Strona 3 z 3

what a wild, bloody mess that you leave when you eat

: pn wrz 14, 2026 10:46 pm
autor: Violet Haze
Trzymany przez nią gazik znieruchomiał na jego knykciach, gdy zadał pytanie, na które nie potrafiła odpowiedzieć bez wpadnięcia w kolejną pułapkę. Oczywiście, że zauważyła, choć byłoby znacznie łatwiej, gdyby nie zauważała każdego razu, kiedy pojawiał się obok, chociaż nie musiał; kiedy odsuwał od niej niebezpieczeństwo albo przejmował kontrolę w chwili, gdy ona nie potrafiła zrobić niczego poza staniem w miejscu i próbą zmuszenia własnych płuc do kolejnego oddechu. Zauważyła, jak za każdym razem, kiedy jej ciało reagowało na niego jak na zagrożenie, zatrzymywał się albo zmieniał sposób, w jaki jej dotykał. Zauważyła, jak sprawiał, że czuła się dobrze w jego towarzystwie, bo traktował ją inaczej, niż jej umysł ustalił, że będzie i powinna być traktowana.
Nie musiała wierzyć jego słowom, bo posiadała wystarczająco dużo dowodów, które pozostawił czynami.
A każdy z nich prowadził do tego samego, brutalnego wniosku: To nie Vincent był dla niej zagrożeniem. To ona była zagrożeniem dla niego. Coś ścisnęło ją brutalnie w gardle, tak gwałtownie, że przez moment nie potrafiła przełknąć śliny. Patrzyła na jego dłoń spoczywającą we własnej; większą, ciężką i teraz bezwładną, z poranioną skórą, pod którą nadal wyczuwała puls. Tymi samymi dłońmi chronił ją i sprawiał, że powoli zaczynała wierzyć, że każdy jej ruch nie musiał się wiązać z bólem czy cierpieniem.
A ona natomiast zbliżała się do niego od początku po to, żeby pewnego dnia nie zdążył się obronić. Miała zdobyć jego zaufanie, znaleźć słaby punkt i zaprowadzić go do ludzi, którzy nie zamierzali odpłacić mu za wszystko, co dla niej zrobił czymś zgoła innym niż kolejnym plastrem z kolorowym dinozaurem. Im bardziej stawał się wobec niej uważny, tym lepiej wykonywała swoje zadanie, a przecież jeszcze kilka tygodni wcześniej potrafiła przedstawiać to sobie jako całkiem prosty rachunek. Jeden zły, obcy mężczyzna za siostrę. Ktoś niebezpieczny za niewinne dziecko.
Tyle że Vincent przestał być obcy. I przestał być zły, w jej perspektywie. Nawet jeśli nosił cudzą krew na rękach, nawet jeśli na jej własnych oczach odbierał komuś życie. Prawdopodobnie więc nigdy nie był tym zagrożeniem, z którego próbowała zrobić go we własnej głowie, żeby wszystko stało się prostsze.
Nigdy nie odpowiedziała, zasłaniając się krzyżówką.
Obserwowała, jak układał się na kanapie, aż jego głowa znalazła się niepokojąco blisko jej ud, a kilka ciemnych kosmyków otarło się o materiał spodni. Powinna przesunąć się dalej, zrobić mu miejsce, aby mógł wygodnie się położyć i odpoczywać – biorąc pod uwagę stan, w jakim się znajdował. Zamiast tego, jak skończona, zachłanna egoistka, którą była z fałszywie prawdziwą troską przesunęła palcami po jego czole, zbierając wolne, wyjęte spod ładu kosmyki jego włosów i układając je w czymś, co w jakimś stopniu odwzorowywało jego własny ruch, który parokrotnie zarejestrowała.
Banalny komplement sprawił, że napięcie w gardle zelżało odrobinę, zastąpione czymś prawie podobnym do rozbawienia. Prawie, bo wyrzut sumienia nadal siedział zbyt głęboko i zbyt intensywnie trzymał ją za szyję, aby mogła swobodnie zaczerpnąć powietrza.
— Ty też — odbiła, czymś bzdurnym, co miało być adekwatną obroną do tego naćpanego komplementu, który otrzymała. Nie potraktowała go jako nieistotny, przeciwnie. Był banalny, a przez to wydawał się być szczery. Dawno nie dostała dobrego słowa, które można było tak po prostu przyjąć i nie doszukiwać się podtekstu.
Był naćpany.
— Łajdak — powtórzyła w udawanym zastanowieniu, jednocześnie przesuwając spojrzeniem po bliskim otoczeniu, w poszukiwaniu czegoś, co mogłaby wciągnąć na mężczyznę, traktując jako okrycie. Też nie dlatego, że jakoś szczególnie przeszkadzał jej roznegliżowany, a w odruchu zwyczajnej troski. — To ładne słowo. — Ostatecznie zaciągnęła na niego swoją cienką kurtkę, w której przyszła. — Myślałam o czymś innym, ale pasuje. — Bez planszy wszystko, co uzgodnili mogłoby pasować. Kącik jej ust zadrgał nieznacznie, gdy Monroe domagał się następnego hasła; być może chciał jej pokazać, jak proste były krzyżówki. — Osiem liter. Coś, co dajesz komuś, kiedy przestajesz zakładać, że cię skrzywdzi. — Przesunęła dłoń, która przez cały czas pozostawała wsunięta między jego czarne kosmyki, na bok jego głowy, a kciuk delikatnie poprowadziła po skroni zaczepiając o linię jego włosów. Drobny uśmiech wywołany przez łajdaka powoli przygasł, kiedy zamiast podsunąć mu kolejną złośliwość, świadomie skierowała wymyśloną zabawę w znacznie mniej niewinną stronę.
some answers are better left blank

what a wild, bloody mess that you leave when you eat

: wt wrz 15, 2026 1:53 am
autor: Vincent Monroe
Robił wszystko, co mógł, by zachować dystans.
To była jedna rzecz, której Haze od zawsze pragnęła. Wystarczająca ilość pustej przestrzeni by nikt nie mógł jej dosięgnąć, wystarczająca by mogła swobodnie zaczerpnąć oddech. Dotyk nigdy nie był dla niego czymś szczególnym, zwykle bywał wręcz czymś n a t u r a l n y m, choć skłamałby mówiąc, że jego dłonie zwykle gładziły czyjś policzek zamiast zwijać się w pięści i wymierzać w niego cios.
Dotyk - czego nauczył się dość szybko - w przypadku Violet Haze był czymś bardzo skomplikowanym.
Nie potrafił jednak trzymać się z dala. Zawsze jakaś chwila roztargnienia, moment nieuwagi przywracał go do ustawień fabrycznych, poddając impulsowi. To zawsze przychodziło mu z największą łatwością, był człowiekiem nieposiadającym wysokiego poziomu samokontroli w żadnym aspekcie - ani pozytywnym, ani negatywnym. Każda emocja potrafiła zagnieździć się w jego głowie i powoli, skutecznie przejąć kontrolę nad jego czynami, nad sposobem, w jaki patrzył i w jaki oddychał.
Tym trudniej było mu ignorować to gdy te resztki cierpliwości, które skrupulatnie pielęgnował w jej towarzystwie były tak łatwe do zignorowania, gdy w jego krwiobiegu krążyła niebezpieczna mieszanka alkoholu i innych substancji rekreacyjnych.
Dlatego się p o ł o ż y ł.
Leżenie obok kogoś, kto siedzi, było przecież naturalną formą wprowadzenia jakiegoś rodzaju dystansu. Przede wszystkim upoważniało każdą z osób do nieutrzymywania kontaktu wzrokowego i do odsunięcia się na odległość, która była dla wszystkich komfortowa. Nigdy nie sądził, że znajdzie się ktoś, z kim pragnął obserwować sufit, lecz był skłonny to robić byle tylko Haze nie sztywniała.
Plan, w założeniu, był prosty i powinien być skuteczny. On - odpoczywał. Ona - miała czyste sumienie, że nie zostawiała go w tej sytuacji samego.
I jak każdy inny, który snuł wplatając ją jako jeden z jego elementów, plan legł w gruzach gdy wyczuł przy swoich włosach jej dotyk.
Włosy, za jego sprawą, stały się tematem rozmowy, nic więc dziwnego, że zwróciła na nie uwagę. On jednak być może nie powinien na to reagować w sposób, w jaki zrobił natychmiast - przesuwając swoją głowę bliżej, spragniony tego dotyku, wrażenia kobiecych palców przemykających pomiędzy ciemnymi kosmykami. Resztki samoświadomości dostrzegły, że zrobił to jak pieprzony p i e s, wyczuwający dłoń właściciela gdzieś nieopodal swojego pyska, jednak nie potrafiły cofnąć się w czasie i powstrzymać impulsu.
Mrugnął, obserwując jej poczynania gdy sięgała po coś, a on liczył na to, że nie były to znów piekące gaziki. Gdy zamiast tego chłodny materiał kurtki znalazł się na jego nagiej skórze, zmarszczył brwi, nie rozumiejąc dlaczego w ogóle postanowiła go przykryć. Nie było mu przecież zimno.
Chyba fizycznie nie był w stanie się wychłodzić w obecnej sytuacji.
Niemniej kurtka pachniała n i ą, nagromadzeniem perfum pryskanych zawsze przed wyjściem i wnętrzem jej mieszkania nim wypełnił je zapach gotowanego makaronu. I m p u l s znów sprawił, że zapragnął podciągnąć kurtkę wyżej, utopić się w tym zapachu, jednak jego palce zesztywniały gdy chwycił fragment odzieży i rozwarły się, natychmiast go puszczając.
D y s t a n s.
Miał być łatwiejszy do utrzymania w tej pozycji. Jego ból głowy faktycznie znikał, wrażenie pokoju rozmytego w szwankujących pod wpływem zmęczenia oczach również zelżało, niosąc pozorowane wrażenie trzeźwości.
A jednak nie potrafił nie pamiętać o jej c i e p l e, o udach tkwiących parę centymetrów od jego twarzy. Udach, o których nie mógł myśleć, ponieważ wtedy to ciepło wsuwało się w objęcia jego organizmu, rozpalając go od środka.
- Kurtka? - odpowiedział odruchowo, ponieważ w jej zdaniu chowało się danie czegoś, komuś, a przed chwilą dała mu swoją kurtkę, więc wydawało mu się to w pełni racjonalne i adekwatne jako odpowiedź.
Przeliterowanie tego słowa zajęło mu nieznośną ilość czasu. W tym czasie zdążył wysunąć jedną rękę spod materiału ubrania, którym go przykryła i nim spostrzegł, zgiął ją w łokciu, bawiąc się długimi kosmykami ciemnych włosów zawieszonych paręnaście centymetrów nad jego ciałem.
I choć zamarł, nie był w stanie zmusić się do przerwania tego niewinnego odruchu.
- Zaufanie - poprawił się, marszcząc brwi, gdy reszta wypowiedzianego przez nią zdania wreszcie osiadła na jego świadomości wraz z niesionym przez nie znaczeniem. Jego palce zatrzymały się, ciemny kosmyk wymknął spomiędzy nich gdy przeniósł swój wzrok z jej włosów na zawieszoną gdzieś powyżej twarz. - Dlaczego myślałaś, że mógłbym cię skrzywdzić?
Czy sam jej przed tym nie przestrzegł?
Czy zdarte do krwi knykcie dłoni, wyciągniętej na spotkanie jej włosów nie było wystarczającą odpowiedzią na zadane przez nie pytanie, tak jak broń tkwiąca gdzieś w okolicy jego biurka i szkarłat plamiący ściany jego gabinetu?
A jednak mimo wszystko, mimo tej logice, która mu nie umykała nawet w tym stanie, myśl wydawała mu się niedorzeczna.

Nothing's Gonna Hurt You Baby