Strona 3 z 3

hello, sunshine

: pn sie 17, 2026 10:33 pm
autor: Lucien Spencer
Nie spodziewał się, że do niego przyjdzie. Właściwie niczego się już nie spodziewał, odkąd z ogromnym samozaparciem postanowiła nie przyjąć jego pomocnej dłoni.
Wszystko to było przejawem strachu i troski, które tego dnia odczuł wobec niej po raz kolejny. Brak kontroli nad sytuacją całkowicie wytrącił go z równowagi. Już wystarczająco niepokojąca była niemożliwość Zoi zapanowania nad własnym oddechem, a przecież mogło się to zakończyć o wiele gorzej. Pod jego opieką.
Kiedy przystanęła, zachowując między nimi bezpieczny dystans, posłał jej smutny cień uśmiechu. Zanotował jej nieco zlęknione spojrzenie pomieszane z uporem. Oraz fakt, że z jej ramion zniknęła błękitna koszula.
Co Cię opętało? Tylko się wygłupiał. Nie miał złych zamiarów. Słowa Zoi rozbrzmiały w jego głowie, przyprawiając go o ciężkie westchnienie. Wiedział, że przesadził. Jego reakcja była trochę zbyt obcesowa, ale nie potrafił nad sobą zapanować.
Po raz pierwszy od dawna przez jego maskę opanowania coś się przedarło. Na jego dotychczas pełnym spokoju i pewności siebie wizerunku prezentowanym osobom z zewnątrz zaczęły pojawiać się rysy. Nie miał pojęcia, jak do tego doszło. W tak krótkim czasie.
Stanąłem w Twojej obronie i masz mi to za złe? — zapytał spokojnie, starannie modulując swój głos, by nie przebiło się przez niego więcej, niż tego chciał. Wiedział, że ta odpowiedź i tak nie była wystarczającym usprawiedliwieniem dla jego zachowania, a właściwie jedynie odbijała piłeczkę.
Domyślał się też, że nie miała powodów, żeby być zadowolona z takiego przebiegu sprawy. Nie oczekiwał od niej, że będzie mu za to wdzięczna. A sądząc po jej skrywanej urazie, możliwe, że nawet będzie na niego zła.
Niemniej chciał dobrze. Tłumaczył sobie, że to nie była tylko kwestia jej bezpieczeństwa, bo o ile potrafiła pływać, tak powinna myśleć również o dziecku. Patrząc na to z tej perspektywy, jego obawy za bezmyślność Henry’ego miały w sobie jakiś sens.
Ale przecież nie chodziło wyłącznie o to. Chodziło o świadome lub nie, działania osób trzecich, które wzbudziły w nim uczucia, których się po sobie nie spodziewał. Do tego uważał, że robienie sobie na złość i ich lekkomyślność mogły doprowadzić do znacznie gorszych konsekwencji.
Mimo że na część z tego, co się wydarzyła, nie miał żadnego wpływu, to obarczał się całą winą. Bo to on sprowadził Zoyę na tę łódź. Naraził ją na niebezpieczeństwo.
Mimowolnie skrzywił się na myśl, że zepsuł wszystkim dzień. Jeszcze bardziej ugodził w niego łamiący się głos Zoi, bo nie dość, że to on był powodem, przez który znalazła się w tak niekomfortowej sytuacji, to była ostatnią osobą, która chciała go tam, obok siebie. Proszenie go o to musiało być dla niej t r u d n e. Podobnie, jak wspomnienie o Maggie.
To nie ma z nią nic wspólnego — pokręcił głową i westchnął, podpierając się za biodra, by na chwilę przenieść spojrzenie gdzieś w bok, na wodę. — A wiesz, czego dotyczyła ta rozmowa? — zawiesił głos, po czym powrócił spojrzeniem na Zoyę. — Powiedziałem jej, żeby nie robiła sobie nadziei. I że cenię naszą przyjaźń oraz liczę na to, że znajdzie sobie kogoś, kto poświęci jej tyle uwagi, ile potrzebuje — wyznał, na koniec wzruszając przy tym ramionami, by zaraz opuścić ręce wzdłuż swojego tułowia.
Musiał wyjaśnić tę sprawę, by Zoya nie myślała dłużej, że wykorzystywał zainteresowanie Maggie. Nie robił tego celowo i naprawił swój błąd tak szybko, jak tylko się dało. Był szczery, a jakie wnioski ciemnowłosa miała z tego wysnuć to już należało wyłącznie do niej.
Najgorsze było to, że sam siebie nie poznawał. Im dłużej myślał o wszystkim, co zdarzyło się tu na łodzi i jak bardzo niedorzeczne było jego zachowanie, tym dłużej nie potrafił powstrzymać się przed rozbawionym parsknięciem, który w końcu wymsknął mu się z ust.
Nie jestem taki, Zoya — zaprzeczył, podnosząc na nią uważny wzrok, a kąciki jego ust drgnęły w niewielkim uśmiechu. — Nie wściekam się za takie bzdury. To T y doprowadzasz mnie do szaleństwa. Tak, Ty — powtórzył to nadal opanowanym głosem, jakby to była oczywista oczywistość i powoli zaczął kierować się w jej stronę. — Wkurza mnie, że nie powinienem Cię chcieć, ani o Tobie myśleć. A to robię. — Nawet moja próba nie ograniczania Cię okazała się totalną porażką, bo okazało się, że jednak nie mogę po prostu stać i patrzeć, jak dotyka Cię ktoś inny, niż ja — rozbrajająco szczery ton wkradł się pomiędzy jego słowa, kiedy przystanął przy niej na odległość wyciągnięcia ręki. — A przy tym jest to tak cholernie irracjonalne, bo nie znamy się zbyt długo, a ja byłem w stanie za Ciebie przywalić Henry’emu — wyznał, nadal temu nie dowierzając. Między nimi zapadło kilka sekund ciszy, podczas których przygryzł wargę i spuścił wzrok na ich bose stopy.
Był głupi, że dał się ponieść emocjom. Nie tylko dlatego, że pokazał się przed przyjaciółmi z innej strony, której nie doświadczali zbyt często, ale też dlatego, że Zoya również ją poznała. Nie powinna być świadkiem jego wybuchu. Z tym, że stała się jego powodem. Bezwiednie uniósł wzrok na jej brzuch.
Wiesz, jakie to było niebezpieczne? — zapytał, po chwili podnosząc na nią swoje jasne tęczówki.
Nie był tylko kapitanem żaglówki, więc nie odpowiadał wyłącznie za pasażerów. Miał być także ojcem, a ojciec powinien odpowiadać za dziecko i jego matkę. Bez względu na to, co tych rodziców miało łączyć.

Zoya Weasley

hello, sunshine

: wt sie 18, 2026 1:53 am
autor: Zoya Weasley
Nie potrzebowałam twojej obrony. Świetnie radzę sobie sama — odpowiedziała natychmiast.
To był właśnie moment, w którym nie chciała, aby Lucien sądził, że był jej do czegokolwiek potrzebny. Za wszelką cenę usiłowała udowodnić swoją niezależność. Nawet teraz, kiedy ta rozmowa najzwyczajniej w świecie ją przerażała.
I naprawdę przez ułamek sekundy cieszyła się, że znów był sobą i wypowiadał się bez uniesionego głosu, jak miało to miejsce chwilę wcześniej.
Niestety niezależnie od postawy i intencji Luciena, nadal nie była zadowolona.
Z drugiej strony Zoya wiedziała, jak wiele rzeczy siedziało w głowie Spencera. Nie wiedziała, że zasiała w nim ziarno zazdrości i że podobnie jak ona walczył z własnymi emocjami, które, o zgrozo, chyba dopiero poznawał. Nie miała też pojęcia, że cholernie martwił się o dziecko, kiedy wpadła z Henrym do wody.
O dziecko i o nią.Nawet nie była skłonna dopuścić do siebie tej myśli, wciąż mając na uwadze zażyłość Lucina z Maggie.
Mimo wszystko Zoya nie chciała dłużej doszukiwać się winnego w tej całej patowej sytuacji. Była po prostu zmęczona i gdzieś po cichu liczyła na to, że mężczyzna zażegna całej tej złej atmosferę, po czym będą mogli wrócić do brzegu Toronto. I więcej się do siebie nie odezwą - a przynajmniej nie w sprawach niezwiązanych z ciążą.
Nie bardzo chciała uwierzyć, kiedy Lucien wspomniał, że jego złość nie miała nic wspólnego z Maggie. Z jednej strony Zoya chyba to czuła, a z drugiej jednak ciemnowłosa była bardzo przekonująca. Prychnęła więc wyrażając tym samym swój brak zaufania, a następnie nerwowo przeczesała dłonią mokre włosy.
W tym samym czasie Lucien złapał się za biodra i uciekł spojrzeniem w stronę wody, przez co poczuła ulgę. Naprawdę ciężko było jej patrzeć mu w oczy, więc kiedy ponownie utkwił w niej wzrok, drgnęła niespokojnie. Na jego pytanie odruchowo zaprzeczyla. W ostatniej chwili ugryzła się również w język, bo chciała wspomnieć, że tak naprawdę jej to nie obchodziło.
Zaraz potem prychnęła po raz drugi i nerwowo przygryzła warge.
Czyli co? Miałam rację, tak? — zapytała retorycznie ze słyszalną kpiną, bo przecież doskonale znała prawdę. Albo znali.
Okej, musiał wyjaśnić tę sprawę, ale to nie znaczyło, że zdenerwowanie Zoi nagle wyparowało. Rozmawiali. Najwidoczniej próbował jej wszystko wyjaśnić, jednak nie zmieniało to faktu, że przez zachowanie Margaret, którego od początku nie dostrzegł, odsuneli się od siebie.
O ile w ogóle byli blisko.
Z jednej strony cieszyła się, że wyjaśnili sobie pewne kwestie, ale z drugiej… była rozczarowana, że musiała na to wszystko patrzeć. To uczucie zaczęło jednak słabnąć, kiedy zdała sobie sprawę, że Lucien nie był tak wyrachowany, jak początkowo Zoya go posądziła.
Rzeczywiście, kiedy w końcu zdał sobie sprawę ze swojego błędu, dołożył wszelkich starań, aby nsprostować relację z przyjaciółką. A przynajmniej tak sądziła Zoya po tym, co powiedział.
Spojrzała krzywo na Luciena, spod mocno ściągniętych brwi, kiedy dla odmiany to on prychnął. Zacisnęła usta, dostrzegając jego niewielki uśmiech. Zoi jednak wcale nie było do śmiechu, dlatego przygryzła wewnętrzną stronę policzka. Jednocześnie słuchała wszystkiego z uwagą.
W czasie gdy Lucien mówił, jej oczy mimowolnie rozszerzyły się pod wpływem napływającego szoku, a serce zaczęło bić o wiele bardziej niespokojnie.
Zrobiła dwa kroki do tyłu, kiedy mężczyzna zaczął powoli się zbliżać, ale ostatecznie sama się zatrzymała. Nawiedziła ją pewna powściągliwość, więc dumnie uniosła brodę i stawiła czoła zarówno spojrzeniu jak i słowom Luciena.
A potem nastała cisza. Musiała zebrać mysli, ale nie mogla tego zrobić, bo patrzył zbyt intensywnie. W porę zmusiła się do jakiejkolwiek reakcji.
To nie był przecież koniec.
Zoya zrozumiała to w chwili, gdy zapytał, czy wiedziała, jakie to było niebezpieczne.
Sam nasłałeś na mnie Henry’ego — zarzuciła, przypominając sobie to, co usłyszała od bruneta. — Powiedział mi. Mogłeś chociaż skłamać, że kogoś mam. Stwierdzeniem, że nie randkujemy, dałeś mu zielone światło do flirtowania ze mną! — uniosła się gniewem i pod wplywem silnych emocji, które zgromadziły się w Zoi przez wszystkie wydarzenia, uderzyła Luciena w pierś. — Wcale nie chcę doprowadzać cię do szaleństwa! Nie każę ci o mnie myśleć i na pewno to nie ty będziesz decydował o jakimś durnym ograniczaniu! Co to w ogóle ma znaczyć?
W przypływie następnej fali złości uderzyła Luciena jeszcze raz, potem kolejny, choć z każdym następnym ruchem jej siły coraz bardziej słabły.
Lucien... zaskoczył ją i przytłoczył swoimi słowami. Zoya w jednej chwili poczuła zarówno wściekłość, jak i szczęście. Nie wiedziala, co powinna teraz zrobić, dlatego po prostu się wkurzyla.
W jej mniemaniu mężczyzna również wydawał się zagubiony, ale pomimo tego nie wątpiła w jego szczerość.
Nie była jednak gotowa na to wszystko. Emocje, które nagromadziły się w niej przez cały rejs, łakneły ujścia. Potrzebowała się oczyścić, dlatego jeszcze raz uderzyła Luciena, zanim całkowicie opadła z sił i schowała twarz w jego torsie. Oparła sie o niego czołem, zaś dłonie zsunęła na biodra, mocno wbijając w nie paznokcie.

Lucien Spencer

hello, sunshine

: wt sie 18, 2026 4:04 pm
autor: Lucien Spencer
Na jej odpowiedź pokiwał z wolna głową, przyjmując to do swojej wiadomości. Nie potrzebowała go. Już wcześniej próbowała to zamanifestować, choćby tym, że chciała sama wychować to dziecko.
A mimo to czuł się zobowiązany ich chronić, na tyle, na ile mógł. To oznaczało, że musiał ingerować, jeśli coś wykraczało poza zabawę, a według niego Zoya nie bawiła się dobrze w wodzie. Bez względu na to, jak nagle napięcie w powietrzu eskalowało i że nie był dumny ze swojej reakcji, tak gdyby miał cofnąć czas, zrobiłby to samo.
Z tym, że nie musisz tego robić sama. Już nie teraz — odparł po chwili. Poczuwał się do odpowiedzialności, a więc zdecydowanie nie chciał zostawiać jej ze wszystkim całkiem samej. Jeśli to nie wybrzmiało wcześniej, zaznaczył to teraz, nie pozostawiając co do tego żadnych wątpliwości. Mogła na niego liczyć nawet, jeśli tego nie chciała.
Domyślał się, że nie uwierzy mu w kwestii Maggie, co jasno wyraziła za pomocą prychnięcia. Dlatego uciekł na chwilę wzrokiem, żeby zebrać myśli i ostatecznie wyjaśnić jej, co tak naprawdę wydarzyło się, kiedy zniknęli robić drinki. Na jej kolejne prychnięcie i pytanie retoryczne nieco przekrzywił głowę na bok.
Lubisz ją mieć, prawda? — zapytał, choć nie potrzebował na nie odpowiedzi. Zdarzyło mu się już kilka razy jej przytaknąć, aczkolwiek akurat ten temat raczej nie powinien przyprawić ją o satysfakcję.
Fakt był taki, że rzeczywiście nie dostrzegł subtelnych różnic między przyjaźnią a romantycznym zainteresowaniem ze strony Maggie. Zależało mu na dobrych relacjach z dziewczyną i nie był świadomy, że robił coś złego, zarówno wobec Margaret, jaki i Zoi. Dopóki Weasley mu tego nie uświadomiła.
Mimo tego wytłumaczenia wciąż była względem niego bojowo nastawiona. Cofnięcie się przed nim, a później jej harda mina nie zbiły go jednak z pantałyku. Postawił na szczerość, której chyba oboje potrzebowali. Musiał pewne rzeczy powiedzieć na głos, czując, jak bardzo dusiły go w środku.
Gdzieś w środku nadal był trochę skołowany nadmiarem wrażeń, ale chwila samotności przywróciła mu w miarę trzeźwe myślenie. A przynajmniej na tyle, by wyrazić słowami to, co kłębiło się w nim przez cały dzień. Jednocześnie wierzył, że ze strony Zoi nie mogło zmienić się tak wiele po zaledwie kilku intensywnych we wrażenia godzinach.
W gruncie rzeczy była tak samo zazdrosna o niego, jak on o nią. Zwróciła mu uwagę na Maggie, próbując wywołać w nim podobne odczucia. I udało jej się, a efekty tego mogli podziwiać wszyscy zgromadzeni na żaglówce.
I to właśnie wydało mu się przedziwnie zabawne. Była drobną, niską dziewczyną, którą bez problemu mógł zamknąć w uścisku swoich ogromnych ramion tak, by całkowicie ją w nich skryć przed całym światem. Równocześnie miała w sobie coś takiego, co wzbudzało w nim całą gamę uczuć, które zwykle potrafił w sobie ostudzić. Przy niej jednak, mimo usilnych prób, nie mógł ich zignorować.
Nawet nie wiedział, kiedy zdążył się do niej przywiązać.
Jej gniewne spojrzenie i zarzuty, które padły z jej ust zaraz po tym, nie zdołały go sprowokować. Nawet, kiedy uderzyła go w pierś, skrzywił się tylko trochę, pozwalając jej na to. Zasłużył.
W końcu zarzucała mu właśnie, że osobiście wręczył ją Henry’emu do rąk własnych. Nie zamierzał się bronić, ani przerzucać na niej winy, że ona pozwoliła mu na ten flirt. Wśród całej tej złości, która się z niej sączyła, bardziej, niż na Henry’m, skupił się na tym, że mógł skłamać, że kogoś miała i że nie randkowali. Zestawienie tych określeń dało mu poczucie, że w tym, co było między nimi, do pewnego momentu dostrzegała coś więcej.
Nie zdążył się nad tym zastanowić dłużej, bo musiał odeprzeć kolejne ataki. A właściwie na nie przystać, stojąc twardo bez ruchu, gdy Zoya walczyła z własnymi emocjami, dając im upust, raz po raz uderzając w jego klatkę. Zasłużył sobie, to nie ulegało wątpliwości, i pozwolił jej na to, widząc, jak bardzo tego potrzebowała.
A potem, gdy opadła na niego bez sił, mocno ją objął. Ciepło jej ciała momentalnie sprowadziło na niego wewnętrzny spokój. Dopiero, czując jej bliskość, zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że, po całym dniu osobno, za nią tęsknił. Było to absurdalne i zarazem w ł a ś c i w e.
Oparłszy policzek o jej głowę, trzymał ją w swoich ramionach, nie mając zamiaru jej wypuścić. Czekał, aż jej płytki oddech stał się spokojniejszy, a wbijane w niego paznokcie zaczęły tracić na mocy. Dopiero wtedy na jego język nasunęły mu się następujące słowa.
Powiedziałem tak, bo to wydawało mi się rozsądne. Ale oboje dobrze wiemy, że przy Tobie mój rozsądek znika szybciej, niż napis na Twojej skórze — wyszeptał, mimowolnie uśmiechając się, gdy pomyślał o słowie, które na farmie naznaczył na niej markerem. Odsunął się od niej odrobinę, by na nią spojrzeć, pozostawiając ją w swoich objęciach.
To, że z naszej jednorazowej przygody p r z y p a d k i e m wynikło coś, czego żadne z nas się nie spodziewało, wcale nie oznacza, że nadal traktuję to jak przygodę — przyznał, patrząc łagodnie w jej niebieskie oczy. Odnosił się w tym momencie do ich wcześniejszej rozmowy, gdy zarzuciła mu, że jeden raz nic nie znaczy, o ile nie przynosi za sobą niefortunnych konsekwencji.
Owszem, miała w tym trochę racji, ale Zoya nijak miała się do Maggie. Nie dało się ukryć, że między nim a trzymaną w jego ramionach kobietą nie było żadnej chemii. Podchodził do niej poważniej i chciał, żeby o tym wiedziała. Ostatecznie przecież ich dziecko miało połączyć ich życia na zawsze.
Mówiłem Ci, jak ważna jest dla mnie kariera, a jednocześnie chcę mieć wpływ na życie dziecka. Nie chcę Cię przy tym ograniczać czy też mydlić oczu. Mogę za to obiecać Ci, że na razie żadne Maggie nie są mi w głowie — pokręcił lekko głową, nie spuszczając z Zoi wzroku. Był pewny tego, co mówił, o czym świadczył niewielki, znaczący uśmiech, który po wypowiedzeniu ostatnich słów zawitał na jego twarzy. — A jeśli ma to zadziałać, to wolałbym, żeby żaden inny Henry nie kręcił się teraz wokół Ciebie — dodał, przedstawiając swoje ostateczne stanowisko.
Nie mógł dać jej wszystkiego, ale sugerował jej w tym momencie, że nie patrzył na nikogo innego poza nią. Miał przy tym nadzieję, że w drugą stronę będzie podobnie.
A zrozumiał to dopiero po tym, jak zobaczył ją z innym i… chciał się znaleźć na jego miejscu.

Zoyaa

hello, sunshine

: wt sie 18, 2026 9:59 pm
autor: Zoya Weasley
To, że powiedział, że nie musiała już dbać o siebie sama, wydało się Zoi nader lakoniczne, niemniej nie ośmieliła się mu o tym wspomnieć. Ile to razy już słyszała od kogoś, że będzie dla niej oparciem, a potem ta sama osoba odwracała kota ogonem i pozostawiała ją ostatecznie samą ze swoimi troskami. Ile razy zawiodła się na mężczyznach, że teraz nie chciała wierzyć w takie czcze obietnice.
Po prostu przeważnie mam rację — stwierdziła, wzruszając ramionami. Zoya należała do tego typu osób, które o swoje potrafiły kłócić się w zaparte. Co gorsza, nawet kiedy się myliła, jej duma nie pozwalała się do tego przyznać.

Dopóki Lucien jej nie przytulił, nie wiedziała, jak bardzo potrzebowała jego bliskości. W końcu, kiedy na miarę sytuacji zdołała się uspokoić, bezwładnie zsunęła dłonie z bioder mężczyzny i pozostawiła je wzdłuż własnego ciała, podczas gdy policzkiem przywarła do jego piersi. Rytmiczne uderzenia serca zdawały się ją uspokajać, a czoło, które oparł o jej głowę, dodawało dziwnej otuchy.
Zacisnęła usta, kiedy po tym całym wybuchu, postanowił odsunąć ją nieznacznie i nawiązać kontakt wzrokowy, na który w tamtej chwili Zoya nie była jeszcze gotowa. Zmęczona, obrażona i zdenerwowana, uciekła spojrzeniem w bok, nie bacząc na to, że nadal znajdowała się w ramionach Luciena. Po chwili niespodziewanie się szarpnęła i spróbowała zrzucić z siebie jego ręce, ale nie pozwolił na to, więc po prostu stała dalej jak wryta.
Stała i słuchała wszystkiego, co mówił. Ładnie dobierał słowa i równie ładnie tłumaczył swoje stanowisko, nieświadomie wprawiając Zoyę w coraz to większą konsternację.
Sama totalnie nie wiedziała co właściwie czuła. Szeroka gama emocji doświadczyła ją dziś wyjątkowo dobitnie, przez co była przytłoczona natłokiem wszystkich wydarzeń. Niemniej Lucien wydawał się bardziej zdecydowany, choć zaledwie kilkanaście minut wcześniej identyczie jak Zoya kotłował się w tych osobliwych poczynaniach.
Przestań — syknęła, tym razem gotowa, aby spojrzeć mu w oczy. Była przerażona szczerością, którą w nich ujrzała. Mimowolnie przełknęła ślinę, gdy Lucien ani myślał zamilknąc i od razu kontynuował to, co chciał jej przekazać.
Od początku wiedziała, jak ważna była dla niego kariera. Akurat pod tym względem nie zamierzała go ograniczać, bo nie przywykła przeszkadzać komukolwiek w realizowaniu jego priorytetów. Niezależnie od tego, czy miała urodzić mu dziecko, czy nie, wciąż stanowili dwa odrębne organizmy, które nie musiały ze sobą współgrać.
Ale Lucien chciał mieć kontakt ze swoim potomkiem, więc musieli jakoś to pogodzić i była to kolejna rzecz, w której nie zamierzała stwarzać mu problemów.
Poczuła skurcz w żołądku, kiedy wspomniał o tym, że nie miał w głowie spotykania się z innymi kobietami. Nie zrozumiała, czy chodziło o nią, czy o ciążę, ale nieznacznie pokiwała głową, jakby dla odmiany przyjmując jego słowa z pokorą. Nie uśmiechnęła się jednak w podobny do Luciena sposób, a jedynie przygryzła wewnętrzną stronę policzka.
Chyba byłabym głupia... — zawahała się, po czym na moment uciekła wzrokiem w bok. Albo byłabym ladacznicą...gdybym w tym momencie myślała o romansie z kimkolwiek. — Westchnęła i nerwowo przezmieiła ślinę w ustach.
Zoya właśnie coś zrozumiała. Gdyby od początku przyjęli takie założenie; gdyby jasno określili, że nie chcieli związku, ale jednocześnie na ten moment woleli, aby ich poboczne, romantyczne relacje również nie miały miejsca, to prawdopodobnie nie doszłoby do tych wszystkich niezrozumiałych incydentów na jachcie. Z drugiej strony nie mogli nic na to poradzić ani zapobiec temu, co się wydarzyło, bo… chyba sami dopiero uczyli się siebie nawzajem.
I jeżeli to miało wypalić, to Zoya czuła, że też powinna być całkowicie szczera. Uniosła dłonie i ponownie subtelnie ułożyła je na biodrach Luciena.
Chcę, abyś wiedział, że ja również nie traktuję już naszej relacji jak przygody — powiedziała w miarę spokojnie, jednocześnie patrząc mu w oczy. — Jesteś dla mnie ważny jako ojciec mojego dziecka i naprawdę zależy mi na tym, abyśmy potrafili się dogadywać. Jednocześnie nadal dziwnie mi z tym, że mamy zostać rodzicami praktycznie się nie znając. Chciałabym więc dalej cię poznawać. — Tutaj mocniej wbiła palce w skórę Luciena, jakby musiała nabrać dodatkowej energii, aby wydusić z siebie kolejne słowa. — Jako przyjaciela... albo jako mężczyznę. Jeszcze nie jestem pewna. — Uśmiechnęła się delikatnie.
Miała nadzieję, że nie przesadziła i że Lucien nie przestraszył się słysząc to wszystko. Okazało się, że ta rozmowa była jej bardzo potrzebna, bo dopiero teraz zrozumiała, że choć wcześniej nie brała świadomie takiej możliwości, to już instynktownie momentami spoglądała na Spencera jak na s w o j e g o partnera.
Nie chciała jednak się do tego przyznać.
Nie zamierzała zmieniać swoich postanowień ani wychodzić z jakimiś cudacznymi pomysłami, które na tą chwilę nie miały prawa bytu.
Nie mogła się związać i być uwiązana do człowieka, którego być może nigdy nie będzie w stanie pokochać. Wręcz uważała, że powinni ostrożnie budować tę relację. Tak jakby krok po kroku z przekonaniem, że robią to wszystko wyłącznie dla swojego dziecka. I sądząc po tej rozmowie, oboje zajmowali takie samo stanowisko.
Dla dziecka...
Dla dziecka...
Dla dziecka...
Tak zdecydowanie najłatwiej było Zoi motywować się do wszelkich starań; do tego, by za każdym razem próbowali odnaleźć choćby nić porozumienia, aby przypadkiem się nie znienawidzić. A po tym, co dziś miało miejsce, najwyraźniej granica pomiędzy rozsądkiem a nierozsądkiem okazała się wyjątkowo cienka.
Zoya powoli zabrała dłonie z bioder Luciena, aby po chwili oburącz złapać jego rękę. Uśmiechnęła się łagodnie, a w jej oczach zamigotały błagalne iskierki. Zaraz zacisnęła palce mocniej na jego palcach.
Proszę, Lucien, niezależnie od tego, gdzie się znajdziemy, to nie skrzywdźmy siebie nawzajem. — Dzieliło ich wiele. Od usposobienia do świata, przez sytuację majątkową, wykształcenie, zainteresowanie i karierę, aż po temperament, doświadczenie, sposób postrzegania rzeczywistości i zupełnie odmienne podejście do życia. Mogli różnić się we wszystkim, a jednak ostatecznie oboje byli tylko ludźmi.

Lucuś

hello, sunshine

: śr sie 19, 2026 11:56 pm
autor: Lucien Spencer
Ulga. To uczucie zalało Luciena, kiedy wreszcie mógł ją przy sobie poczuć. Bez względu na to, jak bardzo Zoya próbowała walczyć z nim i ze sobą, nie miał zamiaru ją przed tym powstrzymywać. Skoro mieli względem siebie podobne odczucia, wiedział, jak było trudno zapanować nad tym, co się w niej kłębiło.
Nadmiar emocji i myśli, które wcześniej również i jemu mąciły w głowie, pod wpływem jej bliskości przyniosły mu spokój, a ten z kolei uformował zaskakujące, a przy tym bardzo wyraźne wnioski. Wewnętrzna potrzeba, by się nimi podzielić, była silniejsza od niego, sprawiając, że zaczął mówić.
Jej mina wyrażała wiele — od dezorientacji, przez zmęczenie i strzępki gniewu, które malowały się w jej bystrych, niebieskich oczach. Mimo niezadowolenia i próby wyswobodzenia się z jego rąk, trzymał ją mocno, zmuszając ją do posłuszeństwa.
Już wcześniej przejawiała niepokorność i ognisty temperament. Te prowokacje jednak zupełnie nie robiły na nim wrażenia, a już na pewno nie takiego, jakiego mogłaby oczekiwać. Mogła się na niego wściekać, boczyć i przed nim uciekać, ale to nie zmieniało tego, jak na nią patrzył.
Wbrew pozorom to nie matka jego dziecka wysuwała mu się na pierwszy plan, gdy o niej myślał. Przyjaciółka natomiast wydawała się sporym niedomówieniem, wszak tak określał Maggie i Ellie. Ciężko było nadać im konkretną metkę, kiedy to, co działo się między nimi, było niejasne. Niemniej chciał się przekonać, do czego właściwie ich to prowadziło.
Musiała usłyszeć to, co miał jej do powiedzenia. Teraz, kiedy ułożył sobie wszystko w głowie i zdobył się na odwagę, nie było już odwrotu. Nawet, gdy Zoya zdawała się nie chcieć tego słuchać, nie poddawał się, pozwalając wybrzmieć na głos kolejnym wyznaniom, które unosiły się w powietrzu między nimi. Był przy tym nad wyraz opanowany i pewny swego, bo trzymała go świadomość, że ich wcześniejsze zachowanie nie wzięło się znikąd.
Ale następująca po chwili ciszy niejednoznaczna odpowiedź ciemnowłosej na ułamek sekundy zbiła go z tropu. Mimowolnie wciągnął powietrze nieco mocniej, zastanawiając się w myślach, czy niechęć do romansu z kimkolwiek spowodowana była nim, czy ciążą.
Zaraz jednak podniosła na niego spojrzenie, a wtedy w jej oczach dostrzegł gamę emocji, z których rozszyfrował lęk, wahanie, ale też coś znacznie cieplejszego — pewną ufność. W tej chwili kobieta wydała mu się tak niewiarygodnie krucha, że i jego jasne tęczówki odpowiedziały jej pełnym spokoju i ciepła spojrzeniem, które wzmocniło się, gdy położyła mu dłonie na biodrach i postanowiła kontynuować ostrożnym głosem.
Słuchał jej uważnie. Miała rację. Nie znali się. A posiadanie dziecka z kimś obcym zdecydowanie wykraczało poza strefę komfortu. Niemniej wyglądało na to, że… myśleli podobnie. Bo on też chciał ją poznać. Nie w głowie mu były inne kobiety i przelotne romanse, bo uważał, że teraz powinien skupić się na tym, co ważne. Dla dobra dziecka.
Nie uciekł od niej wzrokiem nawet, kiedy urwała na chwilę i wbiła mu paznokcie w skórę, sprawiając, że na kilka sekund zaskoczony tym uszczypnięciem zacisnął mocniej szczęki. Przełknął zaraz ślinę, odpowiadając na jej uśmiech tym samym.
Jeszcze się o tym przekonamy — przyznał, zupełnie nie przestraszony jej słowami. On też jeszcze nie był pewien, co to wszystko oznaczało, ale ciekawość zwyciężała nad wszelkimi obawami.
W tym momencie jeszcze nic nie zobowiązywało ich do tego, żeby naprawdę sprawdzić, czym była ta więź, którą odczuwali względem siebie. Czysta fascynacja? Pożądanie? Świadomość zostania rodzicami? Nie mogli stwierdzić tego na podstawie zaledwie czterech spotkań. Potrzebowali więcej czasu. Mieli na to siedem miesięcy, żeby zrozumieć, co do siebie czuli, zanim ich życia zmienią się na dobre i nie będzie już czasu na docieranie się.
Następne słowa Zoi wraz z ujęciem jego ręki w obie dłonie i czającą się w oczach nadzieją sprawiły, że patrzył na nią przez kilka sekund w milczeniu, po raz kolejny zdając sobie sprawę, że za całym jej temperamentem kryła się również bardzo pragmatyczna postawa. I to chyba urzekało go w niej najbardziej.
To jest do wykonania. Ale musimy jeszcze trochę popracować nad szczerością — przytaknął finalnie, zaciskając subtelnie palce w jej dłoniach i odwzajemniając jej łagodny uśmiech, by po chwili unieść swoją rękę i musnąć ustami wierzch jej dłoni w delikatnym pocałunku, jakby tym osobliwym gestem właśnie przypieczętował obietnicę.
Miał pełną świadomość tego, co stało na szali. Dziecko nie mogło odpowiadać za błędy swoich rodziców, musieli więc być ostrożni. Co nie zmieniało faktu, że oboje właśnie dawali sobie zielone światło.
Właściwie możemy zacząć pracować nad nią od teraz. Małymi krokami — uśmiechnął się bardziej łobuzersko, a jego oczy rozbłysły. Zanim zdążyła jakkolwiek zareagować, pociągnął ją w stronę pozostałych znajomych.
Przez całą drogę trzymał ją za rękę, w międzyczasie splatając ich palce ze sobą, i z uśmiechem na ustach, jakby nigdy nic, podszedł do grupki opalających się przyjaciół.
Nie dało się nie zauważyć tych uważnych spojrzeń, jakimi pozostali obdarzyli Luciena i Zoyę, ale mężczyznę wcale to nie obeszło. Zacisnął tylko dłoń mocniej na tej ciemnowłosej w niemym akcie otuchy, przy okazji nie pozostawiając wątpliwości co do ich przyjaźni.
Wszystko w porządku, Luke? — zapytała Ellie, z cieniem uśmiechu spoglądając to na niego, to na Zoyę.
Teraz już w najlepszym — odparł, zerkając na moment na Weasley, zanim odwrócił wzrok z powrotem na resztę. — Jesteście głodni? Chodź, Henry, ogarniemy jakieś żarcie — zaproponował swobodnie. — Tylko bądźcie grzeczne, dobrze? — zastrzegł z uniesionymi zawadiacko kącikami ust, posyłając znaczące spojrzenie najpierw Zoi, potem dziewczynom. Zamierzał oczyścić atmosferę tak, jak tego chciała.
Następnie puścił dłoń ciemnowłosej i ruszył z Henry’m w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Gdy znaleźli się przy lodówce, żeby wyciągnąć z niej przygotowane przez Marię pizze i wstawić je do pieczenia, Lucien zdobył się na przeprosiny, uznając, że rzeczywiście trochę go poniosło.
Czyli to nie jest tylko przyjaciółka, hm? — Henry uśmiechnął się pod nosem, teraz rozumiejąc znacznie więcej.
Spencer, czując mimowolnie poszerzający się na jego twarzy uśmiech, przygryzł wargę, po czym pokręcił przecząco głową. Mężczyźni tak naprawdę nie potrzebowali więcej wyjaśnień, żeby po chwili wszystko wróciło do normy.
Akurat w oczekiwaniu na podgrzanie rozprawiali o nowych ulepszeniach w aucie Henry’ego, kiedy Ellie z Zoyą przeszły obok, żeby porobić sobie zdjęcia przy barierce. Lucien na chwilę złapał kontakt wzrokowy z ciemnowłosą, a kącik jego ust drgnął nieznacznie ku górze. Miała na sobie jego koszulę.
Gdy zawołali wszystkich na pizzę, Ellie rzuciła uszczypliwą uwagę na temat braku kuchennych zdolności Luciena, na co wszyscy wybuchnęli śmiechem, co całkowicie rozluźniło atmosferę. Lucien zrobił obok siebie miejsce dla Zoi i skinął na nią, żeby usiadła przy nim. Nie zamierzał już popełniać tych samych błędów, pilnował się, poza tym chciał mieć ją blisko.
W pewnym momencie, całkowicie ukontentowany smakowitą pizzą, rozłożył się wygodniej na kanapie, opierając swobodnie ramię o oparcie, tuż za plecami Zoi. Z pozoru niewinnym gestem musnął palcami jej nagie ramię. Jej bliskość wydała mu się bardzo na miejscu.
Hej, Luke, a gdzie Twój rolex?
Pytanie Henry'ego wyrwało go z zamyślenia. Bezwiednie spojrzał w kierunku lewej dłoni, którą obejmował Zoyę, unosząc ją demonstracyjnie na kilka sekund do góry, a przy tym niedbale smagając skórę kobiety.
Zalał się — skrzywił się, ale w gruncie rzeczy w jego głosie pojawiła się jedynie odrobina żalu. Po prostu nie spodziewał się, że przyjdzie mu tak nieoczekiwanie pływać.

Zoyka

hello, sunshine

: czw sie 20, 2026 1:46 pm
autor: Zoya Weasley
Zaskoczył Zoyę, kiedy podciągnął jej dłoń do ust i ucałował wierzch. Przyglądała mu się w milczeniu z przedziwną mieszanką uczuć, która podszeptywała jej do ucha, że Lucien był uroczy. Patrzyła na niego z nieśmiałym uśmiechem i coraz bardziej zaróżowionymi policzkami.
Tylko raz dała zamknąć się w związku i milion razy wzięła udział w przygodnych relacjach. Przed Lucienem (nie licząc Logana) nie traktowała mężczyzn na serio, ale też przed nim nigdy nie czuła się tak poważnie potraktowana jak w tej chwili. Zadziwiające, ze paroma słowami i gestami rozwiał wszystkie wątpliwości, a już po chwili dał kolejny manifest swoich szczerych zamiarów, na co Zoya zareagowała przerażeniem.
Intuicyjnie spróbowała go zatrzymać, jednak nie dała rady. Raptem po upływie dwóch minuy, musieli zebrać żniwo tej decyzji. Stała więc nerwowa i mocno zaciskała palce na dłoni Luciena.
Kiedy została sama z dziewczynami, usiadła pomiędzy nimi na siatce. Ich początkowo zdumione spojrzenia wydawały się gasnąć w trakcie rozmowy, chociaż Ellie wydawała się dalej trochę podekscytowana. Niemniej Zoya usiłowała wytłumaczyć, że to nic nie znaczyło i że oboje z Lucienem naprawdę byli na etapie poznawania się. Próbowali się zaprzyjaźnić.
Tymczasem Margaret przyjmowała wszystko z niewielkim entuzjazmem, acz robiła to bardzo łagodnie. Widocznie rozmowa z mężczyzną naprawdę sprawiła, że przejrzała na oczy.
Gdy temat dobiegł końca, zaczęły rozmawiać o perfumach i torebkach Diora. Zoya nie interesowała się modą w takim stopniu, dlatego o dziwo, to Maggie zaczęła radośnie opowiadać jej o najnowszej kolekcji i nawet pokazała kilka swoich modeli w telefonie. Potem zrobiły sobie parę zdjęć, a Ellie - której wciąż było mało - dała Zoi drugą koszulę i zaciągnęła ją w głąb pokładu.
Idąc w tamtą stronę, uśmiechnęła się przelotnie do Luciena i nawet demonstracyjnie pomachała w jego stronę rąbkiem ubrania, aby dać mu do zrozumienia, że wszystko było w porządku.
Nawet w najlepszym porządku.

Jakiś czas później rozsiadła się na kanapie obok Luciena, rozbawiona tematem jego kulinarnych umiejętności. Mimowolnie dotknęła miejsca na swoim ciele, gdzie raptem trzy dni temu napisał, że nie g o t o w a n i e. I wtedy Zoyę zaatakowala fala gorąca, ale szybko stłumiła ją kawałkiem pizzy. Była pyszna, jednak gdy poczuła na ramieniu delikatne muśnięcie palców Luciena, znowu ogarnęło ją ciepło. Czerpała przyjemność z jego bliskości nawet jeśli była ona tak nieznaczna.
A potem, kiedy już zjadła, podciągnęła nogi pod klatkę piersiową i mocniej oparła kark o ramię mężczyzny. Niby przypadkiem przysunęła się bliżej.
Znowu wszyscy rozmawiali, jednak w momencie, w którym Henry wspomniał o Rolexie, Zoya nerwowo zdała sobie sprawę, że Lucien rzeczywiście wcześniej miał na sobie zegarek. Mimowolnie zainteresowana spojrzała najpierw na jego nadgarstek, a potem na twarz, która skrzywiła się, gdy powiedział, że go zalał.
Zalał się? — powtórzyła. Popatrzyła na niego z niezrozumieniem. — Gdy wskoczyłeś do wody? — zapytała zdumiona i odrobinę przestraszona, bo nagle pojęła tę niewymowną aluzję.
Po kolejnym wyścigu kupi sobie drugi — zażartował brunet, na co Zoya mechanicznie przeniosła na niego wzrok.
Pewnie jak na złość, to ten ulubiony — dodała znienacka Maggie, która tym razem z dziwnym napięciem spojrzała na Spencera, a potem, jak gdyby nigdy nic, powróciła do dyskusji z Ellie.
Tymczasem Zoyę rozbolał żołądek. Być może Lucien to wyczuł, bo znowu delikatnie przesunął palcami po jej ramieniu.

Po kilkunastu minutach pozostali weszli do wody. Margaret opalała się na dmuchanym pontonie, który Henry napompował w pocie czoła, a Ellie w kapeluszu z olbrzymim rondem, sączyła drinka wewnątrz kolorowego koła.
Zoya i Lucien nie ruszyli się z kanapy. Korzystali z chwili, że zostali sami. W pewym momencie odwróciła się bokiem i przerzuciła nogi przez uda mężczyzny, uprzednio opierając głowę o jego bark. Dłoń osadziła na brzuchu i po prostu odpoczywała.
Do reszty dołączyli po około kwadransie. Wskoczyli do wody, trzymając się za ręce. Potem podzielili się na grupki, bo Zoya jakimś cudem wcisnęła się do koła Ellie i usiadła na jej kolanach. Znowu... r o z m a w i a ł y. Nawet Maggie zaangażowała się w towarzystwo i co jakiś czas dorzucała swoje anegdotki. Mężczyźni w tym czasie postanowili podpłynąć do brzegu i nie było ich dobrą godzinę.

Do Toronto wrócili dopiero po zmierzchu, po całym dniu pełnym wrażeń. Ellie, Maggie i Henry, który zdążył wytrzeźwieć, wsiedli na swoją łódkę i odpłynęli jako pierwsi. Tymczasem Zoya ubrała się, choć z braku własnej bluzki postanowiła nie oddawać Lucienowi koszuli. Ładnie wepchnęła ją w pas spodenek. Spencer na szczęście miał na jachcie jakiś zapasowy T-shirt, który przyodział zanim wyszli na brzeg.
Nie chciała korzystać z podwózki. Uparcie twierdziła, że wróci autobusem, ale Lucien zdołał ją przekonać. T r o c h ę s i ł ą, kiedy z przystani zaniósł Zoyę na parking, czemu towarzyszyła ogromna dawka śmiechu i pojedyncze uderzenia, które wymierzała w jego plecy.
Jadąc już do mieszkania, długo rozmawiali na jakieś nieważne tematy. Gdzieś w międzyczasie wspomniała, że miała już dosyć algorytmu Instagrama. Przez niego poznała nazwiska wszystkich zawodników Formuły GT3, ale gdzieś mimowolnie dodała, że w przyszłości chciałaby obejrzeć wyścig Luciena na żywo.
Na parkingu przed domem zapadła między nimi cisza. Zoya nie była pewna, w jaki sposób powinna się pożegnać, ale właśnie wtedy Lucien położył dłoń na jej udzie i nachylił się, aby następnie bardzo powoli zmniejszyć dzielący ich dystans. Ostatecznie złożył na jej wargach pocałunek.
Jego smak pamiętała jeszcze długo po tym, jak odjechał.

K o n i e c.

Lucuś