrobił tego.
- Dobrze cię widzieć - wyszeptał tylko te słowa tak, że musiały od razu trafić w odpowiednie miejsce.
Do głowy? Serca? Samego dna duszy?
Odsunął się, tak by móc ją zmierzyć spojrzeniem. Ją, bo przecież ona tu była najważniejsza. Nie kanapki, które mu przyniosła. Chociaż Ares zaraz zmarszczył brwi - to ja miałem ci coś przygotować. Zaraz to naprawimy Queenie. Chodź do domu, daj mi pięć minut, żebym mógł wziąć prysznic i... zająć się tobą - posłał jej wymowne spojrzenia. A zaraz bezczelnie zacisnął palce na drobnej, jasnej dłoni Queenie Wyatt, mężatki, i pociągnął ją do domu. Do tego dworku, który tak dobrze znała. Postawił ją w salonie - pięć minut Queenie, a ty w tym czasie się rozejrzyj... - zaproponował znowu przysuwając szorstki policzek do jej twarzy, blisko, ale za daleko jednocześnie.
Ares rzucił na stolik swój telefon, a potem ruszył schodami na górę, obejrzał się na nich jeszcze na Queenie trzy razy, bo w białej sukience wyglądała... robiła wrażenie.
Nie było go pięć minut, tak jak obiecał, a w tym czasie na jego telefon przyszło pięć nowych wiadomości od Bree, w których domagała się... Błagała go, o spotkanie.
Telefon brzęczał nieznośnie na stoliku zwracając uwagę Queenie. Raz za razem, jak jakiś natrętny owad.
A kiedy Horne schodził po schodach miał już na sobie nieskazitelną, błękitną koszulę, w kolorze jej pięknych oczu. Włosy wilgotne jeszcze od wody. Poprawiał na nadgarstku drogi zegarek, podwijając rękawy. Trzy guziki pod szyją nonszalancko rozpięte ukazywały jego wilgotny jeszcze tors, do którego znowu, o zgrozo, lepił się niebieski materiał.
- Queenie...
całe życie na ciebie