hello, sunshine
: pn sie 17, 2026 10:33 pm
Nie spodziewał się, że do niego przyjdzie. Właściwie niczego się już nie spodziewał, odkąd z ogromnym samozaparciem postanowiła nie przyjąć jego pomocnej dłoni.
Wszystko to było przejawem strachu i troski, które tego dnia odczuł wobec niej po raz kolejny. Brak kontroli nad sytuacją całkowicie wytrącił go z równowagi. Już wystarczająco niepokojąca była niemożliwość Zoi zapanowania nad własnym oddechem, a przecież mogło się to zakończyć o wiele gorzej. Pod jego opieką.
Kiedy przystanęła, zachowując między nimi bezpieczny dystans, posłał jej smutny cień uśmiechu. Zanotował jej nieco zlęknione spojrzenie pomieszane z uporem. Oraz fakt, że z jej ramion zniknęła błękitna koszula.
Co Cię opętało? Tylko się wygłupiał. Nie miał złych zamiarów. Słowa Zoi rozbrzmiały w jego głowie, przyprawiając go o ciężkie westchnienie. Wiedział, że przesadził. Jego reakcja była trochę zbyt obcesowa, ale nie potrafił nad sobą zapanować.
Po raz pierwszy od dawna przez jego maskę opanowania coś się przedarło. Na jego dotychczas pełnym spokoju i pewności siebie wizerunku prezentowanym osobom z zewnątrz zaczęły pojawiać się rysy. Nie miał pojęcia, jak do tego doszło. W tak krótkim czasie.
— Stanąłem w Twojej obronie i masz mi to za złe? — zapytał spokojnie, starannie modulując swój głos, by nie przebiło się przez niego więcej, niż tego chciał. Wiedział, że ta odpowiedź i tak nie była wystarczającym usprawiedliwieniem dla jego zachowania, a właściwie jedynie odbijała piłeczkę.
Domyślał się też, że nie miała powodów, żeby być zadowolona z takiego przebiegu sprawy. Nie oczekiwał od niej, że będzie mu za to wdzięczna. A sądząc po jej skrywanej urazie, możliwe, że nawet będzie na niego zła.
Niemniej chciał dobrze. Tłumaczył sobie, że to nie była tylko kwestia jej bezpieczeństwa, bo o ile potrafiła pływać, tak powinna myśleć również o dziecku. Patrząc na to z tej perspektywy, jego obawy za bezmyślność Henry’ego miały w sobie jakiś sens.
Ale przecież nie chodziło wyłącznie o to. Chodziło o świadome lub nie, działania osób trzecich, które wzbudziły w nim uczucia, których się po sobie nie spodziewał. Do tego uważał, że robienie sobie na złość i ich lekkomyślność mogły doprowadzić do znacznie gorszych konsekwencji.
Mimo że na część z tego, co się wydarzyła, nie miał żadnego wpływu, to obarczał się całą winą. Bo to on sprowadził Zoyę na tę łódź. Naraził ją na niebezpieczeństwo.
Mimowolnie skrzywił się na myśl, że zepsuł wszystkim dzień. Jeszcze bardziej ugodził w niego łamiący się głos Zoi, bo nie dość, że to on był powodem, przez który znalazła się w tak niekomfortowej sytuacji, to była ostatnią osobą, która chciała go tam, obok siebie. Proszenie go o to musiało być dla niej t r u d n e. Podobnie, jak wspomnienie o Maggie.
— To nie ma z nią nic wspólnego — pokręcił głową i westchnął, podpierając się za biodra, by na chwilę przenieść spojrzenie gdzieś w bok, na wodę. — A wiesz, czego dotyczyła ta rozmowa? — zawiesił głos, po czym powrócił spojrzeniem na Zoyę. — Powiedziałem jej, żeby nie robiła sobie nadziei. I że cenię naszą przyjaźń oraz liczę na to, że znajdzie sobie kogoś, kto poświęci jej tyle uwagi, ile potrzebuje — wyznał, na koniec wzruszając przy tym ramionami, by zaraz opuścić ręce wzdłuż swojego tułowia.
Musiał wyjaśnić tę sprawę, by Zoya nie myślała dłużej, że wykorzystywał zainteresowanie Maggie. Nie robił tego celowo i naprawił swój błąd tak szybko, jak tylko się dało. Był szczery, a jakie wnioski ciemnowłosa miała z tego wysnuć to już należało wyłącznie do niej.
Najgorsze było to, że sam siebie nie poznawał. Im dłużej myślał o wszystkim, co zdarzyło się tu na łodzi i jak bardzo niedorzeczne było jego zachowanie, tym dłużej nie potrafił powstrzymać się przed rozbawionym parsknięciem, który w końcu wymsknął mu się z ust.
— Nie jestem taki, Zoya — zaprzeczył, podnosząc na nią uważny wzrok, a kąciki jego ust drgnęły w niewielkim uśmiechu. — Nie wściekam się za takie bzdury. To T y doprowadzasz mnie do szaleństwa. Tak, Ty — powtórzył to nadal opanowanym głosem, jakby to była oczywista oczywistość i powoli zaczął kierować się w jej stronę. — Wkurza mnie, że nie powinienem Cię chcieć, ani o Tobie myśleć. — A to robię. — Nawet moja próba nie ograniczania Cię okazała się totalną porażką, bo okazało się, że jednak nie mogę po prostu stać i patrzeć, jak dotyka Cię ktoś inny, niż ja — rozbrajająco szczery ton wkradł się pomiędzy jego słowa, kiedy przystanął przy niej na odległość wyciągnięcia ręki. — A przy tym jest to tak cholernie irracjonalne, bo nie znamy się zbyt długo, a ja byłem w stanie za Ciebie przywalić Henry’emu — wyznał, nadal temu nie dowierzając. Między nimi zapadło kilka sekund ciszy, podczas których przygryzł wargę i spuścił wzrok na ich bose stopy.
Był głupi, że dał się ponieść emocjom. Nie tylko dlatego, że pokazał się przed przyjaciółmi z innej strony, której nie doświadczali zbyt często, ale też dlatego, że Zoya również ją poznała. Nie powinna być świadkiem jego wybuchu. Z tym, że stała się jego powodem. Bezwiednie uniósł wzrok na jej brzuch.
— Wiesz, jakie to było niebezpieczne? — zapytał, po chwili podnosząc na nią swoje jasne tęczówki.
Nie był tylko kapitanem żaglówki, więc nie odpowiadał wyłącznie za pasażerów. Miał być także ojcem, a ojciec powinien odpowiadać za dziecko i jego matkę. Bez względu na to, co tych rodziców miało łączyć.
Zoya Weasley
Wszystko to było przejawem strachu i troski, które tego dnia odczuł wobec niej po raz kolejny. Brak kontroli nad sytuacją całkowicie wytrącił go z równowagi. Już wystarczająco niepokojąca była niemożliwość Zoi zapanowania nad własnym oddechem, a przecież mogło się to zakończyć o wiele gorzej. Pod jego opieką.
Kiedy przystanęła, zachowując między nimi bezpieczny dystans, posłał jej smutny cień uśmiechu. Zanotował jej nieco zlęknione spojrzenie pomieszane z uporem. Oraz fakt, że z jej ramion zniknęła błękitna koszula.
Co Cię opętało? Tylko się wygłupiał. Nie miał złych zamiarów. Słowa Zoi rozbrzmiały w jego głowie, przyprawiając go o ciężkie westchnienie. Wiedział, że przesadził. Jego reakcja była trochę zbyt obcesowa, ale nie potrafił nad sobą zapanować.
Po raz pierwszy od dawna przez jego maskę opanowania coś się przedarło. Na jego dotychczas pełnym spokoju i pewności siebie wizerunku prezentowanym osobom z zewnątrz zaczęły pojawiać się rysy. Nie miał pojęcia, jak do tego doszło. W tak krótkim czasie.
— Stanąłem w Twojej obronie i masz mi to za złe? — zapytał spokojnie, starannie modulując swój głos, by nie przebiło się przez niego więcej, niż tego chciał. Wiedział, że ta odpowiedź i tak nie była wystarczającym usprawiedliwieniem dla jego zachowania, a właściwie jedynie odbijała piłeczkę.
Domyślał się też, że nie miała powodów, żeby być zadowolona z takiego przebiegu sprawy. Nie oczekiwał od niej, że będzie mu za to wdzięczna. A sądząc po jej skrywanej urazie, możliwe, że nawet będzie na niego zła.
Niemniej chciał dobrze. Tłumaczył sobie, że to nie była tylko kwestia jej bezpieczeństwa, bo o ile potrafiła pływać, tak powinna myśleć również o dziecku. Patrząc na to z tej perspektywy, jego obawy za bezmyślność Henry’ego miały w sobie jakiś sens.
Ale przecież nie chodziło wyłącznie o to. Chodziło o świadome lub nie, działania osób trzecich, które wzbudziły w nim uczucia, których się po sobie nie spodziewał. Do tego uważał, że robienie sobie na złość i ich lekkomyślność mogły doprowadzić do znacznie gorszych konsekwencji.
Mimo że na część z tego, co się wydarzyła, nie miał żadnego wpływu, to obarczał się całą winą. Bo to on sprowadził Zoyę na tę łódź. Naraził ją na niebezpieczeństwo.
Mimowolnie skrzywił się na myśl, że zepsuł wszystkim dzień. Jeszcze bardziej ugodził w niego łamiący się głos Zoi, bo nie dość, że to on był powodem, przez który znalazła się w tak niekomfortowej sytuacji, to była ostatnią osobą, która chciała go tam, obok siebie. Proszenie go o to musiało być dla niej t r u d n e. Podobnie, jak wspomnienie o Maggie.
— To nie ma z nią nic wspólnego — pokręcił głową i westchnął, podpierając się za biodra, by na chwilę przenieść spojrzenie gdzieś w bok, na wodę. — A wiesz, czego dotyczyła ta rozmowa? — zawiesił głos, po czym powrócił spojrzeniem na Zoyę. — Powiedziałem jej, żeby nie robiła sobie nadziei. I że cenię naszą przyjaźń oraz liczę na to, że znajdzie sobie kogoś, kto poświęci jej tyle uwagi, ile potrzebuje — wyznał, na koniec wzruszając przy tym ramionami, by zaraz opuścić ręce wzdłuż swojego tułowia.
Musiał wyjaśnić tę sprawę, by Zoya nie myślała dłużej, że wykorzystywał zainteresowanie Maggie. Nie robił tego celowo i naprawił swój błąd tak szybko, jak tylko się dało. Był szczery, a jakie wnioski ciemnowłosa miała z tego wysnuć to już należało wyłącznie do niej.
Najgorsze było to, że sam siebie nie poznawał. Im dłużej myślał o wszystkim, co zdarzyło się tu na łodzi i jak bardzo niedorzeczne było jego zachowanie, tym dłużej nie potrafił powstrzymać się przed rozbawionym parsknięciem, który w końcu wymsknął mu się z ust.
— Nie jestem taki, Zoya — zaprzeczył, podnosząc na nią uważny wzrok, a kąciki jego ust drgnęły w niewielkim uśmiechu. — Nie wściekam się za takie bzdury. To T y doprowadzasz mnie do szaleństwa. Tak, Ty — powtórzył to nadal opanowanym głosem, jakby to była oczywista oczywistość i powoli zaczął kierować się w jej stronę. — Wkurza mnie, że nie powinienem Cię chcieć, ani o Tobie myśleć. — A to robię. — Nawet moja próba nie ograniczania Cię okazała się totalną porażką, bo okazało się, że jednak nie mogę po prostu stać i patrzeć, jak dotyka Cię ktoś inny, niż ja — rozbrajająco szczery ton wkradł się pomiędzy jego słowa, kiedy przystanął przy niej na odległość wyciągnięcia ręki. — A przy tym jest to tak cholernie irracjonalne, bo nie znamy się zbyt długo, a ja byłem w stanie za Ciebie przywalić Henry’emu — wyznał, nadal temu nie dowierzając. Między nimi zapadło kilka sekund ciszy, podczas których przygryzł wargę i spuścił wzrok na ich bose stopy.
Był głupi, że dał się ponieść emocjom. Nie tylko dlatego, że pokazał się przed przyjaciółmi z innej strony, której nie doświadczali zbyt często, ale też dlatego, że Zoya również ją poznała. Nie powinna być świadkiem jego wybuchu. Z tym, że stała się jego powodem. Bezwiednie uniósł wzrok na jej brzuch.
— Wiesz, jakie to było niebezpieczne? — zapytał, po chwili podnosząc na nią swoje jasne tęczówki.
Nie był tylko kapitanem żaglówki, więc nie odpowiadał wyłącznie za pasażerów. Miał być także ojcem, a ojciec powinien odpowiadać za dziecko i jego matkę. Bez względu na to, co tych rodziców miało łączyć.
Zoya Weasley