i hate sunshine, but i like your smile
: czw paź 15, 2026 8:20 pm
Brian paręnaście miesięcy temu, stracił już wszystko, co miał i stanął na równe nogi, odnajdując w tym szansę na zaczęcie zupełnie od nowa. Shelby odnajdywał w ryzyku czy też chaosie pewien komfort, dlatego z utęsknieniem czekał na te spontaniczne chwile. W sumie dokładnie takie jak ta, gdy zdecydował się na tę randkę, bo przecież nie był człowiekiem, który biegałby za kobietami z bukietem kwiatów w dłoni. A jednak siedząc tak w tej uroczej kawiarni i spoglądając na Wendy, tatuażysta zaczął wychodzić poza znajome, bezpieczne schematy. Choćby te głupie gwiazdy, na chwilę wywołały w nim nieznane mu dotąd wątpliwości; bo może z interesującą osobą u boku, okazałyby się całkiem ładne? Szczególnie, jeśli można oglądać je daleko za miastem, gdzieś na tym pieprzonym łonie natury z dala od wszystkich ludzi, którzy na co dzień grają mu na nerwach. Może, ale tylko może, ta wizja stawała się kusząca, podobnie jak Wendy, od której coraz ciężej było mu oderwać spojrzenie.
Słysząc swoje imię, Brian uniósł leniwie kącik ust i przechylił łepetynę do boku, krzyżując ręce na swojej klatce piersiowej. Gardner była od niego starsza, ale jednocześnie tak urocza, że ta niewielka różnica wieku, przestawała mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. A pewności siebie zdecydowanie nigdy mu nie brakowało. Wiele osób spojrzałoby na niego krytycznie, ale on nie miał sobie nic do zarzucenia. Poza bratem nie miał nikogo, a i tak po wypadku skupił się głównie na sobie; na swojej karierze, na własnym rozwoju, na sklejeniu swojego życia w kupę. Radził sobie cholernie doskonale w pojedynkę, więc ponownie; dlaczego miałby być skromny? Szczególnie, jeśli na jego drodze, pojawiała się taka dziewczyna jak ona; pełna optymizmu, pomysłów i historii. A przy tym ładna, rozgadana i nie zostająca gdzieś w tyle, tylko dotrzymująca mu kroku. To oczywiste, że rosło mu ego, jeśli ktoś taki jak ona, zaczynał się nim interesować.
Nie lubisz być posłuszny?
Chłopak zaśmiał się niekontrolowanie pod nosem, pocierając palcami kark, jakby długo zastanawiał się nad odpowiedzią, choć ta przyszła mu dość błyskawicznie. — Nie do końca, choć to też zależy od tego, komu miałbym być posłuszny — stwierdził z rozbawieniem, spoglądając na nią z charakterystycznym błyskiem w oku. — I co z tego mogę mieć — dodał niewinnie, bo to przecież była istotna kwestia. Brian nic nie robił za darmo. No prawie. — Hm, to prawda. Kwestia zebrania funduszy, bo mam już stałych klientów — przyznał, kiwając łagodnie głową. Wciąż nad tym wszystkim pracował; planował, zarabiał i poznawał ludzi, którzy pomogą rozwinąć mu biznes. Nie naciskał i nie próbował wszystkiego desperacko przyspieszyć, bo nie chciał, żeby wszystko rozsypało się jak domek z kart. — Teste di Moro — dokończył za nią. — Mieliśmy parę w rodzinnym domu — dodał w ramach wyjaśnienia. Na wspomnienie o glinie, Brian po raz kolejny pokiwał głową z podziwem. Czym mogła go jeszcze zaskoczyć? Shelby miał nieodparte wrażenie, że ta lista ciągle się tylko powiększała.
*****
Och, no podobało mu się to jej iskrzące spojrzenie, które prowokowało go do dalszych działań i niekończących się zaczepek. Wyczuwając jej dłonie na swoich biodrach, Broke uśmiechnął się krzywo, na nowo zaciągając się dymem. Ułożył jedną ze swoich dłoni na jej talii, przyciągając ją nieco bliżej swojej klatki piersiowej i nachylił się w jej stronę z tym swoim aroganckim uśmiechem. — Taka odważna jesteś, W? — mruknął z rozbawieniem. Szybko poczuł się komfortowo w jej towarzystwie, jakby znali się... od lat? Zaraz jednak ściągnął z zaskoczeniem brwi, rozglądając się pobieżnie po okolicy, jakby musiał się upewnić, czy nie zaparkował w złym miejscu. — Twój dom? — zapytał. — Ja tu mieszkam — przyznał, unosząc palce z papierosem, wskazując jedno z okien. — Ja pierdolę. Jesteśmy sąsiadami? — zaśmiał się. Jakim cudem nigdy wcześniej na siebie nie wpadli? Los chyba naprawdę musiał trzymać ich w gotowości na właściwą chwilę. Shelby szybko jednak ponownie skupił na niej swoją uwagę, gdy przesunęła palce na jego szyję. Jej słowa sprawiły, że Brian wstrzymał nieznacznie oddech, opuszczając niedopałek na ulicę, bo nagle przestał myśleć o paleniu. Jej szept mącił mu w głowie, odbierając jasność umysłu; co za mała kusicielka.
— Nie jestem typem, który odmawia dobrej muzyki i alkoholu — rzucił, zabierając dłoń z jej tali, ale tylko po to, by spleść palce ich dłoni razem. Drugą ręką sięgnął po ich płyty i bez wahania, przyciągnął ją do swojego boku. — Prowadź — zachęcił, nachylając się w jej stronę. — I skoro tak bardzo obawiasz się końca tej randki, to przeciągnijmy ją do rana, co? — szepnął żartobliwie. Shelby, nie stracisz żadnej okazji do prowokacji, huh?
Słysząc swoje imię, Brian uniósł leniwie kącik ust i przechylił łepetynę do boku, krzyżując ręce na swojej klatce piersiowej. Gardner była od niego starsza, ale jednocześnie tak urocza, że ta niewielka różnica wieku, przestawała mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. A pewności siebie zdecydowanie nigdy mu nie brakowało. Wiele osób spojrzałoby na niego krytycznie, ale on nie miał sobie nic do zarzucenia. Poza bratem nie miał nikogo, a i tak po wypadku skupił się głównie na sobie; na swojej karierze, na własnym rozwoju, na sklejeniu swojego życia w kupę. Radził sobie cholernie doskonale w pojedynkę, więc ponownie; dlaczego miałby być skromny? Szczególnie, jeśli na jego drodze, pojawiała się taka dziewczyna jak ona; pełna optymizmu, pomysłów i historii. A przy tym ładna, rozgadana i nie zostająca gdzieś w tyle, tylko dotrzymująca mu kroku. To oczywiste, że rosło mu ego, jeśli ktoś taki jak ona, zaczynał się nim interesować.
Nie lubisz być posłuszny?
Chłopak zaśmiał się niekontrolowanie pod nosem, pocierając palcami kark, jakby długo zastanawiał się nad odpowiedzią, choć ta przyszła mu dość błyskawicznie. — Nie do końca, choć to też zależy od tego, komu miałbym być posłuszny — stwierdził z rozbawieniem, spoglądając na nią z charakterystycznym błyskiem w oku. — I co z tego mogę mieć — dodał niewinnie, bo to przecież była istotna kwestia. Brian nic nie robił za darmo. No prawie. — Hm, to prawda. Kwestia zebrania funduszy, bo mam już stałych klientów — przyznał, kiwając łagodnie głową. Wciąż nad tym wszystkim pracował; planował, zarabiał i poznawał ludzi, którzy pomogą rozwinąć mu biznes. Nie naciskał i nie próbował wszystkiego desperacko przyspieszyć, bo nie chciał, żeby wszystko rozsypało się jak domek z kart. — Teste di Moro — dokończył za nią. — Mieliśmy parę w rodzinnym domu — dodał w ramach wyjaśnienia. Na wspomnienie o glinie, Brian po raz kolejny pokiwał głową z podziwem. Czym mogła go jeszcze zaskoczyć? Shelby miał nieodparte wrażenie, że ta lista ciągle się tylko powiększała.
Och, no podobało mu się to jej iskrzące spojrzenie, które prowokowało go do dalszych działań i niekończących się zaczepek. Wyczuwając jej dłonie na swoich biodrach, Broke uśmiechnął się krzywo, na nowo zaciągając się dymem. Ułożył jedną ze swoich dłoni na jej talii, przyciągając ją nieco bliżej swojej klatki piersiowej i nachylił się w jej stronę z tym swoim aroganckim uśmiechem. — Taka odważna jesteś, W? — mruknął z rozbawieniem. Szybko poczuł się komfortowo w jej towarzystwie, jakby znali się... od lat? Zaraz jednak ściągnął z zaskoczeniem brwi, rozglądając się pobieżnie po okolicy, jakby musiał się upewnić, czy nie zaparkował w złym miejscu. — Twój dom? — zapytał. — Ja tu mieszkam — przyznał, unosząc palce z papierosem, wskazując jedno z okien. — Ja pierdolę. Jesteśmy sąsiadami? — zaśmiał się. Jakim cudem nigdy wcześniej na siebie nie wpadli? Los chyba naprawdę musiał trzymać ich w gotowości na właściwą chwilę. Shelby szybko jednak ponownie skupił na niej swoją uwagę, gdy przesunęła palce na jego szyję. Jej słowa sprawiły, że Brian wstrzymał nieznacznie oddech, opuszczając niedopałek na ulicę, bo nagle przestał myśleć o paleniu. Jej szept mącił mu w głowie, odbierając jasność umysłu; co za mała kusicielka.
— Nie jestem typem, który odmawia dobrej muzyki i alkoholu — rzucił, zabierając dłoń z jej tali, ale tylko po to, by spleść palce ich dłoni razem. Drugą ręką sięgnął po ich płyty i bez wahania, przyciągnął ją do swojego boku. — Prowadź — zachęcił, nachylając się w jej stronę. — I skoro tak bardzo obawiasz się końca tej randki, to przeciągnijmy ją do rana, co? — szepnął żartobliwie. Shelby, nie stracisz żadnej okazji do prowokacji, huh?

