Sad birds still sing
: sob wrz 26, 2026 1:45 pm
Pierwsza myśl: „ona ucieknie”.
Druga: „nie powinni byli tu przychodzić”.
Trzecia: „jeśli nie zszyję tej rany, zaraz wykrwawię się na te jebane fałszywe marmury i tandetny brokat”.
Czwarta: „pierdolony skurwysyn”.
Kolejne myśli nadchodziły falami i naturalnie oddzielało od siebie wolno bijące serce Sawyera, którego huk słyszał w uszach wyraźniej niż każde zbyt głośne słowo stojącego obok Gibbsa i zbyt wolną odpowiedź dziwki naprzeciwko niego. Oddech rwał mu się, ale przynajmniej robił to miarowo, kiedy ściana stała się jego jedynym oparciem w nierównej walce z utratą krwi. Oczekiwanie na ruch jedynej osoby, jaka miała teraz w jego świecie znaczenie — tej samej, od której Sawyer nie odklejał spojrzenia białek zalanych krwią, chociaż obraz przed oczami zamazywał się niebezpiecznie, a krawędzie traciły ostrość — zdawało rozciągać się w nieskończoność, dzieliło się na eony bólu i bezradności, irytującego poczucia pozostawania na czyjejś łasce i zależności od cudzego kaprysu. A Sawyer nie miał ani połowy nieskończoności. Przypuszczalnie nie miał nawet kolejnych pełnych dwudziestu minut; prowizoryczny opatrunek musiał puścić, kiedy jechali do klubu, bo krwi było zdecydowanie za dużo. . Z a . d u ż o .
Wreszcie Darcy zrobiła ruch — i był to szczęśliwie akurat taki, który dawał mu nadzieję na przeżycie. Dlatego bez marnowania oddechu na słowa, Sawyer odepchnął się od ściany, Gibbsa odpędził jednym wściekłym łypnięciem spode łba i ruszył za Darcy. Dziewczyny same schodziły mu z drogi, i dobrze, bo nie miał siły na kluczenie między półnagimi ciałami. Idąc, zaciskał szczęki tak mocno, że zęby zgrzytały mu nieprzyjemnie w dziąsłach — ale dzięki temu przynajmniej mniej czuł rozrywający, palący ból pochłaniający całą lewą część jego ciała, promieniujący od rany pod zakrwawioną szmatą.
Wszedł do pomieszczenia wskazywanego przez dziewczynę, ledwie rejestrując otoczenie. Chociaż w środku chciał powieść spojrzeniem po ścianach, sprawdzić, czy są sami — wystarczyło mu siły tylko na zrobienie dwóch kroków w głąb i ciężkie zwalenie cielska na jedną z najbliższych ławek. Świat zamazał się i nie pomogło nawet kilka nerwowych mrugnięć, a między zębami zmełł paskudne przekleństwo, kiedy od wstrząsu przemieściły się poszarpane tkanki.
Mruknął przeciągle zza zaciśniętych szczęk w odpowiedzi na jej słowa o tym, że ją polubił. W innych okolicznościach zamieniłby to w żart albo bezczelny flirt, ale obecne nie pozwalały mu na żadną z tych rzeczy.
— Reszta w ogóle już… nigdy… nie będzie wyglądać — wycedził, na moment zamykając powieki, żeby świat zwolnił i przestał wirować jak pojebany.
Zza grubej kurtyny własnego pulsu i rozległego cierpienia usłyszał, jak dziewczyna zwraca się do drugiego mężczyzny. Wciąż jednak nie patrzył w ich kierunku, zwalczając mdłości z ręką przyciśniętą kurczowo do szmaty na ranie. Gibbs jednak obruszył się za nich oboje i bynajmniej nie wyglądał, jakby zamierzał zostawić rannego pod opieką dziewczyny. Mruknął pod nosem, że na posyłki może wysyłać dziwki, ale nie jego, i że nigdzie się nie wybiera, krzyżując ręce na potężnej klatce piersiowej. Sam też był poturbowany, choć nie tak poważnie jak Wright. Dopiero na kolejne słowa Darcy jego postawa zdała się nieco stopnieć.
— Żeby było jasne: robię to tylko dlatego, że Daniel wpierdolił nas w to gówno i chcę, żeby Wright przeżył wystarczająco długo, żeby mu za to gówno odpłacić — warknął, wściekle mrużąc oczy i przy okazji sypiąc kolejnymi szczegółami, które Sawyer z przyjemnością wepchnąłby mu wraz z odciętym językiem z powrotem do gardła, żeby się nimi udławił, gdyby tylko był sprawny. — Poza tym nie jesteśmy, kurwa, przyjaciółmi. — Gibbs wyjaśnił zimnym tonem to, co Sawyer zdążył tylko pomyśleć i na co nie zamierzał marnować sił.
— Idź — wycharczał, nie tracąc energii nawet na nonszalanckie machnięcie dłonią w kierunku mężczyzny. — Dam sobie… radę.
Nie zobaczył ruchu; usłyszał tylko, jak drzwi się zamykają, a kiedy otworzył oczy, Gibbsa już nie było. Zaciskając zęby nawet mocniej, powoli obrócił się na ławce, przełożył nad nią jedną nogę i — krzywiąc się z potwornego bólu i opierając wolną dłonią — położył się na niej na plecach. Oślepiło go surowe światło jarzeniówki pozbawionej klimatu erotycznego przepychu, jakim klub emanował po drugiej stronie ściany za rzędem nagich, stalowych szafek. Nie próbował znaleźć dziewczyny, chociaż słyszał jej ruch gdzieś po swojej prawej stronie.
Nie było mowy, żeby w tym stanie zdołał zdjąć kurtkę.
— Masz nożyczki? — zapytał cicho w kierunku sufitu, przełykając z trudem ślinę smakującą jak jego własna krew. — Musisz… Rozciąć materiał.
Przechylił głowę z tymi słowami, skierował spojrzenie w kierunku dźwięku, jaki wydawała Darcy i tocząc spojrzeniem niemal bezwiednie, potknął się o jej oczy. Jej twarz wciąż była olśniewająco piękna, nawet zamazana kolorem krwi i — prawdopodobnie — na to spostrzeżenie nie wpłynął fakt, że od pewności jej dłoni może zależeć jego życie.
— A potem… — Przerwa na świszczący oddech. — Zaszyć ranę… — Kolejna. — Zanim się wykrwawię... — I kolejna, nawet dłuższa i cięższa. — Księżniczko.
Uśmiechnął się po tym chrapliwie wypowiedzianym słowie. Zęby też miał umazane we krwi.
Nie był pewien, czy wyłącznie swojej.
Nie miało to zresztą znaczenia.
Darcy Bowman
Druga: „nie powinni byli tu przychodzić”.
Trzecia: „jeśli nie zszyję tej rany, zaraz wykrwawię się na te jebane fałszywe marmury i tandetny brokat”.
Czwarta: „pierdolony skurwysyn”.
Kolejne myśli nadchodziły falami i naturalnie oddzielało od siebie wolno bijące serce Sawyera, którego huk słyszał w uszach wyraźniej niż każde zbyt głośne słowo stojącego obok Gibbsa i zbyt wolną odpowiedź dziwki naprzeciwko niego. Oddech rwał mu się, ale przynajmniej robił to miarowo, kiedy ściana stała się jego jedynym oparciem w nierównej walce z utratą krwi. Oczekiwanie na ruch jedynej osoby, jaka miała teraz w jego świecie znaczenie — tej samej, od której Sawyer nie odklejał spojrzenia białek zalanych krwią, chociaż obraz przed oczami zamazywał się niebezpiecznie, a krawędzie traciły ostrość — zdawało rozciągać się w nieskończoność, dzieliło się na eony bólu i bezradności, irytującego poczucia pozostawania na czyjejś łasce i zależności od cudzego kaprysu. A Sawyer nie miał ani połowy nieskończoności. Przypuszczalnie nie miał nawet kolejnych pełnych dwudziestu minut; prowizoryczny opatrunek musiał puścić, kiedy jechali do klubu, bo krwi było zdecydowanie za dużo. . Z a . d u ż o .
Wreszcie Darcy zrobiła ruch — i był to szczęśliwie akurat taki, który dawał mu nadzieję na przeżycie. Dlatego bez marnowania oddechu na słowa, Sawyer odepchnął się od ściany, Gibbsa odpędził jednym wściekłym łypnięciem spode łba i ruszył za Darcy. Dziewczyny same schodziły mu z drogi, i dobrze, bo nie miał siły na kluczenie między półnagimi ciałami. Idąc, zaciskał szczęki tak mocno, że zęby zgrzytały mu nieprzyjemnie w dziąsłach — ale dzięki temu przynajmniej mniej czuł rozrywający, palący ból pochłaniający całą lewą część jego ciała, promieniujący od rany pod zakrwawioną szmatą.
Wszedł do pomieszczenia wskazywanego przez dziewczynę, ledwie rejestrując otoczenie. Chociaż w środku chciał powieść spojrzeniem po ścianach, sprawdzić, czy są sami — wystarczyło mu siły tylko na zrobienie dwóch kroków w głąb i ciężkie zwalenie cielska na jedną z najbliższych ławek. Świat zamazał się i nie pomogło nawet kilka nerwowych mrugnięć, a między zębami zmełł paskudne przekleństwo, kiedy od wstrząsu przemieściły się poszarpane tkanki.
Mruknął przeciągle zza zaciśniętych szczęk w odpowiedzi na jej słowa o tym, że ją polubił. W innych okolicznościach zamieniłby to w żart albo bezczelny flirt, ale obecne nie pozwalały mu na żadną z tych rzeczy.
— Reszta w ogóle już… nigdy… nie będzie wyglądać — wycedził, na moment zamykając powieki, żeby świat zwolnił i przestał wirować jak pojebany.
Zza grubej kurtyny własnego pulsu i rozległego cierpienia usłyszał, jak dziewczyna zwraca się do drugiego mężczyzny. Wciąż jednak nie patrzył w ich kierunku, zwalczając mdłości z ręką przyciśniętą kurczowo do szmaty na ranie. Gibbs jednak obruszył się za nich oboje i bynajmniej nie wyglądał, jakby zamierzał zostawić rannego pod opieką dziewczyny. Mruknął pod nosem, że na posyłki może wysyłać dziwki, ale nie jego, i że nigdzie się nie wybiera, krzyżując ręce na potężnej klatce piersiowej. Sam też był poturbowany, choć nie tak poważnie jak Wright. Dopiero na kolejne słowa Darcy jego postawa zdała się nieco stopnieć.
— Żeby było jasne: robię to tylko dlatego, że Daniel wpierdolił nas w to gówno i chcę, żeby Wright przeżył wystarczająco długo, żeby mu za to gówno odpłacić — warknął, wściekle mrużąc oczy i przy okazji sypiąc kolejnymi szczegółami, które Sawyer z przyjemnością wepchnąłby mu wraz z odciętym językiem z powrotem do gardła, żeby się nimi udławił, gdyby tylko był sprawny. — Poza tym nie jesteśmy, kurwa, przyjaciółmi. — Gibbs wyjaśnił zimnym tonem to, co Sawyer zdążył tylko pomyśleć i na co nie zamierzał marnować sił.
— Idź — wycharczał, nie tracąc energii nawet na nonszalanckie machnięcie dłonią w kierunku mężczyzny. — Dam sobie… radę.
Nie zobaczył ruchu; usłyszał tylko, jak drzwi się zamykają, a kiedy otworzył oczy, Gibbsa już nie było. Zaciskając zęby nawet mocniej, powoli obrócił się na ławce, przełożył nad nią jedną nogę i — krzywiąc się z potwornego bólu i opierając wolną dłonią — położył się na niej na plecach. Oślepiło go surowe światło jarzeniówki pozbawionej klimatu erotycznego przepychu, jakim klub emanował po drugiej stronie ściany za rzędem nagich, stalowych szafek. Nie próbował znaleźć dziewczyny, chociaż słyszał jej ruch gdzieś po swojej prawej stronie.
Nie było mowy, żeby w tym stanie zdołał zdjąć kurtkę.
— Masz nożyczki? — zapytał cicho w kierunku sufitu, przełykając z trudem ślinę smakującą jak jego własna krew. — Musisz… Rozciąć materiał.
Przechylił głowę z tymi słowami, skierował spojrzenie w kierunku dźwięku, jaki wydawała Darcy i tocząc spojrzeniem niemal bezwiednie, potknął się o jej oczy. Jej twarz wciąż była olśniewająco piękna, nawet zamazana kolorem krwi i — prawdopodobnie — na to spostrzeżenie nie wpłynął fakt, że od pewności jej dłoni może zależeć jego życie.
— A potem… — Przerwa na świszczący oddech. — Zaszyć ranę… — Kolejna. — Zanim się wykrwawię... — I kolejna, nawet dłuższa i cięższa. — Księżniczko.
Uśmiechnął się po tym chrapliwie wypowiedzianym słowie. Zęby też miał umazane we krwi.
Nie był pewien, czy wyłącznie swojej.
Nie miało to zresztą znaczenia.
Darcy Bowman
