down in the darkness i've made my home
: pn cze 29, 2026 9:03 pm
W jednej chwili zmieniło się w s z y s t k o.
A jednocześnie nie zmieniło się nic.
Ten wieczór miał być takim lub innym końcem. Wyczuwali go na horyzoncie oboje, instynktownie wiedząc, że nie było żadnego wylotu do Meksyku a rozstanie przed drzwiami do jej mieszkania miało inny smak by być chwilą rozłąki. On wyczuwał go szybciej - niemal od samego początku ich znajomości towarzyszyło mu to charakterystyczne przeświadczenie, że to wszystko skończy się źle.
Nie było z nim jednak zawsze. Wyłącznie w tych chwilach zwątpienia bądź momentach, w których zatrzymywali się w trakcie nieustannego biegu naprzód. Z początku myślał, że to on ją tym zaraził - tym pesymizmem skrywanym pod powierzchnią i oczekiwaniem na uderzenie, z czasem jednak zaakceptował to, że i ona wyczuwała to w powietrzu.
Powinien odetchnąć gdy zasuwa drzwi kontenera wreszcie się odchyliła, wpuszczając do środka odrobinę świeżego powietrza. Zamiast tego wsunął dłonie do kieszeni kurtki nie chcąc, by dostrzegli jego zaciśnięte pięści i zmusił się do rozluźnienia szczęki, zaciśniętej gdy tylko jego wzrok padł na parszywą mordę Collinsa.
Wysunął się z kontenera czując na swoich plecach wzrok zgromadzonych w nim ludzi.
Osoby, z którą Carbone dokonywał targu już tu nie było. Ktoś za nimi zatrzasnął drzwi metalowego więzienia, jakby któreś z przetrzymywanych w nim osób zamierzało rzucić się do wyjścia, choć w praktyce nikt nie poruszył się ani na krok.
- Dostaniesz Morettiego - warknął w odpowiedzi, nie potrafiąc zdusić w sobie tej niechęci, która malowała się w jego oczach. - Gdy oddasz nam broń i wyjdziemy stąd oboje.
Coś niebezpiecznego przemknęło po twarzy mafioza. Dostrzegł swój pistolet przy jego boku, sięgnął po niego jakby odruchowo, bojąc się, że detektyw postanowi odebrać swoją własność bez jego zgody.
- Nie ufam ci, Madden. To wszystko wali na kilometr - prychnął mężczyzna, zastanawiając się nad tym pomysłem przez dłuższą chwilę. Jego twarz zwróciła się w stronę Margo, głowa przekrzywiła lekko, jakby oglądał eksponat wyłożony w zoo a nie żywą osobę. - Ale może ci się przydać z tą wariatką u boku.
Złośliwy uśmiech przemknął po jego twarzy gdy sięgnął po pistolet, wyciągając go w stronę swojego wiernego psa. Nie zwlekając ani chwili, odebrał od niego broń, nie chcąc dawać mu okazji do rozmyślenia się.
Z nią u boku czuł się bezpieczniej - nawet, jeśli było to wyłącznie złudzenie. Otaczali ich uzbrojeni ludzie, pomiędzy którymi musieli przejść by dostać się do wyjścia.
A musieli się dostać do wyjścia by przeżyć. Oraz by sprowadzić posiłki i wydostać tych ludzi z klatek, do których Carbone ich wpędził.
- Załatwcie to szybko - westchnął znużony, zerkając na swój telefon jakby był w trakcie zwykłego, biznesowego spotkania wewnątrz tego przeklętego magazynu. - Mam towar do przekazania za pół godziny i do tego czasu ma tu was nie być.
Towar we wnętrzu kontenera uderzył o metalową ścianę, jakby odnajdując sens w stłumionych słowach, które musiały dotrzeć do niego ze świata na zewnątrz.
margo mercer
A jednocześnie nie zmieniło się nic.
Ten wieczór miał być takim lub innym końcem. Wyczuwali go na horyzoncie oboje, instynktownie wiedząc, że nie było żadnego wylotu do Meksyku a rozstanie przed drzwiami do jej mieszkania miało inny smak by być chwilą rozłąki. On wyczuwał go szybciej - niemal od samego początku ich znajomości towarzyszyło mu to charakterystyczne przeświadczenie, że to wszystko skończy się źle.
Nie było z nim jednak zawsze. Wyłącznie w tych chwilach zwątpienia bądź momentach, w których zatrzymywali się w trakcie nieustannego biegu naprzód. Z początku myślał, że to on ją tym zaraził - tym pesymizmem skrywanym pod powierzchnią i oczekiwaniem na uderzenie, z czasem jednak zaakceptował to, że i ona wyczuwała to w powietrzu.
Powinien odetchnąć gdy zasuwa drzwi kontenera wreszcie się odchyliła, wpuszczając do środka odrobinę świeżego powietrza. Zamiast tego wsunął dłonie do kieszeni kurtki nie chcąc, by dostrzegli jego zaciśnięte pięści i zmusił się do rozluźnienia szczęki, zaciśniętej gdy tylko jego wzrok padł na parszywą mordę Collinsa.
Wysunął się z kontenera czując na swoich plecach wzrok zgromadzonych w nim ludzi.
Osoby, z którą Carbone dokonywał targu już tu nie było. Ktoś za nimi zatrzasnął drzwi metalowego więzienia, jakby któreś z przetrzymywanych w nim osób zamierzało rzucić się do wyjścia, choć w praktyce nikt nie poruszył się ani na krok.
- Dostaniesz Morettiego - warknął w odpowiedzi, nie potrafiąc zdusić w sobie tej niechęci, która malowała się w jego oczach. - Gdy oddasz nam broń i wyjdziemy stąd oboje.
Coś niebezpiecznego przemknęło po twarzy mafioza. Dostrzegł swój pistolet przy jego boku, sięgnął po niego jakby odruchowo, bojąc się, że detektyw postanowi odebrać swoją własność bez jego zgody.
- Nie ufam ci, Madden. To wszystko wali na kilometr - prychnął mężczyzna, zastanawiając się nad tym pomysłem przez dłuższą chwilę. Jego twarz zwróciła się w stronę Margo, głowa przekrzywiła lekko, jakby oglądał eksponat wyłożony w zoo a nie żywą osobę. - Ale może ci się przydać z tą wariatką u boku.
Złośliwy uśmiech przemknął po jego twarzy gdy sięgnął po pistolet, wyciągając go w stronę swojego wiernego psa. Nie zwlekając ani chwili, odebrał od niego broń, nie chcąc dawać mu okazji do rozmyślenia się.
Z nią u boku czuł się bezpieczniej - nawet, jeśli było to wyłącznie złudzenie. Otaczali ich uzbrojeni ludzie, pomiędzy którymi musieli przejść by dostać się do wyjścia.
A musieli się dostać do wyjścia by przeżyć. Oraz by sprowadzić posiłki i wydostać tych ludzi z klatek, do których Carbone ich wpędził.
- Załatwcie to szybko - westchnął znużony, zerkając na swój telefon jakby był w trakcie zwykłego, biznesowego spotkania wewnątrz tego przeklętego magazynu. - Mam towar do przekazania za pół godziny i do tego czasu ma tu was nie być.
Towar we wnętrzu kontenera uderzył o metalową ścianę, jakby odnajdując sens w stłumionych słowach, które musiały dotrzeć do niego ze świata na zewnątrz.
margo mercer