Strona 3 z 4

are you reaching out?

: ndz wrz 06, 2026 8:16 pm
autor: Elena Santorini
Czy Marshall mógłby ją z r a n i ć?
Na papierze z pewnością, na każdy z możliwych sposobów.
Bo czy nie pamiętała wciąż dotyku jego palców zaciśniętej na własnej szyi? Czy nie sięgał do tych części jej serca, które dawno temu zamknęła i tkwiła w przekonaniu, że wyrzuciła już klucz? Czy nie mógł chwycić ich, wyszarpnąć z jej klatki piersiowej i pozostawić po sobie dziurę we własnym kształcie?
Ale czy mógł tak naprawdę zranić ją ktoś, kogo nadal trzymała na d y s t a n s? Komu nie wyjawiła całej prawdy na swój temat, przed kim nieustannie trzymała sekrety? Być może. Może zakorzenił się już tak głęboko w jej życiu, że jego strata miała wyrwać z jej piersi powietrze. Ale to wciąż było hipotetyczne, było problemem przyszłości, która nie była jeszcze określona.
Ona krzywdziła go nawet w tym momencie.
Nie mówiąc prawdy, nie odpowiadając na pytania szczerze, nie przyznając do myśli, które błąkały się po jej głowie, do wspomnień malujących korytarz czerwienią.
Nigdy nie mógł być dla niej gorszy niż ona była dla niego.
Jej poczucie winy jednak musiało poczekać - jak wszystkie emocje, które nie była gotowa przepracować. Schowało się na tyle jej świadomości gdy wściekłość zawładnęła jej ciałem w reakcji na ten bezczelny akt.
To były tylko klapki. Nie kosztowały wiele, a ona też nie była do nich szczególnie przywiązana. Laskę zaś Marshall mógł mieć każdą, szczególnie jeśli z marszu kupił nawet Vespę w sposób, który sugerował, że nieszczególnie uszczupliło to jego zasoby.
- Dajesz im pieniądze? - wyrwało jej się cicho, gdy nagle dolary pojawiły się w jego dłoni i dzieciaki rzuciły się w ich kierunku, desperacko usiłując wyrwać dla siebie banknot.
Racjonalność podpowiadała jej, że jego plan był sprytny. Bo czy dzięki temu nie rozwiązywał ich problemu cudzymi rękami? Czy te pieniądze nie były wyłącznie drobnymi dla osoby jego pokroju?
Ale coś w niej zawrzało na myśl, że ci, którzy ośmielili się zabrać im rzeczy teraz mieli otrzymać coś jeszcze.
W ten kompletnie pozbawiony logiki sposób zacisnęła usta w wąską linię, spojrzeniem mierząc wykonującą jego polecenia siłę roboczą.
- Da dove vengo io, ai ladri vengono tagliate le mani - mruknęła, dbając o to, by staruszka nie była w stanie jej usłyszeć. W jej głosie wybrzmiewała lekkość, nawet jeśli w spojrzeniu chowała się odrobina półmroku. Z pewnością odebrałby jej słowa jako żart.
Nawet, jeśli zupełnie nim nie były.
Westchnęła, odbierając później nędznego kwiatka wręczonego jej w ramach rekompensaty. Jej urażona duma związana z naruszeniem jej autonomii - nawet jeśli były nią porzucone klapki i próba kradzieży skutera, który nie należał nawet do niej - wciąż tliły się gdzieś w tle.
A może trzymała się ich desperacko, byle tylko nie wracać do rozmowy, którą prowadzili wcześniej.
- Czytałam, że nasz bungalow ma bezpośrednie zejście do morza - mruknęła, bawiąc się kwiatkiem w dłoni, choć gdy tylko zostali sami jej ramiona znów sięgnęły do męskiej szyi, uwieszając się jego karku. Jej usta musnęły płatek jego ucha. - Portatemi via da qui prima che io debba uccidere qualcuno.

non parliamone

are you reaching out?

: ndz wrz 13, 2026 5:39 pm
autor: caspian marshall
Pieniądze nigdy nie miały dla niego jakiegoś większego znaczenia. To nie tak, że nie miał do nich szacunku, bo miał. Doskonale wiedział, że znajdował się w tej fortunnej sytuacji, w której nie musiał martwić się od pierwszego do pierwszego ani zastanawiać, czy w tym miesiącu wybrać zakupy spożywcze, bilet na komunikację miejską czy zapłacenie czynszu. Zdawał sobie sprawę, jakie miał szczęście. Ale skoro już sobie to wszystko w głowie poukładał i wiedział, że mógł pozwolić sobie na okazjonalne szastanie pieniędzmi, a przy okazji sprawić, żeby jego PRAWIE kobieta poczuła się chociaż przez moment jak księżniczka?

Why the fuck not?

Uniósł brew, uśmiechając się krzywo do Elenki. - A czemu nie? Mam ich pod dostatkiem - wzruszył ramionami, prostując się, kiedy chłopcy pobiegli przed siebie z banknocikiem uniesionym triumfalnie do góry. Spojrzał na Włoszkę i już po samym wyrazie jej twarzy wiedział, że coś się w niej buzowało. No pięknie. Zaraz dostanie opierdol. - Nie denerwuj się, tesoro - rzucił tylko. - To serio nic. Po prostu wysłałem ich na misję, która wymagała malutkiej motywacji. - Posłał jej ciepły uśmiech, choć na wszelki wypadek nie zbliżał się jeszcze za bardzo. Niech sobie ochłonie. Nawdycha się cudownego włoskiego powietrza. Znajdzie wewnętrzny spokój. Cokolwiek.

Na moment aż go zmroziło, kiedy usłyszał jej kolejne słowa, ale zaraz podszedł bliżej i ujął jej twarz w obie dłonie. - Hm... to już trochę barbarzyńskie podejście, no nie? - zaśmiał się, zaglądając w jej ciemne tęczówki. - Postarajmy się zakończyć te wakacje bez żadnych missing limbs na koncie, okej? - Przyciągnął ją bliżej i pocałował w czubek głowy. - No uśmiechnij się. Chłopacy się starali dla ciebie! Takiego kwiatka w Toronto nigdzie nie dostaniesz. - Wciąż próbował jakoś rozładować tę lekko napiętą atmosferę, chociaż sam już nie był pewien, czy wynikała ona z zachowania tych małych złoczyńców, czy może z ich wcześniejszej rozmowy.

Pożegnali się z ludźmi i ruszyli w stronę Vespy, a kiedy w końcu znaleźli się sami, Caspian spojrzał na nią z rozbawieniem. - Tak? A będziemy tam sami, czy mam się pogodzić z tym, że inni też będą mogli cię podziwiać w bikini? - Przesunął dłonią po jej włosach, ale kiedy usłyszał kolejną prośbę, naprawdę ledwo powstrzymał parsknięcie śmiechem. - Tsk, tsk, tsk - stuknął językiem o podniebienie, wydając ten charakterystyczny dźwięk dezaprobaty. - Nie poznaję cię, guerriera. Te Włochy wydobywają z ciebie naprawdę interesującą stronę. - Odsunął jej włosy z szyi i złożył na niej długi, wilgotny pocałunek. - Mi piaci così - mruknął prosto w jej skórę.

Chwilę później ruszyli już w stronę bungalowu. Na miejscu zdążyli się trochę rozgościć i trzeba było przyznać, że miejsce faktycznie robiło wrażenie. W środku mieli do dyspozycji zarówno wannę, jak i prysznic, więc Marshall, będąc prostym facetem z krwi i kości, którego układ nerwowy w takich momentach ograniczał się do naprawdę basicowych funkcji, spojrzał na Elenę. - Vuoi fare una doccia o un bagno insieme? - zapytał, po czym zastanowił się chwilę. - Oppure... un bagno notturno in mare?

mi guerriera

are you reaching out?

: czw wrz 17, 2026 3:39 pm
autor: Elena Santorini
To nie miało znaczenia.
N i c nie miało w tej chwili znaczenia, wyłącznie Marshall tkwiący przy jej boku. Marshall, który zabrał ją na jej ojczystą ziemię, choć przecież nawet o to szczególnie nie prosiła.
Marshall, który zadał jej niepokojące pytanie, na które nadal nie znała odpowiedzi.
Nie wiedziała, który z tych czynników był najtrudniejszy w tym wszystkim. Być może samo znalezienie się we Włoszech wystarczyło, by pozbawić jej odrobiny tej wypracowanej przez lata samokontroli. Może gdyby zadał jej to pytanie w Kanadzie, prościej byłoby jej uciec przed jego pytaniem.
- È una questione d'onore - odrzuciła obronnie, jakby złodziejaszki w dziecięcym wieku były w stanie cokolwiek z tego honoru jej uszczknąć. Nie przejmowała się dziećmi. Nie wyrządzili jej żadnej, realnej krzywdy.
Ale nie lubiła, gdy ludzie wkraczali w jej przestrzeń. Nie lubiła przypominać sobie, że już nie była nietykalna, tak, jak przez większość swojego życia. Kanada przyzwyczaiła ją do oglądania się za siebie i przechodzenia na drugą stronę ulicy na wypadek, gdyby czyjaś osoba rozbudziła jej intuicję.
Tutaj zaś, w ten złudny sposób, czuła się z powrotem jak k i e d y ś.
Fakty były jednak takie, że nie była nietykalna. Prawdopodobnie nigdy już nie będzie.
Z uciechą zostawiła całe starcie z obcymi za sobą, kierując się wraz z nim do wynajętego p r y w a t n e g o bungalowu. W jej umyśle odbijały się echem ślady starej kłótni, która wybrzmiała w jej rezydencji gdy była nastolatką.
Lubisz Włochy, ale nie lubisz Włochów.
Zarzut skierowany w stronę jej matki wydawał jej się całkiem trafny. To ona zawsze oceniała ludzi w nieprzychylny sposób, ona spoglądała na nich przez pryzmat potencjalnego zagrożenia. Teraz, zerkając w lusterko Vespy mknącej po ulicach na ten róg, który opuścili, zastanawiała się, czy to faktycznie wydarzenia z jej przeszłości uczyniły ją tak niechętną do ludzkiego kontaktu - czy może po prostu zaczynała zamieniać się w n i ą.
Wewnątrz małego domku odetchnęła - szczególnie dostrzegając ich walizki, wszystko załatwione bez jej ingerencji, wszystko dostarczone na miejsce za nich. Przez obszerne, tarasowe okno do środka wsuwał się szum fal wraz z ostatnimi smugami światła różowego nieba na samym horyzoncie.
Jej wzrok przemknął w stronę Caspiana.
Była mu winna odpowiedź.
Nie powinni przejść nad tym do porządku dziennego. Powinna wyjaśnić, wytłumaczyć - kto wie, może nawet powiedzieć mu p r a w d ę? A może wyznać, że gdy jej wzrok zmierzał w jego kierunku, coś ciepłego zalewało jej ciało i duszę w sposób, którego nie potrafiła sensownie wytłumaczyć.
Był jej słabością. Powinien o tym wiedzieć. Zasługiwał na odpowiedzi, nie na gierki, które prowadziła już odruchowo, machinalnie.
- Caspian... - wyrwało się z jej ust i, jakby zabrakło w jej płucach powietrza, słowa straciły na mocy, przekształciły się w ciszę. Mrugnęła, jej sylwetka napięła się nieco, klatka piersiowa uniosła w górę wraz z podbródkiem, ramiona cofnęły do tyłu gdy nie pozwoliła im opaść. Jej ciało przeobraziło się w formę, którą znała najlepiej, usta podążyły za tym ruchem - ich kąciki uniosły w górę w figlarnym uśmiechu gdy odwróciła, zarzucając ten temat.
T c h ó r z ą c.
- Ho voglia di nuotare nel mare - westchnęła, odwracając się przodem do tarasowych drzwi. Jej dłoń sięgnęła do ramiączka sukienki - najpierw jednego, pozwalając mu zsunąć się w dół, nim zrobiła to samo z drugim. Kroki powoli prowadziły ją w stronę wyjścia, lecz zatrzymała się w pół kroku na wysokości barku tkwiącego w salonie. Jej wzrok powiódł po jego zawartości. - I na szampana.

non posso dirti la verità

are you reaching out?

: pn wrz 21, 2026 4:42 pm
autor: caspian marshall
Chciał za nią podążać.

Pomimo lat spędzonych w samotności, którą swoją drogą tak bardzo uwielbiał. Pomimo tego, że nie wiązał się z nikim, a jego jedyne wolne chwile przepełniały sporadyczne spotkania z przyjaciółmi i nic nieznaczący seks, którym próbował sobie wynagrodzić to, że czuł się less. Mniej wart. Przez kontuzję. Przez niepełnosprawność, której, chcąc czy nie chcąc, nie dało się przeoczyć.

Samotność była mu znajoma.
Samotność została przez niego wybrana.
Samotność po prostu była.


Do momentu, gdy na jego drodze nie pojawiła się Santorini.

Swoją drogą, przypominała mu niebo. Takie przepięknie błękitne, bez ani jednej chmury na horyzoncie. Wydające się przepełnione gracją, spokojem i światłem, od którego nie dało się odwrócić wzroku. Lecz gdy przyjrzało się mu odrobinę dłużej, automatycznie można było poczuć to nieprzyjemne pieczenie w oczach od odbijającego się słońca.

słońca,

którego de facto nie widziało się na pierwszy rzut oka. A potem przychodził wiatr. Najpierw przyjemny, muskający skórę, który dopiero po chwili nabierał siły, coraz mocniej uderzając w ciało i sprawiając, że na tym nieskazitelnie błękitnym niebie zaczynało zbierać się coraz więcej chmur. Gęstych, białoszarych, pełnych niedopowiedzeń. Chaos też potrafił wyglądać pięknie, prawda? W jej jasności skrywała się ciemność, a w jego ciemności skrywała się jasność. Może właśnie dlatego tak bardzo go do niej ciągnęło? W końcu czuł, że znalazł swoją osobę. Przyjaciółkę... partnerkę. Chciał, żeby ona też otwierała się przed nim... żeby pozwalała mu zajrzeć za tę błękitną fasadę, za spokój, za uśmiech, za wszystko, co tak usilnie starała się pokazywać światu.

Jednak z każdym dniem, z każdą chwilą, widział i czuł coraz mocniej, że nadal tak wiele o niej nie wiedział. I nie potrafił dać sobie z tym spokoju. Bo co, jeśli to słońce, za które ją uważał, zamiast przyjemnie go ogrzać, miało ostatecznie sprawić, że...

s p ł o n i e?

Dlatego też wiedział, że musiał być stanowczy. Musiał wyciągnąć od niej, czy faktycznie chciała z nim być, czy może zatrzymali się jedynie na randkowaniu i niczego więcej od niego nie oczekiwała. Uśmiechnął się lekko, przyglądając się jej sylwetce, gdy przemierzała dom. Już chciał zapytać, czy coś ją trapi, czy coś leży jej na sercu, kiedy wypowiedziała jego imię zupełnie inną intonacją niż zazwyczaj. Spojrzał na nią stoicko, próbując wyczytać coś z jej twarzy, ale po chwili jej mowa ciała się zmieniła. A widok jej uśmiechu znowu rozkojarzył go na tyle, że kompletnie zapomniał, co właściwie chciał powiedzieć. Zachowywał się jak gówniarz. Patrzył, jak jej sukienka zsuwa się w dół, a jej jędrne, smukłe kształty zapierają mu dech w piersiach. Szlag. Chyba nigdy nie przestanie się nią zachwycać.

Rozpiął koszulę, po chwili zsunął spodenki, zostając w bokserkach i podszedł powoli do barku. Chwycił w dłoń szampana oraz dwie lampki. - Non c'è bisogno che me lo ripeti due volte, mia dolcezza - rzucił, zanim ruszył z nią nad morze. Delikatnie wzburzone fale raz po raz moczyły ich stopy. Wręczył jej kieliszki, po czym otworzył szampana z charakterystycznym pop, a piana rozlała się po jego nadgarstku. - maledizione - mruknął pod nosem, śmiejąc się, a po chwili wlał szampana do jej lampki, potem do swojej, a następnie odłożył butelkę na piasku. Chwycił od niej kieliszek i stuknął nim o jej szkło, zanim przysunął go do ust, wpatrując się w jej ciemne tęczówki. - Czego mi nie mówisz, łabądku? - zapytał poważnie. Nie chciał tego przeciągać. Nie chciał udawać, że nie czuł tej dziwnej odległości, która pojawiała się między nimi od momentu, gdy weszła na pokład samolotu. - Non mi arrabbierò se mi negherai di essere solo mia - mruknął spokojnie, choć cholera, czuł, że naprawdę by go to zapiekło. - Ma c'è un pensiero che non mi dà tregua. Da quando sei salita a bordo dell'aereo, sei qui con me, ma con la mente sei da qualche altra parte. - Przesunął wzrokiem po jej twarzy, próbując wychwycić najmniejszą zmianę w jej spojrzeniu. - więc powiedz mi, piccolina. Gdzie jesteś, kiedy nie ma cie tutaj ze mną?

łabądek

are you reaching out?

: pn wrz 28, 2026 4:21 pm
autor: Elena Santorini
Słońce, jak wiele rzeczy, było najlepsze w umiarze.
Kochała kąpać się w jego promieniach w ciągu dnia lecz nie bez tysiąca ostrożnych myśli mknących przez jej czaszkę. Powinna nałożyć krem z filtrem, schować twarz, dbać o swoją cerę, nie zestarzeć się zanadto, nie dać się spalić. Słońce dawało jej powód do życia w środku Kanadyjskiej zimy by zaś męczyć w upalne dni lata.
Może niekoniecznie nie było dla każdego, ale jego wartość zależała od wielu innych czynników.
Santorini na przykład była idealnym towarzystwem, w którym ktoś potrzebował być wysłuchany. Była piękną ozdobą na przyjęciach i wszelkich imprezach. Sposobem na dowartościowanie się mężczyzn, którzy tego potrzebowali. Znała swoją rolę. Wypełniała ją wyśmienicie, do pewnego stopnia robiąc to od najmłodszych lat - będąc oparciem dla osób, które były zajęte robieniem poważnych rzeczy i potrzebowali brzmienia jej łagodnego głosu i podbicia własnego wrażenia istotności.
Nie było w tym jednak zbyt wiele miejsca na nią samą.
Dlatego każdy jej związek prędzej czy później się rozpadał, dlatego z każdego prędzej czy później się wycofywała. Nawet zwracanie na siebie uwagi, głośny uśmiech i bezwstydna garderoba, były pewną personą, w którą wkraczała, której używała jak tarczy i zbroi, która odgradzała ją od rzeczywistości.
Rzeczywistość była dużo brzydsza. Dużo trudniejsza do zaakceptowania.
Dlatego wolała błyszczeć.
Nawet teraz, wsuwając się do wciąż ciepłej wody robiła to z premedytacją, powoli, pozwalając, by jej czeluście pochłaniały każdy skrawek jej nagiej skóry powoli, leniwie. Świadoma jego spojrzenia, gdzieś z tyłu, przekształciła akt własnej ucieczki w widowisko, którego był częścią.
Nie zasługiwał na to.
Jej serce wykręcało się, pęknięcia wydłużały. Kolejne odłamki odpadały od głównej części, pośpiesznie przyklejane przez nią taśmą klejącą, byle tylko wytrzymało jeszcze chwilę dłużej. Byle dotrwało do następnej chwili, w której może znów pojawi się ktoś, kto mógłby odwrócić od niej uwagę, kupić jej więcej czasu.
Oparła się tyłem o drewniany podest wychodzący do wody. Bungalowy były położone już nad nią, zejście więc było głębokie, nie wyczuwała piasku pod swoimi stopami. Powolne i zmysłowe zejście w dół nagle straciło na swoim seksapilu gdy Santorini nie przerwała swojego zanurzania, aż woda przykryła jej usta i nos, aż wyłącznie jej oczy wystawały znad jej powierzchni.
Nie chowała się przed jego ciałem, chowała się przed jego słowami.
Z westchnieniem sięgnęła ramionami do podestu, uniosła się nieco, unosząc twarz pond powierzchnię wody. Przyjęła od niego lampkę szampana, na którego nagle straciła wszelką ochotę.
Zasługiwał na prawdę. Ale nie potrafiła powiedzieć mu prawdy.
Zamiast tego sięgnęła po coś, co zdawało się koło niej leżeć.
- Twoja noga - zaczęła cicho, z wzrokiem wpatrzonym w horyzont, na którym mrok zbliżał się do resztki różu schowanego za linią słońca. - Co się stało?
Nigdy wcześniej o to nie spytała - nawet wtedy, gdy ich pierwszej nocy dłonie mężczyzny zacisnęły się na jej szyi. Nie pytała wiedząc, że związane to było z czymś, co było dla niego trudne. Bolesne. Wiedziała jak ważnym było unikanie bolesnych wspomnień, robiła to każdego dnia.
Nie pytała, ponieważ nie chciała znaleźć się bliżej.
Bo to wydawało jej się osobiste, a ona nie zagłębiała się w takie terytoria. Jej znajomości miały być powierzchowne z założenia. Caspian posiadał jakąś przeszłość, o której nie mówił, a ona nie pytała.
Nawet, jeśli pragnęła wiedzieć, co skrywała.
Dlatego teraz, z wzrokiem wpatrzonym w pierwsze gwiazdy błyszczące na nieboskłonie, twarzą wciąż tkwiącą na samej granicy wody, pod którą w każdej chwili mogła zniknąć, sięgnęła do tej otwartej rany, pragnąc wiedzieć.
- In quelle notti in cui ti rigiri nel letto, cosa sogni?

è complicato, io sono complicato

are you reaching out?

: ndz paź 04, 2026 7:07 pm
autor: caspian marshall
trigger warning
war flashbacks / trauma
Miał wrażenie, że wpakowywał się w jej życie z brudnymi buciorami. n i e p r o s z o n y. Widział to po niej. Po tej mimice, choć delikatnie skrywanej, niemalże wyćwiczonej przez lata tańca w balecie. Widział, jak starała się nie utrzymywać z nim kontaktu wzrokowego, jak zmieniała temat, jak robiła wszystko, byleby tylko nie odpowiedzieć mu na to, co chciał wiedzieć najbardziej. Nie rozumiał tego. Był zmieszany. Poniekąd też zraniony. Może dlatego, że zdawał sobie sprawę, że mu nie ufała? W końcu tylko się spotykali. Spędzali ze sobą każdą wolną chwilę, gdy miała na to ochotę, rzecz jasna, ale w dalszym ciągu wiedli swoje życia.

Może on tak naprawdę nie miał miejsca w tym jej?

Nachylił się, podając jej lampkę szampana, a sam usiadł na drewnianym podeście, zanurzając nogi w wodzie. Wpatrywał się w nią, zastanawiając się, co tym razem mu powie albo zrobi, byle tylko nie odpowiedzieć na jego pytanie. Słysząc jej kolejne słowa, przez moment naprawdę zamarł. Na jego twarzy pojawił się szok, może coś w rodzaju niedowierzania, które chwilę później przełamało się w krótkie parsknięcie śmiechem. Cholera. Naprawdę uciekała od odpowiedzi. - Przepraszam - mruknął, przysuwając lampkę szampana do ust i upijając łyk. - Nie miałem zamiaru tak zareagować, ale Elena, mam nadzieję, że wiesz, że nie dajesz mi wyboru, prawda? - spojrzał na nią chłodno. Ze zmęczeniem, którego nie potrafił już do końca ukryć. - Unikasz każdego mojego pytania, a teraz wcelowujesz je we mnie - odparł z irytacją, po czym dopił szampana i odstawił lampkę za siebie. - Odpowiem ci. Ale potem nie ma już uciekania. - Westchnął i zanurzył się całkowicie pod wodę, bo musiał ochłonąć. Chciał przez moment, chociaż przez te kilka sekund pod taflą przyjemnie chłodnej wody, zebrać myśli i wymyślić, jak w ogóle miał jej na to odpowiedzieć.

Po chwili wynurzył się i zbliżył do niej. Jedną dłonią oparł się o pomost, a drugą przyciągnął ją do siebie, kurczowo trzymając za biodro, jakby podswiadomie bał się, że zaraz mu ucieknie. - Zawsze byłem czarną owcą w rodzinie. Tym, który przysparzał problemów, więc pewnego dnia po prostu wyjechałem jako wolontariusz, pomagać przy misjach na frontach wojennych - zaczął, wpatrując się w nią uważnie. - Zwykle spędzałem tam kilka miesięcy. Pomagałem żołnierzom, uchodźcom, ofiarom, a potem wracałem tutaj.- Westchnął, zerkając gdzieś w bok. - A z tą nogą? Jakiś rok temu jeden z rejonów w Ukrainie był pod ostrzałem. Znikąd, Elena. Tego dnia drony wyłoniły się nad cywilami i zaczęły wybuchać. To nawet nie było miejsce, w którym siedzieli żołnierze, wiesz? - Zacisnął dłoń na jej biodrze, ale chwilę później poluzował uścisk. Był wściekły. Nie na nią. Na siebie, jak zwykle. - Nikt z nich, z nas, nie wiedział, że dojdzie do tego ataku. A ja po prostu miałem szczęście. Ta kontuzja to przypomnienie, że ja tutaj jeszcze jestem, a szesnaście osób zginęło na moich oczach. - Przemiescił dłoń z jej biodra i wsunął ją w jej włosy. - Widziałem krew. Widziałem śmierć, ale wtedy? Byłem bliżej niej, niż kiedykolwiek myślałem, że będę w moim wieku. I najgorsze jest to, że nie mogłem nic z tym zrobić. Nie mogłem ich uratować. - Głos mu się załamał, choć próbował nad tym zapanować. - Więc kiedy przewracam się w nocy z jednego boku na drugi, nie uciekam przed strzałami, ani wrogiem, Elena. Uciekam przed samym sobą.

Oparł czoło o te jej, wypuszczając z płuc ciężki, nierówny oddech. Zdawał sobie sprawę, że nie miał nad niczym kontroli. Nie mógł przewidzieć śmierci tamtych ludzi. Nie mógł zatrzymać tego, co się wydarzyło. A jednak nosił w sobie niesamowitą gorycz i pogardę, bo gdyby nie ta cholerna noga, która została uszkodzona podczas wybuchu... może udałoby mu się uratować chociaż jedną osobę. Nie miało dla niego żadnego znaczenia, że wtedy też sam potrzebował pomocy...- E tu, da cosa stai scappando, tesoro? - zapytał ciszej, nie odsuwając się od niej. - E spero che non sia davanti a me.

Smettila di scappare, farò del mio meglio per proteggerti, amore mio

are you reaching out?

: śr paź 07, 2026 2:01 pm
autor: Elena Santorini
Zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo było to niesprawiedliwe.
Miała wystarczająco samoświadomości by dostrzec, jak nietaktowne było jej pytanie teraz, gdy usiłował uzyskać od niej odpowiedź na zupełnie innego rodzaju kwestię. Niemniej, musiała wiedzieć.
Musiała wiedzieć co stało za tą ciemnością, która przemykała w jego spojrzeniu, a którą widziała również we własnym odbiciu w lustrze. Musiała wiedzieć co sprawiało, ze posiadał w sobie ten g e n, dzięki któremu wytworzyła się między nimi cienka linia porozumienia.
Ponieważ do pewnego stopnia, Caspian Marshall był dokładnie taki sam, jak ona.
A n i k t nie był taki jak ona - nikt poznany przez nią w Toronto, nikt idący przez życie z tym samym ciężarem na swoich plecach, który odróżniał człowieka od reszty społeczeństwa, w którym starał się funkcjonować.
Dlatego musiała w i e d z i e ć.
Mimo tego skuliła się pod jego spojrzeniem, pod zimnym tonem jej głosu, pod sposobem, w jakim zniknął pod taflą wody. Rozumiała, dlaczego był zły, a jednak coś w niej sprzeciwiło się temu. Nie chciała, żeby był zły, żeby czuł się zmuszony do wyłożenia swoich sekretów na stół, chciała, by zrobił to sam z siebie.
Tymczasem Caspian był dokładnie jak ona, a to, co bolało, musiało zostać wyszarpnięte z jego duszy siłą, nigdy nie było podarowane własnoręcznie.
Od pierwszych słów coś w niej zamarło, przestało unosić się na bujających jej ciałem falach. Żołądek podchodził jej do gardła z każdym wypowiedzianym przez mężczyznę zdaniem, umysł cofał się w przeszłość, do krwi, do śmierci, do leżących ciał, do zimnego oddechu na swoim karku, który do dziś czuła w ciemności nocy.
- Nie mogłeś wiedzieć - odpowiedziała, czując jego dłoń na swoim biodrze. Nic z tego, co powiedziała, nie mogło być dla niego nowością - wiedziała też, że do niego nie trafi. Umysł był oporny na pragmatyzm w chwilach takich jak ta.
Nie potrafiła sobie tego wyobrazić.
Wkraczania z własnej woli do miejsca tak niebezpiecznego, niesienia pomocy tam, gdzie była potrzebna. Oddawania czegoś z siebie po to, by dostał to ktoś inny - w jej życiu zawsze istotna była tylko ona i jej rodzina, nie było pojęcia dbania o osoby, które znajdowały się poza tym równaniem. Nie było poświęcania siebie na rzecz czegokolwiek innego, wpojono jej egoizm wraz z mlekiem matki.
- Sei un combattente - szepnęła, gdy jego czoło spotkało się z jej własnym. Jego ciało było gorące w dotyku w kontraście do wody, która ich otaczała - wciąż letniej, pamiętającej dotyk Włoskiego słońca, lecz nieporównywalnie zimniejszej do temperatury trzymającego ją mężczyzny.
Szczerość wymagała zapłaty w tej samej walucie.
Jej usta rozchyliły się, pragnąc odpowiedzieć, sięgnąć do wspomnień szkarłatnej podłogi i wszystkiego, co wydarzyło się po tym, przed tym. Spróbować odpakować historię, od której wiecznie uciekała, która doganiała ją w snach i w chwilach, w których jej umysł nie miał niczego, na czym mógłby się skupić.
Jej usta się rozwarły, lecz żadne słowo nie wydostało na zewnątrz.
Zamknęła je, zaciskając w wąską linię. Przełknęła ślinę w próbie pozbycia się tej guli, która w trakcie jego opowieści zalęgła się w jej gardle, co przyszło jej z trudem.
Zanurzyła rękę w wodzie, odnajdując męską dłoń spoczywającą na jej biodrze. Nie odrywając swojego czoła od jego, poprowadziła jego palce w górę, w stronę nierównej, poszarpanej blizny przecinającej jej talię.
- So che... - zaczęła, frustrując się na dźwięk własnego głosu, w które wtargnęło drżenie. - So che cosa si prova a morire.
Krew, śmierć, ich smród przeplatający się ze sobą, wypełniający pomieszczenie, w którym zamordowane były również dźwięki, pozostawiając głuchą ciszę.
- Ho perso tutti nella mia vita - szepnęła, bojąc, że jeśli pozwoli swojemu głosu wybrzmieć głośno, ten załamie się w połowie. - Non voglio che le nuove persone perdono.

non potrai mai proteggermi, nessuno può.

are you reaching out?

: pn paź 12, 2026 12:13 pm
autor: caspian marshall
''Sei un combattente.''

Słowa, które wyszeptała, pozostawiły w nim dziwnie słodko-gorzki posmak. Dlaczego? Bo wcale, ale to wcale nie czuł się wojownikiem. Tym bardziej żadnym pieprzonym bohaterem. Nigdy nie dopadł go ten przysłowiowy syndrom Boga, przekonanie, że skoro był na froncie to zasługiwał na jakikolwiek podziw. Wręcz przeciwnie. Zamiast dumy towarzyszyły mu wyrzuty sumienia, które z biegiem czasu zdawały się coraz głębiej zapuszczać korzenie w jego świadomości. Wspomnienia, których za żadne skarby nie potrafił wymazać z pamięci, sprawiały, że momentami czuł się bardziej jak oprawca niż człowiek, który komukolwiek pomógł. Bo czy naprawdę można było nazywać kogoś bohaterem, kiedy ten sam człowiek nie potrafił nawet zapanować nad własnymi demonami? Kiedy budził się w środku nocy, zlany potem, nie potrafiąc odróżnić wspomnień od rzeczywistości? Kiedy własny umysł stawał się jego największym wrogiem? A przecież kilka miesięcy temu omal nie skrzywdził właśnie jej. Tej samej kobiety, która teraz patrzyła na niego i nazywała go combattente, jakby dostrzegała w nim coś, czego on sam od dawna nie potrafił już zobaczyć. I cholera... ta swiadomość, że potrafiła dostrzec w nim dobro, podczas gdy on sam wciąż pamiętał wszystkie te chwile, w których zawiódł.... a tamtego momentu, kiedy niemal wyrządził jej krzywdę, nie potrafił sobie wybaczyć aż do dziś.

Nie odpowiedział jednak na jej słowa. Zamiast tego uniósł delikatnie głowę i musnął ustami jej skroń, przytrzymując ją jeszcze bliżej siebie. Tym razem chciał, żeby to ona była z nim szczera. Chciał wiedzieć, co tak naprawdę kryło się pod piórami tego łabędzia, którego tak cholernie uwielbiał podziwiać. Pod tą pozornie niewinną kobietą, która zawróciła mu w głowie do tego stopnia, że coraz częściej łapał się na myśli, jak bardzo chciałby móc nazywać ją swoją.
Zacisnął mocniej dłoń na jej biodrze, chcac w ten sposób zatrzymać ją przy sobie jeszcze przez chwilę, gdy w pewnym momencie poczuł jej palce obejmujące jego dłoń i powoli prowadzące ją ku górze. Opuszkami wyczuł znajomą nierówność blizny, której przecież nie sposób było nie zauważyć przez te wszystkie miesiące, kiedy sypiali ze sobą, kiedy widywał ją rozebraną albo po prostu przebierającą się w jego obecności. Nigdy jednak nie zapytał, skąd się wzięła... nie dlatego, że nie chciał, a po prostu nie wiedział czy powinien.

Słysząc jej kolejne słowa, na moment dosłownie zamarł. Wpatrywał się w jej twarz, próbując odczytać z niej cokolwiek, co pozwoliłoby mu zrozumieć, o czym właściwie mówiła. Jej ciemne oczy przypominały dwa rozżarzone węgielki, w których przez ułamek sekundy mógłby przysiąc, że dostrzegł znajomą czerwień. Tę samą, której na froncie widział zdecydowanie zbyt wiele. Tę, która do dziś przewijała się przez jego koszmary, przypominając mu, jak cholernie kruche potrafiło być ludzkie życie. Czy to, o czym mówiła, było wypadkiem? Czy ktoś skrzywdził jej rodzinę i próbował skrzywdzić i ją? A może... kurwa, czy nadal groziło jej jakieś niebezpieczeństwo? Poczuł nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej na samą myśl, że ktoś mógłby wyrządzić jej krzywdę. Musiał wiedzieć. - Elena, czy ktoś próbował zrobić ci krzywdę? - zapytał ciszej niż zwykle, przesuwając opuszkami palców po nierównej powierzchni blizny. Drugą dłoń przeniósł na jej plecy i objął ją mocniej, przyciągając do swojej klatki piersiowej. - Non mi perderai - wyszeptał tuż przy jej uchu, na moment przymykając powieki. - E con me non corri alcun rischio. Non lo permetterò. - Odsunął się odrobinę, tylko na tyle, żeby móc spojrzeć jej prosto w oczy. Ujął jej twarz w obie dłonie, delikatnie przesuwając kciukiem po policzku. - Opowiedz mi wszystko, dobrze? - poprosił, nie spuszczając z niej wzroku. - Voglio sapere tutto di te, Elena. Anche quelle cose di cui preferiresti non parlare mai più. Non devi proteggermi da nulla, capisci? - Uśmiechnął się delikatnie, choć w jego oczach wciąż czaił się niepokój. Przez moment po prostu się jej przyglądał, przesuwając wzrokiem po łagodnych rysach jej twarzy, po drobnym nosie i tych pełnych ustach, których smak znał już niemal na pamięć. Nachylił się i złożył na jej ustach krótki, czuły pocałunek. Nie spieszył się, a gdy odsunął się zaledwie o kilka milimetrów... wyszeptal prosto w jej usta - la pecora nera si è innamorata di un cigno.

si prenderà cura di te, tesoro

are you reaching out?

: wt paź 13, 2026 12:03 am
autor: Elena Santorini
Jakże chciałaby wierzyć w jego słowa.
Jakże chciałaby, żeby były wystarczające. Żeby liczyły się tylko chwile takie jak ta, męska dłoń na jej biodrze, gorąco jego ciała w kontraście z letnią wodą. W jego objęciach, tutaj, czuła się bezpieczna. Czuła się jak schwytane słońce, bezpiecznie unoszące się w jego ramionach na powierzchni wody.
Wiedziała, jak daleko sięgały jego wpływy.
Miał bogatą rodzinę posiadającą swoje koneksje. Miał możliwości, których nie miała ona - już nie. Miał wolność, by zakupić od ręki pieprzoną Vespę i zabrać ją do hotelu, który wybrała praktycznie na ślepo uderzając palcem w mapę na swoim telefonie.
Ale to było za mało.
Jej rodzina miała to wszystko - i więcej. Jej ojciec posiadał potęgę, która rozciągała się na cały Mediolan i przystające do niego regiony, kurwa, która sięgała samego, pieprzonego Toronto. Miał ludzi, tkwiących pod jej posiadłością dwadzieścia cztery godziny na dobę z bronią w ręku. Miał dłonie przyzwyczajone do odbierania życia tak samo, jak nawykły do noszenia pieprzonego, rodowego pierścienia.
Jej rodzina miała to wszystko, a skończyła na tym samym parkiecie, na którym tkwiła ona.
Podłodze śliskiej od krwi, w których zanurzone były ich sztywne ciała. Samo sięgnięcie wspomnieniem do przeszłości sprawiało, że jej klatka piersiowa unosiła się coraz szybciej i szybciej, wspominając, pamiętając. Sztywność wyciągniętej w jej stronę ręki, pustkę wpatrującego się w nią wzroku, chłodne ciało, które jeszcze wcześniej było ciepłe w dotyku.
Przylgnęła do tego gorąca, które jej oferował. Do życia, które reprezentował w jej przesiąkniętej śmiercią codzienności.
Jej rodzina miała to wszystko, a w dodatku wiedziała, z jakim ryzykiem musiała się liczyć.
Jakże Caspian mógłby coś zmienić, gdy ci ludzie znów po nią przyjdą?
Nie mógł. I może to było w nim tak uzależniające - świadomość tego, że dla niego była tylko Eleną, że nie dostrzegał tego, w jaki sposób została naznaczona. Że jego dłonie nie zaznały krwi przelanej z niegodziwych pobudek, że nie były zdolne do brutalności, która zadała jej ranę szpecącą teraz jej ciało.
I to było w tym wszystkim również najgorsze.
Jej zachłanność, z którą lgnęła do mężczyzny wiedząc, że to, co ich łączyło, miało pewien niewidoczny ciężar, o którym nie miał pojęcia. Miało datę ważności, której żadne z nich nie znało, a tylko jedno zdawało sobie sprawę z jej obecności.
Wiedząc, że zagrożenie, które ciągnęło się za nią aż od Mediolanu teraz dotyczyło również jego. A nigdy nie powinno.
Caspian miał być wygodną odskocznią, czymś przyjemnym, co odciągałoby jej myśli od tego, co zostawiła za sobą. Miał być randkami w drogich restauracjach i tańcem na dachu budynków, w których nie było nikogo poza nimi. Tymczasem przekształcił się w jej własne słońce, z jego ciepłem, jego troską, jego pieprzonym urokiem, któremu nie potrafiła się oprzeć.
Powinna powiedzieć mu prawdę.
M u s i a ł a powiedzieć mu prawdę. Musiał wiedzieć, co tkwiło przed nim, nie mogła być egoistką, nie mogła wciągać go w to w zupełnej nieświadomości.
- Non riguardava me. Ero lì per caso - szepnęła, prawda skryta w kłamstwie, wyswobodzona na zewnątrz pod wpływem jego krótkiego pocałunku. - Ma la mia famiglia...
Urwała, zmrożona przez nagłe pieczenie skryte pod jej powiekami. Pieczenie, które natychmiast kliknęło przycisk stop wewnątrz Santorini, na przekór jej szlachetnym pobudkom bycia z nim szczerym, niepozwolenia mu na wpakowanie się w coś, czego był nieświadomy.
- Nie chcę - szepnęła, unosząc swoje dłonie, oplatając rękami jego szyję. Dławiła się własnymi słowami, z uporem mrugając, byle tylko odegnać łzy. - Nie chcę o tym mówić.
Zbliżyła się, jej wargi zbliżyły się ostrożnie do jego, musnęły kącik jego ust w krótkiej namiastce pocałunku, potrzebie zmiany tematu.
- Nie chcę o tym myśleć.

caspian marshall

are you reaching out?

: pt paź 23, 2026 1:47 pm
autor: caspian marshall
'cause it's a...
bittersweet symphony


Tkwił w ciemności.

W nieubłaganym chłodzie otulającej ich wody, trzymając ją w ramionach chwilę po tym, jak złożył pocałunek na jej ustach. Pragnął, żeby w końcu się przed nim otworzyła. Żeby ten okres niedomówień i ciągłego uciekania przed prawdą wreszcie dobiegł końca. Wiedział, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że coś ją trapiło. I nie było to przecież jakieś niewinne, białe kłamstewko w rodzaju przypadkowej kradzieży batonika ze sklepu czy ściągania od kolegi na sprawdzianie, a potem nieprzyznania się do tego, skąd wzięła się ta cholernie dobra ocena. Nie. To było coś znacznie większego. Widział ból skrywający się w jej ciemnych tęczówkach, czuł w napiętych mięśniach ciężar wspomnień, który prawdopodobnie równie mocno przygniatał jej serce. Czuł, że chciała mu coś powiedzieć, dlatego postanowił po prostu poczekać. Dać jej chwilę. Pozwolić zebrać myśli, odnaleźć odpowiednie słowa i, być może, w końcu podzielić się z nim tym, co od tak dawna tliło się w jej wnętrzu.

Słuchał jej uważnie, przyglądając się temu, jak desperacko starała się nie rozsypać na kawałki. Jak coraz mocniej zaciskała powieki, próbując powstrzymać łzy przed wydostaniem się na wolność. Trzymał ją mocno w swoich ramionach, choć nawet teraz wydawało mu się, że to zdecydowanie za mało. Chciał ją chronić. Przed tym, co właśnie czuła, przed wspomnieniami, które nie dawały jej spokoju, choć przecież nawet nie miał pojęcia, w jakich barwach były spowite. Jak wiele bólu się za nimi kryło. Spiął się mimowolnie, gdy zarzuciła mu ręce na szyję, a jego palce zacisnęły się nieco mocniej na jej biodrach. Dopiero po chwili zorientował się, że mógł sprawić jej ból, dlatego natychmiast poluzował uścisk i wziął głęboki oddech, przymykając oczy, gdy musnęła pocałunkiem kącik jego ust, wspominając, że jednak nie chce o tym rozmawiać. Cholera jasna. Chciał być wyrozumiały. Naprawdę, kurwa, chciał. Ale powoli zaczynało brakować mu cierpliwości.

Czy nie był godny poznania całej prawdy? Tej części jej życia, która, na dobrą sprawę, ukształtowała kobietę, w której zdążył się zakochać? Czy może to wszystko było jedynie jakąś cholerną iluzją, w którą pozwolił się wplątać? Może tak naprawdę wcale nie była osobą, za którą się podawała? Może tamtego wieczoru, gdy przyszedł na występ i zobaczył ją tańczącą na scenie, uczestniczył w jakimś dziwnym rytuale, podczas którego ona rzuciła na niego urok, a on, jak ostatni idiota, po prostu dał się złapać?

IDIOTA.
Boże, jaki z niego był idiota.

- Nie - wyrzucił z siebie w końcu, zanim zdążył ugryźć się w język. - Koniec z kłamstwami i uciekaniem.- Położył dłonie na jej ramionach i odsunął ją kawałek od siebie, na tyle, by móc spojrzeć jej prosto w twarz. - Kim ty właściwie jesteś, Elena? - zapytał, wpatrując się w jej ciemne tęczówki, po czym wydusił z siebie krótkie, pełne niedowierzania parsknięcie. - Di me sai letteralmente tutto, mentre di te so solo quello che mi permetti gentilmente di sapere. - Zaczął spokojnie, choć frustracja coraz wyraźniej przebijała się przez jego głos. Nie chciał na nią naciskać, nie chciał stawiać jej pod ścianą, ale do cholery, ile jeszcze miał udawać, że wcale go to nie bolało? - Come faccio a sapere che ti sto proteggendo? Che ti sto davvero vicino, se fai di tutto per allontanarmi da te? Come posso aiutarti, se non so nemmeno da cosa stai cercando di scappare? - Prychnął pod nosem, po czym przesunął się nieco na bok, opierając dłonie na mokrych deskach drewnianego pomostu. Spiął mięśnie, podciągnął się do góry i obrócił tak, by móc na nim usiąść, pozostawiając nogi zanurzone w chłodnej wodzie. - Jeżeli to jest twój sposób na zakończenie tej znajomości, to powiedz mi to od razu i skończmy bawić się w te gierki, dobra? - Przejechał dłonią po wilgotnych lokach, odgarniając je do tyłu i strącając krople wody, które spływały mu po czole. Przez moment wpatrywał się w ciemną taflę jeziora, usiłując zebrać myśli, zanim ponownie przeniósł spojrzenie na Elenę. - Da quando siamo arrivati qui, sei diversa. Non so se sia perché ti ho chiesto di diventare la mia ragazza, o forse per via della tua famiglia, o ancora per qualcosa di completamente diverso di cui non ho la più pallida idea. Ma se hai anche solo un briciolo di fiducia in me, sappi che puoi dirmelo.

you try to be the darkness, but really you're the light