Strona 3 z 3

the darkest night comes before the dawn

: śr paź 07, 2026 3:51 pm
autor: Rhys Madden
Granica między wymianą zdań opartą na argumentach choćby zakorzenionych w prawdzie a bezsensowną wojną w wyciąganie coraz grubszego kalibru rzeczy była w ich przypadku bardzo cienka.
Skłamałby mówiąc, że jego pragmatyzm kiedykolwiek sięgał w tego typu sytuacje. Niezależnie od tego, czy kłócił się z Margo czy kimkolwiek innym, nie posiadał głębokiej potrzeby udowodnienia swojej racji - wręcz przeciwnie, Mercer była jedyną osobą, dla której się starał.
Dla której usiłował stworzyć argumenty, które mogłyby do niej trafić, dla której próbował w y j a ś n i ć, a nie tylko odwrócić się i zamknąć za sobą drzwi, nie przejmując się tym, co o nim myślała.
W zależności od tego, o co się kłócili, starał się w tej kwestii bardziej lub mniej.
Granica się przesuwała, zawsze przechylając ich w stronę samodestrukcji. Nawet teraz, gdy miasto pogrążone było w ciemnościach, w jego kieszeni znajdował się pendrive i potrzeba odgadnięcia, czego chciał od niej Carbone, jej zgryźliwe słowa tkwiły w jego głowie, niezdolne do jej opuszczenia.
- Może powinnaś - warknął w odpowiedzi, choć myśl, że miała nigdy więcej nie tkwić w jego aucie, nie zwracać na niego uwagi, nie wyginać ust w uśmiechu w jego kierunku doprowadzała go do obłędu.
Jego usta nie zwracały na to uwagi. Były zupełnie osobnym bytem, kierującym się wściekłością, podchwytującym wszystkie te słowa, które ciskała w jego stronę nie zważając na konsekwencje i podobnie jak ona, on pragnął ich nie dostrzegać.
- Skoro tak marzy ci się ogródek z psem i spokojne życie, może powinnaś znaleźć sobie mężczyznę, który ci te rzeczy zapewni - wycedził wściekle, wjeżdżając na parking komisariatu, który o tej porze był połowicznie pusty. Nie zważając na wszystkie granice, łącznie z tymi dosłownymi, zaparkował na ukos na dwóch miejscach parkingowych, dostrzegając w ciemności białe linie, lecz uparcie się ich nie trzymając. - A nie przestępcę, jak to pięknie nazwałaś.
Gdy silnik zgasł, nie czekał na zalegającą we wnętrzu pojazdu ciszę. Sięgnął do klamki i wyszedł na zewnątrz, na zimne, jesienne powietrze, odwracając się jakby dzięki temu mógł nie usłyszeć tego pieprzonego huknięcia drzwiami jego samochodu, którego mógł się spodziewać.
Komisariat wypełniony był bladym światłem lamp awaryjnych. Tkwiący w nim funkcjonariusze miotali się na lewo i prawo, telefon nieustannie dzwonił, napędzany tkwiącym w podziemiach generatorem. Napięcie było jeszcze gęstsze niż w samochodzie, z którego wyszli, Madden jednak w żaden sposób nie zamierzał się tym przejmować. Świadom niedziałających wind, ruszył w stronę schodów - zdążył przejść zaledwie dwa kroki nim dopadł ich jakiś z funkcjonariuszy.
- Jesteście tu, świetnie - sapnął, czerwony na twarzy. - W całym mieście nie ma prądu. Mamy zasilanie awaryjne, ale jest nas tu za mało żeby wszystko sprawdzić.
- Jestem pewien, że sobie poradzicie - burknął, usiłując wyminąć mężczyznę, względem którego powinien czuć jakąś odrobinę solidarności.
Ale nie czuł. Może to ta przestępczość w jego żyłach, a może pendrive, na którym zaciskał palce w kieszeni kurtki, w drugiej dłoni trzymając zaś wszystkie zabrane dokumenty.
- Mamy za mało ludzi. Większość jeszcze nie dojechała - wyjaśnił porucznik, którego nazwiska nie pamiętał, choć go kojarzył. - Sprawdźcie chociaż ze mną cele. Mają elektryczne zamki, zasilanie awaryjne co prawda działa, no ale procedury.
Ostatnie, czego pragnął, to dopełnianie procedur i upewnianie się, że te gnidy tkwiły na swoich miejscach. Oczywiście, że tkwiły - od tego mieli generatory i zwykłe, mechaniczne zamki z jednym kluczem.
- Mam sprawę kolejnego zamordowanego detektywa. Jeśli jej nie rozwiążę, może będziesz następny - warknął wściekle, unosząc ostentacyjnie akta w swojej dłoni by użyć tego jako karty przetargowej do powrotu do swojego biurka.
Funkcjonariusz mruknął pod nosem coś o ważniakach z lepszą odznaką nim spojrzał błagalnie na stojącą obok Margo.

find a better man, then

the darkest night comes before the dawn

: sob paź 10, 2026 10:02 am
autor: margo mercer
Puściła mimo uszu wszystko, co przed momentem usłyszała. Znała Rhysa aż za dobrze, aby uwierzyć, że to, co uformował w słowa, naprawdę było odzwierciedleniem jego prawdziwych myśli.
Wiedziała, jak b a r d z o ją kocha, ile był w stanie dla niej zrobić, ile poświęcić, aby chronić jej bezpieczeństwo i ile znaczył dla niego uśmiech na jej twarzy. To w s z y s t k o rzucone w złości nie mogło być prawdziwe, choć jednocześnie bardzo bolało. Było odpowiedzią na ciąg niepotrzebnych zdarzeń, które sama zapoczątkowała, sugerując mu, że ma to gdzieś, dlatego też postawiła w tym miejscu kropkę. Niechętnie, bo nie znosiła przegrywać, nawet w tak idiotycznych sprawach jak kłótnia. Uwielbiała, kiedy jej racja była na wierzchu, zwłaszcza gdy była pewna swojej prawdy, ale tym razem wyhamowała.
O ile w żartach zestawianie własnego życia i przyszłości u boku choćby takiego Evansa było zabawne, o tyle na poważnie zupełnie jej nie bawiło. Nie widziała siebie u boku kogoś innego. Chciała tego życia, które jej wyrzucił - domu na przedmieściach, psa biegającego na podwórku, leniwych, długich poranków i braku zmartwień, ale z nikim innym u boku. Była w takim miejscu swojego życia, że z przekonaniem mogła powiedzieć każdemu, że Rhys Madden był jej k o ń c e m. Nie było świata, w którym ktokolwiek mógłby go zastąpić. Nie potrzebowała kogoś, kto zapewniłby jej spokojniejsze życie, jeśli miałoby ono oznaczać życie bez niego.
Chciała mieć to wszystko z nim.
Zamiana ról przychodziła im dość naturalnie w zależności od sytuacji. Tak jak na miejscu zbrodni to ona była n i m, tak teraz wrócili do swoich fabrycznych ustawień. Widząc przed sobą zmieszanego porucznika, przyzwyczajonego do humorów Maddena, choć ewidentnie liczącego na to, że tym razem mu pomoże, Margo na powrót była sobą. Wywróciła wymownie oczami, słysząc słowa partnera, po czym ignorując targające nią emocje, uśmiechnęła się pokrzepiająco do mężczyzny i skinęła głową. - Zróbmy to szybko. Pomogę ci, ale mam dosłownie parę minut. Moja robota nie może czekać - oznajmiła, ignorując wściekłe spojrzenie Rhysa i jego kolejne słowa, po czym ruszyła przed siebie.
Sprawdzenie cel nie zajęło im wiele czasu. Zamki działały, awaryjne zasilanie podtrzymywało system, choć ta natrętna myśl, że wystarczyło, że zasilanie przestałoby działać, a utrzymanie wszystkich cel pod kontrolą mogłoby okazać się znacznie trudniejsze, nie dawało jej spokoju. Nie zamierzała siać paniki, ale uważała, że powinni pomyśleć o dodatkowych agregatach zanim problem się pojawi.
- Dziękuję za pomoc, Mercer - odezwał się funkcjonariusz, kiedy skończyli. - Twój partner to niezły wrzód. Współczuję ci, chyba wolałbym pracować z diabłem niż z nim - skwitowała to tylko rozbawionym spojrzeniem, po czym skinęła mu głową i szybkim krokiem pokonała schody prowadzące na górę. Była pewna, że Rhys zdążył już znaleźć sobie jakieś pomieszczenie i przeglądał zawartość pendrive'a - bez niej.
Po drodze minęła gabinet komendanta i zajrzała do środka, żeby poruszyć temat dodatkowych generatorów prądu, ale zamiast dostrzec go jak zwykle siedzącego za biurkiem, jego ciało leżało w nienaturalnej pozycji na podłodze. W kałuży pierdolonej krwi. - Kurwa mać - podbiegła, pochylając się i przykładając palce do jego szyi, próbując wyczuć tętno, ale pod opuszkami nie poczuła n i c. Spróbowała jeszcze raz, choć wiedziała, że to bezcelowe. Jones n i e ż y ł.
Podniosła się gwałtownie i wybiegła z gabinetu, rozglądając się dookoła, bo jeśli ktoś zamordował go tutaj - na komisariacie, pod ich własnym nosem jakim cudem nikt tego nie słyszał?
Nie myśląc dłużej, dopadła do drzwi i weszła do środka pomieszczenia, w którym był Madden. Jej ręce pokrywała krew, a głos wyraźnie jej drżał. - Mamy, kurwa, duży problem - rzuciła, nerwowo przełykając ślinę. - Jones nie żyje.

Rhys Madden

the darkest night comes before the dawn

: sob paź 10, 2026 3:02 pm
autor: Rhys Madden
Trudno było patrzeć na awarię sieci elektrycznej przez pryzmat pozytywów, które mogła wnieść.
A jednak Blackout mógł mu się przydać. Chaos panujący na komisariacie - również. Gdy rozstawał się z Mercer, nikt szczególnie nie zwracał na niego uwagi gdy wchodził po schodach i później wtaczał się na nich piętro.
Piętro, które było praktycznie puste.
Oświetlenie biuro nie należało do priorytetów, dla których warto było poświęcać energię z zapasowego generatora. W ciemności, na czuja manewrował między pustymi biurkami odnajdując własne. Drobna, zasilana na baterie lampa, które rozdawali gdzieś w korytarzu została odstawiona na blat, nim dołączyły do niej zebrane przez niego akta.
Oraz pendrive.
W jakimś odruchu zakorzenionym w nim przez lata, przez myśl przeszło mu nawet, by pójść po kawę, nim przypomniał sobie, że bez prądu mogłoby to być problemem.
Przez pierwsze chwile robił dokładnie to, co powinien detektyw w jego położeniu. Wertował przy wątłym świetle przez zawartość teczki należącej do Fostera, przeglądając wszystkie prowadzone przez niego sprawy. Niektóre mogły mieć jakiś związek z Ventrescą, ale nic nie przykuwało szczególnie jego uwagi. Dopiero gdy upewnił się, że absolutnie nikt w pobliżu nie zdawał sobie nawet sprawy z jego obecności, sięgnął po schowanego w szafce laptopa, którego bateria wciąż pozwalała rozświetlić otoczenie blaskiem ekranu.
Pendrive tkwiący w skrytce zmarłego detektywa.
Większość znajdujących się na nim plików była chaotyczna, prywatna, nie miała żadnego znaczenia - a przynajmniej nie na pozór. Madden wertował jego zawartość w napięciu, świadom tego, że w każdej chwili ktoś mógł mu przeszkodzić, wymuszając na nim zakasanie rękawów w tej wyjątkowej sytuacji, która dla niego stanowiła zaledwie tło do tego, co musiał zrobić tak czy inaczej.
Dopiero po pewnym czasie natrafił na jeden plik tekstowy.
Krótką listę nazwisk, które rzucały mu się w oczy. Nazwisko Fostera, nazwiska innych policjantów, którzy skończyli już w worku na zwłoki. Pozycji było paręnaście, z których połowa już nie żyła, część znajdowała się nawet na stercie ich własnych kart. Pomiędzy nimi tkwiło nawet nazwisko pieprzonego komendanta, jakby Ventresca była tak bezczelna, by targnąć się również na jego życie. Czy i on był umoczony?
Czy to dlatego wszystko uchodziło im bez większego trudu, bez żadnych wizyt ze strony wewnętrznych?
Jego wzrok przesunął się po liście wszystkich tych, którzy wciąż czekali w kolejce. Na jedno uderzenie serca jego palec zamarł nad klawiaturą, dostrzegając znajomą kombinację liter. Rhys Madden Zatrzasnął laptopa słysząc dźwięk kroków. Napięcie zdołało wziąć całe jego ciało we władanie, jedynie wzrosło gdy próg przekroczyła Mercer. Odruchowo wyciągnął urządzenie, wsunął do swojej kieszeni, odrzucił laptopa na blat biurka może nieco zbyt gwałtownie, niż powinien.
- Co się stało? - wyrzucił natychmiast, dostrzegając jej minę jeszcze zanim dostrzegł cokolwiek innego. Wszystkie słowa, które wypowiedzieli sobie w samochodzie nagle straciły na ważności gdy dostrzegł jej spiętą sylwetkę, a później - szkarłat przykrywający dłonie. Szkarłat, od którego podniósł się z fotela, odruchowo skanując jej ciało w poszukiwaniu obrażeń.
Jones. Nazwisko tkwiące na liście, którą znalazł. Blackout, który nagle przestał wydawać się tak przypadkowy, jak powinien. Komisariat, w którym w tej chwili tkwił pierdolony morderca z potencjalnie wydrukowaną karteczką każdego celu.
- Na tym dysku była lista, Margo - rzucił oszczędnie, podchodząc do niej. Nie zamierzał ani słowem wspominać o własnym. - Lista celów, w policji. Jones na niej był. Tak samo jak Foster i inni.
Chwycił ją lekko pod łokieć, świadom broni tkwiącej w jego kaburze, świadom panujących wokół ciemności i odległych krzyków osób, które znalazły właśnie trupa.
- Wynośmy się stąd - zadecydował, zdecydowanie nie jak policjant, którym powinien być. Jak osoba, która dostrzegając krew na jej rękach natychmiast wracała myślami do szpitalnych sal i starych doków, nie zamierzając powtarzać tego ponownie.

margo mercer