entregar dinero sucio
: czw lip 30, 2026 8:39 pm
trigger warning
przekleństwa w ilości dużoSiedziała na zimnych schodach, czując, jak wiatr mrozi skórę, zaciskając Madoxa mocno w swoich ramionach. Nie miała pojęcia przez co przechodził. Mogła sobie jedynie wyobrażać. Pilar nigdy nie musiała opłakać nikogo bliskiego, nigdy nie miała nawet rodziny, za którą mogłaby zatęsknić. Wiedziała jak to jest mieć pustkę po tym, czego nigdy się nie miało, pragnienie, żeby wiedzieć jak to jest, ale nigdy nikogo nie straciła. NIe w taki sposób, jak Noriega swojego najwierniejszego przyjaciela.
Psy były pięknymi stworzeniami. Wiernymi. Z nienagannym instynktem. Potrafiły wywąchać zagrożenie, stawić się za swoimi ludźmi i dbać o nich, nawet jeśli to były drobne gesty. Chociaż to co przez te wszystkie lata dla Madoxa zrobił Sombra w żądnym stopniu nie było małe. To były czyny, na które nie zdobyliby się nawet jego prawdziwi, najlepsi przyjaciele. Ile razy William odwracał się od niego? Ile Riczi poświeciłby dla swojego kuzyna? A pies był. Zawsze. Gotowy oddać za niego nawet życie.
Głaskała plecy swojego męża, czując jak pod nią drżał. Nie wiedziała, czy płakał. Swoją brodę miała opartą na jego głowie, a spojrzenie wpatrzone gdzieś w dal. Pilar na pewno uroniła kilka łez. Kochała tego psa, jakby był jej. Był obecny przy każdej jednej kłótni, jaką odbyli w mieszkaniu, jak wtedy gdy kłócili się o Galena, a Madox chciał ją zostawić. Albo kiedy jebła głową o stół i na moment go zapomniała. Patrzył na to wszystko gdzieś z boku, zawsze przy swoim właścicielu. Piękna relacja. A teraz już jej nie było.
Podnieśli się dopiero, kiedy Noriega był na to gotowy. Ruszyli na ostatnie pożegnanie. Szła obok niego, mocno ściskając go za rękę. Wiedziała, że teraz potrzebował po prostu wsparcia, że morały mogła zostawić sobie na jakiś inny dzień, chociaż ją też kurewsko gryzło to, co się stało. A najbardziej to, że tak po prostu w sekundę zmienił plany i pojechał sobie bez niej. I tu nie chodziło o to, żeby brał ją nawet ze sobą, ale fakt, że nawet nie powiedział jej, gdzie jedzie, nie powiedział, co planował. I gdyby spalił się w tym samochodzie albo gdyby naprawdę coś mu się stało… Nigdy by mu nie wybaczyła. Sobie też nie.
Ciężko patrzyło się na to wszystko z boku, ale Noriega okazał się wyjątkowo dzielny. Pogłaskali dobermana po raz ostatni, spędzili przy nim chwilę, a obsługa pozwoliła im zostać tak długo, jak tylko potrzebowali. Następnie podpisali wszelkie potrzebne dokumenty i znowu znaleźli się w aucie. W środku unosił się zapach krwi. Pierdolonej śmierci, która wwierciła się w tapicerkę. On też wcale nie wyglądał lepiej, kiedy szarpał pasem, cały upaćkany we krwi. Widziała, jak jego smutek przechodzi w gniew. Jak jego nastrój kompletnie się zmieniał. Tylko czy to był moment na te rozmowy? Właśnie teraz?
— Poczekaj, daj — rzuciła spokojnie, nachylając się nad pasem, żeby go zapiąć, próbując jakoś przeciągać wszystko w czasie, ale kiedy tylko Madox szarpnął ją za rękę, tak że prawie poleciała na jego klatkę piersiową, uniosła na niego równie ogniste spojrzenie. Bo w niej też to wszystko siedziało. Kumulowało się jeszcze od magazynu. Warczał na nią, wytykał jej pieprzony hipokryta, że z ludźmi Luny nie ma żartów, a ona czuła, jak zaraz jej się uleje.
— Żartujesz sobie kurwa ze mnie?! — odpyskowała mu momentalnie, wyszarpując się z jego uścisku. — Powiedział kurwa ten, który kazał nam się nie wychylać — no i się zaczęło… — Możesz mi kurwa powiedzieć, jak jechanie do pierdolonego lasu, nie mówiąc o tym nikomu, nawet nie konsultując tego ze mną, do jebanych gangusów miało się do nie wychylania się? — krzyczała. Już nie potrafiła tego trzymać w środku. Skoro i on wolał przysłonić smutek i żałobę po Sombrze gniewem, ona nie miała zamiaru długo być mu dłużna. A w Pilar akurat siedziało kurewsko dużo emocji. — Chcesz, żebym została wdową DWA DNI PO ŚLUBIE?! — wydarła się na niego. To już nawet nie był po prostu krzyk. Wyrzuciła to z siebie z taką goryczą, że musiał to poczuć nawet na własnej skórze. Aż zadrżała, a jej oczy momentalnie się zaszkliły. Łatwo mu było tam jechać, wiedząc, że ona była bezpieczna u Almy, a co miała powiedzieć Pilar? Co miała sobie myśleć, kiedy rzucił jej tylko pierdolonego smsa nie martw się o mnie i słuch po nim zaginął? Pierdolony egoista. Gdyby ona odwinęła mu taki numer, pewnie by ją zatłukł. Zamartwiał się. Wariował. Ale Madox jak zwykle patrzył na wszystko tylko i wyłącznie przez czubek własnego nosa.
I teraz też przemawiała przez niego wyłącznie zemsta.
Nie myślał trzeźwo.
— Nikogo kurwa nie odjebiesz — warknęła na niego, nachylając się w jego kierunku i łapiąc go za żuchwę, żeby patrzył jej prosto w oczy. — A jak już, to masz to wziąć kurwa na chłodno, a nie znowu wykonać jakiś bezmyślny ruch. Widziałeś co mu zrobili, widziałeś co kurwa stało się z twoim klubiem. Myślisz, że kim ty jesteś? Pierdolonym Bogiem? Że ty sam jeden jesteś w stanie po prostu odpierdolić jednego z najgroźniejszych ludzi w całym Toronto? Człowieka, który ma pod sobą całą jebaną armie pająków z pistoletem i zajebiście dobrego cela? — nawijała jak nakręcona. Słowa po prostu wylatywały z niej jak z karabinu, a ona sama napierdała na niego coraz bardziej, do tego stopnia, że już prawie na nim siedziała. Ciało miała całe pospinane w pieprzonej panice. Bo Pilar w przeciwieństwie do niego zawodowo snuła scenariusze i umiała ocenić ryzyko, a to co on miał w głowie, to co chciał zrobić, to jak działał impulsywnie, to jedyne gdzie mogło go zaprowadzić to do grobu. A ona nie miała zamiaru na to pozwolić. — Rozumiesz kurwa, estúpido, że ja nie chce cię stracić? — głos się jej złamał. Nie wiedziała, jak z nim rozmawiać. Jakich argumentów użyć, żeby przemówić mu do rozsądku. Nie raz na własne oczy widziała, jak ludzie pchani zemstą polegali na własnej zabawie. Jak potrafili impulsywnie się w coś wpakować, a potem nie mieli już pola do ucieczki. Jeden strzał. Tyle wystarczyło, żeby go nie było. A ona go potrzebowała. Jak nikogo innego na świecie.
¿Entiendes, joder, estúpido, que no quiero perderte?