Strona 3 z 3

Control your poison, babe

: śr wrz 09, 2026 7:07 pm
autor: Ophelia Attwood
Nigdy wcześniej nie brała udziału w czymś podobnym. Był to pierwszy raz, gdy się wpakowała w coś podobnego. To był świat, do którego nie miała większego dostępu. Zdawała sobie sprawę z jego istnienia i tego, że znajdował się tuż obok, ale nigdy nie wchodziła do środka.
Nie sądziła, że będzie świadkiem takich scen. Dlaczego w ogóle robili to na jej oczach? Chcieli świadka? Czy na ogół nie lepiej było rozgrywać takie sceny z daleka od oczu tych, którzy nie powinni mieć do niego dostępu.
A jednak była tutaj. Na kanapie w loży pomiędzy właścicielem the Rapture, a jego dilerem, który niedawno zaczął biegać dla kogoś innego i rozprowadzać trefny towar, który godził w reputację Monroe. Nie mogła zatem naprawdę w żaden sposób winić mężczyzny za to, że gotował się w nim, całkiem uzasadniony, gniew. Nawet jeśli go nie widziała to zdawała sobie sprawę z jego obecności. W końcu na coś takiego człowiek nie potrafił pozostać obojętny.
Ciężar całej tej sytuacji coraz bardziej osiadał na jej barkach. Żołądek zawijał się, co rusz w jeszcze ciaśniejszy supeł, a w klatce piersiowej ściskała ją wzbierająca panika. Nie na takie rozwinięcie wieczoru liczyła. Myślała, że wyjdzie z lokalu dość szybko, a cokolwiek Vincent postanowi to załatwi to poza jej zasięgiem wzroku. Tak się jednak nie stało.
Nie miała pojęcia czy chłopak mówił prawdę czy może kłamał w wyjątkowo desperacki sposób. Nie znała go wystarczająco. Ot, mignął jej parę razy w Tranzac i to byłoby na tyle. Teraz jednak mogła obserwować coś, co było zapewne jego ostatnimi chwilami.
Widziała to jak Monroe wysuwa spod marynarki pistolet, który wylądował na stole. Przez moment Attwood była przekonana o tym, że mężczyzna go najzwyczajniej zastrzeli skoro nie miał godziny. Chociaż nie... Dźwięk wystrzału mógłby nie przebić się do imprezowiczów przez zasłonę z dudniącej muzyki, ale za to rozbryzg krwi zostawiłby za duży bałagan. Ktoś musiałby to wszystko posprzątać, a podobne plamy ciężko się zmywało z niektórych powierzchni. W dodatku Vincent nie wyglądał na takiego, który lubił brudzić... Zadziwiające o czym to też człowiek potrafił myśleć w sytuacjach stresowych.
- Czy naprawdę jest to konieczne, panie Monroe? - zapytała w końcu, gdy tylko zanoszący się szlochem Ricky, chwycił drżącymi palcami woreczek pełen podrobionych tabletek.
Nie chciała być częścią tego wszystkiego. Nie chciała patrzeć na to jak siedzący obok niej chłopak umiera, ale nie mogła też sprzeciwić się temu wszystkiemu w sposób, który naraziłby ją samą. Za bardzo ceniła własne życie.
- Chłopak już się posrał ze strachu. Dostał nauczkę... Nie lepiej dać mu szansę, by odpracował to wszystko? Jeśli znowu wpadnie mu coś tak durnego do głowy to mógłby mu pan zafundować bardziej bolesną przeprawę - zaproponowała, starając się ignorować dilera, który wpatrywał się w nią z jeszcze większym strachem, o ile było to jeszcze możliwe.
Starała się uratować mu życie. Nie była pewna w jaki sposób mogłaby przemówić do właściciela klubu, aby oszczędził tego młodego zdrajcę, który siedział teraz naprzeciw niego. Czuła z jakiegoś powodu, że może to być zadanie prawie że niewykonalne.
- On może ci powiedzieć kto chce cię wysadzić z interesu, Vincencie - powiedziała jeszcze, mając nadzieję, że ten argument będzie bardziej przekonujący. - Pozwól mu się wyrzygać to może ci powie.
Miała wrażenie, że chłopak był na tyle nastraszony, że nigdy więcej nie próbowałby działać na szkodę swojego szefa. Sama Ophelia natomiast czuła jak stres zebrany w ciele, powoli rozsadza ją od środka. Żałowała, że nie ma w tym momencie już niczego, co mogłaby w siebie wlać.
- Nie mamy podobnych problemów... Nasz klub nie bawi się po ciemnej stronie mocy - odpowiedziała, bo nie borykali się z czymś takim.
Taka była prawda. Jeśli któryś z pracowników sprawiał problemy to był zwyczajnie zwalniany. Były to zwyczajne kłopoty, z którymi borykały się zwyczajne lokale. Na pewno nie było to coś z czym miałaby wcześniej do czynienia...

Vincent Monroe