but was he yours if he wanted me so bad?
: pn sie 31, 2026 4:46 am
To nic, że nie wiedział jak z nią rozmawiać.
Indie chyba wcale nie potrzebowała teraz rozmowy.
Chyba wcale nie czekała na słowa pocieszenia czy otuchy, w zasadzie nie mając wobec Lucasa żadnych większych oczekiwań, głównie dlatego, że sama będąc na jego miejscu... również nie wiedziałaby jak się zachować ani co powiedzieć żeby sobie pomóc. Pod tym względem akurat zawsze byli dobrani — żadne z nich nigdy nie przejawiało większego talentu do poważnych konwersacji, przykrych tematów i szeroko pojętych trudnych emocji, toteż raczej nieczęsto zdarzało im się o nich rozmawiać.
Nigdy, tak w zasadzie. Przynajmniej nie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, więc tym bardziej nie potrafiłaby winić Millera za skonfundowanie i nieporadność wobec jej obecnego stanu, który istotnie był mu przecież zupełnie obcy, bo fakt: Indie nie płakała. Też nigdy. Zawsze była twarda. Od małego, bo innego wyboru nie miała, po prostu.
Życie nigdy nie obchodziło się z nią delikatnie — była dzielna dlatego, że musiała być, skutecznie zahartowana przedwczesnymi doświadczeniami straty i tragedii, których nie powinien doświadczać nikt, a już zwłaszcza siedmioletnie dziecko. Okoliczności nie pozostawiły jej innego wyjścia, a chociaż finalnie ukształtowały Caldwell w wyjątkowo niezależną, odporną na przeciwności losu jednostkę, to przy okazji zostawiły trwałe ubytki w jej wrażliwości i otwartości, zwłaszcza tej emocjonalnej. Nie od dziś było wiadomo, że Indie nie miała zielonego pojęcia jak wyrażać własne uczucia, a przede wszystkim też jak robić to zdrowo, normalnie. Jej sposoby na radzenie sobie z czymkolwiek skomplikowanym — co by to nie było — ograniczały się do zwykłej defleksji: impulsywnych decyzji, dozowanych lekką ręką używek i wszelkich form zawziętej ucieczki przed tym, czego nie chciała lub nie potrafiła przed sobą przyznać.
Tylko przed tym jednym uciec jakoś nie umiała. A przecież próbowała, no kurwa, jeszcze jak... ileż czasu i pierdolonego wysiłku włożyła w usilne próby wymknięcia się własnym uczuciom, wszystko po nic, zupełnie. I to chyba właśnie dlatego nie czuła się na siłach wzbraniać się przed nimi dłużej. Nie widziała w tym sensu.
Już nie, więc wyrzuciwszy z siebie te trzy słowa, tym razem nie musiała walczyć z przemożną chęcią zarządzenia strategicznego odwrotu, wyjątkowo nie czując potrzeby obracać ich w żart. Tym razem nie miała już energii udawać, że niczego nie znaczyły.
Może nie powinna była. Pewnie nie, w końcu wyznanie tego formatu nieszczególnie szło w parze z ich dotychczasowymi próbami spokojnego, powolnego rozwijania tej relacji, ale... jakoś nie bardzo potrafiła przejmować się teraz tym, co wypadało, a co nie. Tylko czy kogokolwiek to dziwiło? Fakt, że Indie Caldwell robiła to, czego nie powinna?
No właśnie. Żadna tam kurwa nowina.
Ledwo zarejestrowała jakiekolwiek zamieszanie, całkiem zrozumiale zaabsorbowana Lucasem i padającymi wyznaniami, zbyt nimi zajęta i przede wszystkim przejęta, żeby realnie przyjąć do wiadomości... no, cokolwiek. Cokolwiek innego. Świat mógłby kończyć się pół metra od niej i pewnie nawet nie zwróciłaby na to większej uwagi, gdyby względnie sprawnego powrotu na ziemię nie wymusił na niej najpierw narastający hałas syren i walenia w drzwi.
Wykurwiście. To znaczy nie, wcale nie, zupełnie, ale Indie dokładnie tego potrzebowała, żeby w końcu wziąć się w garść i zrobić to szybko — kryzysu większego niż ten własny, wewnętrzny, takiego, który nie pozostawiał jej żadnego innego wyboru niż z miejsca odsunąć wszystkie emocje na dalekie tyły własnej podświadomości i zająć się nimi później, innym razem. Koniec, już nie miała czasu, ani płakać dalej, ani w ogóle o czymkolwiek myśleć. I bardzo kurwa dobrze.
...chuj, że dziś akurat może trochę potrzebowała, żeby Lucas jednak dokończył.
— Wstawaj — poleciła mu w tej samej chwili, w której z refleksem pierdolonego żołnierza jednostek specjalnych zerwała się z jego kolan i na równe nogi. W ogóle się nie zastanawiała, nawet przez sekundę — instynkt kazał mocno złapać Millera za nadgarstek i ruszyć z nim prosto w kierunku wyjścia, więc dokładnie tak zrobiła, ciągnąc go za sobą.
Słusznie, jak się okazało. Nie spodziewała się zastać klatki w kłębach gęstego, ciężkiego dymu, który boleśnie uderzył w gardło z sekundą, w której pospiesznym szarpnięciem otworzyła drzwi.
— Ochuj — tyle zdążyła wykrztusić zanim głuchy kaszel wyrwał z płuc powietrze i zmusił ją do zatrzymania się w pół kroku. Nie miało znaczenia, że w międzyczasie Indie w końcu przestała płakać, bo i tak znów miała łzy w oczach, tym razem nie z winy emocji, a gryzącego dymu, którego jeden przypadkowy wdech wystarczył, żeby niemal zgiąć ją w pół. Mało tego, gówno przy tym wszystkim widziała, w efekcie kompletnie tracąc orientację, a razem z nią — cały rozpęd i pewność, z którą działała dotychczas.
lucas ˚ˋঌ˖
Indie chyba wcale nie potrzebowała teraz rozmowy.
Chyba wcale nie czekała na słowa pocieszenia czy otuchy, w zasadzie nie mając wobec Lucasa żadnych większych oczekiwań, głównie dlatego, że sama będąc na jego miejscu... również nie wiedziałaby jak się zachować ani co powiedzieć żeby sobie pomóc. Pod tym względem akurat zawsze byli dobrani — żadne z nich nigdy nie przejawiało większego talentu do poważnych konwersacji, przykrych tematów i szeroko pojętych trudnych emocji, toteż raczej nieczęsto zdarzało im się o nich rozmawiać.
Nigdy, tak w zasadzie. Przynajmniej nie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, więc tym bardziej nie potrafiłaby winić Millera za skonfundowanie i nieporadność wobec jej obecnego stanu, który istotnie był mu przecież zupełnie obcy, bo fakt: Indie nie płakała. Też nigdy. Zawsze była twarda. Od małego, bo innego wyboru nie miała, po prostu.
Życie nigdy nie obchodziło się z nią delikatnie — była dzielna dlatego, że musiała być, skutecznie zahartowana przedwczesnymi doświadczeniami straty i tragedii, których nie powinien doświadczać nikt, a już zwłaszcza siedmioletnie dziecko. Okoliczności nie pozostawiły jej innego wyjścia, a chociaż finalnie ukształtowały Caldwell w wyjątkowo niezależną, odporną na przeciwności losu jednostkę, to przy okazji zostawiły trwałe ubytki w jej wrażliwości i otwartości, zwłaszcza tej emocjonalnej. Nie od dziś było wiadomo, że Indie nie miała zielonego pojęcia jak wyrażać własne uczucia, a przede wszystkim też jak robić to zdrowo, normalnie. Jej sposoby na radzenie sobie z czymkolwiek skomplikowanym — co by to nie było — ograniczały się do zwykłej defleksji: impulsywnych decyzji, dozowanych lekką ręką używek i wszelkich form zawziętej ucieczki przed tym, czego nie chciała lub nie potrafiła przed sobą przyznać.
Tylko przed tym jednym uciec jakoś nie umiała. A przecież próbowała, no kurwa, jeszcze jak... ileż czasu i pierdolonego wysiłku włożyła w usilne próby wymknięcia się własnym uczuciom, wszystko po nic, zupełnie. I to chyba właśnie dlatego nie czuła się na siłach wzbraniać się przed nimi dłużej. Nie widziała w tym sensu.
Już nie, więc wyrzuciwszy z siebie te trzy słowa, tym razem nie musiała walczyć z przemożną chęcią zarządzenia strategicznego odwrotu, wyjątkowo nie czując potrzeby obracać ich w żart. Tym razem nie miała już energii udawać, że niczego nie znaczyły.
Może nie powinna była. Pewnie nie, w końcu wyznanie tego formatu nieszczególnie szło w parze z ich dotychczasowymi próbami spokojnego, powolnego rozwijania tej relacji, ale... jakoś nie bardzo potrafiła przejmować się teraz tym, co wypadało, a co nie. Tylko czy kogokolwiek to dziwiło? Fakt, że Indie Caldwell robiła to, czego nie powinna?
No właśnie. Żadna tam kurwa nowina.
Ledwo zarejestrowała jakiekolwiek zamieszanie, całkiem zrozumiale zaabsorbowana Lucasem i padającymi wyznaniami, zbyt nimi zajęta i przede wszystkim przejęta, żeby realnie przyjąć do wiadomości... no, cokolwiek. Cokolwiek innego. Świat mógłby kończyć się pół metra od niej i pewnie nawet nie zwróciłaby na to większej uwagi, gdyby względnie sprawnego powrotu na ziemię nie wymusił na niej najpierw narastający hałas syren i walenia w drzwi.
Wykurwiście. To znaczy nie, wcale nie, zupełnie, ale Indie dokładnie tego potrzebowała, żeby w końcu wziąć się w garść i zrobić to szybko — kryzysu większego niż ten własny, wewnętrzny, takiego, który nie pozostawiał jej żadnego innego wyboru niż z miejsca odsunąć wszystkie emocje na dalekie tyły własnej podświadomości i zająć się nimi później, innym razem. Koniec, już nie miała czasu, ani płakać dalej, ani w ogóle o czymkolwiek myśleć. I bardzo kurwa dobrze.
...chuj, że dziś akurat może trochę potrzebowała, żeby Lucas jednak dokończył.
— Wstawaj — poleciła mu w tej samej chwili, w której z refleksem pierdolonego żołnierza jednostek specjalnych zerwała się z jego kolan i na równe nogi. W ogóle się nie zastanawiała, nawet przez sekundę — instynkt kazał mocno złapać Millera za nadgarstek i ruszyć z nim prosto w kierunku wyjścia, więc dokładnie tak zrobiła, ciągnąc go za sobą.
Słusznie, jak się okazało. Nie spodziewała się zastać klatki w kłębach gęstego, ciężkiego dymu, który boleśnie uderzył w gardło z sekundą, w której pospiesznym szarpnięciem otworzyła drzwi.
— Ochuj — tyle zdążyła wykrztusić zanim głuchy kaszel wyrwał z płuc powietrze i zmusił ją do zatrzymania się w pół kroku. Nie miało znaczenia, że w międzyczasie Indie w końcu przestała płakać, bo i tak znów miała łzy w oczach, tym razem nie z winy emocji, a gryzącego dymu, którego jeden przypadkowy wdech wystarczył, żeby niemal zgiąć ją w pół. Mało tego, gówno przy tym wszystkim widziała, w efekcie kompletnie tracąc orientację, a razem z nią — cały rozpęd i pewność, z którą działała dotychczas.
lucas ˚ˋঌ˖