Rozdział III. Too late, still you.
: śr sie 05, 2026 9:39 am
trigger warning
przekleństwaNie. Nie. Nie. Kurwa.
Przecież to niemożliwe, miała go w dupie, nie odpowiedziała na ani jeden jego list, ani razu nie pofatygowała się, żeby do niego przyjść. A załatwiła mu prawnika? To się kurwa nie trzymało kupy. Bo po co miałaby to zrobić, skoro ona tak łatwo o nim zapomniała? Skoro zaraz znalazła sobie innego faceta, który kurwa został jej mężem...
A to miał być Madox. Jebane dwa dni, które im zabrali i to on by był jej małżonkiem, a potem wyruszyliby w podróż po wybrzeżu motocyklem.
Dwa dni.
Tego wieczora wykonał jeszcze kilka innych telefonów.
Nie mógł usnąć, bo cały czas wracało do niego to, co powiedziała mu Pilar. A potem to czego się dowiedział.
Ale jako środek nasenny świetnie zadziałały dwie tabletki przeciwbólowe, popite medellińskim rumem.
Padł nad ranem i jak dziecko spał do południa
- Nie spóźnię się... - tym razem pakował się do innego samochodu. Czarnego, eleganckiego Porsche. Na siedzenie pasażera rzucił ciężką, sportową torbę - mam hajs - dodał, cofając do tyłu siedzenie, które miał podsunięte pod samą kierownicę, Haddie miała długie nogi, ale i tak musiał wyregulować fotel i lusterka, ale to robił wyjeżdżając z podjazdu, telefon przy uchu przytrzymał ramieniem - pierdoli mnie to, sami chcieliście usadzić starego... - jeszcze przez moment słuchał głosu w słuchawce - na pewno się wkurwi, najpierw klub, teraz jego towar... - rzucił, a zaraz warknął do telefonu - mam to w dupie! - rozłączył się i odrzucił smartfona na siedzenie obok. Przez miasto przejechał sprawnie dochodziła dwudziesta trzecia, nie było korków. Porszaka Haddie zaparkował ulicę dalej, na ładnym parkingu pod marketem i ostatnie dwie przecznice pokonał z buta, torbę niósł zawieszoną na plecach, a w ręce telefon, na który jeszcze zerkał.
Dopiero kiedy wszedł do obskurnego budynku, gdzie upatrzyli sobie dziuplę, schował go do kieszeni jeansów. Stara kamienica w Robledo wyglądała jak do rozbiórki, a oni na jednym z pięter zrobili sobie melinę. Madox wszedł od tyłu, najpierw pod foliowymi, straszącymi drzwiami, które wyglądały jakby ktoś próbował robić tam remont. Potem po schodach, które skrzypiały pod jego krokami, na pierwsze piętro. Nawet nie zdążył dobrze się rozejrzeć, a już słyszał to zamieszanie.
Suka!
A kiedy wypadł zza winkla, zobaczył ją. Pilar. Jeden z jego kolegów, ten który brał też udział w napadzie, trzymał ją za włosy, przedramię oplatał wokół jej szyi. A drugi z długim nożem pochylił się do jej twarzy.
- Wytniemy ci tutaj takie ładne M... - rzucił przykładając ostrze do jej policzka.
Torba z hajsem, którą niósł Noriega walnęła z głuchym łoskotem na podłogę, a Madox wyrwał się do przodu, nawet się nie zastanowił, a już szarpnął kolesie z nożem do tyłu.
- Wypierdalaj Rodri, zostaw ją! - warknął, a facet spojrzał na niego wielkimi oczami, Madox stanął przed nim zastawiając Pilar. Ale ten który ją trzymał zacisnął mocniej rękę na jej szyi.
- Pojebało cię M? Ta suka tutaj węszyła, trzeba jej pokazać kto tutaj rządzi... W Robledo - szarpnął jeszcze raz za jej włosy. A Noriega odwrócił się w jego kierunku.
- Zostaw... ją... kurwa - wycedził przez zęby.
- Miała policyjnego gnata, zaraz sobie ją sprawdzimy... - trzeci facet wyszedł z cienia, w ręce trzymał pistolet Pilar, spisywał z niego numer seryjny do swojego telefonu.
- Policyjna suka... A wiesz co my z takimi robimy? - syknął jej do ucha, ten który ją trzymał, Chico.
- Suki lubią być walone od tyłu... A potem lubią mieć pamiątkę na buźce - Rodrigo znowu wyrwał się do przodu, ale Madox go odepchnął i znowu zwrócił się do Chico.
- Puszczaj ją - oczy już miał całe czarne, a klatka piersiowa chodziła mu w szybkich oddechach.
- Poczekaj, poczekaj... - odezwał się ten, który trzymał telefon - Pilar Wyatt - Diego miał dużo kontaktów, wiedział do kogo napisać, żeby sprawdzili mu informacje od razu. Czego zresztą dawał właśnie popis - Wyatt czy to nie ten bogaty dupek? Ten wiecie od fundacji i tego domu dziecka na przedmieściach? - szybko kojarzył też pewne fakty.
- Wyatt, tak to on, ciekawe ile zapłaci za swoją żonkę? - Rodrigo spojrzał bezczelnie na Madoxa, ale ten przysunął się tylko bliżej Pilar.
- Za ten piękny paluszek, to na pewno... - Chico nawet nie dokończył, bo kiedy sięgnął do ręki Pani Wyatt, to Noriega to wykorzystał. Zamachnął się i wyprowadził mu prawy prosty w ryj. Chico się zatoczył, puścił Pilar, a Madox zaraz zacisnął palce na jej nadgarstku szarpiąc ją za siebie. Oczywiście, że Rodrigo i Diego do niego wystartowali. A Chico złapał się za nos zalewając krwią.
- Co ty kurwa odpierdalasz M?! - warknął Diego.
- Jebany zdrajca - Rodrigo przerzucił w palcach nóż.
- Ona jest... - zaczął Madox i przez chwilę cisnęło mu się na usta po prostu moja, ale przecież już nie była wcale jego. Była Galena Wyatta, żoną, matką jego dziecka. A jednak...
Rodrigo się ruszył, Diego stanął między nim a Noriegą ewidentnie czekając na jakieś wyjaśnienia.
- Ona jest moim szczurem... Moim informatorem - powiedział w końcu Madox. Innej opcji nie było, żeby wyszła stąd żywa. Zajebali by ją nie przejmując się, że była psem. Bo dla nich psy albo pracowały, albo... no właśnie były nikim, zerem, którego można było się pozbyć.
- Co ty jebiesz? To po chuja tu przyszła? - Diego nie był głupi, ale Madox też nie.
- Bo jej kazałem, mieliśmy się spotkać przed wejściem, ale się spóźniłem... Powie nam wszystko co wie o sprawie - mocniej zacisnął palce na nadgarstku Pilar, jeśli chciała to przeżyć to musiała im coś dać. Cokolwiek.
- No to lepiej niech to będzie coś sensownego, bo jak nie... - Rodrigo jeszcze machnął nożem, ale go schował. Chico, który pozbierał się z ziemi, ale wciąż trzymał się za nos wystartował do przodu.
- Szmata, jeszcze będziesz moja! - splunął krwistą melą pod nogi Madoxa - a ciebie Noriega... - może nawet by się do niego wyrwał, ale znowu wkroczył Diego.
- Wypierdalaj Chico - rzeczywiście Rodri i Chico zaraz zniknęli za kolejną foliową kotarą.
Ale Diego został, złapał na moment spojrzenie Madoxa, a później Pilar - mam nadzieję, że okażesz się przydatna, bo inaczej... skończysz jak inne suki, które bawiły się w policjantki - poczekał aż Noriega weźmie torbę z pieniędzmi, a potem ciągnąc za rękę swojego informatora, wkroczą za kolejną kotarę. Prosto do jebanego piekła. W pomieszczeniu znajdowało się ze dwudziestu innych bandytów, oglądali coś na telewizorze, niektórzy dyskutowali o czymś żywo, inni grali w rzutki, każdy kurwa wyposażony w spluwę, albo nóż, jeden z nich nosił pod pachą nawet automatyczny karabinek. Diego od razu skierował się do kanapy, na której siedział... no właśnie ten facet, za którym przyszła tu Pilar. A przed nim na stoliku leżała torba po brzegi wypchana prochami.
Madox znowu mocniej wbił w palce w skórę Pani Wyatt, jakby kurwa tym jednym gestem chciał jej powiedzieć, żeby się nie wychylała, żeby teraz dała działać jemu. Podszedł do stolika i pierdolnął na niego torbę z hajsem. Znowu pociągnął za rękę swojego kreta, posadził ją na podłokietniku fotela, na którym zaraz sam usiadł.
Nie powinno jej tutaj być. Nie powinna widzieć jakie interesy robił. Nie powinna oglądać ich mord.
I gdyby się za nią nie wstawił na pewno nie skończyłaby tutaj w głównej sali, tylko w jakiejś piwnicy, w zupełnie innych okolicznościach. Musiała mu zaufać. A przede wszystkim grać w jego grę.
- Co to za szma... - zaczął facet od prochów.
- Morda... - syknął tylko Madox i pochylił się do przodu, żeby sięgnąć do torby z kokainą, wyjąć z niej jeden z owiniętych w folię i szarą taśmę worków. Przerzucił go w palcach oglądając dokładnie dookoła jakby czegoś szukał. W końcu przesunął opuszkami po znaku z czaszką na wierzchu. Już wiedział, że to towar jego ojca. Szarpnął torbą z hajsem wysypując ją na stół, a facet od prochów zaraz się do niej wyrwał - zaraz! Najpierw spróbujemy... - stwierdził Noriega i wyciągnął rękę do Rodrigo, który już stał gdzieś za jego plecami. Podał mu nóż, specjalnie i z wrednym uśmiechem na mordzie, ocierając się o Pilar. Madox go chwycił i przeciął opakowanie. Sięgnął po jeden ze zbrylonych na wierzchu kryształów...
- Niech ona spróbuje - wtrącił się Diego, siadając na kanapie koło dilera, a ciemne spojrzenie wbił w Pilar.
- Po chuj? Przecież nie zna się na... - Madox nawet nie dokończył, bo Diego pochylił się do przodu.
- Dla funu M. Sprawdzimy jak się jej rozwiąże język... - Rodrigo znowu złapał Pilar za włosy i szarpnął ją na kanapę koło Diego, przytrzymał ją za ramię.
Diego też sięgnął po jeden kryształ z zapakowanej paczki, położył go na blacie i wyjął z kieszeni złotą, metalową kartę, żeby go rozgnieść.
Madox wbił w niego czarne spojrzenie, szczęka zadrgała mu nerwowo. Diego dużo dla niego robił. A poza tym był ważny. Kurewsko ważny dla tej całej akcji...
Dopierdolenia staremu Noriedze.
Ale nie chciał, żeby Pilar wciągała ich koks, żeby ją do tego zmusili. Diego w leniwych ruchach tworzył na blacie jedną długą kreskę, jakby się z nim kurwa drażnił, jakby w tym momencie sprawdzał jego lojalność. Pierdolony Diego. A obok niego ona. Madox dopiero teraz złapał jej piękne, ciemne spojrzenie. Jakby to w jej oczach szukał jakiejś odpowiedzi.
Bienvenido a mi infierno