I have nowhere left to crawl inside
: czw lip 30, 2026 11:16 am
Propozycja, którą jej chciał złożyć została przez nią odrzucona, jeszcze zanim zdołał ją w całości przedstawić, bo nietrudno było zrozumieć, już po pierwszych słowach, do czego będzie zmierzała – oczywiście chciał udostępnić jej przestrzeń, która miała być jej własną. Tylko w teorii, bo wszystko tak naprawdę było jego. Ci ludzie byli jego, adres był jego, ochrona była jego.
To miejsce nie pasowało jej, bo nie było dla niej bezpieczne. Nie było jej. Paradoksalnie, nawet teraz, kiedy powiadomił ją, że będą jej szukać – choć wciąż nie wiedziała dlaczego – myśl o własnym, znacznie mniejszym niż ten penthouse, mieszkaniu, kojarzyła się z, być może ułudnie, poczuciem bezpieczeństwa.
Odpowiedź wymalowała się wręcz w jej spiętej postawie, uciekającym spojrzeniu – nie chciała tu zostawać.
Alternatywy się nie spodziewała. Nie spodziewała się, że zostawi jej inną propozycję, bo była zdania, że odrzucenie tego, co już jej zaproponował – sypialni z łazienką w cudownym apartamencie – było, prawdopodobnie, wystarczająco niewdzięczne.
Zatrzymała się na tej drugiej ofercie – wcale jej nie chcąc rozważać, tylko potykając się o to, jak absurdalnie brzmiała w tym momencie. Jak absurdalne było to, że podniósł się z miejsca. Rozchyliła usta do protestu, którego nigdy tak naprawdę nie zdołałaby wypowiedzieć na głos, a z którym ubiegł ją lekarz. Lekarz, który dosadnie przedstawił fakty. Realia, które wszyscy znali, ale Monroe zamiast potraktować je jako realne zagrożenie dla siebie, zachowywał się jakby to była tylko pewna niedogodność.
Obserwowała go czujnie, gdy się do niej zbliżał – domyślając się i widząc ile to musiało go kosztować. Obracając w świadomości informacją, że każdy jego krok w jej stronę tylko wszystko pogarszał w jego stanie. Odnotowywała każde spięcie jego mięśni, i każdy jego oddech, który urwał się odrobinę za szybko, niż pewnie sam chciałby pokazać. A to wszystko stawało się potwierdzeniem argumentu, którego użył lekarz, ale w tej formie docierał on do niej znacznie skuteczniej.
Więc to nie był w y b ó r.
To była kontrola w ładnym przebraniu poświęcenia, którego jeszcze nie potrafiła w całości wytłumaczyć ani pojąć. Nie kontrola w rozumieniu tego, że cynicznie nią manipulował, a bardziej przez fakt, że ta jego próba uszanowania jej autonomii sprowadzała się do gestu, który tak emocjonalnie ją wiązał. Dopiero co zabiła człowieka, pchnięta przez niezrozumiałą dla niej potrzebę ochrony tego samego mężczyzny, który teraz dawał jej i l u z j ę wyboru. Obarczył ją odpowiedzialnością za jego życie.
— Będzie tak, jak pan już postanowił — odpowiedziała; ani chłodno, ani ze złością – po prostu wypruta z jakiejkolwiek emocji, a jednocześnie wdzięczna, że w odróżnieniu od jej dłoni, jej głos nie był rozedrgany. — Pan Kim — którego nazwisko podchwyciła z wcześniejszej wymiany uprzejmości — może pracować.
Cofnęła się o kolejny krok, w cichym manifeście – nie zamierzała sprawiać już problemów, ani być podstawą do jakiejkolwiek innej decyzji, która byłaby absolutnie nielogiczna z perspektywy medycyny, ani tym bardziej z punktu moralności.
Cofnęła się, p o m i m o jego gestu, świadomie ignorując przedmiot w jego dłoni. Trzeźwość jej rozumu wracała, choć gubiła się w elementach układanki, które dotyczyły Monroe. Gubiła się między prawdą, plotką i poleceniem. Gubiła się na poziomie emocji.
Wycofała się w głąb pokoju, żeby nie pozostawić mu miejsca na dalsze negocjacje i jednocześnie spokojnie, by nie wyglądało to jak próba ucieczki, tylko pokorne przyjęcie tego, co najwyraźniej i tak zostało już rozstrzygnięte. Zostawiła wolną przestrzeń, by lekarz faktycznie mógł zacząć pracować i nie być świadkiem nielogicznej, z punktu medycyny, dyskusji, która jego pacjentowi zdecydowanie bardziej szkodziła niż jakkolwiek pomagała. Dopiero przy przeszklonych drzwiach prowadzących na taras zatrzymała się na moment, zanim zniknęła za nimi bez słowa, bo przynajmniej tam miała wrażenie, że nie wszystko było zamknięte, a jej pozostała jakakolwiek kontrola w tej sytuacji
your mercy still has walls
To miejsce nie pasowało jej, bo nie było dla niej bezpieczne. Nie było jej. Paradoksalnie, nawet teraz, kiedy powiadomił ją, że będą jej szukać – choć wciąż nie wiedziała dlaczego – myśl o własnym, znacznie mniejszym niż ten penthouse, mieszkaniu, kojarzyła się z, być może ułudnie, poczuciem bezpieczeństwa.
Odpowiedź wymalowała się wręcz w jej spiętej postawie, uciekającym spojrzeniu – nie chciała tu zostawać.
Alternatywy się nie spodziewała. Nie spodziewała się, że zostawi jej inną propozycję, bo była zdania, że odrzucenie tego, co już jej zaproponował – sypialni z łazienką w cudownym apartamencie – było, prawdopodobnie, wystarczająco niewdzięczne.
Zatrzymała się na tej drugiej ofercie – wcale jej nie chcąc rozważać, tylko potykając się o to, jak absurdalnie brzmiała w tym momencie. Jak absurdalne było to, że podniósł się z miejsca. Rozchyliła usta do protestu, którego nigdy tak naprawdę nie zdołałaby wypowiedzieć na głos, a z którym ubiegł ją lekarz. Lekarz, który dosadnie przedstawił fakty. Realia, które wszyscy znali, ale Monroe zamiast potraktować je jako realne zagrożenie dla siebie, zachowywał się jakby to była tylko pewna niedogodność.
Obserwowała go czujnie, gdy się do niej zbliżał – domyślając się i widząc ile to musiało go kosztować. Obracając w świadomości informacją, że każdy jego krok w jej stronę tylko wszystko pogarszał w jego stanie. Odnotowywała każde spięcie jego mięśni, i każdy jego oddech, który urwał się odrobinę za szybko, niż pewnie sam chciałby pokazać. A to wszystko stawało się potwierdzeniem argumentu, którego użył lekarz, ale w tej formie docierał on do niej znacznie skuteczniej.
Więc to nie był w y b ó r.
To była kontrola w ładnym przebraniu poświęcenia, którego jeszcze nie potrafiła w całości wytłumaczyć ani pojąć. Nie kontrola w rozumieniu tego, że cynicznie nią manipulował, a bardziej przez fakt, że ta jego próba uszanowania jej autonomii sprowadzała się do gestu, który tak emocjonalnie ją wiązał. Dopiero co zabiła człowieka, pchnięta przez niezrozumiałą dla niej potrzebę ochrony tego samego mężczyzny, który teraz dawał jej i l u z j ę wyboru. Obarczył ją odpowiedzialnością za jego życie.
— Będzie tak, jak pan już postanowił — odpowiedziała; ani chłodno, ani ze złością – po prostu wypruta z jakiejkolwiek emocji, a jednocześnie wdzięczna, że w odróżnieniu od jej dłoni, jej głos nie był rozedrgany. — Pan Kim — którego nazwisko podchwyciła z wcześniejszej wymiany uprzejmości — może pracować.
Cofnęła się o kolejny krok, w cichym manifeście – nie zamierzała sprawiać już problemów, ani być podstawą do jakiejkolwiek innej decyzji, która byłaby absolutnie nielogiczna z perspektywy medycyny, ani tym bardziej z punktu moralności.
Cofnęła się, p o m i m o jego gestu, świadomie ignorując przedmiot w jego dłoni. Trzeźwość jej rozumu wracała, choć gubiła się w elementach układanki, które dotyczyły Monroe. Gubiła się między prawdą, plotką i poleceniem. Gubiła się na poziomie emocji.
Wycofała się w głąb pokoju, żeby nie pozostawić mu miejsca na dalsze negocjacje i jednocześnie spokojnie, by nie wyglądało to jak próba ucieczki, tylko pokorne przyjęcie tego, co najwyraźniej i tak zostało już rozstrzygnięte. Zostawiła wolną przestrzeń, by lekarz faktycznie mógł zacząć pracować i nie być świadkiem nielogicznej, z punktu medycyny, dyskusji, która jego pacjentowi zdecydowanie bardziej szkodziła niż jakkolwiek pomagała. Dopiero przy przeszklonych drzwiach prowadzących na taras zatrzymała się na moment, zanim zniknęła za nimi bez słowa, bo przynajmniej tam miała wrażenie, że nie wszystko było zamknięte, a jej pozostała jakakolwiek kontrola w tej sytuacji
your mercy still has walls