part of his masculine charm is that he's completely insane
: wt sie 25, 2026 9:34 pm
Nie potrafił się nagadać. Finley był zaskakującym przypadkiem, z którym Dawson doprawdy nie potrafił urwać rozmowy; ilekroć zdawało się, że jeden temat został zakończony, tak pojawiała się chmara innych. Był doskonałym rozmówcą, bystrym, zabawnym i niezwykle mądrym, co było ogromną słabością mężczyzny. Szczególnie, gdy wziąć pod lupę jego wszechstronną opinię na temat absurdalności smalltalków, których ludzie w dzisiejszych czasach prowadzić zupełnie nie potrafili. Nic więc dziwnego, że rozmowa telefoniczna przeciągnęła się do godzin nocnych, a aktualny obiad został wydłużony, przez co biznesmen odwołał ważne spotkanie z jednym ze swoich partnerów.
— Jest basen w budynku, w którym mieszkam, ale przecież powinien być prywatny, abyś mógł opalić sobie pośladki. Właśnie dlatego muszę się zabrać za budowę tego domu i ciągać cię po architektach — uśmiechnął się uroczo, zbyt p r a w d z i w i e, aby to mogła być tylko jedna z wielu wizji. W końcu Rosewood miał doskonałe oko, za pewne również do wnętrz i rozstawienia pomieszczeń, więc zawsze mogli zrobić aneks do umowy, w którym będzie jego osobistym asystentem życiowym,później mężem. Stanley ochoczo opowiedział mu o swoich planach; spora willa, oczywiście strzeżona, choć nieszczególnie nowoczesna. Pragnął dużo drzew i krzewów wokół swojej nieruchomości, osobny ogródek i szklarnię na warzywa. Może drzewko cytrynowe, chociaż Kanada nie miała do nich odpowiednich warunków. Pawilon, w którym będzie osobista siłownia, wielki basen, równie wielki grill, altana, jedna huśtawka drewniana, kolejna niczym kukułcze gniazdo. Leżaki, system nawodnienia trawnika, czujniki światła. Lampki na ogrodzie, a w sezonie świątecznym największa choinka w okolicy, stojąca na zewnątrz, choć oczywiście ta w śródku też miała być do wysokości schodów. Kilka sypialni, parę łazienek, otwarty salon z jadalnią i kuchnią. Ogrzewanie podłogowe, klimatyzacja w każdym pomieszczeniu, osobny pokój dla psa, którego przecież będą musieli kupić. Koniecznie rasowego. Garderoba z mniejszą sypialnią dla Finleya, gdy będzie chciał zrobić nauczkę Stanowi i spać sam, bo prezes bywał n i e z n o ś n y. Toaletka. Dwa biura.
I zatrudniony serwis sprzątający, który to wszystko ogarnie, bo żaden z nich nie będzie miał siły na sprzątanie tylu metrów kwadratowych.
O paracetamolu również się rozgadał — Finley mógł się dowiedzieć, że Stanley uznawał tylko ibuprofen i aspirynę, a przy okazji najlepiej na ból głowy działał seks i tak się składało, że raz na jakiś czas miewał migreny, które chyba właśnie teraz wracały, więc powinien mieć to na uwadze; w trakcie rozmowy o ich zawodach był jednak zupełnie poważny, kiwając głową ze zrozumieniem, bo wychodził z założenia, że żadna praca nie hańbi, nawet, jeśli była trochę niekonwencjonalna i nietypowa. Ludzie zarabali krocie na szyciu pluszaków z włóczki, co też było dla niego zupełnie niezrozumiałe, a jednak to rozumiał.
Albo na gniotkach. Jego biuro płonęło od matek rozprawiających na temat kleistych pierogów i Dawson za nic w świecie nie chciał znać szczegółów.
— To ja pojadę z tobą i przebranżowię się na budowanie szałasów, albo wakacyjnego kurortu. Zobaczymy. Nie mam nic do żółwi — wzruszył ramionami, a potem uśmiechnął się krótko, obserwując, jak Fin się pochyla. Nie był pewien, czy jeszcze nie znalazł, bo coś głęboko w jego środku podpowiadało, tym irytującym g ł o s e m, że ktoś właśnie zjadał z jego palców owoc, a przy okazji zcałował z nich sok. Wciągnął powietrze, mrużąc powieki, bo ilekroć Rosewood wykonywał jakikolwiek gest tymi kuszącymi wargami, tylekroć Dawson chciał w nie wsunąć wiele rzeczy. Własny język, palce trochę głębiej, więcej słodkości,swojego fiuta.
— Nie. Lubię Ferrari i Red Bulla, Ci młodzi są naprawdę dobrzy. Czekaj… Lane to twoja siostra? — zamrugał ponownie, przyglądając mu się z zaskoczeniem. Do tej pory nie zauważył tej zbieżności nazwisk, która teraz jednak była oczywista. I podobieństwo! Zawodniczka była w końcu równie wyszczekana i śliczna co jej brat, a Stanley nagle się roześmiał.
Przecież to musiało być przeznaczenie. W które Stanley nie wierzył, ale musiało nim być.
— To całkiem ekscytujące. Hybryda człowieka i… obcego. Intrygujące — prychnął, z zadowoleniem zjadając kolejny widelec od Rosewooda i grzecznie się oblizał. Zmrużył oczy. — Nie musisz. Luźne spodnie i ładna bielizna, albo jej brak, mi wystarczy — zawyrokował, następnie nie spuszczając spojrzenia z Fina, gdy ten pochylał się z kolejnym widelcem. Dawson już uchylał wargi, samemu pochylając się nad stołem, niemal smakując smaku posiłku z jego ust, dopóki Finley się nie wyprostował i zabrał mu nie tylko makaron, ale też siebie. Sapnął oburzony, g o t ó w, aby po prostu pokonać dzielącą ich odległość, złapać go za kark i docisnąć spragnione wargi do siebie, ale zaledwie ze zrezygnowaniem opadł na krzesło i językiem zebrał ser z kącika ust.
— Jesteś bezlitosny — oznajmił, dojadając swoją pizzę. Posiłki zniknęły szybko przy atmosferze kolejnego poruszanego tematu; więcej Formuły, więcej domu, więcej obcych. Stanley uregulował ich rachunek i już prawie zostawił napiwek, dopóki nie spotkał się z karcącym spojrzeniem Rosewooda i uniósł dłonie w geście obronnym, chowając dwadzieścia dolców ponownie do portfela. Cóż, dawał go z czystej kultury, niż przez piersi kelnerki, ale nie zamierzał dyskutować ze swoją żonką. Finleya prowadził także z uprzejmą dłonią u dołu jego pleców na parking podziemny, znosząc noszenie jego zakupów i swoich. Otworzył mu drzwi do czystego, szalenie drogiego samochodu, w którym pachniało przyjemnym zapachem i gdy sam wsiadł, nasunął na nos okulary.
Wieczór ich zastał, a nocne światła Toronto nie działały za dobrze na jego astygmatyzm. I poznając adres, ruszył w odpowiednim kierunku, pozwalając Finowi wybrać stację radiową i ustawiając odpowiednią dla niego temperaturę. Był dobrym kierowcą. Lubił przyspieszyć, ale prowadził bezpiecznie, swobodnie opierając wierzch dłoni na kierownicy. Był skupiony, ale raz za razem na niego zerkał, dopóki nie zatrzymał się pod kompleksem budynków, posyłając mu drobny uśmiech.
I zdecydowanie czekając na o d p o w i e d n i e pożegnanie.
Finley Rosewood
— Jest basen w budynku, w którym mieszkam, ale przecież powinien być prywatny, abyś mógł opalić sobie pośladki. Właśnie dlatego muszę się zabrać za budowę tego domu i ciągać cię po architektach — uśmiechnął się uroczo, zbyt p r a w d z i w i e, aby to mogła być tylko jedna z wielu wizji. W końcu Rosewood miał doskonałe oko, za pewne również do wnętrz i rozstawienia pomieszczeń, więc zawsze mogli zrobić aneks do umowy, w którym będzie jego osobistym asystentem życiowym,
I zatrudniony serwis sprzątający, który to wszystko ogarnie, bo żaden z nich nie będzie miał siły na sprzątanie tylu metrów kwadratowych.
O paracetamolu również się rozgadał — Finley mógł się dowiedzieć, że Stanley uznawał tylko ibuprofen i aspirynę, a przy okazji najlepiej na ból głowy działał seks i tak się składało, że raz na jakiś czas miewał migreny, które chyba właśnie teraz wracały, więc powinien mieć to na uwadze; w trakcie rozmowy o ich zawodach był jednak zupełnie poważny, kiwając głową ze zrozumieniem, bo wychodził z założenia, że żadna praca nie hańbi, nawet, jeśli była trochę niekonwencjonalna i nietypowa. Ludzie zarabali krocie na szyciu pluszaków z włóczki, co też było dla niego zupełnie niezrozumiałe, a jednak to rozumiał.
Albo na gniotkach. Jego biuro płonęło od matek rozprawiających na temat kleistych pierogów i Dawson za nic w świecie nie chciał znać szczegółów.
— To ja pojadę z tobą i przebranżowię się na budowanie szałasów, albo wakacyjnego kurortu. Zobaczymy. Nie mam nic do żółwi — wzruszył ramionami, a potem uśmiechnął się krótko, obserwując, jak Fin się pochyla. Nie był pewien, czy jeszcze nie znalazł, bo coś głęboko w jego środku podpowiadało, tym irytującym g ł o s e m, że ktoś właśnie zjadał z jego palców owoc, a przy okazji zcałował z nich sok. Wciągnął powietrze, mrużąc powieki, bo ilekroć Rosewood wykonywał jakikolwiek gest tymi kuszącymi wargami, tylekroć Dawson chciał w nie wsunąć wiele rzeczy. Własny język, palce trochę głębiej, więcej słodkości,
— Nie. Lubię Ferrari i Red Bulla, Ci młodzi są naprawdę dobrzy. Czekaj… Lane to twoja siostra? — zamrugał ponownie, przyglądając mu się z zaskoczeniem. Do tej pory nie zauważył tej zbieżności nazwisk, która teraz jednak była oczywista. I podobieństwo! Zawodniczka była w końcu równie wyszczekana i śliczna co jej brat, a Stanley nagle się roześmiał.
Przecież to musiało być przeznaczenie. W które Stanley nie wierzył, ale musiało nim być.
— To całkiem ekscytujące. Hybryda człowieka i… obcego. Intrygujące — prychnął, z zadowoleniem zjadając kolejny widelec od Rosewooda i grzecznie się oblizał. Zmrużył oczy. — Nie musisz. Luźne spodnie i ładna bielizna, albo jej brak, mi wystarczy — zawyrokował, następnie nie spuszczając spojrzenia z Fina, gdy ten pochylał się z kolejnym widelcem. Dawson już uchylał wargi, samemu pochylając się nad stołem, niemal smakując smaku posiłku z jego ust, dopóki Finley się nie wyprostował i zabrał mu nie tylko makaron, ale też siebie. Sapnął oburzony, g o t ó w, aby po prostu pokonać dzielącą ich odległość, złapać go za kark i docisnąć spragnione wargi do siebie, ale zaledwie ze zrezygnowaniem opadł na krzesło i językiem zebrał ser z kącika ust.
— Jesteś bezlitosny — oznajmił, dojadając swoją pizzę. Posiłki zniknęły szybko przy atmosferze kolejnego poruszanego tematu; więcej Formuły, więcej domu, więcej obcych. Stanley uregulował ich rachunek i już prawie zostawił napiwek, dopóki nie spotkał się z karcącym spojrzeniem Rosewooda i uniósł dłonie w geście obronnym, chowając dwadzieścia dolców ponownie do portfela. Cóż, dawał go z czystej kultury, niż przez piersi kelnerki, ale nie zamierzał dyskutować ze swoją żonką. Finleya prowadził także z uprzejmą dłonią u dołu jego pleców na parking podziemny, znosząc noszenie jego zakupów i swoich. Otworzył mu drzwi do czystego, szalenie drogiego samochodu, w którym pachniało przyjemnym zapachem i gdy sam wsiadł, nasunął na nos okulary.
Wieczór ich zastał, a nocne światła Toronto nie działały za dobrze na jego astygmatyzm. I poznając adres, ruszył w odpowiednim kierunku, pozwalając Finowi wybrać stację radiową i ustawiając odpowiednią dla niego temperaturę. Był dobrym kierowcą. Lubił przyspieszyć, ale prowadził bezpiecznie, swobodnie opierając wierzch dłoni na kierownicy. Był skupiony, ale raz za razem na niego zerkał, dopóki nie zatrzymał się pod kompleksem budynków, posyłając mu drobny uśmiech.
I zdecydowanie czekając na o d p o w i e d n i e pożegnanie.
Finley Rosewood