Strona 3 z 3

The One Where I Nearly Killed My Ex

: śr sie 26, 2026 6:49 pm
autor: Paris Kingsley
— Może. Całkiem sporo zależy od ciebie w tej kwestii — parsknęła pod nosem, uśmiechając się przy tym dość niekontrolowanie. Rissy zawsze zaskakiwała czułość, jaką obdarzał ją Leo, ilekroć lądowali we dwoje w jednym łóżku; lub w jakimkolwiek innym miejscu, gdzie pohamowanie się niemal graniczyło z cudem. Nigdy nie oczekiwała od niego tego wszystkiego; słodkich słów, bliskości, obecności, gdy napięta atmosfera gdzieś znajdywała ostatecznie swe ujście. Przecież nie byli razem, nie musiał robić żadnej z tych rzeczy, a jednak nawet teraz, gdy spali ze sobą po tak długim czasie, nie brakowało tej… delikatności i cholernej wdzięczności. Wyczuwając pocałunek we włosach i mając świadomość, że mogła wtulić się w niego tak jak tylko chciała, czuła przyjemne, dawno zapomniane ciepło w okolicy serca. Było to jednocześnie komfortowe i stresujące; jakby to nieregularne bicie serducha, nie zwiastowało niczego dobrego — przynajmniej w jej przypadku. Jakby przypominało jej o tym, że nie powinna kochać i nawet być kochana, bo to zawsze kończyło się w ten sam sposób. Śmiercią, odejściem, pustką, zaczynaniem od zera. Nim jednak te uporczywe myśli zdołały zalać jej umysł, dziewczyna skupiła się na jego głosie i cichej rozmowie; bo to była jedna z tych rzeczy, do których regularnie wracała wspomnieniami w najtrudniejszych momentach życia. Do świadomości, że miała go kiedyś tylko dla siebie.

— Już wtedy? — powtórzyła jego słowa, zatrzymując swoje rozbawione spojrzenie na jasnych tęczówkach Leo. — Jesteś bardzo pewny siebie, Rosenhall — dodała żartobliwie i niemal kąśliwie, wywracając przy tym oczami. Paris nie poruszyła się nawet o milimetr, gdy dotknął jej zdradzieckiego naszyjnika; przez niego mógł czytać z niej jak z otwartej księgi. — A pewność siebie… — zaczęła, znów się nad nim nachylając, ale tylko po to, by złośliwie zatrzymać się tuż przed jego ustami. — Może cię kiedyś zgubić — dokończyła niewinnie. Chociaż prawda była taka, że nadal niezmiennie za nim szalała; od czasów bycia nastolatką, aż do teraz, gdy nie wiedziała, czy miłość będzie jej kiedykolwiek pisana. Nigdzie nie uciekam, masz moje słowo. Te słowa, powtórzone wielokrotnie w ciągu paru ostatnich godzin, wciąż podnosiły ją na duchu, choć nie wiedziała, jak miałaby teraz wyglądać ich relacja; byli już dorośli, mieli swoje życie ułożone w jakiś sposób i z pewnością różniło się to od czasów, gdy byli młodsi. Była tak samotna i rozbita przez ostatnie lata, że chyba mimo wszystko chciała zaryzykować, żeby zobaczyć, jak będzie wyglądała jej codzienność, gdy Rosenhall znowu na stałe w niej zawita.

Kingsley nie pamiętała, kiedy ostatni raz spała tak dobrze, a mimo to i tak obudziła się bardzo wcześnie. Była szczelnie owinięta kołdrą i praktycznie wtopiona w Leo, ale w tym momencie w ogóle jej to nie przeszkadzało; jego skóra była ciepła i miękka, a równomierny oddech i bicie serca, bardzo ją uspokoiły. Uniosła nieznacznie podbródek, żeby spojrzeć na jego twarz, pogrążoną w głębokim śnie. Mogłaby budzić się i podziwiać taki widok każdego dnia i nie potrzebowałaby nic więcej do pełni szczęścia. Rizz uniosła palce, by subtelnie, ledwie wyczuwalnie, pogładzić jego policzek. Co, jakby odezwała się do niego parę lat wcześniej? Nie powinna gdybać. Nie powinna też tego wszystkiego analizować, bo wraz z tym przychodziły... cholerne wątpliwości.

Paris cofnęła nagle palce z jego policzka, unosząc się na materacu — była nieco obolała i miała lekkiego kaca, ale to było niczym w porównaniu do tego bałaganu, który pojawił się w jej głowie, gdy na niego patrzyła. Musiała przewietrzyć się albo zapalić. Musiała zebrać myśli. Podniosła się z łóżka, dreptając do salonu i przez dłuższą chwilę zbierając swoje rzeczy rozrzucone po całym mieszkaniu. Chciało jej się śmiać na widok rozbitego wazonu, który pozbierała i wyrzuciła do śmieci; ułożyła wszystkie drobiazgi, które też zrzucili przy okazji. I najwidoczniej zajęło jej to zbyt wiele czasu, bo gdy już grzebała przy zamku, żeby wyjść z mieszkania chłopaka, niespodziewanie poczuła za nim swoją obecność. Ach, no cóż... Kingsley podniosła na niego rozbawione spojrzenie, zaraz opuszczając spojrzenie na malinki na jego szyi, które zrobiła mu zeszłej nocy. — Wyglądasz jak dalmatyńczyk — stwierdziła, zanim wyciągnął jej torebkę z rąk, przyciągając do pocałunku, przez który jej serce zabiło szybciej. Była słaba. Cholernie słaba. Wystarczyło tak niewiele, by prędko odwzajemniła pocałunek, czując jak miękną jej nogi. Weź się w garść, Kingsley. Rizz oparła dłoń na jego ramieniu, odsuwając się na parę milimetrów. — Wiesz, że kiedyś będę musiała stąd wyjść? — rzuciła złośliwie, zerkając na jego twarz. — Zamierzasz mnie tu więzić do końca życia, Rosenhall? — zaśmiała się, upuszczając swoje buty z powrotem na podłogę, bo podejrzewała, że z jej ucieczki już nici. — Za dwie godziny moje koleżanki mogą zgłosić zaginięcie. Będziesz pierwszym podejrzanym — rzuciła, splatając palce na jego karku. — Na pewno odwiedzę cię w więzieniu, jeśli będzie potrzeba, a nawet osobiście cię z niego wyciągnę, ale… Czy jestem tego warta? — parsknęła, wpatrując się w jego oczy z mieszaniną naprawdę skrajnych emocji. Mimo to, próbowała grać; jak zwykle niedostępną, spokojną i pewną siebie. — Głodna jestem. I chce mi się palić. Czy w ofercie bycia zakładniczką jest jakieś śniadanie? — zapytała, w końcu zabierając ręce z jego ciała, bo im dłużej trzymała je na nim, tym trudniej było jej się jakkolwiek zdystansować.

i'm scared to love you

The One Where I Nearly Killed My Ex

: wt wrz 01, 2026 9:21 pm
autor: Leo Rosenhall
Hold me close and hold me fast
This magic spell you cast
This is la vie en rose


Był trochę rozczarowany, bo… mimo wszystko nad ranem obiecała mu, że nie ucieknie. Owszem, tliła się w nim pewna nadzieja, że tym razem mogła dotrzymać słowa, jednak rozsądek podpowiadał mu, że zbyt dobrze ją znał, żeby uwierzyć jej na słowo; wiedział, jak działał jej umysł. Znowu walczył z tym samym mechanizmem obronnym, przez który pierwszą intuicyjną reakcją Paris była ucieczka - przed emocjami, przed zmierzeniem się z nim na trzeźwo, a przede wszystkim… przed rozmową. Zawsze mieli z tym problem. Nigdy nie potrafili tak po prostu usiąść i porozmawiać o uczuciach, no i… Rosenhall bał się powtórki z rozrywki, że jeśli znowu wypuści ją z objęć, jeśli znowu pozwoli jej zniknąć, to po prostu straci swoją szansę. A tak na marginesie, gdy już przyłapał ją przy drzwiach, to spodziewał się dojrzeć na jej twarzy zawstydzenie albo strach, ale zamiast tego Kingsley uśmiechała się do niego z błyskiem w oku, jakby doskonale wiedziała, że jej plan ewakuacji miał nie wypalić, i że Leo miał powstrzymać ją przed wyjściem (zapisane w gwiazdach?). Cwana bestia z tej Paris Kingsley, która właśnie spojrzała na jego szyję i nazwała dalmatyńczykiem. Dalmatyńczykiem? O co jej chodziło? Podążył za jej wzrokiem i... parsknął krótkim śmiechem, gdy dostrzegł malinki i ślady po paznokciach na swojej skórze. Meow. - Trzeba było się tak nie znęcać zeszłej nocy, Kingsley - odpowiedział i puścił jej perskie oczko. Jezuu, i ten dotyk jej dłoni na jego ramieniu… jak balsam, słowo daję. A jeszcze milsza była świadomość, że odwzajemniała jego pocałunek całą sobą. Miał rację, leciała na niego.


A on na nią.


Gdy ją całował… Kurczę, cały świat znikał. Przez chwilę nawet zapomniał, że chciała mu zwiać. Zamierzasz mnie tu więzić do końca życia, Rosenhall? Oh, well… - Kusząca propozycja - wymruczał do niej, przy czym zmrużył oczy i zrobił taką minę, jakby bardzo intensywnie zastanawiał się nad wdrożeniem tego planu w życie. W tym samym czasie Paris upuściła swoje buty na podłogę - i bardzo dobrze! To był taki surrender, prawda? Jej kolejne słowa tylko utwierdziły go w tym przekonaniu; wysłuchał teorii o koleżankach i więzieniu, śmiejąc się przy tym prosto w jej skórę i zsuwając dłonie na jej talię, gdy splotła swoje palce na jego karku. Cho-le-ra. Mimo że jeszcze kilka minut temu chciała wymknąć się bez słowa… teraz już zmiękł i nie potrafił się na nią gniewać. Była na to zbyt urocza.


Czy jestem tego warta?


Gdybyś tylko wiedziała, Rissy… Heh. - Tak, cholera, jesteś tego warta, tylko nie uciekaj już więcej ode mnie, Rizz, bo zacznę mieć wątpliwości - wyszeptał jej prosto do ucha, po czym musnął przelotnie jej szyję, tuż pod uchem, zanim znowu spojrzał jej głęboko w oczy tylko po to, żeby… bez słowa zacząć prowadzić ją w stronę kuchni. Jego zakładniczka domagała się jedzenia, więc dostanie jedzenie. Po drodze zgarnął z krzesła dresowe spodnie, które szybko na siebie włożył, a gdy już znaleźli się w kuchni, brodą wskazał Paris wysoki hoker przy kuchennej wyspie - sam podszedł do ekspresu, żeby go włączyć. Po chwili oparł się dłońmi o kamienny blat i zmierzył Rissy poważnym wzrokiem, bo musieli podjąć poważne decyzje. - Oficjalny pakiet zakładnika obejmuje kawę, śniadanie i papierosa na balkonie - powiedział, po czym odwrócił się na pięcie i otworzył lodówkę. Zaczął przeglądać, co w ogóle mógł zaproponować swojej… znajomej? Koleżance? Przyjaciółce? Dobra, mniejsza o to, formalności later. - Omlet? Bekon? Szpinak? - zaczął wyliczać, po czym schylił się i otworzył szufladę z warzywami. - Pomidorki? - dodał, pokazując jej przez ramię przezroczyste opakowanie z pomidorkami, które właśnie wyciągnął. - Kawa z mlekiem, czy bez? Ja piję czarną - dodał od niechcenia, a gdy już wyjął wszystko co trzeba z lodówki, sięgnął po patelnię do wnętrza szafki i postawił ją na płycie.

See? Potrafili rozmawiać - o rzeczach bieżących, prozaicznych i codziennych; o kawie, omlecie i papierosach. Ale co z tym, co naprawdę się liczyło? Kurde. Czy powinien zaproponować Rissy kolejne spotkanie? Zaprosić ją na romantyczną randkę, tak jak robili to inni, normalni ludzie (pomińmy fakt, że oni do normalnych nie należeli)? Napisać do niej wiadomość, gdy tylko wyjdzie i dołączy do koleżanek? A może po prostu... powinien spytać, gdzie teraz mieszkała i czy mógłby ją odwiedzić albo odprowadzić? Kurwa, tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi. Chciał każdej z tych opcji naraz, ale coś go… blokowało. Włączył palnik i zerknął przelotnie na Rissy. Nie mógł uwierzyć, że siedziała teraz w jego kuchni, po tylu latach, jak gdyby nigdy nic… Wow.

When you kiss me heaven sighs
And though I close my eyes
I see la vie en rose


give your heart and soul to me

The One Where I Nearly Killed My Ex

: śr wrz 02, 2026 7:54 pm
autor: Paris Kingsley
But things just get so crazy living
Life gets hard to do
Sunday morning rain is falling and I'm calling out to you


Cała ta ucieczka, panika i roztrzepanie… To wszystko było spowodowane widokiem Leo, spokojnie śpiącego przy jej boku, jakby to miejsce przez całe życie było zarezerwowane tylko dla niego. Jej durne, naiwne serce nagle zapragnęło więcej. Więcej długich poranków i pobudek w jego ramionach, więcej jego ciepła i bliskości, która uspokajała jej wiecznie rozbiegane myśli. Więcej uśmiechu, który sięgał jego oczu, od których nie potrafiła oderwać spojrzenia. Więcej Leo Rosenhalla w tej jej złudnie prostej codzienności. Nie chciała znowu znikać z jego życia, pozostawiając go daleko za sobą, naprawdę! Dlaczego miałaby to robić, jeśli to przy nim odnalazła pewien balans i to w ciągu zaledwie jednej nocy? Rissy po prostu potrzebowała powietrza. Chwilowego dystansu, który przywróci jej zdrowy rozsądek. Nie sądziła jednak, że tak szybko jak znowu go zobaczy i poczuje jego dłonie na swoim ciele, tak szybko ta granica, którą próbowała między nimi postawić, znowu runie jak jakiś słaby domek z kart. Miała do niego okropną słabość od samego początku.
— Potrafię znacznie więcej, Rosenhall — przypomniała mu nad wyraz grzecznie, zaraz posyłając mu drobny, a jakże niewinny uśmiech. Cała ona; ucieleśnienie prawdziwego anioła. — Nawet mi się to podoba — stwierdziła, unosząc dłoń, by przesunąć kciukiem po jednej z bardziej wyrazistych malinek. — Nie ma za co — szepnęła, nachylając się w jego stronę z rozbawieniem.

Kusząca propozycja. Kingsley roześmiała się pod nosem, chociaż w głębi duszy miała ochotę krzyknąć: tak, nie pozwól mi nigdy więcej uciec! Mój Boże, może miała jakieś rozdwojenie jaźni? Spojrzała w jego oczy z błyskiem, znowu muskając palcami jego policzek, gdy zrobił tę śmieszną skupioną minę. Musiała przestać to robić. To niczego nie ułatwiało. Nie mogła być tak blisko niego, bo traciła swoją zdolność logicznej oceny sytuacji. Czy wcześniej też była tak łatwa w obsłudze? Cholera. Dopiero jego ostrzeżenie sprawiło, że westchnęła, kiwając lekko głową. Może naprawdę powinna skończyć z tym uciekaniem, jakby wciąż była nastolatką, nie potrafiącą zmierzyć się z własnymi uczuciami? Rizz dała mu się poprowadzić w stronę kuchni — miała wrażenie, jakby to wszystko nadal było tylko częścią snu. No, bo jakie było prawdopodobieństwo, że po tylu latach, niespodziewanie wpadną na siebie jednego wieczoru? I że wszystko przybierze tak naturalny obrót, że… Paris znowu zgłupieje.

— Luksusowo. Mogłabym częściej być twoją zakładniczką — zażartowała. Ups. To zabrzmiało, jakby chciała regularnie spędzać u niego noce, chociaż czy to byłoby kłamstwem? Nie cofnęła swoich słów, a zamiast tego wbiła spojrzenie w jego sylwetkę. — Aktualnie zjem wszystko. Konam z głodu — przyznała. Jedyne, co czuła na żołądku to wczorajsze drinki. Nic przyjemnego. — Poza szpinakiem. Obrzydlistwo — stwierdziła, wzdrygając się na samą myśl o tym zielonym paskudztwie. Przez chwilę po prostu go obserwowała, opierając podbródek na dłoni; dostrzegała te jego spojrzenia, rzucane w jej stronę i sama nie była lepsza. Nie mogła oderwać od niego wzroku.

Przyznaj, że też masz taki mętlik w głowie, co ja.

Paris podniosła się z miejsca, omijając wyspę kuchenną, żeby na coś się choć trochę przydać. Wzięła dwa kubki, które były na wierzchu, żeby zrobić im kawę. — Muszę cię zawieść, Leo, ale od czasów liceum nic się nie zmieniło i nadal kompletnie nie potrafię gotować — powiedziała, skupiając się na przygotowaniu napojów. W tym samym czasie, zerknęła mu przez ramię, jak zaczyna przygotowywać ich wspólne śniadanie; kiedy ona ostatni raz jadła normalny, zdrowy posiłek? Crazy. Podała mu kawę, a sama wsunęła się na blat, tuż obok niego, obejmując dłońmi swój kubek. To niesamowite, że po takim czasie nadal czuli się w swoim towarzystwie tak komfortowo i normalnie, jakby notorycznie spędzali tak poranki. Rissy zamilkła na dłużej, upijając łyk czarnej kawy i ostentacyjnie się przy tym skrzywiła, sięgając po cukier, żeby wsypać jego niezdrowe ilości do środka. Do tego jeszcze nie dorosła.

Siedząc na blacie, mogła swobodnie obserwować jego twarz i poczynania; a poza tym była bliżej, a na swój sposób, nie chciała odstępować go teraz nawet na krok. Miała tak wiele pytań. Chciała nadrobić te wszystkie lata w jeden dzień i poznać się na nowo, a to przecież nie było możliwe. — Pytaj, Rosenhall — powiedziała nagle, stukając paznokciami w powierzchnię kubka. — Może nie widzieliśmy się długo, ale znam to spojrzenie — parsknęła. Może jednak warto ustalić pewne rzeczy przed odejściem? Chociaż na samą myśl o tym serce podchodziło jej do gardła.

No taką adrenalinę też lubiła, co nie.

That may be all I need
In darkness, he is all I see
Come and rest your bones with me


my sweet adrenaline

The One Where I Nearly Killed My Ex

: sob wrz 05, 2026 10:30 pm
autor: Leo Rosenhall
Do I really have to teach you?
All the reasons that I should be yours, and you be mine


Zasypiał z myślą, że już nigdy więcej nie chciałby wypuszczać jej z objęć. Potrzebował jej bardziej niż byłby w stanie przyznać - dopiero teraz, gdy znowu poczuł jej ciepło, zrozumiał, jak bardzo mu jej brakowało. Chciał, żeby to w jego ramionach szukała ukojenia; żeby to jemu zwierzała się ze wszystkich trosk; żeby to o nim myślała tuż przed zaśnieciem i po przebudzeniu... Cholera. Zmrużył leniwie oczy, kiedy jej delikatna dłoń przejechała po jego szyi. Tak wiele oddałby, żeby robiła to każdego dnia. - Wiem, Kingsley. Pamiętam aż za dobrze, co potrafisz - wymruczał, uśmiechając się na samo wspomnienie jej wybryków sprzed lat. Kurczę, ciekawe, czy ona czuła to samo? Czy w jej głowie też szalał taki gwałtowny, emocjonalny sztorm? On… on czuł się tak, jakby znów zakochał się w tej samej kobiecie po raz tysięczny, tyle że tym razem nie byli już niedojrzałymi, młodymi dzieciakami uciekającymi przed światem. Dorośli, prawda? Po tych wszystkich latach i lekcjach od życia w końcu powinni wiedzieć, jak zacząć traktować siebie nawzajem z szacunkiem i troską... Prawda?

Luksusowo. Mogłabym częściej być twoją zakładniczką. W oczach Leo rozbłysły te same iskry co wczorajszego dnia, gdy zaczęli flirtować przed jego pensjonatem, no i… od razu przyszło mu do głowy, że miał duże łóżko i bez problemu by się pomieścili. Na noc, na dwie, na całe życie… Do wyboru, do koloru. I nawet jeśli ta myśl brzmiała zbyt śmiało jak na pierwszy poranek po latach, miał to gdzieś. Naprawdę chciał mieć ją na nowo w swoim życiu. Nie ściemniał, serio, i nie zamierzał jej okłamywać. - Mogłabyś - przytaknął jej z taką pewnością siebie, której nie powstydziłby się Juliusz Cezar. Zaraz puścił jej perskie oczko i zaczął rozbijać jajka do miseczki akurat w chwili, gdy Rissy przyznała, że szpinak był obrzydliwy. No wiecie co? - Zapamiętam - parsknął pod nosem. Naprawdę zamierzał zapamiętać, bo w jego głowie już kiełkowała kolejna myśl, że od teraz chciałby gotować dla niej znacznie częściej. No i podczas gdy Rosenhall rozgrzewał patelnię, Rissy podniosła się z miejsca, żeby zrobić im kawę.


Muszę cię zawieść, Leo, ale od czasów liceum nic się nie zmieniło i nadal kompletnie nie potrafię gotować.


Parsknął pod nosem i nalał pierwszą porcję omleta na patelnię. - A czy ja cię prosiłem o gotowanie, Rizz? - spytał, zerkając na nią z ukosa. Gdy przechodziła obok niego, aby wyjąć kubki z szafki, wygiął się i złożył szybki, słodki pocałunek na jej policzku. To przyszło mu tak naturalnie, że sam również był odrobinę zaskoczony. - Od gotowania masz mnie. Ty masz po prostu ładnie wyglądać, jeść i nie marudzić - dodał, uśmiechając się do niej. Kurna, dlaczego to wszystko przychodziło mu z taką łatwością? Przecież… nie widzieli się tyle lat? Powinni stać naprzeciwko siebie, ostrożni… a tymczasem wchodzili w zwykły, domowy rytm, jakby po prostu nadrabiali zaległy weekend. Wow. Leo przewrócił omlet na drugą stronę i dostrzegł kątem oka, jak Paris wsypywała do swojej kawy kolejną łyżeczkę cukru. Ile to tych łyżeczek? Dwie, trzy? Cztery? - Nie za dużo tego cukru, słonko? - spytał mimochodem, kręcąc głową. On nigdy by nie wypił takiego ulepku, nie słodził kawy i herbaty od… wielu lat. - Zaraz będzie gotowe - dodał po chwili, po czym nałożył pierwszy gotowy omlet na talerz i dorzucił do niego pomidorki.

No i podczas gdy nakładał drugą porcję na patelnię, czuł na sobie spojrzenie Kingsley. Praktycznie wierciła mu dziurę w brzuchu samym spojrzeniem, cholera. Zerknął na nią i od razu zetknął się z jej bystrym spojrzeniem. Pytaj, Rosenhall. Może nie widzieliśmy się długo, ale znam to spojrzenie. - Aż tak widać, hm? - spytał z wysoko uniesioną brwią. Cho-le-ra. Czy to w ogóle było możliwe, że znów czytała z niego jak z otwartej księgi? Pokręcił głową z uśmiechem, po czym przerzucił drugi omlet na talerz i go również ozdobił pomidorkami. Przeniósł dwa talerze na wyspę kuchenną, po czym sięgnął po kubek ze swoją kawą; upił powolny łyk, ale zaraz odstawił kawę z powrotem na blat. Podszedł bliżej Rissy, żeby położyć jedną dłoń na blacie, na którym wciąż siedziała, tuż obok jej uda. - Okej, postawię sprawę jasno - zaczął, poważniejąc. Nie zamierzał jej okłamywać, tak? Już to ustaliliśmy. Oparł drugą dłoń tuż obok drugiego uda dziewczyny w taki sposób, że jej ciało znajdowało się teraz pomiędzy jego ramionami. Była tak blisko, że czuł zapach i ciepło jej ciała, a to wszystko sprawiało, że serce znów zaczynało walić mu jak młotem, ale nie zamierzał się wycofać. Nie bez powodu nazywał się Rosenhall, jasne? Ostrożnie wyciągnął dłoń, przejął z jej rąk kubek z kawą i postawił tuż obok swojego; a chwilę później splótł palce swojej dłoni z tymi jej, a drugą dłonią ujął jej podbródek, unosząc jej twarz lekko do góry. - Nie chcę powtórki z przeszłości, Rissy. Chcę ciebie. Na stałe - wymruczał w końcu, patrząc w jej piękne i zapewne spłoszone oczy. Tak bardzo zaangażował się w to wyznanie, że zupełnie zignorował fakt, że ich śniadanie stygło. Przesunął kciukiem po jej dolnej wardze. - Chcę wiedzieć, czy dasz nam szansę i pozwolisz mi… starać się o ciebie. Tak jak powinienem był to zrobić lata temu - powiedział ciszej, przez chwilę przyglądając się jej wargom, ale już po chwili wrócił spojrzeniem do jej bystrych oczu.

Miał nadzieję, że się nie wystraszy, ale postanowił postawić wszystko na jedną kartę. I tak stracili już dużo czasu.

Baby, please be mine
Please be mine
Please be mine
Baby, please be mine


don't you already know now?

The One Where I Nearly Killed My Ex

: ndz wrz 06, 2026 12:34 pm
autor: Paris Kingsley
We're facin', the things we turn away from
We're chasin' the way we were in Saigon
Oh, let's pick apart until there's nothin' left of us to carry on


Paris nie żałowała ostatniej nocy nawet przez sekundę. Trafiając prosto w jego ramiona, odnajdując przy tym spokój i komfort, który był jej obcy przez ostatnie lata spotykania się z innymi mężczyznami, Kingsley nie potrafiła uznać tego za pomyłkę. Leo Rosenhall nie był przypadkową osobą, której wskoczyła do łóżka z nudy, przez chęć zaspokojenia własnych, nieco egoistycznych potrzeb albo dla tej słodkiej adrenaliny, od której była tak uzależniona. W ciągu jednego wieczoru jej życie wywróciło się do góry nogami, wciągając w tę jej dziwną codzienność człowieka, za którym tęskniła w tych najgorszych i najtrudniejszych chwilach. Wydawał jej się odpowiedzią na każdą jej manifestację, gdy zamknięta w czterech ścianach swojego mieszkania, modliła się o szybką śmierć albo o cholerne zbawienie. Cokolwiek, co ściągnęłoby z jej ramion ten ciężar, z którym borykała się już od ukończenia liceum. A więc nie uznawała tej bliskości i nocy, przespanej przy jego boku za coś złego, nawet jeśli skutecznie zamieszało to w jej głowie, zmuszając do pewnych przemyśleń, od których próbowała uciec. Spoglądając w jego jasne tęczówki, Paris czuła ciepło, rozlewające się po jej sercu, bo nadal patrzył na nią dokładnie tak jak kiedyś. Była w nim beznadziejnie zakochana — oddałaby mu wszystko, co miała, byle tylko zgodnie ze swoją obietnicą, już nigdy więcej jej nie opuścił. Tylko, że strach i jej paranoja, blokowała jej zdrowy rozsądek, znowu zatruwając jej umysł tymi samym myślami.

Zostawi cię. Zerwie z tobą. Znudzisz mu się. Wybierze kogoś innego.
Umrze tak jak twoi rodzice. Przypomni ci, że nie jesteś zbyt wiele warta.
Każdy, kto kochał cię chociaż przez chwilę, uciekał lub ginął. Przynosisz pecha, Kingsley.


Serce podeszło jej do gardła, a wzrok na chwilę uciekł gdzieś w bok. Mogłabyś. Też tego chciał. Chciał, żeby częściej pojawiała się w jego mieszkaniu, może nawet zostając na nieco dłużej. Cholera. To byłoby przecież takie proste, wystarczyło parę krótkich wyznań, które tylko przypieczętowałyby to, o czym oboje teraz przecież marzyli. Och, Paris wyobraziła sobie swoją codzienność, jeśli Leo rzeczywiście mógłby być tylko jej. Mogłaby robić mu kawę każdego poranka, wyciągając go na balkon — ona paliłaby swoje ulubione papierosy, wyciągając na niego swoje długie nogi, a on piłby tę swoją okropną breję i opowiadałby jej, jak minął mu dzień. A wieczorami zabierałaby go na wyścigi albo jeździliby na wycieczki za miasto, nie planując nic konkretnego. I nie musiałaby już więcej czuć tej pustki w swoim sercu albo strachu, że umrze sama i nikt nawet nie będzie o tym wiedział. To proste. Miała go na wyciągnięcie ręki, a mimo to nie potrafiła wydusić z siebie nawet słowa. Ta odważna, bezczelna Paris Kingsley wydawała się ginąć pod natłokiem swoich uczuć.

— Nie prosiłeś, ale tylko ostrzegam, gdybyś nagle stwierdził, że potrzebujesz pomocy — zaśmiała się pod nosem. Mogłaby bardziej zaszkodzić ich jedzeniu niż zrobić coś pożytecznego. Kawa nie była jednak zbyt trudnym zadaniem, dlatego też postanowiła, że chociaż do tego się jakoś przyda. Nie sądziła jednak, że w trakcie tego, dostanie buziaka w policzek, przez co na jej twarz znowu wpłynie ten delikatny rumieniec; no na miłość boską, Paris, nie masz już szesnastu lat. — Nie marudzić? Za dużo ode mnie wymagasz — rzuciła kąśliwie, próbując w ten sposób zamaskować swoje nagłe zawstydzenie. Boże, czy mogła być jeszcze bardziej rozpieszczona? A chłopcy, z którymi się wcześniej spotykała, atakowali ją słowami, że za wysoko ustawia poprzeczkę i za kogo w ogóle się uważa. A to wszystko wina Leo. — Muszę zabić smak czarnej kawy — parsknęła, mieszając swoją kawę łyżeczką. — Próbowałam zgrywać dorosłą, ale to smakuje naprawdę okropnie. Jak możesz to pić? — rzuciła z rozbawieniem, dochodząc do wniosku, że dało ją się w końcu jakoś spożyć. Chyba zostanie przy tonic espresso. — Poza tym więcej cukru to więcej energii — zażartowała, choć tego nigdy jej akurat nie brakowało. Paris po raz kolejny zerknęła na omleta; czy jest coś czego ten chłopak nie potrafił zrobić?

Musiała zapytać. Nie mogłaby wyjść po śniadaniu i nie wiedzieć, kiedy znów się zobaczą. Trochę bała się, że jak teraz odejdzie, to historia zatoczy koło i zobaczy go może za kolejne parę lat. Wolała więc zaryzykować, usłyszeć rzeczy, przez które najpewniej spanikuje, ale jednocześnie zrobić wszystko, żeby zatrzymać go przy sobie na dłużej. — Po prostu jestem spostrzegawcza — mruknęła niewinnie na swoją obronę. Kingsley obserwowała go z uwagą, ostatecznie wstrzymując oddech, gdy stanął tuż przed nią. Uniosła spojrzenie na jego twarz, nagle czując się... mała.

Okej, postawię sprawę jasno.

Jej serce zaczęło bić naprawdę szybko. Gdy Leo zabrał jej kawę, sama nie wiedziała, gdzie powinna podziać swoje ręce; trochę panikowała. Odrobinkę. Czuła ciepło, bijące od jego ciała i spojrzenie na swojej twarzy. Zebrała się na odwagę, by spojrzeć prosto w jego oczy. You got this, Kingsley. Dość nieświadomie łagodnie zacisnęła palce na tych jego, jakby próbowała trzymać się rzeczywistości. Chcę ciebie. Roztapiała się pod jego dotykiem. Jego głos wyrył się w jej umyśle. Ile to razy chciała to usłyszeć? Ile razy, spoglądając na niego, myślała o tym, żeby należeli tylko do siebie? Przełknęła nieco nerwowo ślinę, robiąc wszystko, co tylko mogła, by nie pozwolić swojej paranoi na przejęcie nad nią kontroli.

— Leo... — wydusiła w końcu. Uspokój się, Rizz. — Tak wiele rzeczy zmieniło się od ostatniego razu, kiedy się widzieliśmy. Nie wiem, czy wciąż jestem osobą, o której myślisz — powiedziała spokojnie, dbając o to, by nie drżał jej głos. — Uważam, że powinniśmy poznać się na nowo — stwierdziła w końcu, dochodząc do wniosku, że to było najlepsze rozwiązanie. — I za jakiś czas, zdecydujesz czy nadal jestem kimś, kogo chcesz mieć na stałe — szepnęła. Przerażała ją ta myśl, ale nie chciała mówić mu o swoich obawach i lękach, których nabyła się po jego odejściu i stracie bliskich. Uniosła obie dłonie do jego twarzy, by ująć jego policzki i spojrzeć w jego oczy z całą odwagą, na którą udało jej się teraz zebrać. — Zostaję w Toronto. Nie uciekam. Masz mój numer, dam ci mój adres, jeśli to cię uspokoi — zażartowała, gładząc palcami jego skórę. — Ale zobacz najpierw, czy to kim jestem teraz, na pewno jest tym, czego potrzebujesz — powiedziała, po krótkiej chwili niepewności. — Mam wiele wad, o których jeszcze nie masz zupełnej świadomości — dodała nieco żartobliwie.

Dlaczego bała się przyznać na głos, że też go potrzebowała? Naprawdę wierzyła, że po wypowiedzeniu tych słów, Rosenhall rozpłynie się w powietrzu? Dlaczego to nie mogło być prostsze? Dlaczego tak bardzo się tego bała? Cholera, dlaczego nie mogła być normalna?

Oh, you never know inside those moments
How good it was, and how you wasted
All this time alone
Hold on, can we hold?


am i the one?