one weekend. no disasters. hopefully.
: pn sie 10, 2026 8:56 pm
Oczywiście, że z tej przygody z szopami zamierzał w najbliższym czasie zrobić anegdotę, która świetnie nadawałaby się do opowiadania wśród znajomych. W końcu ilu z nich mogłoby poszczycić się tym, że wyszli zwycięsko – no, prawie… – ze spotkania z trójką grasujących po samochodzie szopów…?
Pewnie też wcale nie trzeba byłoby mu tak wiele, by naprawdę rozważyć oswojenie zwierzaka i zabranie go ze sobą do domu… Może gdyby tylko ten wykazywał nieco większą chęć współpracy albo przynajmniej nie zachowywał się, jakby rzeczywiście zamierzał pożreć nie tylko tę psią karmę, ale również Dantego i Elsę, a na koniec dobrać się jeszcze do zamkniętych w domku psów… Tymczasem – szczęśliwie dla dziewczyny – wszelkie sugestie, że mogliby tego jednego szopa przygarnąć, pozostawały raczej w sferze żartów. Chociaż… kto wie, może gdyby jednak futrzak nieco bardziej przyjacielsko zareagował na podsunięte mu sarnie ucho, Dante byłby skłonny przemyśleć ten pomysł raz jeszcze. Kiedy jednak ten za przysmak odwdzięczył się dość bolesnym ugryzieniem, zdecydowanie bardziej prawdopodobne stało się to, by chcieć przerobić go na czapkę, czy inną parę rękawiczek niż zwierzaka domowego. Możliwe więc, że całkiem nieźle się złożyło, że ten pospiesznie zwiał z samochodu – w przeciwnym razie sytuacja mogłaby skończyć się nieco większą liczbą ofiar. W ludziach lub szopach, zależnie od tego, kto ostatecznie miałby wygrać to starcie…
Z pewnym niepokojem przyjął fakt, że Elsa – zamiast raz jeszcze dać popis swoich umiejętności trafiania do celu – zdecydowała się opuścić swoją bezpieczną fortecę i skierować wprost do samochodu. I nie, ani trochę nie miał jej za złe tego, że nawet nie spojrzała w jego stronę. Przeciwnie – za to akurat mógł być jej co najwyżej wdzięczny, skoro obydwoje raczej zgadzali się co do tego, że nie potrzebowali na dziś więcej atrakcji. A przynajmniej nie tych, jakie mógłby zapewnić im jej atak paniki na widok krwi sączącej się z rany po ugryzieniu.
– Miałem taki zamiar, ale siedział za daleko i trudno było sięgnąć – zaśmiał się krótko, przy okazji wywracając oczami na te jej dobre rady udzielane nieco po fakcie. – No i wyobraź sobie, że trochę za szybko uznał, że faktycznie chce sobie wziąć to ucho, żeby można było mu je gdzieś rzucić…
Bo – wbrew temu co twierdził chwilę wcześniej – nie planował przecież ani brać szopa na ręce, ani też karmić go z ręki. Faktycznie w pierwotnym założeniu chciał chyba wyrzucić to ucho za drzwi, kiedy tylko futrzak miałby się nim zainteresować. I znów – plan był pewnie całkiem niezły, trochę za to zawiodło jego wykonanie. Szop okazał się stanowczo zbyt szybki, a w dodatku postanowił zainteresować się nie tylko uchem, ale na dokładkę spróbować jeszcze, czy przypadkiem ludzka ręka nie smakowałaby równie dobrze. Albo po prostu odwdzięczył się za to wcześniejsze szturchanie patykiem – trudno było stwierdzić i raczej niewielkie były szanse na to, by mieli jeszcze okazję zapytać o to sprawcę całego zamieszania. Chyba, że ten postanowiłby wrócić na deser…
Przemył ranę podanym mu płynem do dezynfekcji, raz jeszcze przyglądając się jej przez moment. Wciąż nic szczególnie fajnego, ale też wciąż nie wyglądało na to, by musiał się nią jakoś mocniej martwić. Możliwe, że szop ledwie go drasnął, nie pokazując nawet pełni swoich możliwości. Zwykły opatrunek powinien więc w zupełności wystarczyć – i nawet rzeczywiście zabrał się za opatrywanie tego ugryzienia, kiedy dotarły do niego kolejne słowa Elsy.
– Co…? – zmarszczył brwi, na moment przerywając owijanie dłoni bandażem. Za to odwrócił się przez ramię, żeby zerknąć w jej stronę, jakby rzeczywiście spodziewał się, że lada moment sama zreflektuje się, że nie było to przecież nic aż tak poważnego. Tyle, że na to chyba się nie zanosiło. – Nie, nie przesadzaj, nie musimy jechać do żadnego szpitala. Nie wyglądał przecież jakby miał wściekliznę. To nic takiego i… do jutra na pewno nic się nie stanie.
Naprawdę nie miał przecież ochoty marnować czasu, jaki mieli spędzić w tym cholernym rozwalającym się domku na to, by urządzać sobie jakieś wycieczki do szpitala. Pospiesznie dokończył opatrywanie rany, by następnie ponownie odwrócić się w stronę Elsy. Bez zastanowienia odciągnął lekko materiał tej nieco za dużej na nią koszulki, po czym cmoknął ją krótko w odkryte w ten sposób ramię. Widocznie to właśnie miało przekonać ją, że absolutnie nic się nie działo i że nie było potrzeby wybierać się dokądkolwiek.
– A w razie jakby jednak coś zaczęło się babrać, jutro możemy odwiedzić jakiegoś lekarza – dodał, mimo wszystko jednak bez większego przekonania. Wciąż jednak znacznie bardziej wolał tę swoją wersję, zgodnie z którą przejmowanie się ugryzieniem jakiegoś dzikiego szopa było zwykłym dramatyzowaniem i czymś, co w ogóle nie powinno mieć miejsca. – Chociaż pewnie i tak każdy stwierdziłby, że to zwykła pierdoła i nie ma się czym przejmować…
W porządku, co do tego mógł mieć już pewne wątpliwości. Bo jednak domyślał się, że większość lekarzy faktycznie podzielałaby opinię, że podobnych ugryzień – nawet jeśli nie wyglądały zbyt groźnie – lepiej było nie bagatelizować tak zupełnie. Mimo wszystko naprawdę postarał się, żeby zabrzmiało to, jakby był absolutnie pewny tego, że tak właśnie musiałoby być i że w związku z tym nie było sensu zawracać głowy żadnemu lekarzowi. I… możliwe, że nawet względnie mu to wyszło.
Elsa Eriksen
Pewnie też wcale nie trzeba byłoby mu tak wiele, by naprawdę rozważyć oswojenie zwierzaka i zabranie go ze sobą do domu… Może gdyby tylko ten wykazywał nieco większą chęć współpracy albo przynajmniej nie zachowywał się, jakby rzeczywiście zamierzał pożreć nie tylko tę psią karmę, ale również Dantego i Elsę, a na koniec dobrać się jeszcze do zamkniętych w domku psów… Tymczasem – szczęśliwie dla dziewczyny – wszelkie sugestie, że mogliby tego jednego szopa przygarnąć, pozostawały raczej w sferze żartów. Chociaż… kto wie, może gdyby jednak futrzak nieco bardziej przyjacielsko zareagował na podsunięte mu sarnie ucho, Dante byłby skłonny przemyśleć ten pomysł raz jeszcze. Kiedy jednak ten za przysmak odwdzięczył się dość bolesnym ugryzieniem, zdecydowanie bardziej prawdopodobne stało się to, by chcieć przerobić go na czapkę, czy inną parę rękawiczek niż zwierzaka domowego. Możliwe więc, że całkiem nieźle się złożyło, że ten pospiesznie zwiał z samochodu – w przeciwnym razie sytuacja mogłaby skończyć się nieco większą liczbą ofiar. W ludziach lub szopach, zależnie od tego, kto ostatecznie miałby wygrać to starcie…
Z pewnym niepokojem przyjął fakt, że Elsa – zamiast raz jeszcze dać popis swoich umiejętności trafiania do celu – zdecydowała się opuścić swoją bezpieczną fortecę i skierować wprost do samochodu. I nie, ani trochę nie miał jej za złe tego, że nawet nie spojrzała w jego stronę. Przeciwnie – za to akurat mógł być jej co najwyżej wdzięczny, skoro obydwoje raczej zgadzali się co do tego, że nie potrzebowali na dziś więcej atrakcji. A przynajmniej nie tych, jakie mógłby zapewnić im jej atak paniki na widok krwi sączącej się z rany po ugryzieniu.
– Miałem taki zamiar, ale siedział za daleko i trudno było sięgnąć – zaśmiał się krótko, przy okazji wywracając oczami na te jej dobre rady udzielane nieco po fakcie. – No i wyobraź sobie, że trochę za szybko uznał, że faktycznie chce sobie wziąć to ucho, żeby można było mu je gdzieś rzucić…
Bo – wbrew temu co twierdził chwilę wcześniej – nie planował przecież ani brać szopa na ręce, ani też karmić go z ręki. Faktycznie w pierwotnym założeniu chciał chyba wyrzucić to ucho za drzwi, kiedy tylko futrzak miałby się nim zainteresować. I znów – plan był pewnie całkiem niezły, trochę za to zawiodło jego wykonanie. Szop okazał się stanowczo zbyt szybki, a w dodatku postanowił zainteresować się nie tylko uchem, ale na dokładkę spróbować jeszcze, czy przypadkiem ludzka ręka nie smakowałaby równie dobrze. Albo po prostu odwdzięczył się za to wcześniejsze szturchanie patykiem – trudno było stwierdzić i raczej niewielkie były szanse na to, by mieli jeszcze okazję zapytać o to sprawcę całego zamieszania. Chyba, że ten postanowiłby wrócić na deser…
Przemył ranę podanym mu płynem do dezynfekcji, raz jeszcze przyglądając się jej przez moment. Wciąż nic szczególnie fajnego, ale też wciąż nie wyglądało na to, by musiał się nią jakoś mocniej martwić. Możliwe, że szop ledwie go drasnął, nie pokazując nawet pełni swoich możliwości. Zwykły opatrunek powinien więc w zupełności wystarczyć – i nawet rzeczywiście zabrał się za opatrywanie tego ugryzienia, kiedy dotarły do niego kolejne słowa Elsy.
– Co…? – zmarszczył brwi, na moment przerywając owijanie dłoni bandażem. Za to odwrócił się przez ramię, żeby zerknąć w jej stronę, jakby rzeczywiście spodziewał się, że lada moment sama zreflektuje się, że nie było to przecież nic aż tak poważnego. Tyle, że na to chyba się nie zanosiło. – Nie, nie przesadzaj, nie musimy jechać do żadnego szpitala. Nie wyglądał przecież jakby miał wściekliznę. To nic takiego i… do jutra na pewno nic się nie stanie.
Naprawdę nie miał przecież ochoty marnować czasu, jaki mieli spędzić w tym cholernym rozwalającym się domku na to, by urządzać sobie jakieś wycieczki do szpitala. Pospiesznie dokończył opatrywanie rany, by następnie ponownie odwrócić się w stronę Elsy. Bez zastanowienia odciągnął lekko materiał tej nieco za dużej na nią koszulki, po czym cmoknął ją krótko w odkryte w ten sposób ramię. Widocznie to właśnie miało przekonać ją, że absolutnie nic się nie działo i że nie było potrzeby wybierać się dokądkolwiek.
– A w razie jakby jednak coś zaczęło się babrać, jutro możemy odwiedzić jakiegoś lekarza – dodał, mimo wszystko jednak bez większego przekonania. Wciąż jednak znacznie bardziej wolał tę swoją wersję, zgodnie z którą przejmowanie się ugryzieniem jakiegoś dzikiego szopa było zwykłym dramatyzowaniem i czymś, co w ogóle nie powinno mieć miejsca. – Chociaż pewnie i tak każdy stwierdziłby, że to zwykła pierdoła i nie ma się czym przejmować…
W porządku, co do tego mógł mieć już pewne wątpliwości. Bo jednak domyślał się, że większość lekarzy faktycznie podzielałaby opinię, że podobnych ugryzień – nawet jeśli nie wyglądały zbyt groźnie – lepiej było nie bagatelizować tak zupełnie. Mimo wszystko naprawdę postarał się, żeby zabrzmiało to, jakby był absolutnie pewny tego, że tak właśnie musiałoby być i że w związku z tym nie było sensu zawracać głowy żadnemu lekarzowi. I… możliwe, że nawet względnie mu to wyszło.
Elsa Eriksen