the darkest night comes before the dawn
: śr paź 07, 2026 3:51 pm
Granica między wymianą zdań opartą na argumentach choćby zakorzenionych w prawdzie a bezsensowną wojną w wyciąganie coraz grubszego kalibru rzeczy była w ich przypadku bardzo cienka.
Skłamałby mówiąc, że jego pragmatyzm kiedykolwiek sięgał w tego typu sytuacje. Niezależnie od tego, czy kłócił się z Margo czy kimkolwiek innym, nie posiadał głębokiej potrzeby udowodnienia swojej racji - wręcz przeciwnie, Mercer była jedyną osobą, dla której się starał.
Dla której usiłował stworzyć argumenty, które mogłyby do niej trafić, dla której próbował w y j a ś n i ć, a nie tylko odwrócić się i zamknąć za sobą drzwi, nie przejmując się tym, co o nim myślała.
W zależności od tego, o co się kłócili, starał się w tej kwestii bardziej lub mniej.
Granica się przesuwała, zawsze przechylając ich w stronę samodestrukcji. Nawet teraz, gdy miasto pogrążone było w ciemnościach, w jego kieszeni znajdował się pendrive i potrzeba odgadnięcia, czego chciał od niej Carbone, jej zgryźliwe słowa tkwiły w jego głowie, niezdolne do jej opuszczenia.
- Może powinnaś - warknął w odpowiedzi, choć myśl, że miała nigdy więcej nie tkwić w jego aucie, nie zwracać na niego uwagi, nie wyginać ust w uśmiechu w jego kierunku doprowadzała go do obłędu.
Jego usta nie zwracały na to uwagi. Były zupełnie osobnym bytem, kierującym się wściekłością, podchwytującym wszystkie te słowa, które ciskała w jego stronę nie zważając na konsekwencje i podobnie jak ona, on pragnął ich nie dostrzegać.
- Skoro tak marzy ci się ogródek z psem i spokojne życie, może powinnaś znaleźć sobie mężczyznę, który ci te rzeczy zapewni - wycedził wściekle, wjeżdżając na parking komisariatu, który o tej porze był połowicznie pusty. Nie zważając na wszystkie granice, łącznie z tymi dosłownymi, zaparkował na ukos na dwóch miejscach parkingowych, dostrzegając w ciemności białe linie, lecz uparcie się ich nie trzymając. - A nie przestępcę, jak to pięknie nazwałaś.
Gdy silnik zgasł, nie czekał na zalegającą we wnętrzu pojazdu ciszę. Sięgnął do klamki i wyszedł na zewnątrz, na zimne, jesienne powietrze, odwracając się jakby dzięki temu mógł nie usłyszeć tego pieprzonego huknięcia drzwiami jego samochodu, którego mógł się spodziewać.
Komisariat wypełniony był bladym światłem lamp awaryjnych. Tkwiący w nim funkcjonariusze miotali się na lewo i prawo, telefon nieustannie dzwonił, napędzany tkwiącym w podziemiach generatorem. Napięcie było jeszcze gęstsze niż w samochodzie, z którego wyszli, Madden jednak w żaden sposób nie zamierzał się tym przejmować. Świadom niedziałających wind, ruszył w stronę schodów - zdążył przejść zaledwie dwa kroki nim dopadł ich jakiś z funkcjonariuszy.
- Jesteście tu, świetnie - sapnął, czerwony na twarzy. - W całym mieście nie ma prądu. Mamy zasilanie awaryjne, ale jest nas tu za mało żeby wszystko sprawdzić.
- Jestem pewien, że sobie poradzicie - burknął, usiłując wyminąć mężczyznę, względem którego powinien czuć jakąś odrobinę solidarności.
Ale nie czuł. Może to ta przestępczość w jego żyłach, a może pendrive, na którym zaciskał palce w kieszeni kurtki, w drugiej dłoni trzymając zaś wszystkie zabrane dokumenty.
- Mamy za mało ludzi. Większość jeszcze nie dojechała - wyjaśnił porucznik, którego nazwiska nie pamiętał, choć go kojarzył. - Sprawdźcie chociaż ze mną cele. Mają elektryczne zamki, zasilanie awaryjne co prawda działa, no ale procedury.
Ostatnie, czego pragnął, to dopełnianie procedur i upewnianie się, że te gnidy tkwiły na swoich miejscach. Oczywiście, że tkwiły - od tego mieli generatory i zwykłe, mechaniczne zamki z jednym kluczem.
- Mam sprawę kolejnego zamordowanego detektywa. Jeśli jej nie rozwiążę, może będziesz następny - warknął wściekle, unosząc ostentacyjnie akta w swojej dłoni by użyć tego jako karty przetargowej do powrotu do swojego biurka.
Funkcjonariusz mruknął pod nosem coś o ważniakach z lepszą odznaką nim spojrzał błagalnie na stojącą obok Margo.
find a better man, then
Skłamałby mówiąc, że jego pragmatyzm kiedykolwiek sięgał w tego typu sytuacje. Niezależnie od tego, czy kłócił się z Margo czy kimkolwiek innym, nie posiadał głębokiej potrzeby udowodnienia swojej racji - wręcz przeciwnie, Mercer była jedyną osobą, dla której się starał.
Dla której usiłował stworzyć argumenty, które mogłyby do niej trafić, dla której próbował w y j a ś n i ć, a nie tylko odwrócić się i zamknąć za sobą drzwi, nie przejmując się tym, co o nim myślała.
W zależności od tego, o co się kłócili, starał się w tej kwestii bardziej lub mniej.
Granica się przesuwała, zawsze przechylając ich w stronę samodestrukcji. Nawet teraz, gdy miasto pogrążone było w ciemnościach, w jego kieszeni znajdował się pendrive i potrzeba odgadnięcia, czego chciał od niej Carbone, jej zgryźliwe słowa tkwiły w jego głowie, niezdolne do jej opuszczenia.
- Może powinnaś - warknął w odpowiedzi, choć myśl, że miała nigdy więcej nie tkwić w jego aucie, nie zwracać na niego uwagi, nie wyginać ust w uśmiechu w jego kierunku doprowadzała go do obłędu.
Jego usta nie zwracały na to uwagi. Były zupełnie osobnym bytem, kierującym się wściekłością, podchwytującym wszystkie te słowa, które ciskała w jego stronę nie zważając na konsekwencje i podobnie jak ona, on pragnął ich nie dostrzegać.
- Skoro tak marzy ci się ogródek z psem i spokojne życie, może powinnaś znaleźć sobie mężczyznę, który ci te rzeczy zapewni - wycedził wściekle, wjeżdżając na parking komisariatu, który o tej porze był połowicznie pusty. Nie zważając na wszystkie granice, łącznie z tymi dosłownymi, zaparkował na ukos na dwóch miejscach parkingowych, dostrzegając w ciemności białe linie, lecz uparcie się ich nie trzymając. - A nie przestępcę, jak to pięknie nazwałaś.
Gdy silnik zgasł, nie czekał na zalegającą we wnętrzu pojazdu ciszę. Sięgnął do klamki i wyszedł na zewnątrz, na zimne, jesienne powietrze, odwracając się jakby dzięki temu mógł nie usłyszeć tego pieprzonego huknięcia drzwiami jego samochodu, którego mógł się spodziewać.
Komisariat wypełniony był bladym światłem lamp awaryjnych. Tkwiący w nim funkcjonariusze miotali się na lewo i prawo, telefon nieustannie dzwonił, napędzany tkwiącym w podziemiach generatorem. Napięcie było jeszcze gęstsze niż w samochodzie, z którego wyszli, Madden jednak w żaden sposób nie zamierzał się tym przejmować. Świadom niedziałających wind, ruszył w stronę schodów - zdążył przejść zaledwie dwa kroki nim dopadł ich jakiś z funkcjonariuszy.
- Jesteście tu, świetnie - sapnął, czerwony na twarzy. - W całym mieście nie ma prądu. Mamy zasilanie awaryjne, ale jest nas tu za mało żeby wszystko sprawdzić.
- Jestem pewien, że sobie poradzicie - burknął, usiłując wyminąć mężczyznę, względem którego powinien czuć jakąś odrobinę solidarności.
Ale nie czuł. Może to ta przestępczość w jego żyłach, a może pendrive, na którym zaciskał palce w kieszeni kurtki, w drugiej dłoni trzymając zaś wszystkie zabrane dokumenty.
- Mamy za mało ludzi. Większość jeszcze nie dojechała - wyjaśnił porucznik, którego nazwiska nie pamiętał, choć go kojarzył. - Sprawdźcie chociaż ze mną cele. Mają elektryczne zamki, zasilanie awaryjne co prawda działa, no ale procedury.
Ostatnie, czego pragnął, to dopełnianie procedur i upewnianie się, że te gnidy tkwiły na swoich miejscach. Oczywiście, że tkwiły - od tego mieli generatory i zwykłe, mechaniczne zamki z jednym kluczem.
- Mam sprawę kolejnego zamordowanego detektywa. Jeśli jej nie rozwiążę, może będziesz następny - warknął wściekle, unosząc ostentacyjnie akta w swojej dłoni by użyć tego jako karty przetargowej do powrotu do swojego biurka.
Funkcjonariusz mruknął pod nosem coś o ważniakach z lepszą odznaką nim spojrzał błagalnie na stojącą obok Margo.
find a better man, then