The One Where I Nearly Killed My Ex
: śr sie 26, 2026 6:49 pm
— Może. Całkiem sporo zależy od ciebie w tej kwestii — parsknęła pod nosem, uśmiechając się przy tym dość niekontrolowanie. Rissy zawsze zaskakiwała czułość, jaką obdarzał ją Leo, ilekroć lądowali we dwoje w jednym łóżku; lub w jakimkolwiek innym miejscu, gdzie pohamowanie się niemal graniczyło z cudem. Nigdy nie oczekiwała od niego tego wszystkiego; słodkich słów, bliskości, obecności, gdy napięta atmosfera gdzieś znajdywała ostatecznie swe ujście. Przecież nie byli razem, nie musiał robić żadnej z tych rzeczy, a jednak nawet teraz, gdy spali ze sobą po tak długim czasie, nie brakowało tej… delikatności i cholernej wdzięczności. Wyczuwając pocałunek we włosach i mając świadomość, że mogła wtulić się w niego tak jak tylko chciała, czuła przyjemne, dawno zapomniane ciepło w okolicy serca. Było to jednocześnie komfortowe i stresujące; jakby to nieregularne bicie serducha, nie zwiastowało niczego dobrego — przynajmniej w jej przypadku. Jakby przypominało jej o tym, że nie powinna kochać i nawet być kochana, bo to zawsze kończyło się w ten sam sposób. Śmiercią, odejściem, pustką, zaczynaniem od zera. Nim jednak te uporczywe myśli zdołały zalać jej umysł, dziewczyna skupiła się na jego głosie i cichej rozmowie; bo to była jedna z tych rzeczy, do których regularnie wracała wspomnieniami w najtrudniejszych momentach życia. Do świadomości, że miała go kiedyś tylko dla siebie.
— Już wtedy? — powtórzyła jego słowa, zatrzymując swoje rozbawione spojrzenie na jasnych tęczówkach Leo. — Jesteś bardzo pewny siebie, Rosenhall — dodała żartobliwie i niemal kąśliwie, wywracając przy tym oczami. Paris nie poruszyła się nawet o milimetr, gdy dotknął jej zdradzieckiego naszyjnika; przez niego mógł czytać z niej jak z otwartej księgi. — A pewność siebie… — zaczęła, znów się nad nim nachylając, ale tylko po to, by złośliwie zatrzymać się tuż przed jego ustami. — Może cię kiedyś zgubić — dokończyła niewinnie. Chociaż prawda była taka, że nadal niezmiennie za nim szalała; od czasów bycia nastolatką, aż do teraz, gdy nie wiedziała, czy miłość będzie jej kiedykolwiek pisana. Nigdzie nie uciekam, masz moje słowo. Te słowa, powtórzone wielokrotnie w ciągu paru ostatnich godzin, wciąż podnosiły ją na duchu, choć nie wiedziała, jak miałaby teraz wyglądać ich relacja; byli już dorośli, mieli swoje życie ułożone w jakiś sposób i z pewnością różniło się to od czasów, gdy byli młodsi. Była tak samotna i rozbita przez ostatnie lata, że chyba mimo wszystko chciała zaryzykować, żeby zobaczyć, jak będzie wyglądała jej codzienność, gdy Rosenhall znowu na stałe w niej zawita.
Kingsley nie pamiętała, kiedy ostatni raz spała tak dobrze, a mimo to i tak obudziła się bardzo wcześnie. Była szczelnie owinięta kołdrą i praktycznie wtopiona w Leo, ale w tym momencie w ogóle jej to nie przeszkadzało; jego skóra była ciepła i miękka, a równomierny oddech i bicie serca, bardzo ją uspokoiły. Uniosła nieznacznie podbródek, żeby spojrzeć na jego twarz, pogrążoną w głębokim śnie. Mogłaby budzić się i podziwiać taki widok każdego dnia i nie potrzebowałaby nic więcej do pełni szczęścia. Rizz uniosła palce, by subtelnie, ledwie wyczuwalnie, pogładzić jego policzek. Co, jakby odezwała się do niego parę lat wcześniej? Nie powinna gdybać. Nie powinna też tego wszystkiego analizować, bo wraz z tym przychodziły... cholerne wątpliwości.
Paris cofnęła nagle palce z jego policzka, unosząc się na materacu — była nieco obolała i miała lekkiego kaca, ale to było niczym w porównaniu do tego bałaganu, który pojawił się w jej głowie, gdy na niego patrzyła. Musiała przewietrzyć się albo zapalić. Musiała zebrać myśli. Podniosła się z łóżka, dreptając do salonu i przez dłuższą chwilę zbierając swoje rzeczy rozrzucone po całym mieszkaniu. Chciało jej się śmiać na widok rozbitego wazonu, który pozbierała i wyrzuciła do śmieci; ułożyła wszystkie drobiazgi, które też zrzucili przy okazji. I najwidoczniej zajęło jej to zbyt wiele czasu, bo gdy już grzebała przy zamku, żeby wyjść z mieszkania chłopaka, niespodziewanie poczuła za nim swoją obecność. Ach, no cóż... Kingsley podniosła na niego rozbawione spojrzenie, zaraz opuszczając spojrzenie na malinki na jego szyi, które zrobiła mu zeszłej nocy. — Wyglądasz jak dalmatyńczyk — stwierdziła, zanim wyciągnął jej torebkę z rąk, przyciągając do pocałunku, przez który jej serce zabiło szybciej. Była słaba. Cholernie słaba. Wystarczyło tak niewiele, by prędko odwzajemniła pocałunek, czując jak miękną jej nogi. Weź się w garść, Kingsley. Rizz oparła dłoń na jego ramieniu, odsuwając się na parę milimetrów. — Wiesz, że kiedyś będę musiała stąd wyjść? — rzuciła złośliwie, zerkając na jego twarz. — Zamierzasz mnie tu więzić do końca życia, Rosenhall? — zaśmiała się, upuszczając swoje buty z powrotem na podłogę, bo podejrzewała, że z jej ucieczki już nici. — Za dwie godziny moje koleżanki mogą zgłosić zaginięcie. Będziesz pierwszym podejrzanym — rzuciła, splatając palce na jego karku. — Na pewno odwiedzę cię w więzieniu, jeśli będzie potrzeba, a nawet osobiście cię z niego wyciągnę, ale… Czy jestem tego warta? — parsknęła, wpatrując się w jego oczy z mieszaniną naprawdę skrajnych emocji. Mimo to, próbowała grać; jak zwykle niedostępną, spokojną i pewną siebie. — Głodna jestem. I chce mi się palić. Czy w ofercie bycia zakładniczką jest jakieś śniadanie? — zapytała, w końcu zabierając ręce z jego ciała, bo im dłużej trzymała je na nim, tym trudniej było jej się jakkolwiek zdystansować.
i'm scared to love you
— Już wtedy? — powtórzyła jego słowa, zatrzymując swoje rozbawione spojrzenie na jasnych tęczówkach Leo. — Jesteś bardzo pewny siebie, Rosenhall — dodała żartobliwie i niemal kąśliwie, wywracając przy tym oczami. Paris nie poruszyła się nawet o milimetr, gdy dotknął jej zdradzieckiego naszyjnika; przez niego mógł czytać z niej jak z otwartej księgi. — A pewność siebie… — zaczęła, znów się nad nim nachylając, ale tylko po to, by złośliwie zatrzymać się tuż przed jego ustami. — Może cię kiedyś zgubić — dokończyła niewinnie. Chociaż prawda była taka, że nadal niezmiennie za nim szalała; od czasów bycia nastolatką, aż do teraz, gdy nie wiedziała, czy miłość będzie jej kiedykolwiek pisana. Nigdzie nie uciekam, masz moje słowo. Te słowa, powtórzone wielokrotnie w ciągu paru ostatnich godzin, wciąż podnosiły ją na duchu, choć nie wiedziała, jak miałaby teraz wyglądać ich relacja; byli już dorośli, mieli swoje życie ułożone w jakiś sposób i z pewnością różniło się to od czasów, gdy byli młodsi. Była tak samotna i rozbita przez ostatnie lata, że chyba mimo wszystko chciała zaryzykować, żeby zobaczyć, jak będzie wyglądała jej codzienność, gdy Rosenhall znowu na stałe w niej zawita.
Kingsley nie pamiętała, kiedy ostatni raz spała tak dobrze, a mimo to i tak obudziła się bardzo wcześnie. Była szczelnie owinięta kołdrą i praktycznie wtopiona w Leo, ale w tym momencie w ogóle jej to nie przeszkadzało; jego skóra była ciepła i miękka, a równomierny oddech i bicie serca, bardzo ją uspokoiły. Uniosła nieznacznie podbródek, żeby spojrzeć na jego twarz, pogrążoną w głębokim śnie. Mogłaby budzić się i podziwiać taki widok każdego dnia i nie potrzebowałaby nic więcej do pełni szczęścia. Rizz uniosła palce, by subtelnie, ledwie wyczuwalnie, pogładzić jego policzek. Co, jakby odezwała się do niego parę lat wcześniej? Nie powinna gdybać. Nie powinna też tego wszystkiego analizować, bo wraz z tym przychodziły... cholerne wątpliwości.
Paris cofnęła nagle palce z jego policzka, unosząc się na materacu — była nieco obolała i miała lekkiego kaca, ale to było niczym w porównaniu do tego bałaganu, który pojawił się w jej głowie, gdy na niego patrzyła. Musiała przewietrzyć się albo zapalić. Musiała zebrać myśli. Podniosła się z łóżka, dreptając do salonu i przez dłuższą chwilę zbierając swoje rzeczy rozrzucone po całym mieszkaniu. Chciało jej się śmiać na widok rozbitego wazonu, który pozbierała i wyrzuciła do śmieci; ułożyła wszystkie drobiazgi, które też zrzucili przy okazji. I najwidoczniej zajęło jej to zbyt wiele czasu, bo gdy już grzebała przy zamku, żeby wyjść z mieszkania chłopaka, niespodziewanie poczuła za nim swoją obecność. Ach, no cóż... Kingsley podniosła na niego rozbawione spojrzenie, zaraz opuszczając spojrzenie na malinki na jego szyi, które zrobiła mu zeszłej nocy. — Wyglądasz jak dalmatyńczyk — stwierdziła, zanim wyciągnął jej torebkę z rąk, przyciągając do pocałunku, przez który jej serce zabiło szybciej. Była słaba. Cholernie słaba. Wystarczyło tak niewiele, by prędko odwzajemniła pocałunek, czując jak miękną jej nogi. Weź się w garść, Kingsley. Rizz oparła dłoń na jego ramieniu, odsuwając się na parę milimetrów. — Wiesz, że kiedyś będę musiała stąd wyjść? — rzuciła złośliwie, zerkając na jego twarz. — Zamierzasz mnie tu więzić do końca życia, Rosenhall? — zaśmiała się, upuszczając swoje buty z powrotem na podłogę, bo podejrzewała, że z jej ucieczki już nici. — Za dwie godziny moje koleżanki mogą zgłosić zaginięcie. Będziesz pierwszym podejrzanym — rzuciła, splatając palce na jego karku. — Na pewno odwiedzę cię w więzieniu, jeśli będzie potrzeba, a nawet osobiście cię z niego wyciągnę, ale… Czy jestem tego warta? — parsknęła, wpatrując się w jego oczy z mieszaniną naprawdę skrajnych emocji. Mimo to, próbowała grać; jak zwykle niedostępną, spokojną i pewną siebie. — Głodna jestem. I chce mi się palić. Czy w ofercie bycia zakładniczką jest jakieś śniadanie? — zapytała, w końcu zabierając ręce z jego ciała, bo im dłużej trzymała je na nim, tym trudniej było jej się jakkolwiek zdystansować.
i'm scared to love you