Strona 3 z 3

Sad birds still sing

: sob wrz 26, 2026 1:45 pm
autor: Sawyer Wright
Pierwsza myśl: „ona ucieknie”.
Druga: „nie powinni byli tu przychodzić”.
Trzecia: „jeśli nie zszyję tej rany, zaraz wykrwawię się na te jebane fałszywe marmury i tandetny brokat”.
Czwarta: „pierdolony skurwysyn”.
Kolejne myśli nadchodziły falami i naturalnie oddzielało od siebie wolno bijące serce Sawyera, którego huk słyszał w uszach wyraźniej niż każde zbyt głośne słowo stojącego obok Gibbsa i zbyt wolną odpowiedź dziwki naprzeciwko niego. Oddech rwał mu się, ale przynajmniej robił to miarowo, kiedy ściana stała się jego jedynym oparciem w nierównej walce z utratą krwi. Oczekiwanie na ruch jedynej osoby, jaka miała teraz w jego świecie znaczenie — tej samej, od której Sawyer nie odklejał spojrzenia białek zalanych krwią, chociaż obraz przed oczami zamazywał się niebezpiecznie, a krawędzie traciły ostrość — zdawało rozciągać się w nieskończoność, dzieliło się na eony bólu i bezradności, irytującego poczucia pozostawania na czyjejś łasce i zależności od cudzego kaprysu. A Sawyer nie miał ani połowy nieskończoności. Przypuszczalnie nie miał nawet kolejnych pełnych dwudziestu minut; prowizoryczny opatrunek musiał puścić, kiedy jechali do klubu, bo krwi było zdecydowanie za dużo. . Z a . d u ż o .
Wreszcie Darcy zrobiła ruch — i był to szczęśliwie akurat taki, który dawał mu nadzieję na przeżycie. Dlatego bez marnowania oddechu na słowa, Sawyer odepchnął się od ściany, Gibbsa odpędził jednym wściekłym łypnięciem spode łba i ruszył za Darcy. Dziewczyny same schodziły mu z drogi, i dobrze, bo nie miał siły na kluczenie między półnagimi ciałami. Idąc, zaciskał szczęki tak mocno, że zęby zgrzytały mu nieprzyjemnie w dziąsłach — ale dzięki temu przynajmniej mniej czuł rozrywający, palący ból pochłaniający całą lewą część jego ciała, promieniujący od rany pod zakrwawioną szmatą.
Wszedł do pomieszczenia wskazywanego przez dziewczynę, ledwie rejestrując otoczenie. Chociaż w środku chciał powieść spojrzeniem po ścianach, sprawdzić, czy są sami — wystarczyło mu siły tylko na zrobienie dwóch kroków w głąb i ciężkie zwalenie cielska na jedną z najbliższych ławek. Świat zamazał się i nie pomogło nawet kilka nerwowych mrugnięć, a między zębami zmełł paskudne przekleństwo, kiedy od wstrząsu przemieściły się poszarpane tkanki.
Mruknął przeciągle zza zaciśniętych szczęk w odpowiedzi na jej słowa o tym, że ją polubił. W innych okolicznościach zamieniłby to w żart albo bezczelny flirt, ale obecne nie pozwalały mu na żadną z tych rzeczy.
— Reszta w ogóle już… nigdy… nie będzie wyglądać — wycedził, na moment zamykając powieki, żeby świat zwolnił i przestał wirować jak pojebany.
Zza grubej kurtyny własnego pulsu i rozległego cierpienia usłyszał, jak dziewczyna zwraca się do drugiego mężczyzny. Wciąż jednak nie patrzył w ich kierunku, zwalczając mdłości z ręką przyciśniętą kurczowo do szmaty na ranie. Gibbs jednak obruszył się za nich oboje i bynajmniej nie wyglądał, jakby zamierzał zostawić rannego pod opieką dziewczyny. Mruknął pod nosem, że na posyłki może wysyłać dziwki, ale nie jego, i że nigdzie się nie wybiera, krzyżując ręce na potężnej klatce piersiowej. Sam też był poturbowany, choć nie tak poważnie jak Wright. Dopiero na kolejne słowa Darcy jego postawa zdała się nieco stopnieć.
— Żeby było jasne: robię to tylko dlatego, że Daniel wpierdolił nas w to gówno i chcę, żeby Wright przeżył wystarczająco długo, żeby mu za to gówno odpłacić — warknął, wściekle mrużąc oczy i przy okazji sypiąc kolejnymi szczegółami, które Sawyer z przyjemnością wepchnąłby mu wraz z odciętym językiem z powrotem do gardła, żeby się nimi udławił, gdyby tylko był sprawny. — Poza tym nie jesteśmy, kurwa, przyjaciółmi. — Gibbs wyjaśnił zimnym tonem to, co Sawyer zdążył tylko pomyśleć i na co nie zamierzał marnować sił.
— Idź — wycharczał, nie tracąc energii nawet na nonszalanckie machnięcie dłonią w kierunku mężczyzny. — Dam sobie… radę.
Nie zobaczył ruchu; usłyszał tylko, jak drzwi się zamykają, a kiedy otworzył oczy, Gibbsa już nie było. Zaciskając zęby nawet mocniej, powoli obrócił się na ławce, przełożył nad nią jedną nogę i — krzywiąc się z potwornego bólu i opierając wolną dłonią — położył się na niej na plecach. Oślepiło go surowe światło jarzeniówki pozbawionej klimatu erotycznego przepychu, jakim klub emanował po drugiej stronie ściany za rzędem nagich, stalowych szafek. Nie próbował znaleźć dziewczyny, chociaż słyszał jej ruch gdzieś po swojej prawej stronie.
Nie było mowy, żeby w tym stanie zdołał zdjąć kurtkę.
— Masz nożyczki? — zapytał cicho w kierunku sufitu, przełykając z trudem ślinę smakującą jak jego własna krew. — Musisz… Rozciąć materiał.
Przechylił głowę z tymi słowami, skierował spojrzenie w kierunku dźwięku, jaki wydawała Darcy i tocząc spojrzeniem niemal bezwiednie, potknął się o jej oczy. Jej twarz wciąż była olśniewająco piękna, nawet zamazana kolorem krwi i — prawdopodobnie — na to spostrzeżenie nie wpłynął fakt, że od pewności jej dłoni może zależeć jego życie.
— A potem… — Przerwa na świszczący oddech. — Zaszyć ranę… — Kolejna. — Zanim się wykrwawię... — I kolejna, nawet dłuższa i cięższa. — Księżniczko.
Uśmiechnął się po tym chrapliwie wypowiedzianym słowie. Zęby też miał umazane we krwi.
Nie był pewien, czy wyłącznie swojej.
Nie miało to zresztą znaczenia.

Darcy Bowman

Sad birds still sing

: sob wrz 26, 2026 3:52 pm
autor: Darcy Bowman
Reszta w ogóle już nigdy nie będzie wyglądać.
Jego słowa zadzwoniły w jej uszach i na ułamek sekundy przystanęła, aż dotarł do niej sens tych słów. Więc miała rację – był niebezpieczny, był drapieżnikiem… nie był po prostu jednym z kolejnych nieprzyjemnych przyjaciół Daniela. Było w nim coś więcej. Coś mrocznego. Nie miała jednak w sobie za grosz instynktu samozachowawczego, bo w tym mroku było coś pociągającego. I dlatego właśnie postanowiła mu pomóc.
Chciała mu pomóc.
Nie potrzebowała jednak do tego świadków i człowieka, który mówił zdecydowanie za dużo… zdecydowanie za dużo. Spojrzała na niego ostro, gdy wspomniał Daniela w kontekście, którego Bowman zdecydowanie nie powinna słyszeć. I którego nie powinna ignorować, gdyby tylko była lojalna. Sawyer i jego przyjaciel mieli więc szczęście, że koniec końców była lojalna wyłącznie wobec siebie. Próbowała przetrwać w tym chorym świecie. Oh, nie wróć… prychnęła pod nosem, gdy została poinformowana, że nie są przyjaciółmi. Trudno było się domyślić po przedstawieniu urządzonym na korytarzu. Nic więcej jednak nie skomentowała, a za to skompletowała wszystko, co mogło jej pomóc.
- Dzisiaj jestem raczej twoim rycerzem w lśniącej zbroi. Taka mała zamiana ról. – mówiła bez sensu tylko po to, żeby trochę odwrócić jego uwagę od tego, że no cóż… naprawdę istniało spore prawdopodobieństwo, że się wykrwawi a w całym klubie Darcy była jedyną osobą, która chciała mu pomóc. Co też nakładało dość sporą presję na nią i skłamałaby, gdyby powiedziała, że jej nie czuje. Denerwowała się na myśl, że będzie musiała wbić igłę w jego bok. Czy będzie to pierwszy raz, gdy będzie kogoś zszywać? Nie. Sama nie potrafiła określić kiedy miała pierwszą okazję, żeby założyć komuś bardzo prowizoryczne szwy, ale jednocześnie na boga… była striptizerką, a nie pielęgniarką. Pokładali w niej zdecydowanie za dużo nadziei.
- I wolałabym jednak, żebyś się nie wykrwawiał. Wyniesienie trupa z klubu jest dość problematyczne. – dlatego wszyscy nieproszeni goście wychodzili stąd o własnych siłach i po prostu już nigdy nie wracali – A jeśli przeżyjesz... – zaczęła, gdy opadła na kolana przy ławce, na której leżał mężczyzna i z całego przygotowanego arsenału sprzętów, które mogły jej się przydać, sięgnęła po nożyczki, żeby jednym sprawnym ruchem przeciąć jego ubrania – Następnym razem przyjdź po prostu popatrzeć. Albo nie wiem... zabierz mnie na randkę – rzuciła dalej zaskakująco spokojnie, a może nawet żartobliwie, jakby nic się nie działo, jakby prowadzili najnormalniejszą, najzwyklejszą rozmowę na świecie, jakby właśnie nie zobaczyła w jak… kiepskiej sytuacji się znalazła. Serce zabiło jej mocniej, dłoń zadrżała, ale jednocześnie ani trochę nie dała po sobie poznać strachu. Znowu… znowu nie była go w stanie przed nim okazać. Za to mocniej przycisnęła ten prowizoryczny opatrunek do jego boku. W duchu modląc się, żeby przestał wreszcie krwawić.
- Wiesz, że będzie bolało, prawda? Nie mam nic przeciwbólowego… a twój przyjaciel nie potrafi ci przynieść nawet butelki wódki. – spojrzała na twarz Sawyera, szukając w jego zmęczonej bólem twarzy potwierdzenia, że nie musi dłużej czekać i że nie potrzebuje tej bardzo prowizorycznej formy znieczulenia. Gdy tak się stało, gdy potwierdził, że przyjmuje to ryzyko, ona mogła wreszcie odsunąć przesiąknięty krwią materiał. Na szczęście na pierwszy rzut oka rana nie wyglądała na zanieczyszczoną, więc tylko oczyściła ją solą fizjologiczną, którą znalazła w szafce przezornej znajomej – Przepraszam – szepnęła tuż przed tym jak pierwszy raz wbiła igłę w skórę mężczyzny. I poczuła silny przypływ adrenaliny, serce waliło jej jak tak mocno jakby zaraz miało wyskoczyć z klatki piersiowej, a na czole pojawiła się pionowa zmarszczka skupienia, ale dłonie miała przy tym zaskakująco pewne.



Sawyer Wright

Sad birds still sing

: ndz wrz 27, 2026 1:02 pm
autor: Sawyer Wright
trigger warning
krew, rany, igły
Zaśmiałby się na dźwięk jej słów, gdyby nie to, że znał cenę, jaką by mu przyszło za ten śmiech zapłacić z dziurą w boku.
— Uważaj — mruknął więc tylko pod nosem, ponownie zamykając oczy. — To czyni ze mnie księżniczkę — westchnął chrapliwie, pozwalając sobie tylko na krzywy uśmiech rozciągający wargi. I tylko na chwilę, zanim ból znów nie wbił się w jego ciało szponami, kiedy układało się wygodniej na ławce.
Pogrążony w półmroku, wciąż widział nieprzyjemnie ostre, białe światło przebijające się przez powieki, ale przynajmniej nie wbijało mu się ostrymi szpilami przez źrenice prosto do mózgu, nieźle poturbowanego uderzeniami w głowę. Sawyer przypuszczał, że któryś z tamtych skurwieli zafundował mu wstrząs mózgu i przez to świat wydawał się wciąż cholernie nieprzyjemnie bujać, zupełnie jakby chodził po pokładzie statku podczas sztormu — póki co jednak pozostałe obrażenia mogły poczekać na swoją kolej. Najpierw musiał zatamować krew.
A raczej: . o n a . musiała.
Co za ironia, przecież ta praktycznie obca striptizerka bynajmniej nie musiała niczego robić. Nie naprawdę. Jego śmierć nic by jej nie obeszła, nawet jeśli klub miałby problemy z powodu jego trupa, to wciąż nie był jej problem. A jednak zamierzała mu pomóc. A Sawyer — jeśli tylko, kurwa, przeżyje — nie zamierzał jej tego zapomnieć.
Odepchnął od siebie te bezładne, chaotyczne myśli, które nie chciały dać się ukierunkować logice, kiedy wreszcie poczuł, jak Darcy zatrzymuje się koło niego. Usłyszał jej słowa nad głową. Zobaczył jej cień przesłaniający nieco światło jarzeniówki. Poczuł, jak rozcina materiał koszulki wokół szmaty, którą wciąż przyciskał do rany.
— Mhmm — odparł przeciągłym pomrukiem, pozwalając Darcy zająć się prowizorycznym opatrunkiem. Wciąż nie otworzył oczu, nawet kiedy dziewczyna znów zażartowała. Chciałby się zaśmiać. Ale wszystko wydawało się takie odległe i rozmyte; wszystko poza bólem. — Zapamiętam.
Nie zapytał, czy już kiedyś to robiła. Tym bardziej nie zapytał, czy się boi. I nie podniósł powiek, żeby sprawdzić, czy jej dłonie drżą nad raną, kiedy wreszcie odsunęła szmatę. Opatrunek zdążył już częściowo przykleić się do paskudnej rany, więc teraz zerwanie go przyniosło nową, otępiającą falę bólu, która spowodowała, że Sawyer wziął syczący, długi wdech przez zaciśnięte mocno zęby i odruchowo mocniej zacisnął powieki, krzywiąc się przy tym.
Czy wiedział, że będzie bolało?
O c z y w i ś c i e , . że wiedział.
Jego ciało znaczyły rany i krzywe szwy, z których część — tych najbrzydszych — zakładał sobie sam, bez znieczulenia, w miejscach dalece mniej sterylnych niż przebieralnia dla striptizerek. Nie miał jednak siły, żeby jej to uświadomić, chociaż po rozcięciu koszulki musiała widzieć resztę tych pamiątek.
— Nieważne — wycedził tylko przez zaciśnięte zęby. — Zrób to.
Chociaż Sawyer prezentował się przynajmniej marnie, rozkaz wybrzmiał stalowym zdecydowaniem. I jak na kogoś, komu rzeczywistość rozjeżdżała się przed oczami, wydawał się wyjątkowo świadomy konsekwencji tego rozkazu. Mimo to kiedy Darcy pierwszy raz wbiła igłę w żywe, poszarpane ciało, odruchowo złapał się zakrwawioną dłonią brzegu ławki tak mocno, aż pobielały mu kostki i syknął przeciągle przez zaciśnięte zęby. Poza tym jednak nie poruszył się na ławce pod naciskiem jej chłodnych dłoni na własnej, rozpalonej skórze. Każde kolejne wbicie igły, przeciągnięcie jej przez żywe mięso przy brzegu rany nie wywołały żadnej reakcji poza zduszonym stęknięciem, przeciągłym sykiem czy mocniejszym zaciśnięciem powiek. Nie ruszał się. Nie utrudniał jej pracy, która i bez wiercenia się była kurewsko skomplikowana.
Między jedną torturą a drugą, gdzieś pośrodku — chociaż ciężko było stwierdzić na pewno, bo czas rozciągał się i kurczył w zależności od percepcji, a teraz Sawyer dałby wiele, żeby przyspieszył — otworzył wreszcie oczy. Z trudem przełknął ślinę, korzystając z krótkiej przerwy między ukłuciami i spojrzał w bok, na skupiony profil dziewczyny pochylonej nad raną w dole jego żeber.
— Co tu robisz, Darcy? — zapytał chrapliwie, patrząc na nią spod na wpół przymkniętych powiek.
Wiedział, że pytanie jest zbyt ogólne, że może wydawać się głupie, naiwne albo spowodowane gorączką i rozpoczynającą się infekcją.
Dlaczego mi pomogłaś?
Dlaczego tu zostałaś przez te wszystkie miesiące?
Dlaczego ciągle tańczysz?

Możliwości było zbyt wiele, Sawyer jednak nie doprecyzował pytania. Potrzebował jej słów. Czegokolwiek, żeby zmusić myśli do odsunięcia się od oczekiwania na kolejne przebicie skóry i szarpnięcie nitki.

Darcy Bowman

Sad birds still sing

: pn wrz 28, 2026 7:36 pm
autor: Darcy Bowman
Doceniła odpowiedź na jej głupi żart. Głównie dlatego, że to oznaczało, że był na tyle przytomny i na tyle świadomy tego, co się dookoła niego działo, że go wyłapał. Cień uśmiechu jednak ledwie przemknął przez jej twarz. Bo mogła żartować, mogła rzucać komentarzami zupełnie niepasującymi do chwili, ale jednocześnie… była skupiona.
I przerażona.
Tego jednak okazywać nie chciała najbardziej, ale wyjątkowo nie ze względu na siebie. Tym razem to nie jej duma by przy tym ucierpiała, ta miała wyjątkowo małe znaczenie. Po prostu wiedziała, że będąc na jego miejscu… nie chciałaby, żeby próbował składać ją ktoś sparaliżowany strachem. Dlatego próbowała nad nim zapanować i po prostu skupiała się na zadaniu.
Zupełnie jak na scenie.
Tam przecież też wyłączała głos w swojej głowie, wyrzuty sumienia, skrępowanie, resztki strachu i przyzwoitości, które ciągle po tym czasie tliły się gdzieś z tyłu świadomości. Nie była królową lodu… nawet jeśli bardzo próbowała i z zewnątrz tak mogło się wydawać. No cóż… połowa sukcesu, prawda? Oby kolejną połowę stanowiły jej marne umiejętności szycia.
Przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz, gdy pierwszy raz wbiła igłę w skórę mężczyzny. Widząc jego rakcję w pierwszej chwili chciała się wycofać nie chcąc sprawiać mu bólu. Tylko nie masz wyjścia. Upomniała się, zagryzła policzek od środka, skupiła wzrok na ranie i ignorowała męską krew na własnych rękach. Chciała zrobić to jak najszybciej, żeby skrócić jego tortury, ale rana była duża i niekoniecznie łatwa do załatania.
Drgnęła, gdy usłyszała jego głos. Na zaledwie ułamek sekundy podniosła wzrok, krzyżując z nim swoje spojrzenie. Wzruszyła lekko ramionami, jakby to miała być jakakolwiek odpowiedź. Była.
- No jak widzisz… kariera chirurga plastycznego też mi nigdy nie groziła, więc nie mam za dużego wyboru. Mogę być tutaj albo nie być wcale. – nie miała dużego wyboru, nie miała perspektyw, wykształcenia i umiejętności. Nie uważała się za szczególnie bystrą a brak edukacji był jej ogromnym kompleksem. Jakkolwiek źle by to nie brzmiało uważała, że jedyne, co ma do zaoferowania to własne ciało… a skoro zainteresował się tym nawet jej własny szef to chyba coś w tym musiało być – Zaraz kończę. Staram się to zrobić najszybciej jak potrafię, Sawyer. – pamiętała jego imię, zapadło jej w pamięć. Znów na krótką chwilę odnalazła jego spojrzenie i uśmiechnęła się lekko, trochę blado, ale mimo wszystko szczerze – Nie umieraj, dobrze? Polubiłam cię.
Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, Darcy. Jakby twoja sympatia cokolwiek dla kogokolwiek znaczyła.
- Masz gdzie się zatrzymać? – zapytała, chociaż jednocześnie wiedziała, że raczej nie jest mu łatwo mówić. Mimo wszystko nadal chciała w minimalnym stopniu odwrócić jego uwagę od igły wbijanej w jego skórę – Nie powinieneś też zostawać sam… na wypadek, gdyby rana się otworzyła albo doszło do infekcji. Ktoś powinien się tobą zająć. – zapewne ktoś bardziej profesjonalny niż przypadkowa striptizerka z szemranego klubu, ale chyba poniekąd właśnie oferowała mu pomoc. Skoro już i tak była po łokcie w jego krwi… czuła się odpowiedzialna. A już całkiem zwątpiła w troskę jego przyjaciela, który zapadł się pod ziemię chociaż zadanie miał najprostsze z możliwych.


Sawyer Wright

Sad birds still sing

: ndz paź 04, 2026 1:22 pm
autor: Sawyer Wright
Oczekiwanie i tak tam było; wbiło się trwale jak hak pod żebra, rozlewało się po ciele jak trucizna, bezwiednie odliczało w tyle potylicy sekundy przerw i prognozowało, kiedy nastąpi kolejny szew. Mimo to łatwiej było go ignorować, gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, a Darcy się odezwała. Świat zamazywał się na krawędziach i rozjeżdżał na peryferiach widzenia, zdawał się ciemniejszy, bardziej chaotyczny i niemal niemożliwy do kontrolowania. Od kiedy się położył, zaczął też mocniej wirować przed oczami, jakby jego błędnik ostro zaprotestował przeciwko takiemu traktowaniu. A chociaż skupienie się wymagało od niego więcej sił niż zwykle — od momentu, w którym tamten sukinsyn wbił mu nóż pod żebra minęło sporo czasu i upłynęło zdecydowanie za dużo krwi — to i tak starał się jej słuchać.
Słowa Darcy wydawały się do przewidzenia, mimo to cień uśmiechu na moment wykrzywił jego wargi. Nie zdobył się jednak na żadną równie ironiczną odpowiedź. Nie powiedział też, że ją rozumie ani że poznał to uczucie; bo jemu kiedyś, tak dawno temu, że wydawało się jakby to było w poprzednim życiu, pozostawiono podobny wybór. Że w tamtym czasie każdego dnia był zmuszony wybierać między dwiema równie obrzydliwymi opcjami:
Czy dalej oddychać, czy nie.
Nawet gdyby chciał się do tego przyznać, myśli rozjeżdżały mu się chaotycznie na wszystkie strony i nie udało mu się żadnej złapać na tyle pewnie, żeby spróbować ją wyartykułować. I żeby przy okazji miała jakiś sens. Skinął więc jedynie głową na jej słowa o tym, że się spieszy — słaba myśl o tym, żeby zrobiła to porządnie zamiast szybko przecięła jego umysł, ale uleciała z pozostałymi, zanim ją chwycił — i znów przymknął powieki. Chciałby przełknąć ślinę, ale gardło miał suche na wiór, a jedyny smak, jaki czuł, to ten własnej krwi; metaliczny i ostry, od którego chciało mu się tylko jeszcze bardziej rzygać.
Też ją polubił. Prawie powiedział to na głos.
Ale właśnie igła ponownie wbiła się w ciało w upiornej karykaturze procesu tworzenia kolejnego do kolekcji, makabrycznego . t a t u a ż u . na jego ciele, tym razem spod ręki Darcy. Zacisnął więc jedynie zęby, aż nieprzyjemnie o siebie zgrzytnęły.
Natomiast następne pytanie zbiło go z tropu. Początkowo go nie zrozumiał — nie chciało przebić się przez grubą ścianę bólu i logiki — aż wreszcie musiał uznać, że nie ma żadnego innego sensownego powodu, dla którego dziewczyna o to pyta niż ten, że proponuje mu właśnie pomoc dalece wykraczającą poza rozsądek. Poczuł się zmęczony. Tak bardzo, cholernie zmęczony na myśl, jak chętnie przyjąłby jej pomoc i w reakcji na to dziwne wrażenie, którego nie starał się nawet nazwać, a które rozlewało się mrowieniem pod skórą, gdy między nimi padła jej propozycja. Zmusił się do otwarcia oczu i spojrzenia na Darcy, wciąż nachyloną nad jego bokiem.
— I tym kimś powinnaś być ty? — zapytał chrapliwie, z krzywym uśmiechem, w którym zawierała się odmowa głośniejsza niż jakiekolwiek słowa, które mógłby teraz wypowiedzieć.
Na przykład o tym, że są jakieś granice . p r z y j a ź n i . . Że nie będzie jej narażał na więcej nieprzyjemności niż tylko na możliwość, że któregoś ranka obudzi się z kłopotliwym trupem pod dachem swojego mieszkania, którego zgon ciężko będzie jej zatuszować bez wzywania władz, a jeszcze ciężej — wytłumaczyć, jeśli zdecyduje się je powiadomić. Że Daniel być może przestał być dla niego osobą, do której bezpiecznie było się zwrócić po pomoc. I że zdecydowanie niebezpiecznie byłoby dać schronienie komuś, na kogo jej szef być może — ale tylko być może — wydał wyrok wcześniejszego wieczora. A mimo to Gibbs przytargał go właśnie tutaj, do paszczy lwa, kiedy on był na wpół przytomny, i jeszcze zdecydował się z tego zrobić aferę na połowę klubu.
Gdyby tylko Sawyer mógł się, kurwa, skupić…
— Słuchaj… Ta randka-
Nie dane mu było skończyć faktycznej odmowy, bo wtedy nagle usłyszał gwałtowne szarpnięcie za klamkę; sekundę później drzwi się otworzyły, na moment wpuszczając ze sobą hałas muzyki i rozmów.
— Któraś z tych zdzir wezwała policję — warknął Gibbs od samego progu, z twarzą nienaturalnie poczerwieniałą i wykrzywioną brzydkim grymasem wściekłości, zatrzaskując za sobą drzwi szatni z impetem.
Na ten cały niespodziewany chaos Sawyer z trudem otworzył oczy, zwalczył nudności i podniósł głowę, żeby spojrzeć w stronę mężczyzny. Gibbs przeciął pomieszczenie w dwóch długich krokach i ostatecznie dopadł do ławki, na której Sawyer się wykrwawiał i przy której dziewczyna go szyła, również cała w jego lepkiej krwi. Nie miał w ręce nawet tej flaszki, po którą wysłała go Darcy, ale Sawyer nie mógłby narzekać, skoro wrócił z czymś cenniejszym — z informacjami.
— Zbieraj się, Wright, do kurwy nędzy. Wypierdalamy stąd, ale już — rzucił nonszalancko, posyłając mu jedno krótkie, niezbyt uważne spojrzenie, zanim przeniósł cały ciężar uwagi na Darcy. Jego oczy błyszczały niebezpiecznie — Sawyer wiedział, że Gibbs nie żałował sobie prochów przed akcjami — ale dopiero uśmiech nadał jego szerokiej twarzy chytry wyraz. — Wiesz, że ta tutaj jest dupą Daniela? — zapytał, a chociaż same słowa brzmiały, jakby je kierował do leżącego na ławce Sawyera, w rzeczywistości patrzył tylko na Darcy. Tak, jakby ktoś właśnie wepchnął mu w łapy drogocenny prezent, którego nie spodziewał się dostać. — Weźmiemy ją ze sobą. Tak na wszelki wypadek, gdyby przydało nam się… ubezpieczenie.
Tę groźbę Sawyer zrozumiał natychmiast, nawet będąc otępiałym od utraty krwi. Nie miał pojęcia, czy Darcy skończyła szew, ale to właściwie przestało mieć znaczenie — bo najwyraźniej skończył im się czas.
— Nie — zaprotestował stanowczo i podniósł się do siadu, za co zapłacił falą bólu tak przeszywającą, że na moment zalała mu czerwienią cały świat i zatrzymała powietrze w płucach. Ale tylko w ten sposób mógł znaleźć się między Gibbsem a Darcy, nawet jeśli w obecnej formie przeszkoda była z niego raczej chujowa. — Jej do tego nie mieszaj — wycedził przez zaciśnięte zęby i mimo że był słaby, w jego głosie niezmiennie brzmiała stal.
Kiedy Gibbs na niego spojrzał, w jego oczach wyraźnie malowała się pogarda. Przez chwilę Sawyer nie potrafił określić, czy wspólnik go zignoruje, czy posłucha rozsądku i się wycofa.

Darcy Bowman

Sad birds still sing

: wt paź 06, 2026 7:26 pm
autor: Darcy Bowman
Ściągnęła mocniej brwi i mruknęła coś niezrozumiałego, ale jednocześnie lekko pokręciła głową, chociaż wzroku nawet na chwilę nie oderwała od jego rany. Nie. Wbrew pozorom wcale nie myślała o sobie, myślała o kimkolwiek. Nie znała go. Nie wiedziała o nim nic poza tym jak miał na imię (chociaż, co do tego i tak nie mogła mieć całkowitej pewności) i że potrafił być niebezpieczny. Nie wiedziała gdzie mieszkał i z kim mieszkał. W głowie Darcy równie dobrze mógł prowadzić podwójne życie, a w domu czekała na niego żona i dziecko, którym będzie musiał wcisnąć historię o nieszczęśliwym wypadku, w którym ucierpiał. Nie takie rzeczy się przecież zdarzały…
Więc nie, nie myślała o sobie. Myślała o nim i o tym, że nawet jeśli teraz go zszyje to wcale nie mają pewności, że te szwy nie puszczą albo że obrażenia wewnętrzne są zbyt rozległe. Nie była przecież chirurgiem… była s t r i p t i z e r k ą, czyli poniekąd ostatnią osobą, którą powinien prosić o pomoc. Czarnych scenariuszy było wiele, a z jakiegoś powodu Darcy naprawdę nie chciała, żeby umierał.
Była mu to winna. Za tamten wieczór w uliczce za klubem, gdy wcale nie musiał jej pomagać, a jednak to zrobił. Za ten rachunek, który zostawił w barze, gdy dla niego tańczyła. Za to, że pamiętał jak ma na imię, że nie była dla niego jedną z dziewczyn z tła. Za to, że ją zauważył i zaufał jej na tyle, że teraz znaleźli się w tej bardzo dziwnej sytuacji.
Nie drgnęła, gdy wspomniał o randce, o której bezmyślnie zażartowała. Podskoczyła dopiero w momencie, gdy drzwi od szatni się z impetem otworzyły, a po wnętrzu rozniósł się nieprzyjemny głos mężczyzny, którego wysłała po alkohol.
Nawet kurwa tego nie był w stanie zrobić.
- Albo zostawiliście za sobą za dużo śladów i przyciągnęliście ją za sobą. – warknęła pod nosem, bo trudno było jej uwierzyć, że którakolwiek z dziewczyn była w stanie wezwać policję. Nie były tak głupie, nie mogły być. Przecież to byłoby oczywiste, że skończyłoby się to dla nich źle, a nawet bardzo źle. Policja nie była tu mile widziana… a już na pewno nie w takiej roli. Oderwała wzrok od Sawyera i spojrzała z wyrzutem na mężczyznę, który zdecydowanie za dużo mówił. Zdecydowanie.
Praktycznie skończyła z raną Wrighta, ale nie chciała, żeby wstawał. Już miała się odezwać, już nabrała powietrza w płuca…
Wiesz, że ta tutaj jest dupą Daniela?
Nieprzyjemny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa, bo sposób w jaki to powiedział nie zwiastował nic dobrego. Spojrzała na Sawyera i na ułamek sekundy udało jej się złapać z nim kontakt wzrokowy, zanim Gibbs szarpnął ją za ramię i poderwał z ziemi niczym szmacianą lalkę. Nie było to szczególnie dziwne biorąc pod uwagę jak dużą miał nad nią przewagę wzrostu oraz siły. Doceniła jednak, że Sawyer próbował zaprotestować, chociaż na niewiele się to zdało. Jej próba wyrwała się z uścisku mężczyzny również, trzymał ją zbyt mocno. Obłapiał ją zbyt silnie, gdy jednocześnie wykrzykiwał kolejne do Wrighta kolejne słowa o tym, że powinien się pospieszyć.
Prawdopodobnie miał rację, bo drzwi od szatni znowu się otworzyły.
Gdy Gibbs ją obrócił ani trochę nie zwalniając uścisku – stanęła twarzą w twarz z Danielem. Jego ciemne oczy błyszczały niebezpiecznie, gdy omiótł spojrzeniem cały ten burdel. Aż podskakujący z nadmiaru emocji (albo prochów) Gibbs trzymający Darcy niczym żywą tarczę, ona po łokcie we krwi, kałuża na podłodze i blady Sawyer Wright, do którego ewidentnie cała ta krew należała. Burdel.
- Narobiliście strasznego bałaganu, Panowie. – rzucił cicho, nigdy nie musiał podnosić głosu. Kolejny dreszcz przeszedł przez jej ciało – Przestraszyliście dziewczyny… a teraz jeszcze ją dotykasz, chociaż za to nie zapłaciłeś? – wbił uważne spojrzenie w Gibbsa, który zrobił krok w tył, ciągnąć za sobą Darcy. Znowu zaczął mamrotać coś o zapłacie, o rachunkach, o zleceniu… za dużo mówił! Zdecydowanie za dużo mówił, a w tęczówkach Daniela odbiła się irytacja i właśnie dlatego sięgnął do paska, a po chwili stał tam z bronią wycelowaną w Gibbsa – Dotykasz dziewczynę, za którą nie zapłaciłeś – przypomniał mu raz jeszcze – Więc z łaski swojej puść ją zanim twój mózg wyląduje na ścianie za tobą. – nie odrywał spojrzenia od mężczyzny i trzymanej przez niego Darcy – Myślałem, że masz lepszy gust w doborze pomagierów, Wright. – rzucił i dokładnie w tym samym momencie pociągnął za spust.
Krew. Jeszcze więcej krwi.
Uścisk zelżał, po chwili nic jej już nie trzymało, ciało opadło z hukiem na podłogę, a ona drżała czując na sobie jeszcze więcej krwi. Kurwa. Spojrzała na Daniela, który teraz celował w Sawyera, a ona momentalnie odzyskała głos – Zostaw go. Próbował mi pomóc. – rzuciła i wreszcie drgnęła, stając między dwójką mężczyzn. Była skończoną idiotką... skończoną idiotką. Dlaczego się w ogóle w to mieszała? Zachciało jej się być pierdoloną bohaterką. Ale chyba zadziałało? Daniel zmiękł. Może jednak nie był winny tego, o co go posądzali? Bowman nie wiedziała, o co w tym wszystkim chodziło – Zabierz go stąd. Oboje wypierdalajcie. Wright… wrócimy do tematu za parę dni. – zdecydował, odwrócił się na pięcie, wyszedł z szatni i tylko mogli usłyszeć jak krzyczy do kogoś, żeby posprzątali ten burdel.



Sawyer Wright

Sad birds still sing

: ndz paź 11, 2026 12:26 pm
autor: Sawyer Wright
trigger warning
krew, morderstwo
Gibbs uśmiechnął się krótko i Sawyer natychmiast zrozumiał, że przegrał. Jego marny sprzeciw był tylko irytującym brzęczeniem, za którym nie mogły pójść czyny i oboje zdawali sobie z tego sprawę. Drugiemu mężczyźnie wystarczyło tylko wyminąć ławkę, żeby położyć łapy na Darcy, a później wprowadzić swój plan w życie.
Nie walczył z jego decyzją, nawet nie z uwagi na falę bólu towarzyszącą każdemu gwałtownemu ruchowi — które ograniczył do minimum — ale dlatego, że walka była z góry skazana na porażkę. A Sawyer nie zwykł podejmować działań tam, gdzie nie miał szans. Wiedział, że czasem wystarczy poczekać. Przyczaić się. W końcu ciężko było o większą przewagę zaskoczenia niż dać się zbagatelizować przeciwnikowi; nawet jeśli Gibbs nie do końca nim był. Dlatego Sawyer potulnie milczał, kiedy wspólnik szarpał dziewczynę i rozkazał mu się zbierać. Zagryzając zęby i słowa za nimi, z trudem podniósł się do pionu, chociaż na moment zrobiło mu się ciemno przed oczami, a podłoga zdawała się uciekać spod stóp, więc musiał przytrzymać się zimnej stali szafek ustawionych pod ścianą. Oddech mu się urwał i przez chwilę był pewien, że wyrzyga się na podłogę uwaloną własną krwią. Właśnie wtedy drzwi otworzyły się ponownie, chociaż w pierwszej chwili Sawyer nie mógł dostrzec, kto wszedł tym razem.
Za późno, jego umysł przecięła pojedyncza, zmęczona myśl.
Zanim jednak zdołał przekonać się na własne oczy, czy to policja stoi w drzwiach przebieralni na tyłach klubu ze striptizem, Sawyer usłyszał znajomy głos. I natychmiast pożałował, że to nie funkcjonariusze.
Psy w gruncie rzeczy niewiele mu mogły zrobić, w odróżnieniu od Daniela, który wysłał go na rzeź.
Poderwał wzrok, czujność się wyostrzyła, mięśnie napięły odruchowo, a świat zawirował ponownie od zbyt gwałtownego ruchu. Jednak mężczyzna nie patrzył na niego nawet kątem oka, bo całą uwagę miał skoncentrowaną gdzieś obok, tam gdzie stali Gibbs i Darcy. Nagle Glock za paskiem wydał mu się cięższy. Sawyer jednak nie liczył swoich szans; wiedział, że właśnie drastycznie spadły w okolice zera.
Słowa Daniela z trudem przebijały się przez nieregularny szum tętna w skroniach, a później wszystko potoczyło się błyskawicznie. Tak szybko, że otumaniony utratą krwi Sawyer nie zdążył nawet zaprotestować ani wtrącić się, zanim pomieszczenie przeszył huk niepotrzebnego wystrzału. Nie odwrócił wzroku od Daniela nawet wtedy, kiedy w akompaniamencie jęku na podłogę z łoskotem zwaliło się ludzkie ciało. Na peryferiach widzenia dostrzegł, że kobieta wciąż stała na własnych nogach.
Myślałem, że masz lepszy gust w doborze pomagierów, Wright.
On . M Y Ś L A Ł ?
Krew zawrzała mu w żyłach, poczuł na języku ostry smak destylowanej furii, która zalała mu czerwienią pole widzenia; musiał zacisnąć pięści, żeby zniwelować efekt drżących z wściekłości dłoni. Bo w tej chwili w oczach Sawyera bynajmniej nie wyglądał, jakby był w ogóle zdolny do jakiegokolwiek procesu myślowego albo wyobrażenia sobie podstawowych konsekwencji swoich działań. A może po prostu należał do grupy tych żałosnych ludzi, którzy testosteronem i krzykiem zagłuszali własny rozsądek. Tylko jakim cudem utrzymał prosperujący biznes, skoro najwyraźniej myślał jedynie kutasem? Na oko Sawyera bowiem fakty były proste:
Do klubu jechała policja, a on zastrzelił człowieka na zapleczu.
Jebany, skończony idiota.
Lepka mieszanina krwi i mózgu Gibbsa ozdobiła ściany i meble, a także wszystkich ludzi w pomieszczeniu. Takich śladów nie dało się zatrzeć w piętnaście minut. I zdecydowanie nie zrobiłyby tego pierwsze lepsze striptizerki w klubie.
Dlatego należało, . d o . k u r w y . n ę d z y , . zostawiać takie sprawy w rękach profesjonalisty. Wright nie działał lekkomyślnie ani pod wpływem impulsu; gdyby mu na to pozwolono, poczekałby aż znajdą się w aucie, siedziałby na miejscu pasażera z gębą na kłódkę i znalazłby odpowiedni moment, żeby pozbyć się Gibbsa bez świadków i w zdecydowanie czystszy sposób. Może upozorowałby wypadek, na który nikt nie zwróciłby uwagi. A może upewniłby się, żeby jego ciała nigdy nie znaleziono, a Gibbsa uznano za zaginionego, czym policja i tak by się szczególnie nie przejęła, bo był już kilka razy notowany, więc ucieczka do Ameryki Południowej nie byłaby podejrzana. Cokolwiek.
Ale nie, Daniel wpadł na tyły jak podrzędny mafioso i musiał bawić się w samca alfa pozbawionego mózgu.
I chociaż Sawyer w normalnych okolicznościach nie mógłby mieć na to bardziej wyjebane — problemy Daniela przestały być jego problemami w momencie, w którym ich wystawił — to obecne zdecydowanie do takich nie należały. W końcu połowa pomieszczenia była zawalona jego pierdolonym materiałem genetycznym.
— Do kurwy nędzy — wycedził przez zęby zaciśnięte tak mocno, aż nieprzyjemnie zazgrzytały mu w dziąsłach. — I jeszcze skurwiel śmie pierdolić o bałaganie.
Odwrócił spojrzenie w stronę Darcy; jego zwykle niebiesko-zielone oczy furia zabarwiła odcieniem głębokiego grafitu, zupełnie jakby źrenice całkowicie połknęły kolor jego tęczówek. Oddech unosił mu ciężko i nierównomiernie klatkę piersiową.
— Jesteś cała? — warknął, odpychając się wreszcie od szafki, której do tej pory się przytrzymywał. I chociaż Daniel i Gibbs prześcigali się w głupocie, w przynajmniej jednym oboje mieli rację: powinni się stąd jak najszybciej wynieść. Ich obecność w klubie zdecydowanie nie poprawi jego sytuacji.
Dlatego nie marnując energii na kolejne zbędne słowa, Sawyer się ruszył. Jednak zamiast do wyjścia, najpierw ruszył do wciąż ciepłego ciała Gibbsa o wytrzeszczonych w szoku, szklistych i martwych oczach wpatrzonych w pustkę, żeby przeszukać kieszenie jego płaszcza i wyjąć z nich portfel z pieniędzmi, dokumenty, telefon i, co najważniejsze, kluczyki do auta, którym tu przyjechali. Dopiero mając to wszystko, skierował się wreszcie do drzwi, krok za krokiem, czując, jak świeża krew leje mu się po boku nowym strumieniem z zaszytej przed chwilą rany. Po drodze złapał więc jakąś szmatę — najpewniej bluzkę jednej z pracujących tu dziewczyn — i przycisnął ją do boku, zgrzytając zębami i przeklinając pod nosem. Mimo to udało im się wyjść względnie sprawnie, tak że kiedy opuszczali klub tylnym wyjściem, wciąż nie było widać radiowozów; jedynie słychać echo syren w oddali.
Dopiero wtedy przesunął po Darcy zmęczonym spojrzeniem podkrążonych oczu. Dłonie miała brudne od jego krwi, natomiast twarz, włosy i ubranie w płynach ustrojowych Gibbsa, którego Daniel uznał za zasadne zastrzelić tuż obok swojej ulubienicy. Sawyer nie miał pojęcia, gdzie dziewczyna mieszka, wiedział jednak, że w tym stanie zwróci na siebie niechcianą uwagę w każdej porządnej dzielnicy.
— Tam, gdzie się zatrzymałem… Nikt nie zwróci uwagi… Na krew — oznajmił z przerwami potrzebnymi na ciężki oddech, bo o każdy musiał walczyć z bólem wżerającym się w tkanki.
To było jedyne zaproszenie, jakie miało paść z jego ust; na żadne inne nie miał siły. Dlatego nie czekając na jej decyzję, szarpnął za klamkę drzwi kierowcy.


Darcy Bowman

Sad birds still sing

: pt paź 16, 2026 6:10 pm
autor: Darcy Bowman
Gdy Daniel odwrócił się na pięcie i wyszedł z pomieszczenia… nastała cisza. Wstrętna, dzwoniąca w uszach cisza. Wpatrywała się w przestrzeń i nie zdała sobie nawet sprawy z tego, że zaczęła drżeć.
Zastrzelił człowieka.
I nie, to nie było dla niej zaskakujące. Wiedziała, że Daniel miał na rękach znacznie więcej krwi niż ona w tym momencie, ale pierwszy raz zrobił to przy niej. Ba. Zrobił to dlatego, że ten idiota zacisnął na niej łapska i nie potrafił odpuścić. Bowman było jednak daleko do uznania tego za jakkolwiek r o m a n t y c z n e. Wręcz przeciwnie. Brutalnie zdała sobie sprawę z tego, że miała kłopoty… że to zaszło dużo dalej niż podejrzewała i przypuszczała. Stał się zaborczy. I to do tego stopnia, że zastrzelił człowieka zaledwie parę centymetrów od jej głowy… i nie miał żadnej pewności, że nie znajdzie się nagle na drodze tego pocisku. A ona wiedziała, że to nie miało najmniejszego znaczenia, bo nie chodziło w tym wszystkim o nią. Nikogo nie zmartwiłaby martw prostytutka, nie było nikogo, kogo zmartwiłoby jej zniknięcie. Ta garstka osób, która mogłaby to zauważyć pewnie szybko pogodziłaby się z bajeczką o ucieczce z miasta w poszukiwaniu lepszego życia.
Chodziło o niego. Zrobiło to, bo Gibbs zrobił w klubie za dużo zamieszania, nie potrafił zamknąć mordy i położył łapska na czymś, co należało do Daniela. Popełnił wszystkie grzechy główne. Musiał zginąć.
W końcu zerkając na martwego mężczyznę na podłodze. Drgnęła dopiero, gdy Sawyer się do niej odezwał. Spojrzała na niego, wbiła spojrzenie w jego pociemniałe tęczówki i nie była w stanie wydusić z siebie głosu. Ten ugrzązł jej w gardle, więc tylko skinęła lekko głową. Była cała… sama nie wiedziała jak to się właściwie stało. Czy Daniel był lepszym strzelcem niż przypuszczała, czy może ona jednak miała więcej szczęścia niż rozumu. Bo tak… rozumu to nie miała za grosz. Przecież już dawno by jej nie było. Nie tylko teraz. Nie powinno jej tu być w ogóle, powinna to dawno rzucić, powinna uciec i znaleźć coś normalnego… i przeszło jej to przez myśl pierwszy raz od bardzo dawna.
Obserwowała jak Sawyer przeszukuje kieszenie swojego współpracownika. Ściągnęła mocniej brwi, gdy zobaczyła, że jego rana się otworzyła. To prawdopodobnie najgłupsza myśl na świecie i zdecydowanie nie było to w tym momencie najważniejsze, ale… - Cała praca na nic. Twoja rana… otworzyła się. – szepnęła. Chciała mu pomóc, powinni to przecież zszyć…
Tylko nie teraz, idiotko.
Głos z tyłu świadomości był jak wymierzony policzek. Powinni stąd wyjść. Wreszcie się ocknęła, sięgnęła do swojej szafki po kurtkę, którą zarzuciła na ramiona, jakby to jakkolwiek miało pomóc. Chwyciła torebkę i ruszyła za Sawyerem w kierunku wyjścia z klubu. Jego zaproszenie… ściągnęła mocniej brwi – Kurwa – rzuciła w odpowiedzi, widząc jak mężczyzna szarpie za klamkę, ale jeszcze nie zdążył wsiąść do auta – Jak nie chcesz rozbić się na najbliższym skrzyżowaniu i trafić do szpitala, gdzie trudno będzie wytłumaczyć dlaczego zszywał cię rzeźnik… to ja prowadzę. – warknęła, gdy w tej samej chwili zmaterializowała się u jego boku i wyrwała mu kluczyki z dłoni. Nie czekała na jego zgodę, czy potwierdzenie. Otworzyła mu drzwi do tyłu, gdzie w jego stanie powinno mu być znacznie wygodniej. Matka Teresa myślała nawet o jego wygodzie, powinien docenić! – Podaj adres.
Chwilę później wyjeżdżali z uliczki za klubem, a Darcy – chociaż nadal trzęsły jej się dłonie – starała się zachować spokój, a przede wszystkim przestrzegać cholernych przepisów drogowych, bo cóż… rutynowa kontrola drogowa albo zatrzymanie z powodu przekroczonej prędkości albo przejazdu na czerwonym świetle naprawdę źle by się dla nich skończyło. Tragicznie – Nie masz w tym mieście nikogo, kto mógłby ci pomóc? Znajomego lekarza, pielęgniarza albo kogokolwiek z umiejętnościami chirurgicznymi? – zapytała, obserwując go w lusterku wstecznym i czując nieprzyjemny ścisk w żołądku, widząc jego twarz. I swoje odbicie. Kurwa – Albo chociaż spróbuj przeżyć do czasu, aż będę mogła dokończyć. – dodała ciszej, wracając spojrzeniem do drogi i mając nadzieję, że jak najszybciej uda im się dotrzeć na miejsce – Twój… przyjaciel… chciałeś go powstrzymać. Dziękuję. – wiedziała, że to nic nie dało, że teraz nie miało to większego sensu, ale mimo wszystko… chciała podziękować. Ludzie rzadko robili dla niej coś miłego – szczególnie w tak dramatycznych okolicznościach.


Sawyer Wright

Sad birds still sing

: pt paź 23, 2026 5:39 pm
autor: Sawyer Wright
Motel, w którym się zatrzymał na kilka ostatnich tygodni jakie potrzebował, żeby zamknąć wszystkie zaległe sprawy w Toronto, znajdował się na obrzeżach miasta. Miało to swoje ewidentne minusy — jak odległość dzieląca go od portu i wszystkich dzielnic, w których załatwiał interesy — ale też przewagę, z której nie mógł tak po prostu zrezygnować: dawała anonimowość. Większą pewność, że nikt nie będzie go zaczepiał i go nie zauważy w momencie, w którym nie będzie chciał być zauważony.
Jak teraz.
Na tej myśli przyłapało go nagłe pojawienie się Darcy tuż obok niego i to, w jaki sposób zręcznie wyszarpała mu kluczyki z dłoni. Z pewnością był to ostateczny dowód na to, że Sawyer stracił zbyt wiele krwi — w każdych innych okolicznościach ciężko byłoby go zaskoczyć do tego stopnia, żeby zorientował się po fakcie — i właśnie ta myśl przeważyła na decyzji, żeby bez protestowania po prostu posłuchać dziewczyny. Nie nadawał się do prowadzenia pojazdów, miał opóźniony czas reakcji, świat kołysał się wokół niego, a obraz rozmazywał na krawędziach. Wypuścił ciężko powietrze z płuc, przyglądając się, jak Darcy otwiera tylne drzwi.
— Taa — mruknął w ramach jedynej zgody, na jaką go było obecnie stać, po czy wtoczył się do auta i rozwalił na tylnej kanapie. — 3137 Kingston Road… W Scarborough. — Przez zaciśnięte zęby podał jej adres motelu w tej dzielnicy, od której psy trzymały się na bezpieczny dystans, a przechodnie nie unosili spojrzeń zbyt wysoko ponad chodnik, żeby przypadkiem nie zobaczyć czegoś, za co przyszłoby im zapłacić zbyt drogo. — Jakbym zemdlał… Miejsce nazywa się… Roycroft Motel — dodał, zagryzając wycie z bólu i cisnące się na usta przekleństwa za zaciśniętymi zębami, bo każdy wstrząs na nawet najmniejszym wyboju na drodze powodował nową falę cierpienia przetaczającą się przez ciało, od której niebezpiecznie ciemniało mu przed oczami.
Przez sekundę umysł przeciął mu . ż a l , . że Gibbs nie przyniósł wódki, zanim zginął.
— Mam — odparł krótko i chrapliwie, otwierając powieki, żeby wbić spojrzenie w sufit samochodu.
Bruce był ratownikiem medycznym, który który miał u niego niewielki dług wdzięczności i napisanie do niego miało wiele sensu, zwłaszcza że Sawyer z każdą minutą czuł się coraz słabiej. A chociaż Darcy popisała się umiejętnością szycia i z pewnością kupiła mu tym trochę czasu, wiedział, że ranę powinien oglądnąć profesjonalista. Była zbyt duża szansa, że oberwały organy, żeby to tak po prostu zostawić. Dlatego z trudem wyciągnął z kieszeni kurtki telefon i przez chwilę męczył się z odblokowaniem go zakrwawionymi łapami, ale w końcu mu się to udało. Wystukał bardzo lakoniczną, bardzo ogólną wiadomość, zanim dłoń opadła bezwiednie na siedzenie, a komórka wyślizgnęła mu się z palców.
Wolf
Roycroft 34
weź zabawki
Wiadomość...
Wtedy nagle, jak zza bardzo grubej tafli szkła, usłyszał słowa Darcy.
D z i ę k u j ę .
Poczuł się nieswojo — nawet bardziej niż z dodatkowym otworem w ciele. I przez chwilę nie wiedział co powiedzieć. A później długo też nie miał sił na otworzenie ust, aż wreszcie mu się to udało.
— Powstrzymałaś… Daniela — odparł i ze zgrozą zdał sobie sprawę, że teraz musi robić krótką pauzę niemal co każde słowo. Spróbował przełknąć ślinę, ale nie poruszył się, żeby choćby kątem oka zerknąć w stronę Darcy. — Jesteśmy… kwita.
Słowa były lakoniczne, przekaz jednak dosadny. On chciał przemówić Gibbsowi do rozsądku, zanim tamten popełni głupi błąd, którego będzie żałował do końca życia — a że okazało się, że zostało mu tego życia jakieś pięć minut, cóż — natomiast jej jedno zdanie sprawiło, że Sawyer wciąż krwawił na tylną kanapę samochodu, zamiast stygnąć obok wspólnika. Jak na jego gust wychodziło na równo, zresztą nigdy nie wiedział co robić z cudzą wdzięcznością. I nigdy nie nauczył się okazywać swojej.
Reszta drogi rozmyła się częściowo w jego świadomości i nawet jeśli Darcy coś mówiła, nie był wystarczająco skupiony, żeby jej odpowiedzieć. Być może zemdlał przy większej dziurze w asfalcie, a później na chwilę odzyskał przytomność, ale ocknął się zupełnie, dopiero kiedy koła samochodu się zatrzymały. Wtedy też zmusił się do spojrzenia przez szybę, chociaż z pozycji leżącej niewiele widział. Nie miał więc pojęcia gdzie się zatrzymali.
Musiał zaufać Darcy.
— Lekarz... Będzie czekał. Pokój trzydzieści cztery — rzucił w ciemną pustkę wokół siebie, niepewny, czy Darcy w ogóle jeszcze siedzi za kierownicą, czy może już wysiadła. — Pomóż mi wysiąść — wychrypiał. Nienawidził jak wiele błagania i słabości było w jego głosie, ale nie miał zbyt wiele czasu na roztrząsanie tego faktu, bo kiedy spróbował podnieść się sam, jego ciało rozerwał ból tak przejmujący, że wydusił mu z gardła przeciągły jęk.

Darcy Bowman

Sad birds still sing

: pt paź 23, 2026 8:10 pm
autor: Darcy Bowman
Obserwowała Sawyera we wstecznym lusterku. Raz za razem zerkała na męską postać na tylnej kanapie, jakby sprawdzała, czy jeszcze żyje. Jednocześnie w duchu modliła się, żeby tak właśnie było, bo naprawdę… naprawdę nie miała pojęcia, co miałaby zrobić, gdyby teraz postanowił zejść z tego świata. Do kogo powinna zadzwonić? U kogo powinna szukać pomocy? W głowie robiła rachunek sumienia, przeglądała listę znanych nazwisk i chociaż miała parę swoich typów, może ostatecznie nie zostałaby z tym sama to… to jednak wolałaby nie musieć tego nikomu tłumaczyć.
Na szczęście w mieście nie było dużego ruchu, więc chociaż przebicie się na drugi koniec miasta swoje i tak zajmowało to przynajmniej nie utknęli w żadnym korku, w którym mogliby wzbudzić jakiekolwiek zainteresowanie. Ona mogłaby wzbudzić jakiekolwiek zainteresowanie. Obserwując mężczyznę w lusterku chcąc nie chcąc oglądając też swoją twarz.
To spokojnie mogłoby być pieprzone Halloween…
Tylko nie było.
Zacisnęła mocniej dłonie na kierownicy auta i mocniej docisnęła gaz, żeby jak najszybciej dostać się do Scarborough. Raycroft Motel. Nigdy o nim nie słyszała, ale nie miało to większego znaczenia… miała tylko nadzieję, że nikt ich nie zobaczy, nikt nie zadzwoni po policję i nie będą mieć żadnych problemów. Naprawdę nie chciała problemów. I naprawdę się o żadne nie prosiła… same ją znajdowały.
Zatrzymała się na parkingu faktycznie dość szemranego motelu. Nie musiał jej prosić o pomoc – jak tylko wysiadła z auta i zatrzasnęła za sobą drzwi kierowcy (no i krótko rozejrzała się za odpowiednim numerem pokoju) od razu skierowała się w stronę tych tylnych – Oprzyj się o mnie. Spokojnie, nie jestem taka delikatna. – i nawet jeśli generalnie był od niej wyższy i zdecydowanie więcej od niej ważył to Darcy nie była słaba, a przynajmniej nie fizycznie. Dlatego, gdy pomogła mu wysiąść z auta – bez pośpiechu, nie chcąc mu zrobić jeszcze większej krzywdy i przy okazji oceniając jak bardzo jest źle – chciała, żeby po prostu się na niej oparł. Sama też go podtrzymywała – Jeszcze tylko parę kroków. – rzuciła, widząc jak krzywi się z bólu – Rozumiem, że jest już na miejscu… i dlatego w środku świeci się światło. Nic nas tam nie zaskoczy? – mamrotała, prowadząc mężczyznę w kierunku odpowiedniego pokoju.
Widziała ruch za motelową firanką i przeszedł ją nie przyjemny dreszcz, a w jej głowie kolejny raz pojawiła się ta myśl, że naprawdę nie chciała kłopotów. I tym razem chyba miało się udać, bo gdy tylko zbliżyli się do drzwi pokoju trzydzieści cztery te się otworzyły, a mężczyzna od razu pomógł jej z wprowadzeniem Sawyera do środka. Gdy tylko znaleźli się w pokoju Darcy zamknęła za nimi drzwi, oparła się o nie plecami i dała sobie chwilę, moment… może dwa. Zamknęła powieki i przeklęła parę razy w myślach, ale potrzebowała się ogarnąć. Policzyła do trzech i spojrzała na mężczyznę, który momentalnie wziął się do pracy.
- Próbowałam go pozszywać zanim nam przerwano. Nie dokończyłam, a zresztą i tak wydaje mi się, że wszystko puściło. – biorąc pod uwagę ile było na nich krwi… było to bardziej niż pewne – Krwawienie od początku nie chciało ustąpić. Wydaje mi się, że w międzyczasie też stracił przytomność, ale nie mam pewności… starałam się go tu po prostu przywieźć. Mogę pomóc. – teraz też, jeśli tylko mogła się przydać…

Nie wiedziała, czy powinna zostawać. Jednocześnie pamiętała swoje własne słowa z klubu, że ktoś powinien go przypilnować. Ratownik zostawił jej swój numer telefonu, ale wyszedł niedługo po tym jak skończyć zszywać Sawyera, opatrywać i pewnie faszerować lekami przeciwbólowymi. Posłuchała instynktu. Gdy spał poszła pod prysznic, zmywając z siebie całą tą krew, cały ten syf i próbując się doprowadzić do jakiegokolwiek porządku. Jej ubrania też się do niczego nie nadawały, więc porządziła się i po prostu sięgnęła po pierwszą lepszą męską koszulkę. Po wyjściu z łazienki jeszcze kilkukrotnie sprawdziła, czy Sawyer oddycha i właściwie tak spędziła resztę nocy. Cały poranek? Kolejny dzień? Nie wiedziała ile będzie spał, ale wiedziała, że ten sen był mu potrzebny. Ona sama przymknęła powieki, gdy zwinęła się na fotelu, ale cały czas pozostała czujna… więc gdy mężczyzna się ruszył – od razu otworzyła oczy.
- Ratownik zostawił ci porcję proszków przeciwbólowych, jeśli chcesz. – rzuciła na dzień dobry, chociaż na dobrą sprawę nawet nie wiedziała, która jest godzina. Przetarła lekko zaspane oczy i wstała z fotela. Nie czekała na zaproszenie, ani nie pytała o pozwolenie, gdy po prostu pochyliła się lekko nad mężczyzną i dotknęła opuszkami palców jego policzka a także czoła – Nie masz gorączki, to dobrze. – Bruno również wspominał, że to najważniejsze, gdyby się rozwinęła i była silna, miała dzwonić – Masz więcej szczęścia niż rozumu, albo jesteś naprawdę twardy, Wright. – kącik ust drgnął jej w kierunku uśmiechu. To, że się obudził sprawiło, że mogła odetchnąć z ulgą – I jednak nie miałeś nikogo, kto mógłby się tobą zająć. – czyli to jednak musiała być ona, nawet jeśli tam w klubie był to po prostu bardzo głupi pomysł. Bardzo.


Sawyer Wright