Strona 3 z 3
I have nowhere left to crawl inside
: czw lip 30, 2026 11:16 am
autor: Violet Haze
Propozycja, którą jej chciał złożyć została przez nią odrzucona, jeszcze zanim zdołał ją w całości przedstawić, bo nietrudno było zrozumieć, już po pierwszych słowach, do czego będzie zmierzała – oczywiście chciał udostępnić jej przestrzeń, która miała być jej własną. Tylko w teorii, bo wszystko tak naprawdę było jego. Ci ludzie byli jego, adres był jego, ochrona była jego.
To miejsce nie pasowało jej, bo nie było dla niej bezpieczne. Nie było jej. Paradoksalnie, nawet teraz, kiedy powiadomił ją, że będą jej szukać – choć wciąż nie wiedziała dlaczego – myśl o własnym, znacznie mniejszym niż ten penthouse, mieszkaniu, kojarzyła się z, być może ułudnie, poczuciem bezpieczeństwa.
Odpowiedź wymalowała się wręcz w jej spiętej postawie, uciekającym spojrzeniu – nie chciała tu zostawać.
Alternatywy się nie spodziewała. Nie spodziewała się, że zostawi jej inną propozycję, bo była zdania, że odrzucenie tego, co już jej zaproponował – sypialni z łazienką w cudownym apartamencie – było, prawdopodobnie, wystarczająco niewdzięczne.
Zatrzymała się na tej drugiej ofercie – wcale jej nie chcąc rozważać, tylko potykając się o to, jak absurdalnie brzmiała w tym momencie. Jak absurdalne było to, że podniósł się z miejsca. Rozchyliła usta do protestu, którego nigdy tak naprawdę nie zdołałaby wypowiedzieć na głos, a z którym ubiegł ją lekarz. Lekarz, który dosadnie przedstawił fakty. Realia, które wszyscy znali, ale Monroe zamiast potraktować je jako realne zagrożenie dla siebie, zachowywał się jakby to była tylko pewna niedogodność.
Obserwowała go czujnie, gdy się do niej zbliżał – domyślając się i widząc ile to musiało go kosztować. Obracając w świadomości informacją, że każdy jego krok w jej stronę tylko wszystko pogarszał w jego stanie. Odnotowywała każde spięcie jego mięśni, i każdy jego oddech, który urwał się odrobinę za szybko, niż pewnie sam chciałby pokazać. A to wszystko stawało się potwierdzeniem argumentu, którego użył lekarz, ale w tej formie docierał on do niej znacznie skuteczniej.
Więc to nie był w y b ó r.
To była kontrola w ładnym przebraniu poświęcenia, którego jeszcze nie potrafiła w całości wytłumaczyć ani pojąć. Nie kontrola w rozumieniu tego, że cynicznie nią manipulował, a bardziej przez fakt, że ta jego próba uszanowania jej autonomii sprowadzała się do gestu, który tak emocjonalnie ją wiązał. Dopiero co zabiła człowieka, pchnięta przez niezrozumiałą dla niej potrzebę ochrony tego samego mężczyzny, który teraz dawał jej i l u z j ę wyboru. Obarczył ją odpowiedzialnością za jego życie.
— Będzie tak, jak pan już postanowił — odpowiedziała; ani chłodno, ani ze złością – po prostu wypruta z jakiejkolwiek emocji, a jednocześnie wdzięczna, że w odróżnieniu od jej dłoni, jej głos nie był rozedrgany. — Pan Kim — którego nazwisko podchwyciła z wcześniejszej wymiany uprzejmości — może pracować.
Cofnęła się o kolejny krok, w cichym manifeście – nie zamierzała sprawiać już problemów, ani być podstawą do jakiejkolwiek innej decyzji, która byłaby absolutnie nielogiczna z perspektywy medycyny, ani tym bardziej z punktu moralności.
Cofnęła się, p o m i m o jego gestu, świadomie ignorując przedmiot w jego dłoni. Trzeźwość jej rozumu wracała, choć gubiła się w elementach układanki, które dotyczyły Monroe. Gubiła się między prawdą, plotką i poleceniem. Gubiła się na poziomie emocji.
Wycofała się w głąb pokoju, żeby nie pozostawić mu miejsca na dalsze negocjacje i jednocześnie spokojnie, by nie wyglądało to jak próba ucieczki, tylko pokorne przyjęcie tego, co najwyraźniej i tak zostało już rozstrzygnięte. Zostawiła wolną przestrzeń, by lekarz faktycznie mógł zacząć pracować i nie być świadkiem nielogicznej, z punktu medycyny, dyskusji, która jego pacjentowi zdecydowanie bardziej szkodziła niż jakkolwiek pomagała. Dopiero przy przeszklonych drzwiach prowadzących na taras zatrzymała się na moment, zanim zniknęła za nimi bez słowa, bo przynajmniej tam miała wrażenie, że nie wszystko było zamknięte, a jej pozostała jakakolwiek kontrola w tej sytuacji
your mercy still has walls
I have nowhere left to crawl inside
: czw lip 30, 2026 11:47 am
autor: Vincent Monroe
Frustracja przetoczyła się przez jego umysł jak fala, zabierając za sobą wszystko inne. Znów znalazł się w punkcie, w którym nie istniało dobre rozwiązanie - a wszystko to, co wydawało mu się proste i logiczne, jednocześnie kompletnie nie trafiało do tkwiącej naprzeciw niego kobiety.
Obserwował ją gdy wycofywała się w róg pomieszczenia, jakby na przekór słowom wypowiedzianym do lekarza jednak zamierzała stąd uciec. Nie wiedział, co mógłby zrobić wtedy. Myśl o zatrzymaniu jej tutaj siłą wywoływała w nim konflikt, którego źródła nie chciał rozpatrywać.
Co innego mu pozostało?
Wypuścić ją wolno, do swojego mieszkania, gdzie ludzie Simmonsa z pewnością już na nią czekali? Pozwolić, by jedna, rozwydrzona blondynka porwała Haze i wyrządziła jej prawdziwą krzywdę? Tym była przecież wolność, czy nie?
Jak mogła nie rozumieć, że ceną za tę wolność dziś mogło być coś znacznie gorszego od posoki obcych jej ludzi, pokrywających jej dłonie?
Tkwił w miejscu, obracając wszystkie inne możliwości w swojej głowie - znów, zastanawiając się nad tym, co mógłby zrobić inaczej, w jaki sposób mógłby ją z a d o w o l i ć, podczas gdy ona skierowała się na przeszklony taras. Jego głowa obróciła się za nią, podążyła do wyjścia na zewnątrz i dopiero gdy przy tym napotkała pełne zniecierpliwienia spojrzenie Kima, wreszcie ruszył się z miejsca.
I nawet gdy ból szarpnął za jego mięśnie i duszę, gdy marynarka wreszcie wylądowała gdzieś obok i koszula rozsunęła się w lepszym udostępnieniu gorszej rany, jego myśli wciąż krążyły wokół Violet Haze.
Nawet gdy ostrożne wyciągnięcie ostrza z jego boku wyrwało powietrze z jego płuc, a świat na ułamek sekundy pociemniał, w c i ą ż zastanawiał się nad tym, w jaki sposób mógłby tę sytuację naprawić.
A wtedy, gdy jego umysł skręcał w kierunku powodów dlaczego w ogóle c h c i a ł to robić, skupiał się na każdym ruchu igły, na pieczeniu dezynfekcji i nieskończonym cierpieniu oczyszczania rany, która, jak na jego gusta, już była wystarczająco czysta.
Minuty zlały się w jeden, niekończący się odcinek czasu, w którym słońce przesunęło się lekko po nieboskłonie - wystarczająco, by namalować dywan obok niego cieniem sylwetki stojącej na tarasie kobiety. Wpatrywał się w niego z uporem, nawet wtedy, gdy Kim zaczął porządkować swoje rzeczy. Powiódł za nim spojrzeniem i podziękował mu krótko gdy mężczyzna opuszczał pomieszczenie, samemu tkwiąc jeszcze przez chwilę w miejscu.
Ból w miejscach, które teraz przykrył blady opatrunek zdradzał zakorzenioną pod spodem słabość. Pragnął zrobić to, czemu ona odmówiła - doprowadzić się do porządku, wziąć prysznic, założyć na siebie świeże ubrania, naiwnie wierząc, że to w y s t a r c z y.
Zamiast tego pozwolił, by powiew świeżego powietrza uderzył w jego twarz gdy stanął w drzwiach tarasu, przyglądając się jej sylwetce. Zmęczone westchnienie wydobyło się z jego ust - zdawał sobie sprawę z tego, że ostatnie wydarzenia ją straumatyzowały, wiedział, że powinno się w tej sytuacji c o ś powiedzieć, ale nigdy nie potrafił tego zrobić.
Nikt nigdy nie powiedział też czegoś pomocnego jemu, z czego mógłby teraz skorzystać.
- To moja wina - przyznał wreszcie, krótko - nie przez to, że kiedykolwiek wcześniej to był sekret ale przez to, że wcześniej nie było ku temu okazji. - Ludzie, którzy cię zaatakowali są wynajęci przez blondynkę z zeszłego tygodnia. Jessicę Simmons.
Uniósł zdrową rękę w górę, z frustracją odgarniając kosmyki włosów, sklejone wyschniętym szkarłatem. Jego brew była już zszyta, oczyszczona i zaklejona, za to wszystko wokół nadal było chaosem pozostałości po walce.
- Nie doceniłem jej potrzeby wyładowania swojej frustracji na kimś, na kim myślała, że może to zrobić. - złość zamigotała gdzieś w jego spojrzeniu - wyczuł ją, odwracając wzrok, nie chcąc, by ją widziała. - Zaszyła się gdzieś w mieście. Kiedy ją znajdę, naprawię to - dodał, krótko, opierając się ramieniem po zdrowej stronie swojego ciała o drzwi. - I zostawię cię w spokoju.
the walls are meant to protect
I have nowhere left to crawl inside
: czw lip 30, 2026 4:32 pm
autor: Violet Haze
Nie odwróciła na niego wzroku odkąd otworzył drzwi tarasowe – i to było paradoksem. Zawsze chciała mieć na oku sylwetkę, która się zbliżała, by móc zareagować. Zawsze, przewrotnie, przestało obowiązywać.
Oddał jej jednak to, czego tak bardzo potrzebowała, a co wydawało się nie aż tak istotne – informacje, dzięki którym mogła złapać grunt. Część wyjaśnień, które pomogły jej osadzić się w całej tej przykrej fabule i zrozumieć, czemu w ogóle była częścią tej historii.
Jeśli wierzyć temu, co mówił – dostała rykoszetem. Za pomoc, o którą n i e poprosiła. Za pomoc, której n i e chciała, bo od bardzo dawna nauczyła się walczyć sama o siebie na swój, wyuczony sposób. Po prostu pozwalając i nie eskalując niepotrzebnie.
Powietrze w jej płucach zatrzymało w nich się na dłużej, niż powinno, kiedy Monroe domknął swoją listę postanowień. Naprawi to. I zostawi ją w spokoju.
Dlaczego jego słowa zabolały ją bardziej, niż powinny? Dlaczego w ogóle ją zabolała deklaracja pozostawienia jej w spokoju? Czy nie tego chciała? Odzyskać równowagę, kontrolę nad tym, co się działo wokół niej. Kontrolę nad własną autonomią, którą ostatnie godziny tak mocno zachwiały?
Dlaczego więc spięła się minimalnie, niemal niewidoczne, na wydźwięk obietnicy, która miała rozwiązać problem.
Bo wiedziała, że ów problem nie tyczył się jego jako osoby? Jego obecności? Tego niewytłumaczalnego i teraz absurdalnie trafnego określenia, że był bezpieczeństwem wśród niebezpieczeństwa?
Chwyciła się problematyki zawistnej dziewczyny, z którą konflikt, którego nawet nie chciała eskalować, miał wynieść się na znacznie wyższy – śmiało można powiedzieć: zagrażający życiu – poziom. Kwestia, która również miała należeć do Vincenta, bo zareagował. Podobnie jak zareagował w przypadku radnego Bennetta.
Dopiero teraz coś kliknęło z tyłu jej umysłu, jak gdyby element układanki trafił na swoje miejsce. Liścik, który znalazła przy kwiatach, podpisany inicjałami, których początkowo nie skojarzyła, znalazł swojego nadawcę. Anthony Bennett.
Nie była jednak skłonna uwierzyć, że pomysł zadośćuczynienia narodził się w niepokornym sercu polityka.
— Naprawisz to — powtórzyła, świadomie ignorując to, co padło chwilę po tym oświadczeniu. Wcale nie dlatego, że było to nieistotne – zbyt trudne do skonfrontowania od razu. A ta trudność zbyt niezrozumiała na ten moment. — Jak?
Czy powinna pytać? Czy tak naprawdę chciała wiedzieć, jak wygląda naprawianie czegoś, co było już zbrukane niewyobrażalną dla niej ilością krwi, w jego świecie? Czy chciała wiedzieć w jaki sposób on takie rzeczy naprawiał? Po tym wszystkim, co widziała tego dnia, po tym jak pokazał jej, z jaką lekkością przychodzi mu odebranie życia komuś innemu, że jego ręce nie drżały i oddech nie spłycił się ze strachu; po tym, jak zobaczyła, że jego autorytet wykracza daleko poza próg klubu, którego był właścicielem – nie powinna musieć pytać jak w tym konkretnym przypadku.
A jednak.
— Zostawiłeś dwa moje wcześniejsze pytania bez odpowiedzi — podjęła, jeszcze zanim zdołał się odezwać we wcześniejszym temacie. Wyszarpnąwszy szczątkowe pokłady odwagi niewiadomego pochodzenia, zwróciła się do niego frontem, a spojrzenie zaczepiła na jego oczach. Nie na opatrunku, nie na wyjętych, zwichrzonych kosmykach, nie na punkcie, który pozwalał jej sprawiać wrażenie, że patrzy. — Skąd wiedziałeś, gdzie mnie znaleźć? I w ogóle czemu tam się znalazłeś?
Odpowiedzi na to drugie – mogła się domyślać, wnioskując po pierwszym zdaniu, którym przełamał ciszę; mogła się domyślać przez fakt, że całość porachunków z Jessicą przedstawiał jako jego problem do rozwiązania. To było logiczne – oczekiwała więc bardziej potwierdzenia.
Pierwsze martwiło ją nieco bardziej – nie pojawił się na miejscu równolegle z mężczyznami, którzy ją zatrzymali i próbowali siłą wydrzeć z wnętrza samochodu. Nie przyjechał zaraz po nich. Ale nie przyjechał też za późno.
but the walls are still yours
I have nowhere left to crawl inside
: czw lip 30, 2026 7:07 pm
autor: Vincent Monroe
Czy naprawdę chciała to wiedzieć?
Czy chciała znać szczegóły wszystkiego, co był skłonny zrobić by to n a p r a w i ć? Widziała dzisiejszego dnia wystarczająco - widziała metody, jakimi się posługiwał, brutalność, po którą sięgał w sposób naturalny dla człowieka jego pokroju. Musiała podejrzewać co stało za tymi dwoma, skąpymi słowami. Jessica Simmons miała dać jej święty spokój - w ten, lub w inny sposób, jednak żaden nie zakładał pokojowych negocjacji.
Patrzył na jej ciemne kosmyki włosów, unoszące się na wietrze. Zniosła dziś już wystarczająco, zderzając się ze światem, którego nigdy nie miała stać się częścią. Naciskając na spust, choć przecież nie musiała tego robić - powinna całe swoje życie nie wiedzieć, jak to j e s t, odbierając je komuś innemu.
- Mam swoje metody - odrzucił więc, oszczędnie, wymijająco, nawet jeśli miało to być jedynie potwierdzeniem dla jej przypuszczeń, kwitnących przez ten długi czas w jej umyśle podczas gdy on był doprowadzany do porządku przez zaprzyjaźnionego lekarza.
Porządek był bardzo luźnym terminem, niekoniecznie adekwatnym do jego obecnej sytuacji.
Do rozszarpanej z boku koszuli, wymiętej i splamionej czernią, do której zdążyła zaschnąć stara krew. Do jej podwiniętych rękawów odsłaniających więcej brunatnego koloru, oblepiającego jego dłonie, przedramiona. Nic w jego obecnym stanie i wyglądzie nie było doprowadzonym do jakiegokolwiek porządku patrząc na to z perspektywy osoby racjonalnej i nieprzyzwyczajonej do tego, co niekiedy działo się na zapleczach jego klubu.
Napotkawszy spojrzenie jej ciemnych tęczówek, zatrzymał się, zwrócony w jej stronę. Jego plecy oparły się ostrożnie o framugę tarasowych drzwi, głowa poszła za ich przykładem, znajdując oparcie w kamiennej ścianie. Wypuścił powietrze z ust, przez moment samemu szukając innego miejsca, w którym mógł zaczepić własny wzrok.
Błądził nim po promenadzie miasta, po złotych barwach zachodzącego słońca, w których skąpane były otaczające ich budynki. Po dalekim błysku tafli rozległego jeziora i po równie odległym ruchu na ulicach dziesiątki metrów pod nimi.
- Zauważyłem ich w klubie, podczas twojego występu. Ruszyli twoim śladem gdy wsiadłaś do auta więc ja zrobiłem to samo - odrzucił, chwytając się tego znacznie prostszego pytania, nie dlatego, że chronologicznie należało na nie odpowiedzieć jako pierwszym - ale dlatego, że odpowiedź na drugie była dużo bardziej skomplikowana.
Na tyle, że sam nie był pewien, co powinien w niej zawrzeć. Jego ramiona drgnęły lekko, jakby w pewnym odruchu pragnął nimi wzruszyć, umniejszyć wszystkiemu, co zrobił. Zmienić temat, odpowiedzieć, że to nic takiego, ani nic szczególnego, kiedy w s z y s t k o w dzisiejszym dniu było szczególne, było czymś nowym, dzikim i nieokiełznanym, czemu nie potrafił do końca sprostać.
- Nie chciałem, żeby stała ci się krzywda - odpowiedział w końcu, krótko, lakonicznie, wybierając bezpieczną opcję, taką, która była zrozumiała i racjonalna, nawet jeśli wydawała się wyłącznie wierzchołkiem góry lodowej.
i don't have the answers either
I have nowhere left to crawl inside
: pt lip 31, 2026 1:51 pm
autor: Violet Haze
Coś na kształt gorzkiego, zakrzywionego ironią, uśmiechu wtargnęło na jej usta, w reakcji na odpowiedź, którą za taką mogła uznać tylko teoretycznie. Praktycznie sprowadzało ją do tego samego punktu – do domysłów. Całą tę gorzkość nie podyktowało wyobrażenie tego, co kryło się za metodami, o których wspomniał – odpowiadało za nią brutalne zderzenie z przeświadczeniem, że nie traktował jej jako równej – zbywająco w sprawie, która chcąc nie chcąc dotyczyła jej.
Grymas ten zdążył zniknąć z jej warg, zanim w ogóle się zwróciła w stronę mężczyzny; spłynął z nich, gdy tylko poczucie, które go wywołało, osiadło ciężko w niej i wsiąknęło.
A może cała ta gorycz pochodziła z czegoś zupełnie innego? Może z rozczarowania samą sobą, bo głupio założyła, że ta równość mogłaby w ogóle istnieć.
Impuls pokonał całą drogę po linii jej kręgosłupa od góry w dół, zostawiając za sobą nieprzyjemnie chłodne uczucie.
Jego odpowiedź technicznie była poprawna. Zrozumiała. Ale dla niej przemycała ogromny ładunek – patrzył, kiedy nawet nie wiedziała, że patrzył. Obserwował, kiedy ona próbowała znaleźć go spojrzeniem i odnosiła w tym sromotną porażkę. Monitorował ją. Widział, że ją obserwowali, widział, że podążali za nią.
Szczerość, która z jednej strony brzmiała na logiczną przyczynę jego działań, zatrzymała ją i uziemiła.
Poprawnym, bardzo dobrym pytaniem byłoby dlaczego. Drążenie, niczym kilkuletnie dziecko, w kółko i wciąż pytając o przyczynę. Dlaczego nie chciał, aby stała jej się krzywda. A gdy podałby jej odpowiedź, zapytałaby dlaczego akurat to. Wydawało się to sensowne – badanie przyczyny.
Ale nie zapytała. Nie dlatego, że jej to nie interesowało – interesowało, bardzo; tylko przez to, że jej poturbowany umysł zobaczył w tym wszystkim schemat. Podjęcie decyzji za nią, tak wtedy z Anthonym Bennettem, jak i później z pyskatą blondynką, na zdarzeniach z dnia dzisiejszego kończąc.
Powinna być wdzięczna za troskę, a nie potrafiła pozbyć się z głowy głośnego głosu, który mówił jej, że przecież wcale o to nie prosiła.
Przy radnym zaczęło się to niewinnie, nawet z jej winy – sama wtargnęła do loży Monroe, szukając ucieczki przed nachalnym mężczyzną. Znalazła je i wszystko byłoby dobrze.
Ale Vincent to przesunął dalej, wystawiając na próbę jej własne granice, wzywając polityka do bezpośredniej konfrontacji z nią, aby go upokorzyć.
Przy blondynce zaszło to znacznie dalej, niż kiedykolwiek by chciała. Nauczyła się, że najlepszą obroną było skulenie się, przyjęcie policzka i wszystkiego tego, co los dla niej zaplanował. Nauczyła się, że opór – pogarszał sprawę. Dlatego sięgnęła po tę nieszczęsną serwetkę, choć przecież to nie była jej wina.
Ale Vincent przesunął to dalej, publicznie upokarzając dziewczynę, aby dać jej nauczkę.
Co sprowadzało się, jak się okazuje, to ostatniego przypadku – pojawił się, by jej p o m ó c wtedy, gdy siłą wyciągano ją z auta. I z jednej strony była mu za to wdzięczna. P o w i n n a być wdzięczna. Ale gdyby nie przybył – możliwe, że zabrano by ją, może zgwałcono, może tylko pobito, a może nawet zabito. I to byłby koniec. A gdyby posłuchał jej, gdy prosiła go, aby odszedł – krzywda zatrzymałaby się na nie, czyli tam, gdzie powinna była zostać.
Ale Vincent nie posłuchał. Przesunął to dalej i mimo wszystko próbował ją chronić, eskalując sytuację.
Co sprowadziło się do tego, że teraz miała na sumieniu życie innego człowieka.
Ale nie winiła go za to, że pociągnęła za spust.
Poczuła się dziwnie, przerażająco słaba. Jakby w jednym momencie odpłynęła od niej wszelka siła. Ramiona miała jak z ołowiu, świat dookoła zwolnił. Stała dalej, bo nie wiedziała, co innego mogłaby zrobić. Nie płakała – bo od dawna nie potrafiła, nie krzyczała – bo to nie było w jej stylu, nie rozpadała się w sposób, który można byłoby prosto rozpoznać i nazwać.
Najgorsze było w tym wszystkim przeświadczenie, że musiała przy nim zostać. Musiała, choć chciałaby być teraz jak najdalej; by móc sobie wszystko uporządkować i zminimalizować jego wpływ na nią.
Opuściła spojrzenie.
— Nie mam więcej pytań — powiedziała, bez rozczarowania, bez goryczy. Dokładnie w taki sam sposób, jak deklarowała, że zostanie. Bez emocji. — Daj mi tylko znać, jak już zdecydujesz, że będę mogła wrócić do domu.
so you're like everyone else
I have nowhere left to crawl inside
: pt lip 31, 2026 2:25 pm
autor: Vincent Monroe
Proces zamykania się u każdego człowieka wyglądał w inny sposób, ale wciąż chował się w jakimś spektrum subtelności. Niektórzy milkli, stając się pasywnymi uczestnikami konwersacji, która wcześniej ich dotyczyła. Inni odcinali emocje, które wcześniej wybrzmiewały w ich głosach, pokazując schowaną za ich przekonaniami prawdę.
Violet Haze zamykała się z głośnym szczękiem staromodnego zamka w drzwiach, które właśnie zostały zaryglowane.
Z perspektywy osoby postronnej, ba! Z jej własnej perspektywy pewnie wcale tak nie było. On sam nigdy nie był wyuczony by dostrzegać takie subtelności w ludziach, jeśli mógł, brał wszystko takim, na jakie wyglądało i nie zagłębiał się w to, co mogło tkwić pod spodem. Ale z jakiegoś powodu stał się wyczulony na nią.
Na każde takie zamknięte, każdy zgrzyt zamka, od którego jego szczęka zamykała się instynktownie. Robiła to w loży, do której wtargnęła sama poszukiwana przez natrętnego polityka, robiła to przy barze, przytłoczona otaczającymi ją kobietami.
I każde takie zamknięcie wyzwalało w nim reakcję.
Sprawiało, że obecność Benneta nagle stawała się nie tylko przeszkodą dla niej, ale i dla niego. Sprawiała, że bezczelność blondynki, która niejednokrotnie uwieszała się mu na ramionach nie wywołując tym samym mocnego sprzeciwu nagle wydawała mu się odrażająca. Zawsze gdy widział, w jaki sposób j e j wzrok uciekał w bok, napięcie wkradało do łopatek, głos przyjmował ten robotyczny ton charakterystyczny dla zaprogramowanych na infoliniach automatów, coś w nim p ę k a ł o.
- Co wolałabyś, żebym zrobił, Violet? - rzucił głośniej, odrywając się od framugi drzwi, choć przecież wiedział, że nie powinien podnosić głosu, że nie była mu niczego winna - a tym bardziej odpowiedzi.
Ale to coś znów p ę k ł o, w bliżej niezidentyfikowanym miejscu w jego klatce piersiowej, gdzie wyczuł szarpnięcie na dźwięk jej bezosobowego potwierdzenia.
- Wolałabyś, żebym za tobą nie pojechał? Wolałabyś, żeby cię zabrali? - wycedził, głosem bardzo dalekim do prawdziwej złości, ale gdzieś w jego głębi chowała się nuta frustracji. - Wolałabyś czyścić serwetką sukienkę jakiejś głupiej suki, która sama wylała na was to piwo?
Rana w jego boku ciągnęła bólem w reakcji na to nagłe spięcie, dłoń nawet nie ośmieliła się usiłować zwinąć w pięść - jedynie jej palce drgnęły w tym fantomowym odruchu, który nie mógł odnaleźć żadnego zakończenia.
- Drzwi nie są zamknięte - dodał, odsuwając się wręcz od drzwi tarasowych, choć miał na myśli te prowadzące do wyjścia z pokoju. Nie były ani na początku, ani teraz zamknięte, choć desperacko pragnął, by przez nie nie przechodziła. - Nie trzymam cię tu siłą.
Frustracja rosła w nim z każdą sekundę, kiełkując od jednego, małego ziarenka, które zasiała w nim jej obojętność. Nie potrafił zachowywać się w tej sytuacji. Nie wiedział co powinien powiedzieć, by móc ją załagodzić.
Nigdy wcześniej nie próbował kogoś o c h r o n i ć.
A tym bardziej nie robił tego z kimś, kto tej ochrony nawet nie chciał.
- Powiedz mi, czego ode mnie chcesz. - głos wybrzmiał w powietrzu kompletne wbrew temu, co czuł pod skórą. Niesiony ciepłym, letnim wiatrem, który musnął jej włosy. - A to zrobię.
i don't speak your language
I have nowhere left to crawl inside
: sob sie 01, 2026 9:05 pm
autor: Violet Haze
Zmiana w jego postawie i tonie głosu były dla niej sygnałem. Sygnałem, by nabrać więcej ostrożności – cofnąć się o jeden krok. Dla własnego bezpieczeństwa. Nie przeanalizowała nawet powodu czy intencji, bo jej ciało zareagowało jako pierwsze, rozpoznając samodzielnie bodziec i traktując go według swojego, wypracowanego schematu.
Defensywa.
Uziemiło ją tylko złudne przeświadczenie, że do tej pory – choć miał do tego wiele okazji – nie zrobił jej krzywdy. Żadnej fizycznej.
Uziemić mogła ją też świadomość, że ucieczka by jej nie pomogła, a wręcz przeciwnie.
Wiedziała do czego dąży – wszystko, co mówił i jak mówił składało się w jej głowie, jakby chciał zapytać czy to naprawdę było lepsze. Podświadomie, gdzieś daleko, bardzo cicho mogła się z nim zgodzić – nie było. Na wierzchu jednak pozostawała gruba skorupa warstwy ochronnej, wyuczonego schematu, który kazał jej, w pełni świadomie, wybierać minimalizowanie strat. Wytrzymywanie przemocy w każdej postaci; skulenie się i upchnięcie własnych przekonań; robienie tego, czego od niej oczekiwano, nawet jeśli leżało to daleko poza jej granicą.
Cena, na którą się zgadzała żeby po prostu nie było gorzej, niż jest.
Jego słowa bolały nie tylko przez ton. W końcu realnie bronił swoich wyborów – naprawdę to rozumiała. Ale jednocześnie czuła, że podważał jej własne sposoby przetrwania. Takie, które wypracowała. Takie, które pozwalały jej się po prostu prześlizgnąć z dnia na dzień. Takie, które dla niej były jedynymi możliwościami.
Takie, w których zasadność wierzyła, bo długo nie mogła sobie pozwolić na nic innego.
Wzdrygnęła się – choć nie ze strachu przed jego ruchem, kiedy odsłaniał drzwi. Na świadomość tego, że wskazał jej coś, co teraz miało być łatwe, a jeszcze nie tak dawno temu, wcale nie było. Teraz wyjście było faktycznie proste. Wystarczyło nacisnąć klamkę.
Z głową wciąż spuszoną, ramionami wciąż spiętymi trwała w miejscu. Jego słowa, te wypowiedziane w frustracji, a także te, które padły wcześniej – deklaracja intencji, wciąż odbijały się echem w jej czaszce, odbijając się od siebie nawzajem; to tworzyło chaos.
Gubiła się – tonęła w oceanie sprzeczności, które jednocześnie były w niej od długiego czasu, a dopiero się wychyliły, a tych które dopiero zaczynały wybrzmiewać.
— Chciałam chociaż raz móc sama zdecydować, co się ze mną stanie — powiedziała cicho, niemal szeptem.
Dopiero gdy usłyszała swój własny głos dotarło do niej, jaki błąd popełniła.
Nie była to odpowiedź przeznaczona dla niego. W zasadzie – nie było to coś, co powinien usłyszeć k t o k o l w i e k. Nawet ona sama. Nawet we własnych myślach.
Nie powinna mówić o rzeczach, które przecież nie były dla niej dostępne.
Nie podniosła wzroku. Nie chciała sprawdzać, co zrobił z tym zdaniem – czy w ogóle je usłyszał, czy może nie; czy je przyjął czy może odłożył gdzieś obok wszystkich innych problemów, które zdążyła niechcący przynieść mu pod drzwi przez ostatnie parę spotkań.
— Niczego od ciebie nie potrzebuję — dodała głośno; w swojej głowie – wystarczająco stanowczo i bez złości, aby spróbować zakryć swoją słabość sprzed chwili. Zasypać wygodnym kłamstwem i udawać, że nic innego poza nim nie padło z jej ust.
Potrzebowała wielu rzeczy – choć nie od niego. A jednocześnie to przez niego zaczynała w ogóle o nich myśleć.
— I przepraszam, że przeze mnie zostałeś ranny.
and probably you never will
I have nowhere left to crawl inside
: pn sie 03, 2026 7:23 pm
autor: Vincent Monroe
Miał wrażenie, że te ciche słowa wcale nie były skierowane do niego.
Że wymsknęły się przypadkiem z jej ust i pomknęły w eter, w stronę panoramy miasta rozciągającej się po drugiej stronie barierki, niekoniecznie mając trafić w jego kierunku - bo nie on był ich celem. Były uzewnętrznieniem czegoś, z czego wcześniej nie zdawał sobie sprawy - nie świadomie, nie logicznie. Wyłącznie czuł to, z pomocą zmysłów i instynktu, czuł to gdy podejmował błędne wybory i patrzył, jak znów się wycofywała, nie rozumiejąc dlaczego to robiła.
Powoli, jakby ktoś zapomniał naoliwić tryby mechanizmu jego wrażliwości, elementy układanki zaczęły wpadać na swoje miejsce jeden po drugim.
Zasłona loży uchylona wbrew jej woli, wystawiająca ją na działanie nagabującego ją mężczyzny.
Odsunięcie od niej serwetnika gdy odruchowo zapragnęła wykonać polecenie blondynki, którą on po tym zmusił do padnięcia na swoje kolana i sprzątnięcia bałaganu, który zrobiła.
Wsadzenie jej do samochodu i skierowanie pod t e n adres, gdy syreny policyjnych radiowozów zaczynały się zbliżać, a jego stan wymuszał na niej reakcję.
Ciche westchnienie wydobyło się wreszcie z jego ust gdy, głuchy na wszystko, co powiedziała potem, oderwał się od framugi tarasowych drzwi. Zdusił w sobie przy tym stęknięcie, gdy ból odezwał się w jego boku - wciąż świeży, wciąż rwący z takim impetem, jakby na nowo nóż wsuwał się w miękką tkankę, a pięść atakowała stłuczone żebra.
Wiedział, że nie miała najmniejszej ochoty na skracanie między nimi dystansu - ale on miał go już d o ś ć. Wybór wciąż leżał po jej stronie, wciąż mogła go wyminąć i ruszyć do wyjścia - i ośmielony tą świadomością, przeszedł długość tarasu.
Tym samym, ciężko działającym trybem wydedukował, że być może nie powinien stawać między nią a wyjściem - więc przeszedł obok niej, znajdując swoje miejsce przy barierce tarasu.
- Wszyscy ludzie nie tylko chcą, żebym rzeczy załatwiał, ale zależy im często na tym, by nie wiedzieć w jaki sposób to robię - odpowiedział po krótkiej chwili, plecami opierając się o barierkę, bo choć panorama kusiła swoim widokiem, skąpana w złotym blasku zachodzącego słońca, jednocześnie w żaden sposób go nie interesowała. - Wolą, żebym to ja ubrudził sobie ręce.
Sięgnął do kieszeni spodni zdrową dłonią, wydobywając ze środka mocno zdeformowane, zgniecione pudełeczko papierosów. Podejrzewał, że większość z nich będzie połamana, jednak w tej chwili kurewsko chciał zapalić i był skłonny podjąć próbę.
- Na tym polega moja praca - kontynuował, trzymając wreszcie w dłoni paczkę i kciukiem podważając jej zamknięcie. W środku błysnęła zapalniczka i parę papierosów, wśród których dojrzał takie niebędące w opłakanym stanie. - Tym się zajmuję.
Koślawo, czując narastającą irytację, zawalczył z pudełkiem, nie mając drugiej dłoni, którą mógłby się wesprzeć. Uniósł ją i natychmiast zrezygnował, gdy ból przeszył uszkodzone ścięgna, a sztywny bandaż odebrał mu resztkę posiadanej przez nią funkcjonalności.
- Niczego innego nie potrafię - zakończył, świadom tego, że prawdopodobnie i tak jej to nie interesowało - jego skupienie wciąż tkwiło w paczce papierosów, w tym nagłym poczuciu bezsilności, od której powiewający na wietrze kosmyk jego włosów na powrót zaczął go denerwować.
maybe you can teach me