Strona 3 z 3

I feel your presence amongst us, you cannot hide in the darkness

: pt wrz 25, 2026 2:00 am
autor: Yonaka Levin
Głośne syknięcia, przeplatane odgłosem chrupania szkła, przyprawiały Yonakę o mdłości. Mimo ukrytego zainteresowania — obserwowała ruchy narzędzi chirurgicznych przy stopie zza ciemnych okularów — w gardle wzbierała żółć. Nie lubiła widoku wnętrzności.
— Głęboko ugrzęzło? — spytała pielęgniarza.
— Ciężko orzec. — Pomimo niepewności, zachował spokojny ton. — Nie zrobimy rentgenu, bo szkło się na nim nie zacieniuje. Możemy jedynie… — Nachylił się bardziej nad stopą częściowo oczyszczoną stopą. W manierze znanej myślicielom, inżynierom i kucharzom — wyśćiubił koniuszek języka przy prawym kąciku i przekręcił pęsetę.
Effie przeklęła.
— Zgadywać? — dokończyła Yonaka.
— Chciałem powiedzieć: „wyciągnąć i ocenić”, ale z grubsza się zgadza. — Nagle wyprostował się i odetchnął. — Paskudne szkło. Wygląda na kieliszek Jagermeistera.
— Skąd wiadomo?
— Po odsłonięciu, o, tutaj o — wskazał palcem w rękawiczce nacięcie zrobione skalpelem — widzę poroże i krzyż.
— Błagam — jęknęła Effie — egzorcyzmujmy szybciej jebanego rogacza z mojej jebanej stopy…
— Mówiłaś, że poradziłabyś sobie sama. — Stanowczy uścisk i „kurwa”, i „jego jebana”, i „maciorska mać” przemawiały za czymś innym. — Panno Granger — zaczęła, ale w odpowiedzi drobna, szorstka na opuszka dłoń zacisnęła się mocniej na śródręczu. — Rękę mi połamiesz!
— Miałaś mnie wspierać! — Pisk i łkanie musieli usłyszeć zza stalowych drzwi odgraniczających gabinet zabiegowy od głównego traktu oddziału. — Przysięgam, to gorsze od wyciągania kuli spod żeber!
— Postrzelili cię?
— Nie, ale moja znajoma, co była w Miami...
— Uwaga, będę teraz ciągnął — oznajmił pielęgniarz i posłał Yonace porozumiewawcze skinienie. — Zaboli.
— Chwila! Chwiiiiiluteńka! A nie mogę czegoś na znieczulenie!? Nie wiem. Rolkę? Ketę? Spirytus medyczny?!
— Nie możesz — wtrąciła Yonaka z wyraźną obojętnością i zwróciła się do rudego: — Nie może.
— Jezu! To w łeb mnie chociaż pierdolnijcie!
— Pod żadnym pozorem.
Pielęgniarz zdawał się kompletnie nie oponować. Potaknął energicznie, jakby się obawiał, że jeżeli wejdzie w kompetencje pacjentki towarzyszącej innej pacjentce, to wyleci z roboty. Wymienił pęsetę na kleszczyki Peana, rozszerzył nieznacznie przestrzeń między szkłem a tkanką podskórną i drugą ręką wyposażoną w kleszcze ząbkowane zaczepił głębiej na kieliszku.
— Proszę nabrać powietrza — oznajmił. — Wyciągnę na trzy.
— Ja pierdolę, Yonaka…
— Jeden…
— Ja.. AAAAAAAAAA!!!
Trzy nie nadeszło.
Dłoń demonolożki nabawiła się siniaków, ale to — zdaniem niektórych — była drobna cena za oczyszczenie stopy Granger. Przezroczysty kawałek szkła stuknął w metalowej misce. Kiedy pielęgniarz pokazał zawartość Yonace, ta zbladła momentalnie. Na gardle zacisnęła się pętla. Chwyciła jedną dłoń w drugą i rozmasowała knykcie. Nerwowo zerknęła na Effie — padniętą na kozetce, oddychającą głęboko i z rozmazanym od łez makijażem.
— Pójdę po świeże opatrunki, bo chyba nam właśnie wyszły. Niech nie wstaje, dobrze? — Zwrócił się do Yonaki, na co kobieta potaknęła krótko. — Przyniosę wam po kawie. Przyda się.
— Nie trzeba. — Nie miała ochoty na lurę.
— Nalegam — odparł rudy z szerokim uśmiechem. — Jestem wielkim fanem Killer Kittens i nie odważyłbym się zaoferować gwieździe korytarzowych pomyjców. A pani niech oszczędza oczy.
Zdumienie Yonaki urosło tym bardziej, gdy zgasił górne światło. Sala pogrążyła się w mroku i tylko lampka przy biurku oraz światło monitorów przecinały przestrzeń. Niebieska poświata nadawała sali chirurgicznej ambientowej atmosfery. Gdyby nie to, że pewnie na tej samej kozetce umarło tysiące osób, demonolożka nie uznałaby okoliczności za łudząco podobne do filmowych zaświatów tanich horrorów klasy B o Naznaczonym.
Skorzystała z rady. Ściągnęła okulary i przetarła knykciem lewe oko.
— Masz chodne — zauważyła, odwracając się w krześle przodem do Effie. Zmarszczyła groźne brwi a jej zaczerwienione oczy błysnęły. — I cholerne szczęście. Po co w ogóle za nim biegłaś? To Phil miał się nim zająć. Nie ty.

🩸 Effie Granger 🩸

I feel your presence amongst us, you cannot hide in the darkness

: pt wrz 25, 2026 3:19 am
autor: Effie Granger
Tylko resztki dumy nie pozwalały jej przyznać, jaką poczuła ulgę.
Może jeszcze godzinę temu naprawdę szczerze wierzyła, że sama wydobyłaby to cholerne szkło ze stopy, ale po tej całej walce, szarpaniu i darciu japy gorzej niż na własnym koncercie Effie była po prostu bardzo wdzięczna, że się to już skończyło.
Jej zadowolenie nie trwało jednak długo. Po pierwsze — kiedy cholernie nieprzyjemne rozpychanie tkanek ustąpiło miejsca po prostu przenikliwemu bólowi, wróciła do niej świadomość, że ktoś robił zdjęcia w jej domu. Jakiś pierdolony zboczeniec chodził sobie po pokojach pełnych jej rzeczy i nie tylko robił zdjęcia tej martwej naturze, kiedy jej nie było.
Robił j e j zdjęcia, kiedy spała.
Mógł zrobić… cokolwiek. I nie chodziło tutaj o kradzież drogocennych przedmiotów, których trochę zgromadziła na przestrzeni czasu, nie chodziło o sprzęty, pieniądze czy nawet drogie alkohole albo secret stash kolorowych pigułek na każdy dzień tygodnia, a o coś dużo gorszego. Przecież mógł ją zamordować kiedy spała, a potem znaleźliby tylko jej ciało i to prawdopodobnie we wnętrzu jej węża, bo Udon, jakby miał tylko taki kaprys, to znowu by zwiał z terrarium.
Tym bardziej zdziwił i szczerze zdenerwował ją komentarz Yonaki, która zachowywała się zupełnie tak, jakby rugała nieposłuszne dziecko, którym Granger zdecydowanie nie była. Może i była nieposłuszna i postępowała tylko zgodnie z własnym osądem, ale to nie znaczyło, że zamierzała zbierać ochrzan od każdego.
— Żartujesz sobie? — Effie wciąż ciężko oddychała, a na jej twarzy łzy mieszały się ze strużkami potu, ale uniosła się na łokciu i zmierzyła Yonakę spojrzeniem pełnym niedowierzania. — Ten zbok był w moim domu, miałabym tak po prostu pozwolić mu uciec tylko dlatego, że Phil go nie zatrzymał? Zresztą — prychnęła, opadając z powrotem na kozetkę — mówisz tak, jakbyś sama za nim nie poleciała. „To Phil miał się nim zająć, nie ty!” — zacytowała jej własne słowa sprzed chwili, przedrzeźniając przy tym jej groźny, moralizatorski ton.
Przez chwilę mamrotała coś jeszcze pod nosem, rozglądając się po sali w jednym celu — żeby przekierować swoją uwagę na cokolwiek innego niż Yonaka Lafufu. Była pewna, że jeśli demonolożka jeszcze raz zmierzy ją tym oceniającym spojrzeniem — dotychczas ukrytym za ciemnymi szkłami — to chyba ją coś trafi.

😒 Yonaka Levin 😒

I feel your presence amongst us, you cannot hide in the darkness

: pt wrz 25, 2026 4:11 am
autor: Yonaka Levin
Ton Effie nie zrobił na niej wrażenia. Większy wpływ miały za to świeże strużki na jej twarzy. Omiotła wzrokiem rozwiane włosy — pasma ściśle klejące się do boków na łzy i pot — cienie kładące się pod uciekającymi oczami, choć to pewnie zasługa nikłego oświetlenia, oraz nieznikającą determinację, która wpędziła kobietę tu, do szpitala, miejsca nie lubiącego opowieści, bo wymagały więcej protokołów.
Yonaka… tylko siedziała. A po chwili przedłużającej się, niewdzięcznej ciszy — wstała. Stukot sztybletów poniósł ją przed umywalkę naścienną. Puściła wodę i poczekała, aż zleci zimna a pojawi się ciepła.
— Pobiegłam za nim. — Nacisnęła pompkę mydelniczki obok i nabrała mydła. — Ale ja znałam ryzyko. — Ostrożnie sprawdziła strumień. — Widziałam jego ruch z zewnątrz. Siłowałam się z nim na piętrze, a i tak świadomie pognałam za kimś znacznie silniejszym. Phil również znał ryzyko. — Namydliła porządnie dłonie, mocno wcierając środek w skórę, jakby dzięki temu mogła pozbyć się wadzącego wrażenia brudu pod paznokciami. Brudu z kurtki. — Ale to nasza praca. A ty…
Nagle woda z kranu trysnęła. Ochlapała płaszcz, rękawy i golf pod nim. Yonaka mruknęła coś nieprzyzwoitego pod nosem, aż zmyła mydło. Zamknęła kran. Otrzepała dłonie nad zlewem, orientując się dopiero po chwili, że na wysokości twarzy wisi dozownik z ręcznikami papierowymi. Wzięła dwa, wytarła dokładnie dłonie i… oparła się o zlew.
Nie tak, Levin — pomarudziła w duchu. Zawsze pamiętała, aby osoby postronne nie ucierpiały, ale dziś zwyczajowe postępowanie na miejscu nawiedzania zawiodło. Co gorsza, Effie została ranna. Sama też doznała urazu głowy i kiepsko widziała w jasnych pomieszczeniach.
To nic.
Najgorsze wcale nie były urazy zewnętrzne.
Najgorsze było zapomnienie, że to Effie jest poszkodowaną stroną. A ona właśnie próbowała na nią zrzucić winę.
Yonaka zmięła mokry papier w kulkę i cisnęła do kosza pod zlewem. Wyciągnęła jeszcze parę ręczników i wróciła na krzesło. Dopiero, gdy Effie na nią zerknęła, podała je.
— Przepraszam. — Surowe rysy Levin złagodniały. — Jestem zła na tego parszywca. Nie na ciebie. — I jak marionetka, której nagle odcięto sznurki, oparła się bezwładnie o oparcie. — Na siebie zresztą też. — Krzesło skrzypnęło, gdy odchyliła się na jego tylnych nóżkach. — Kiepsko wyszedł mi pościg. — Założyła jedną nogę na drugą. — Mogłam to rozegrać też inaczej. Najpierw zadzwonić po policję. — Wykrzywiła usta i wzruszyła ramieniem, nim jej uwaga wróciła do pokiereszowanej stopy Effie. — Czasem zapominam, że oni, w przeciwieństwie do Watykanu i ludzi wierzących w nawiedzenia, nie potrzebują konkretnych argumentów. Wystarczy powiedzieć: "ktoś obcy jest w domu i ukrywa się na piętrze". I musza przyjechać. To wszystko, co było dzisiaj... — Uniosła dłoń z wolna i równie powoli klepnęła w kolano. — ...jest moją winą.
Czerwone gaziki okrywały wlot rany. Dojrzała zaledwie kawałek w czasie zabiegu, ale jeśli wierzyć — rana będzie paskudna. I zostanie blizna. Mało tego — Granger czekało jeszcze szycie.
Yonaka zmarkotniała.
— Wolałabym też, żeby skończyło się tylko na moim guzie. Ale jest, jak jest. Tego nie zmienię. — Odruchowo przytknęła palce do skroni. Pulsowanie powoli znikało. — Bardzo przepraszam, panno Granger. Nie powinnam na ciebie zrzucać odpowiedzialności. Ale… jak ty się czujesz? Oprócz zdenerwowania.
— Pff. Spróbuj "wkurwienia".
Uśmiechnęła się krótko.
— Fair. — Przesunęła dłonią po twarzy, zagarnęła luźny kosmyk za ucho i zatrzymała ją na karku. — Dlaczego czujesz się wkurwiona?
To oczywiste — mówiła mina Effie. Yonaka chciała to od niej usłyszeć.

😔 Effie Granger 😔

I feel your presence amongst us, you cannot hide in the darkness

: pt wrz 25, 2026 1:00 pm
autor: Effie Granger
Wkurwienie było stałym elementem jej codzienności odkąd w zasadzie pamiętała. Wkurwienie na rodziców, hołdujących tradycyjnym wartościom do tego stopnia, że trudno było im zaakceptować inność córki. Wkurwienie na szkołę — nauczycieli i rówieśników — za robienie z niej wyrzutka nawet wtedy, kiedy tak naprawdę niewiele odstawała od reszty. Wkurwienie na system, na polityków, na kapitalizm, na patriarchat, na kanony piękna i na pierdolonych zwyrodnialców, którzy zamykali w plastikowych workach koty i wywozili je na śmietnik.
To uczucie nie było niczym nowym, bo ciągle znajdowały się nowe powody, by je podtrzymać.
Effie dmuchnęła w grzywkę, ale nie miało to takiego efektu jak zwykle, kiedy włosy opadały na twarz jako ciężkie od wilgoci strąki. Zrezygnowana, odgarnęła je dłonią, a potem zaczęła przecierać twarz podanymi przez Yonakę ręcznikami. Trochę ostygła po jej przeprosinach, jednocześnie czując w sobie narastający bunt — bo przecież to wcale nie była jej wina, że stało się to, co się stało. I to też dokładało się do kumulacji złości.
— Pierwszy powód jest chyba całkiem oczywisty — zaczęła, niespiesznie usuwając spod oka ślady po maskarze. — Jakiś obleśny śmierdziel siedział w mojej szafie i prawdopodobnie zapaskudził mi swoim smrodem wszystkie futra. Wiesz, ile lat je zbierałam? — Pytanie retoryczne, za którym ukryte było jednak coś więcej.
Od początku tej całej sprawy z nawiedzeniem Effie miała duży problem, by objąć jedno stanowisko. Okazać strach, który ją ogarniał, czy jednak próbować grać dzielną i sceptycznie nastawioną do metafizycznych zjawisk? Skakała między jednym a drugim, czasami próbując dodać sobie żartami otuchy, a czasami poddając się zupełnie i pokazując, jak bardzo ją to wszystko męczy.
Towarzyszyło jej jednocześnie niejasne wrażenie, że jakiejkolwiek ścieżki by nie obrała — Yonaka przewiercała się do prawdy tym swoim przenikliwym, chłodnym spojrzeniem, które łagodniało tylko czasami. Granger nie rozgryzła jeszcze dokładnie, kiedy szczęka demonolożki odpuszczała, brwi opadały, a ostre rysy nagle miękły.
Chociaż…
Chyba był pewien schemat, którego istnienia jeszcze nie chciała zauważyć.
— Jestem wkurwiona, bo ktoś naruszył moją przestrzeń. I to w taki sposób… myślałam, że kiedy zawieszę karierę, to na jakiś czas uwolnię się od pismaków, próbujących wsadzić mi nos w dupę. — Pokręciła głową, zwijając ręcznik w kulkę i rzucając w stronę kosza. Zawiniątko nie doleciało, odbiło się od krawędzi i spoczęło przy kuble jako namacalna oznaka jej porażki. — Na dodatek niezupełnie rozumiem, co mu przyszło z tych zdjęć. Widziałaś, jak były chujowe? Nie dość, że jakiś szmatławiec nasłał na mnie swoją hienę, to jeszcze taką najgorszego sortu.
Przerwała na moment, ocierając okolice ust; uznała, że skoro już i tak ściąga cały wymieszany z potem makijaż, to może równie dobrze pozbyć się resztek szminki.
— Już? — spytała, wydymając wargi w stronę Yonaki. Ciemniejsza smuga rozmazanej pomadki ciągnęła się od lewego kącika ust aż do policzka, zniekształcając rysy Effie i nadając jej wygląd wyjątkowo nieprzygotowanego do występu clowna.
— Nie, jeszcze z lewej strony… z lewej! — Ciężkie westchnienie nosiło niewielkie znamiona rozbawienia. — To jest lewa strona. — Levin podniosła odpowiednią rękę i zafalowała palcami w powietrzu.
— Twoja lewa czy moja lewa? — Wciąż nie mogła trafić.
— Bogowie…
Krzesło zgrzytnęło na posadzce, gdy przysunęła się bliżej kozetki i wzięła jeden z ręczników od Effie.
— Lewa strona — pouczyła, zanim szybkim, zdecydowanym ruchem starła resztkę szminki. Blada skóra zaróżowiła się lekko w tym miejscu, a Effie skinęła głową w geście podziękowania.
Levin wróciła do poprzedniej pozycji.
— No i — podjęła blondynka, kiedy większość śladów jej walki z włamywaczem oraz bólem podczas zabiegu zniknęła na pomiętym papierze — wkurwia mnie jeszcze jedna rzecz. W zasadzie to dwie — dodała po sekundzie zastanowienia. Chociaż wokół oczu wciąż miała ciemniejsze obwódki w miejscach, gdzie kredka i maskara całkiem się nie zmyły, to generalny brak makijażu nadawał jej wygląd wyjątkowo zmarnowanej życiem nastolatki. — I obie są związane z tobą.
— Och…?
— Po pierwsze — nie mów do mnie „panno Granger”, bo jak to słyszę, to mam ochotę wyrwać sobie wszystkie włosy z nosa. Pomijam fakt, że wcale nie jestem panną, ale to historia na inną okazję. Po drugie — spoważniała trochę i znowu położyła się na kozetce, sycząc cicho, kiedy trochę za mocno poruszyła kontuzjowaną stopą — nie rozumiem, dlaczego próbujesz brać winę na siebie. — Zmarszczyła brwi, nie patrząc na Yonakę, a na sufit, jakby to stamtąd miało przyjść oświecenie w tej kwestii. — Przecież to nie twoja wina, że jakiś psychol czaił się u mnie w domu, żeby zrobić mi zdjęcia jak wychodzę spod prysznica albo, nie wiem, kurwa, jak używam dildo w sposób przewidziany w instrukcji, a nie jako broni na intruzów. Gdyby to duch cię tak załatwił, to okej, jest to w umowie, bierzesz na siebie metafizyczne zagrożenia. Ale to? — Pokręciła powoli głową. — Jesteś tak samo poszkodowana, jak ja, więc przestań mnie przepraszać. Gdyby nie moja paranoja, to w ogóle by cię tam nie było.

🤡 Yonaka Levin 🤡

I feel your presence amongst us, you cannot hide in the darkness

: pt wrz 25, 2026 8:10 pm
autor: Yonaka Levin
Przez chwilę milczała. Jej spojrzenie zsunęło się na zabandażowaną stopę Effie i zostało tam zdecydowanie dłużej, niż wymagałoby zwykłe zainteresowanie raną.
— Nie mów tak o swojej paranoi. — Tym razem zabrzmiało to ciszej. — Gdybyś ją zignorowała, nie byłoby mnie tutaj. A skoro jednak coś naprawdę było w tym domu, to chyba dobrze, że nie próbowałaś wmówić sobie, że wszystko sobie wyobrażasz.
Uniosła wzrok na jej twarz. Ślady po łzach, zmęczenie, rozmazany makijaż. Mokre pasma włosów nadal przyklejały się do policzków i skroni. Yonaka wyciągnęła rękę i bez większego zastanowienia odsunęła kilka z nich za ucho Effie. Dopiero po chwili cofnęła dłoń, jakby zorientowała się, że zrobiła to zupełnie odruchowo.
— Tylko teraz przestań udawać, że ta noga to drobiazg. — Zdjęła płaszcz, złożyła na trzy i ostrożnie wsunęła pod jej łydkę, unosząc stopę nieco wyżej. — Tak będzie lepiej. I nie próbuj jej teraz stawiać. — Jej palce na moment zatrzymały się przy brzegu skóry, poprawiając poły tak, żeby nie ocierały rany. — Boli cię mocno? — Przeniosła wzrok na twarz Effie. — I nie mów mi "jest okej", jeśli nie jest. Nie mam dzisiaj cierpliwości do bohaterskich kłamstw. — Dopiero wtedy pozwoliła sobie na krótki uśmiech. — Co do dildo... — pokręciła głową. — Nadal uważam, że był to zaskakująco kreatywny wybór. Chociaż następnym razem proponuję coś, co nie wymaga później tłumaczenia lekarzowi, dlaczego ślady walki wyglądają tak, jak wyglądają.
Wraz ból głowy za okiem wrócił. Żart szybko zgasł.
Yonaka roztarła skroń, jakby to miało cofnąć negatywne skutki zdarzeń. Zamknęła oczy. Nie było lepiej.
— A tak serio... — Głos ściszył się jeszcze bardziej. — Dobrze, że jesteś przytomna. Dobrze, że możesz się ze mną kłócić. I dobrze, że teraz jesteśmy tutaj, a nie nadal na tamtym pieprzonym podwórku. Bez urazy. — Przesunęła palce po brwi w tę i z powrotem. Marszczyła się coraz mocniej. — Nie chcę, żebyś po tym wszystkim jeszcze siedziała i zastanawiała się, czy zrobiłaś coś źle. — Otworzyła jedno oko. — Nie zrobiłaś. — Zrobiła krótką przerwę. — Teraz masz się tylko wyleczyć. Resztę rozpracujemy później... Effie.


🦴 Euphemia Granger 🦴

I feel your presence amongst us, you cannot hide in the darkness

: sob wrz 26, 2026 6:47 pm
autor: Effie Granger
Choć Yonaka mówiła dalej, kręciła się przy niej i zadawała jej pytania, to świadomość Effie została chyba gdzieś między odgarnięciem jej włosów za ucho a wsunięciem złożonego płaszcza pod zranioną nogę, co zresztą faktycznie nieco pomogło się wygodniej ułożyć.
W tych gestach było coś bardzo ludzkiego i w pewnym sensie tak intymnego, że zawstydziły ją dużo bardziej niż bieganie z jej własną zabawką erotyczną. Troska — taka szczera, niepodyktowana profesją czy obowiązkiem — wydawała się być jedyną rzeczą, która była w stanie w ogóle wytrącić Effie Granger z równowagi, a drobne oznaki tegoż wytrącenia mogła dostrzec teraz demonolożka. Czy może — mogłaby dostrzec, gdyby nie mrok panujący w sali i jej problem ze wzrokiem po uderzeniu w głowę.
Chciała uwierzyć w to, że naprawdę może skupić się tylko na dojściu do siebie, ale chociaż te słowa brzmiały bardzo przyjemnie i obiecująco, Effie wiedziała doskonale, że nie są tak do końca prawdziwe. Nawet jeśli sama Yonaka wierzyła w to, co jej mówiła, to ten cholerny fotograf im zwiał, jeszcze nie wiadomo, czy policja w ogóle weźmie ich zgłoszenie na poważnie, a chociaż znalazł się kolejny logiczny powód dla dziwnych wydarzeń w jej domu… to czy na pewno teraz zapanuje już spokój?
— Ja chyba jednak wolałabym, żebyśmy były na moim podwórku — mruknęła w końcu Effie, kiedy już odzyskała mowę. Ucho wciąż trochę piekło w miejscu, gdzie Yonaka musnęła ją palcami. Kiedy ostatnio ktoś wykonał w jej kierunku taki bezinteresowny, prawie czuły gest? Pomyślała o jednym ze swoich najlepszych kumpli, który przy każdej okazji robił do niej dwuznaczne podjazdy i nie był w stanie nawet się przytulić na powitanie bez próby złapania jej za tyłek. Cóż… — Z tym zboczeńcem przypartym do ogrodzenia, żebym mogła mu nogi z dupy powyrywać podczas gdy opowiada, czego tak naprawdę szukał — dodała gniewnie, wciąż nie mogąc wybaczyć sobie tego, że go nie dorwała. — To nauczka dla mnie, żeby nie nosić szpilek, gdy podejrzewam nawiedzenie swojego domu.
Zamilkła, ale gdy żadna z nich nie mówiła, to jedyny punkt zaczepienia stanowił ból w stopie, a tego Effie naprawdę nie mogła znieść.
— Myślisz, że kiedy Phil pokaże policji te zdjęcia, to się zainteresują? — spytała cicho, nie patrząc na kobietę, a znowu w spowity mrokiem sufit. Sala szpitalna, choć we wcześniejszym fluorescencyjnym świetle była zimna i sterylna, teraz wydawała się prawie przytulna.
— To ich obowiązek.
— Niby tak — Effie nie wydawała się przekonana — ale tak samo pomyślałabyś o przyjęciu zgłoszenia próby włamania. — Postanowiła nie czekać na pytania, tylko podzielić się wątpliwościami, które gryzły ją odkąd Phil wyszedł ze szpitala. — Krótko po tym, jak wyprowadziłam się od rodziców, wynajmowałam maleńkie mieszkanie w Rexdale. Long story short, któregoś dnia wróciłam późnym popołudniem po pracy, podeszłam do drzwi i chciałam przekręcić klucz w zamku… ale zamka nie było. To znaczy był, ale cała górna wkładka leżała pod drzwiami, totalnie wyłamana. Wiesz, co zrobiłam? — Przekręciła głowę w stronę Yonaki i posłała jej krzywy uśmiech. — Zrobiłam kilka kroków w tył, zeszłam na półpiętro i bardzo mocno potarłam oczy, bo myślałam, że może coś mi się tylko wydaje. Ale nie. — Prychnęła z ponurym rozbawieniem. — Drzwi były dalej zamknięte, dolny zamek wydawał się nienaruszony, więc niewiele myśląc — przekręciłam klucz i weszłam do środka. — Jeszcze jedno prychnięcie, tym razem jakby z niedowierzaniem, że była wtedy aż tak nieostrożna. — Byłam wtedy małolatą i kompletnie nie wiedziałam, co zrobić, zadzwoniłam więc do właścicieli mieszkania i spytałam, czy wzywać policję czy co, ale poradzili mi, że skoro do włamania nie doszło, to pewnie jacyś wandale się po prostu zabawili i że wymienią mi ten górny zamek przy najbliższej możliwej okazji. Posłuchałam. Ale tamtej nocy kompletnie nie mogłam spać, a kiedy już się położyłam, to na wszelki wypadek schowałam pod poduszkę nóż.
Strzeliła po kolei wszystkimi palcami, a gdy zauważyła, że na niektórych paznokciach została tylko odrobina lakieru, zaczęła bezwiednie zdrapywać resztki, kontynuując historię.
— Doszłam przez noc do wniosku, że może i nic nie zginęło, ale ktoś ewidentnie próbował się włamać. Gdyby to był akt wandalizmu, to nasraliby na klatce albo osprejowali drzwi na parterze, a nie pchali się specjalnie na drugie piętro budynku. W każdym razie postanowiłam, że jednak zgłoszę to na policję, tak dla spokoju. Zgadnij, co.
— Do zgadywanek też chyba nie mam dziś cierpliwości, Effie. — Głos demonolożki był spokojny i nie zdradzał oznak zniecierpliwienia, jedynie zmęczenie.
— Moja rozmowa z dyżurnym trwała czterdzieści osiem sekund. Czy pani nazwisko jest na akcie własności? Nie, już mówiłam, wynajmuję. To i tak nie przyjmę zgłoszenia, a coś pani zginęło? Nie, nie udało im się wejść do środka. No to o co ta cała afera? — Przeprowadziła całą tę rozmowę na dwa głosy, naśladując męski baryton. — Chciałam tylko, żeby… nie wiem, może zwiększyli liczbę patroli w okolicy? — Pokręciła głową. — Mieli na uwadze, że coś takiego miało miejsce i że jeśli się powtórzy, to mogą być ci sami włamywacze? Nie wiem, ale chyba nigdy nie poczułam się tak opluta. No i wiesz — podniosła lekko głos, widząc, że Yonaka chce coś powiedzieć — ja wiem, że teraz mamy faktyczne włamanie, mamy dowody w postaci tych zdjęć, mamy straty moralne i fizyczne — pokazała na swoją stopę i głowę Levin — ale znowu, na pierwszy rzut oka nic nie zginęło, ja zrobiłam sobie krzywdę własną głupotą, a ciebie znokautował, kiedy go złapałaś, więc pytanie — kto zastosował obronę konieczną? Rozumiesz, co mam na myśli? Zastanawiam się, co jeśli i tym razem pokpią sprawę. Mam po prostu wymienić zamki i próbować się nie przejmować?
W tym momencie coś ją tknęło. Wymienić zamki?
Przełknęła nerwowo ślinę, znowu utkwiwszy spojrzenie w Yonace.
— Chwila… przecież otworzyłam drzwi z klucza. Zamek nie był naruszony… więc jak… i kiedy? Ile czasu ten skurwiel siedział w moich futrach?!

🤯 Yonaka Levin 🤯

I feel your presence amongst us, you cannot hide in the darkness

: sob wrz 26, 2026 8:11 pm
autor: Yonaka Levin
Dłoń Yonaki zamarła w połowie ruchu. Pytanie Effie wybrzmiało w pokoju mocniej niż cała wcześniejsza opowieść. Przez chwilę patrzyła na nią bez słowa, układając w głowie wszystkie elementy. Zamek. Klucz. Dom. Futra. Intruz. I przede wszystkim: ile czasu?
Szczęka napięła jej się mimowolnie.
— Właśnie. To jest najważniejsze pytanie. — Opuściła rękę. — Jeśli weszłaś normalnie swoim kluczem, a zamek nie był naruszony, nie mamy śladu włamania przez drzwi. To jednak nie oznacza, że ktoś nie wszedł wcześniej. Mógł mieć dostęp do klucza, mógł wykorzystać inne wejście albo znaleźć sposób, którego jeszcze nie znamy. — Sposobów wyliczyła w podświadomości bez liku.— Tylko żadnej z tych możliwości nie możemy teraz traktować jak faktu. — Zamilkła. Z wolna strąciła z kolana niewidoczny pył. — Dlatego nie chcę, żebyś wracała do domu i robiła własne śledztwo. Nie wiemy, czego chciał. Nie wiemy, czy był tam pierwszy raz. Nie wiemy nawet, kiedy wszedł. — Yonaka poczuła nieprzyjemne ściągnięcie w żołądku na samą myśl o tym, co właściwie oznaczało jego ukrywanie się w domu. — Mógł siedzieć w tych futrach pięć minut. Mógł tam być znacznie dłużej.
Przez plecy przebiegł jej krótki dreszcz. Człowiek ukryty w domu, podczas gdy jego właścicielka spała, chodziła po pokojach, żyła swoim zwyczajnym życiem — koszmar toczący się tuż obok. Bez świadomości. Jej oddech stał się nieco płytszy, kiedy przez moment wróciło wspomnienie sylwetki, błysku i uderzenia. Zaraz jednak odzyskała spokojniejszy rytm.
— Tego nie ustalimy, zgadując. Mimo to nie będziesz sama. — Tym razem nie brzmiało to jak zawodowe uspokajanie. — Masz świadka, zdjęcia i człowieka, który był w twoim domu i zaatakował mnie, kiedy próbowałam go zatrzymać. To zupełnie inna sytuacja niż wtedy. — Skinęła głową w bok. — W Rexdale. — Przez chwilę obserwowała Effie i zaraz rozejrzała się po sali. Zegar naścienny wisiał nad wyjściem z sali. Zmrużyła oczy. — Phil powinien już być na komisariacie. A jeśli ktoś spróbuje potraktować to tak jak poprzednio, tym razem nie będziesz musiała sama przekonywać nikogo, że coś się wydarzyło. — Pulsowanie pod lewą skronią przybrało na sile. Yonaka skrzywiła się lekko, odczekując, aż ból zelżeje. — Wszelkie próby zbycia skończą się tylko większym oporem po naszej stronie.
Wróciła uwagą do Effie. Szacowała czy jej słowa rzeczywiście przebijają się przez strach. Nie potrzebowała odpowiedzi. Sama pamiętała, jak łatwo człowiek zaczyna kwestionować własne poczucie zagrożenia, kiedy wcześniej ktoś odmówił mu wiary. Tylko ona posiadała komfort okoliczności, zaś Granger wyglądała, jakby nie pozwalała sobie na kredyt zaufania w takich okolicznościach.
Pora na asa.
— Mam znajomości w policji — powiedziała po chwili.
Jasna czupryna poderwała się na kozetce.
— Skąd?
Yonaka wzruszyła od niechcenia ramieniem. Efemeryczny uśmiech prawie dosięgał oczu.
— Kiedyś pomogłam mundurowym przy kilku kultystycznych zagadkach kryminalnych. Nic wielkiego.
— Chyba "okultystycznych"?
Nie rozwijała tematu.
— W każdym razie mogą się przydać. — Jej wzrok przesunął się na bok. — I jeszcze jedno. Kiedy Phil miał aparat, zauważyłam na nim mały plaster. Były na nim jakieś inicjały i numer. Wyglądało mi to na numer licencji. Dziennikarskiej albo czegoś podobnego. — Zmarszczyła czoło, próbując przywołać szczegół mimo rozmazującego się obrazu. — Nie widziałam go wystarczająco dobrze, żeby mieć pewność. Jeśli to rzeczywiście numer licencji, ktoś będzie mógł go sprawdzić. — Yonaka poczuła napięcie między łopatkami. — Więc nie. Nie zmienisz zamków i nie spróbujesz udawać, że nic się nie stało. — Pokręciła barkami, zmieniła odrobinę pozycję w krześle z niewygody i wypuściła powoli powietrze sfrustrowana brakiem efektu. — Dzisiaj obie dostałyśmy po dupie. Ty masz poranioną stopę i czeka cię szycie. Ja mam głowę, która zdecydowanie nie powinna była spotkać się z czyimś zakutym łbem. — Parsknęła cicho, bardziej z niedowierzania niż rozbawienia. — Naprawdę wystarczy mi atrakcji na jeden wieczór. Resztą zajmiemy się krok po kroku.

🤕 Effie Granger 🤕

I feel your presence amongst us, you cannot hide in the darkness

: sob wrz 26, 2026 8:58 pm
autor: Effie Granger
Effie dzielnie starała się nie pozwolić na to, by panika znowu przejęła nad nią kontrolę. Cały czas czuła jej obecność — ucisk w brzuchu, suchość w gardle, myśli galopujące jej przez głowę z taką prędkością, że nie była w stanie ich od siebie odseparować… ale na wieść o tym, że tym razem jest szansa na potraktowanie jej poważnie, odzyskała nieco animuszu.
Obecność intruza w jej domu to jedno — ale jej myśli zaczęły krążyć intensywnie wokół tego, jak się tam właściwie dostał. Klucze do jej domu miała tylko Valentina, w razie gdyby trzeba było dopilnować zwierząt lub — co zdarzało się zdecydowanie częściej — bezpiecznie odstawić Effie do domu lub sprawdzić, czy nic sobie nie zrobiła, jeśli zbyt długo nie dawała znaku życia. Zapasowy komplet spoczywał w sejfie w sypialni, tak na wypadek, jakby ktoś zasłużył na tyle zaufania, by dać mu klucze do rezydencji. Okna? Ciepłolubna Effie już od dobrych kilku tygodni miała je szczelnie zamknięte, zresztą nawet nie wszystkie można było otworzyć; a te, które się dało, to tylko od wewnątrz. Wśród kurczących się opcji pozostawało chyba tylko wkradnięcie się za pijaną Effie którejś nocy, gdy wracała z libacji w stanie wskazującym. Czuła, że teraz nie da jej to spokoju, dopóki nie dowie się co i jak.
— Czy ktoś byłby naprawdę tak głupi, żeby włamywać się do czyjegoś domu i robić tam zdjęcia podpisanym lub, co jeszcze lepsze, służbowym aparatem? — spytała Effie, znowu kręcąc powoli głową. Jasne włosy — czy raczej ich strąki — rozsypały się wokół jej twarzy i połyskiwały lekko w przygaszonym świetle. — Wiem z doświadczenia, że paparazzi są bezduszni i raczej nie mają żadnych zahamowań, ale to… to jest wyższy level, serio…
— Zastanawianie się nad zasadnością jego działań raczej nam nie pomoże. Naprawdę, Effie… dzisiaj już po prostu odpocznijmy. To też jest ważne, żeby…
— Żeby móc dorwać tego gnojka — weszła jej w słowo Granger, ale odpuściła dalszą dyskusję. Ostatecznie naprawdę była zmęczona — po maratonie kiepsko przespanych nocy, zestresowana stanem swoim i Yonaki i swoich futer, padnięta i ranna po pogoni za włamywaczem. — Jak twoja głowa? — spytała, chcąc w końcu przekierować ogólne zainteresowanie na kogoś innego.
— Przeżyję.
— Ktoś tu chyba coś mówił o bohaterskich kłamstwach…?
— A zakładasz, że nie przeżyję?
— N-nie no — zająknęła się Effie, trochę przestraszona tą wizją.
— No to nie ma w tym kłamstwa.
Granger przewróciła oczami. Dwukrotnie, bo raz zdecydowanie nie wystarczyło na ten poziom łapania za słówka.
— Jak nie straciłaś poczucia humoru, to chyba faktycznie przeżyjesz. Ale tak poważnie… pomaga ci trochę, jak jest ciemniej? Mówiłam, że powinni się tobą zająć w pierwszej kolejności. I gdzie w ogóle jest ten cholerny rudzielec? Dobra kawa na pewno postawiłaby cię na nogi… — Uśmiechnęła się cierpko. — Gorzej ze stawianiem mnie na nogi. Jak myślisz, szycie jest gorsze niż wyciąganie szkła…?
W tym momencie drzwi sali otworzyły się, a do środka wszedł zaginiony w akcji pielęgniarz. Uśmiechnął się przymilnie najpierw do Effie, a potem do Yonaki, i postawił na biurku dwa parujące kubki.
— Nie wiedziałem, czy panie słodzą, także mam saszetki z cukrem. — Poklepał się po kieszeni, z której zaraz wyciągnął rzeczone saszetki i położył obok kawy. — No i te opatrunki… to jak? Gotowa na trochę kolejnych tortur? — zażartował, podchodząc do zlewu.
— Ja już dziękuję za tortury…
— Spokooojnie — pocieszył ją rudzielec. — Potrzeba tu tylko kilka szwów. Po wyciąganiu tego szkła to będzie prawie przyjemne.
Effie spojrzała błagalnie na Yonakę.
— Wiem, co chcesz powiedzieć.
— Proszę… nie będę już tak mocno ściskała.
Dotrzymała słowa. Chociaż szycie zdecydowanie nie było „przyjemne”, to syczenie, prychanie i przeklinanie pod nosem pomagały na tyle, że trzymanie Yonaki za rękę nie sprowadzało się do zgniatania jej jak w imadle. Napinanie i ciągnięcie skóry były jednak bardzo dziwne i wyraźnie nieprzyjemne.
— Udało mi się trochę zakręcić z kolejką do tomografu — powiedział konspiracyjnym tonem pielęgniarz między jednym szwem a drugim, zerkając przelotnie na Yonakę. — Pomyślałem, że pewnie chcą mieć to panie szybko z głowy.

💉Yonaka "wsparcie mentalne" Levin💉

I feel your presence amongst us, you cannot hide in the darkness

: sob wrz 26, 2026 10:02 pm
autor: Yonaka Levin
Pięć szwów, receptę na antybiotyk i środki przeciwbólowe później pielęgniarz Ted „Dla Przyjaciół Teddy” Oswald odprowadził Yonakę do wejścia głównego. Do samej rampy przy parkingu szpitalnym wiózł Effie na szpitalnym wózku, odbijając każdą jej próbę samodzielnego prowadzenia hot wheelsa pobłażliwym śmiechem.
— Ja naprawdę mogę chodzić…
— A ja naprawdę nie wątpię, że pani może — zaświergotał Ted — tylko sumienie i procedury nie pozwalają mi na zostawienie was samopas. Przynajmniej dopóki nie wejdziecie do samochodu. Zgoda?.
— Bardzo to uprzejme z pana strony — powiedziała Yonaka, schodząc po trzech stopniach obok rampy i rozglądając po okolicy. — Gdyby tylko wszyscy tak sumiennie wykonywali swoje obowiązki…
— Byłoby mniej pozwów na szpital.
— Chciałam powiedzieć, że łatwiej byłoby cierpieć w kolejce, ale to także. — Potaknęła, krótko zerkając w stronę pielęgniarza i na powrót śledząc parking.
— Czekacie na Ubera?
— Tak jakby — powiedziała Effie, wiercąc się w wózku. — Pamiętasz, gdzie zaparkował?
Yonaka na moment zamilkła. Poprawiła ciemne okulary na nosie.
— Nie widziałam...
— Jak nie widzia… och! — Granger aż wyprostowała się w wózku i wraz oklapła bez siły w oparciu. — No tak…
— Może lepiej będzie poczekać w środku? — spytał Ted. Pochylił się przy wózku z lewej strony z zatroskanym uśmiechem. — Robi się zimno. — Krótko uścisnął z wyczuciem chude ramię kobiety. — A pani niewiele ma na sobie, pani Granger.
Yonaka bez zastanowienia podała Effie swój płaszcz, uprzednio wyciągając komórkę z kieszeni. Wybrała numer do Phila i odeszła kawałek, ignorując denerwujące wrażenie nudności. Wstrząśnienie, choć upierdliwe, było najlżejszą diagnozą zaoferowaną przez chirurga (bardzo zresztą zdziwionego, że Ted wykonał za niego większość pracy, lecz niespecjalnie narzekającego). Dotknęła gardła otulonego golfem, jakby mogła powstrzymać wrażenie podjeżdżającej kawy i żółci, i bawiąc się chwilę materiałem nasłuchiwała sygnału. Przy wiacie wjazdowej, tuż za ambulansem odjeżdżającym w stronę zatoczki, wtoczyła się taksówka z zapalonym neonem na dachu. Po dziesiątym rozłączyła się.
Za plecami usłyszała melodyjny, zmęczony śmiech Effie. Gdy się odwróciła, Oswald wzbogacił się o osobisty autograf z tyłu jego kart identyfikacyjnej.
— Zaraz pożyczę od Naomi bezbarwny lakier! Ach, cholera, nie! Zostawię w gablocie a informatykom powiem, żeby wyrobili mi nową!— Z dumą przyglądał się zawijasom nakreślonym pośpiesznie markerem. — Bardzo dziękuję, pani Granger!
— Mów mi Effie. Koniecznie przyjdź, gdy będziemy rozwalać tę budę w Klubie Pod Minogą.
Ted rozpromienił się jeszcze bardziej. Spytał czy może uściskać Effie na odchodne, ale gdy odpowiedź się opóźniała, Yonaka poczuła się w obowiązku zainterweniowania. Wtem — wiadomość. Phil. Przeczytała. Setki igieł wbiło się wściekle w skronie i przeszło do żołądka. Natychmiast uniosła rękę, pomachała w stronę taksówki i zwróciła się do pozostałej dwójki:
— Phil czeka na nas z policją. — Wcisnęła komórkę do tylnej kieszeni spodni. — Tutaj się rozstaniemy, panie Oswald. Jeszcze raz, dziękujemy za fachową pomoc.
— Pomogę wam wsiąść.
Yonaka skinęła krótko, zaraz nawiązując kontakt wzrokowy z Effie. W oczach demonolożki pojawił się niepokój schowany za szkłami.
Taksówka podjechała do samego krawężnika. Wspólnymi siłami z Tedem, starając się ochronić głowę i nogę Granger, wcisnęli blondynkę na tylne siedzenie. Wkrótce Yonaka zajęła miejsce obok. Gdy odjeżdżali, pielęgniarz jeszcze machał im na do widzenia.
— Jak najszybciej do Bazyliki Świętego Michała.
— Kościół? — zdziwiła się Effie. — Zeznania zamienili na spowiedź, bo lepiej płatne?
Yonaka rozpaczliwie próbowała odblokować telefon. Zaciął się. Przeklęła pod nosem, gdy ekran się przyciemnił. Ściągnęła nerwowo okulary i cisnęła na siedzenie między nimi. Mocno zmrużyła oczy. Ból rozlał się po jej twarzy. Przytknęła dłoń do jednego oka, drugim już przewijając ekran.
— Ej, doktor wyraźnie powiedział, że masz nie patrzeć na jasne źródła światła. I to ja jestem niereformowalna według społeczeństwa…
— Ktoś zaatakował Phila — ucięła. — Na parkingu policyjnym.
— Że co?!
Kontakt do Aarona wyświetlił się wraz z jego zdjęciem. Wybrała połączenie. Z obawą spojrzała w górne lusterko taksówki, opierając się łokciem o fotel kierowcy. Ten wieczór się nie kończył...


🫨 Effie Granger 🫨

I feel your presence amongst us, you cannot hide in the darkness

: sob wrz 26, 2026 11:13 pm
autor: Effie Granger
Charakterystyczny zapach przytulnie zagraconego wnętrza LaVoodoo był niczym kompres na podrażnione szpitalnymi specjałami powonienie Effie. Wdychała głęboko całkiem nieźle już znaną mieszankę — stary papier, kurz, szałwia, kadzidła i coś jeszcze, coś cięższego i bardziej otulającego, czego źródła nigdy wcześniej nie mogła uchwycić.
Teraz, po spędzeniu kilku godzin ramię w ramię z Yonaką i po tym, jak drogę do LaVoodoo przebyła okryta jej płaszczem, już wiedziała. Przydymiona słodycz pochodziła z jej perfum.
Effie siedziała rozwalona na bordowym, welurowym fotelu, całkiem podobnym do tego, jaki sama miała w salonie. Zranioną nogę — mimo protestów samej zainteresowanej — Yonaka pomogła jej ułożyć na kulawym stołku i stosie poduszek, nakrywając skąpo odzianą blondynkę ciężkim, pikowanym pledem.
— Pachnie, jakby ktoś pod nim umarł. Wielokrotnie — skomentowała Effie marudnie i zmarszczyła piegowaty nosek. — Ale — dodała niepewnie, łapiąc mordercze spojrzenie Yonaki — ten truposz chociaż był umyty. To… lawendowe mydło?
— Przeleżał — hik! — w szafie ze dwa lata… — stwierdziła Taissa, niemalże nie trafiając do ust szklanką z ciężkiego, rżniętego szkła. — Yokiii, nie rób takiej miny… pod nim chyba naprawdę umarła pani Jenkins… albo Jensen? Ale spoko, Effie! — Klepnęła ją w okryte pledem kolano z taką siłą, że stopa prawie spadła jej ze stołka. Granger jęknęła głucho. — Oj, prabačcie… ale na pewno był prany!
— Powiedz jeszcze raz, co się stało. Po kolei — poprosiła Yonaka Phila, stwierdziwszy najwidoczniej, że najrozsądniejszym wyjściem będzie ignorować naprutą Białorusinkę i jej komentarze.
Drzwi LaVoodoo zostały już zamknięte dla gości. Fikuśna tabliczka zapraszała do odwiedzin kolejnego dnia, ciężkie zasłony zaciągnięto, a ekipa L.A.A.N.S.iarzy siedziała na zapleczu, prezentując sobą doprawdy mizerny poziom. Effie, jak wcześniej wspomniane, ułożona na poduszkach niczym porcelanowa laleczka, w każdej chwili gotowa pęknąć pod choćby zbyt ciężkim oddechem. Yonaka, znowu w ciemnych okularach, raz po raz łapiąca się za głowę lub żołądek i próbująca powstrzymać narastające mdłości. Phil — kolejny z urazem głowy — siedział z wyprostowanymi nogami na zakurzonym dywanie i przyciskał do czoła paczkę mrożonego groszku, zawiniętą w tetrową pieluszkę. Taissa wydawała się jeszcze bardziej napruta niż wcześniej, najwyraźniej biorąc dosłownie maksymę „czym się strułeś, tym się lecz” i rozpoczynając leczenie jeszcze przed pierwszymi objawami owego strucia.
A pośrodku tych wszystkich nieszczęśników siedział Aaron i tylko dolewał whisky raz do jednej, raz do drugiej szklanki.
Effie kategorycznie alkoholu odmówiono.
— Zostawiłem dziewczyny w szpitalu — podjął Phil zbolałym głosem — i pojechałem prosto na komisariat, tak jak się umówiliśmy. Po drodze jeszcze raz zadzwoniłem do Aarona, żeby mu powiedzieć, na czym stoimy.
— No, no — potwierdził Aaron, na oślep dolewając Taissie Jacka. — Powiedziałeś, że musisz kończyć, bo dojechałeś pod komisariat, i że pogadamy później.
— Dokładnie — kontynuował Phil, nie do końca zadowolony, że jego pięć minut związane jest z tak przykrymi wydarzeniami. A może ton jego głosu wynikał z tego, że był na bardzo dobrej drodze ku dołączeniu do Taissy w stanie znacznego upojenia? — Misja była prosta — wziąć ten cholerny aparat i pokazać wszystko glinom, co nie? Posiedziałem chyba z dwie minuty, zbierając myśli, no i wziąłem sprzęt, wysiadam z samochodu i widzę, proszę ja was, dosłownie z pięćdziesiąt metrów od siebie wejście na psiarnię… ja zadowolony, bo teraz to już przecież z górki, a tu nagle ŁUP!
— Kurwa twa mać! — Taissa podskoczyła na swoim stołku, oblewając siebie (i Effie) whisky.
— …jak mnie zamroczyło, to nie wiem, ile tam leżałem… a jak się ocknąłem, to aparat był w takim stanie. — Podniósł urządzenie, strzaskane jeszcze bardziej niż wcześniej i wyglądające raczej na nieżywe. — Spieprzyłem stamtąd jak raz, napisałem tylko esemesa do Yonaki i pognałem prosto tutaj.
— Na profesjonalne leczenie! — oznajmiła Białorusinka, unosząc szklankę w toaście. Phil uniósł swoją, po czym łyknął jej zawartość na hejnał.
Effie przełknęła ślinę. Chociaż stopa nie bolała jej tak bardzo po zaserwowanym jej koktajlu leków przeciwbólowych, to z zawiścią patrzyła na pełne szklanki L.A.A.N.S.iarzy. Przydałoby jej się zapomnieć o tym ciągnącym się jak papier do dupy dniu…
— Czemu zwiałeś do LaVoodoo, skoro pobito cię dosłownie pod komisariatem? — odważyła się spytać, unosząc wcześniej rękę do góry, jak w szkole. — Mogłeś od razu zgłosić jedno i drugie. Ofiary się mnożą.
— A pomyślałaś — zapytał Phil z grobową miną — kto byłby tak głupi i zaatakował mnie na parkingu pod nosem policji?
— Ktoś głupi, ktoś sprytny albo ktoś, kto ma zajebiste chody u glin.
— Albo glina!
— Nie wysnuwajmy pochopnych wniosków. Przede wszystkim co z aparatem?
— Nie byłoby problemu z rozbitym Nikonem, a guz na łbie Phila byłby tylko drobną niedogodnością w tym wszystkim — oświadczył Aaron, biorąc od poszkodowanego mężczyzny aparat. — Ale ktokolwiek go znokautował, zabrał kluczowy element. — Przesunął małą klapkę z boku potrzaskanej obudowy, ukazując wszystkim zebranym pusty slot po karcie pamięci.
— Skurwysyn — zaklęła Effie siarczyście.
— Skurwysyn — potwierdzili wszyscy unisono, nie wyłączając Yonaki.

🥃Yonaka "absolutnie nie dawajcie jej whisky" Levin 🥃