karma is a bitch
: pn paź 12, 2026 11:03 am
Miasto bez prądu.
Brzmiało przerażająco. Postapokaliptycznie nawet, biorąc pod uwagę, że mowa tutaj nie była o jednym budynku, a całym w i e l k i m mieście. Nawet nie chciała myśleć o tym, co właśnie musiało się dziać na zewnątrz, kiedy cała infrastruktura stanęła. Przecież tu nie chodziło tylko o niedziałające latarnie, ale też światła drogowe, wszelkie maszyny, monitoringi… kurwa. Przecież to paraliżowało wszystko. A tym jak się po chwili okazało nawet drzwi redakcji.
No tak, zachciało się nowoczesnej technologi przy wejściach, to teraz było. A wystarczyło zostać przy klasycznych, otwieranych k l u c z e m drzwi zamiast obrotowych, w których sama Whitmore utknęła chyba z trzy razy, a dwa nawet przytrzasnęła sobie płaszcz i musiała prosić Guarda o pomoc.
— A wyjście awaryjne? — spojrzała po nich zaskoczona. Przecież w każdym budynku było jakieś wyjście awaryjne na wypadek pożarów lub właśnie braku prądu. — Na pewno takie mamy.
— No mamy… — odezwał się Guard, podnosząc przy okazji rękę do głowy i drapiąc się po braku owłosienia. — Ale żeby przejść do tamtego korytarza, to też trzeba użyć karty do poprzednich drzwi — wyjaśnił, a Whitmore aż spojrzała na Kirę z niedowierzaniem. Świetny system ewakuacyjny tu mieli, nie ma co! Będzie musiała koniecznie przekazać temat Richardowi, kiedy to wszystko się skończy, bo przecież to aż prosiło się kiedyś o wiele większą tragedie niż tylko brak prądu.
Wysłuchała panikującej Josie, która przy okazji wspomniała im też o tym, jak nie może się dodzwonić do męża i włączyła tryb panic. Przy okazji pytała Diasy, czy ona do swojego też już dzwoniła, ale… wiadomo, że nie. Powiedziała, że nie było okazji, oczywiście pomijając fakt, że chwile temu była zajęta zdradzaniem go z Kirą Finch.
Skinęła głową na propozycję, żeby zejść na dół i samemu spojrzeć na temat.
— A poczekaj, poświeć mi tutaj… — poprosiła, wyciągając rękę przed siebie. Chciała złapać Kirę ze kawałek koszulki, którą miała na sobie, jednak źle wymierzyła i… złapała ją za rękę. Splotła ich palce i zaciągnęła ją z do księgowości, z włączona latarką w telefonie dziennikarki. Na szybko doskoczyła do swojej torebki i wyciągnęła z niej telefon. — Dobra, chodźmy — miała tam kilka nieodebranych połączeń od mamy i Rowana, ale na razie wszystko usunęła i włączyła latarkę również u siebie. Chociaż trzeba przyznać, że widok ikonki swojego męża wzbudził w niej jakieś drobne dreszcze. Pewnie przez to, co chwile temu robiła z Finch.
— Co? — wytrąciła się pytaniem Kiry, aż ochroniarz się za nimi odwrócił. — No pewnie powinniśmy, póki się da — wzruszyła ramionami. W końcu była to kwestia godzin, aż wszystkim nie padną telefony, laptopy i cokolwiek tam mieli bezprzewodowego. Każda bateria miała kiedyś swój koniec, a przez to, że blackout był nie do przewidzenia, pewnie nikt nie pojawił się w redakcji z dziesięcioma naładowanymi powerbankami. — Zaraz przedzwonię do Frankiego — wtrąciła, ruszając schodami w dół. Pierwsze powinny sprawdzić sytuacje z drzwiami, dopiero potem Whitmore będzie mogła zająć się kontaktem z redaktorem działu newsy. Chociaż znając jego już pewnie kręcił czwarty artykuł. Frankie zawsze pierwszy brał się za robotę.
— Mi? — uniosła w górę brew, słysząc tekst Finch o błyszczących oczach. — Wydaje ci się — rzuciła niby poważnie, chociaż nawet w tak nikłym świetle Kira mogła zobaczyć na twarzy Daisy przelotny uśmiech. A potem nawet poczuć jej ciepłą dłoń gdzieś przy swoich biodrze, po którym przejechała zaczepnie palcami.
— Tędy — wtrącił Guard i skręcił do wyjścia.
Na dole faktycznie znajdowała się całkiem spora ilość osób. Każdy świecił latarkami z telefonu, niektórzy rozmawiali przez telefon, inni panikowali. Faktycznie wyglądało to tak, jakby wszyscy utknęli w biurze bez możliwości wyjścia.
— Miałam odebrać dziecko z zajęć już pół godziny temu — rzuciła zapłakana Kelly z modowego, pociągając nosem. I to był chyba taki moment, w którym Daisy autentycznie ucieszyła się, że ma dzieci, bo chyba zeszłaby ze strachu, widząc, że została w taki sposób odcięta i nie miał się kto zając jej dzieciakiem.
Brzmiało przerażająco. Postapokaliptycznie nawet, biorąc pod uwagę, że mowa tutaj nie była o jednym budynku, a całym w i e l k i m mieście. Nawet nie chciała myśleć o tym, co właśnie musiało się dziać na zewnątrz, kiedy cała infrastruktura stanęła. Przecież tu nie chodziło tylko o niedziałające latarnie, ale też światła drogowe, wszelkie maszyny, monitoringi… kurwa. Przecież to paraliżowało wszystko. A tym jak się po chwili okazało nawet drzwi redakcji.
No tak, zachciało się nowoczesnej technologi przy wejściach, to teraz było. A wystarczyło zostać przy klasycznych, otwieranych k l u c z e m drzwi zamiast obrotowych, w których sama Whitmore utknęła chyba z trzy razy, a dwa nawet przytrzasnęła sobie płaszcz i musiała prosić Guarda o pomoc.
— A wyjście awaryjne? — spojrzała po nich zaskoczona. Przecież w każdym budynku było jakieś wyjście awaryjne na wypadek pożarów lub właśnie braku prądu. — Na pewno takie mamy.
— No mamy… — odezwał się Guard, podnosząc przy okazji rękę do głowy i drapiąc się po braku owłosienia. — Ale żeby przejść do tamtego korytarza, to też trzeba użyć karty do poprzednich drzwi — wyjaśnił, a Whitmore aż spojrzała na Kirę z niedowierzaniem. Świetny system ewakuacyjny tu mieli, nie ma co! Będzie musiała koniecznie przekazać temat Richardowi, kiedy to wszystko się skończy, bo przecież to aż prosiło się kiedyś o wiele większą tragedie niż tylko brak prądu.
Wysłuchała panikującej Josie, która przy okazji wspomniała im też o tym, jak nie może się dodzwonić do męża i włączyła tryb panic. Przy okazji pytała Diasy, czy ona do swojego też już dzwoniła, ale… wiadomo, że nie. Powiedziała, że nie było okazji, oczywiście pomijając fakt, że chwile temu była zajęta zdradzaniem go z Kirą Finch.
Skinęła głową na propozycję, żeby zejść na dół i samemu spojrzeć na temat.
— A poczekaj, poświeć mi tutaj… — poprosiła, wyciągając rękę przed siebie. Chciała złapać Kirę ze kawałek koszulki, którą miała na sobie, jednak źle wymierzyła i… złapała ją za rękę. Splotła ich palce i zaciągnęła ją z do księgowości, z włączona latarką w telefonie dziennikarki. Na szybko doskoczyła do swojej torebki i wyciągnęła z niej telefon. — Dobra, chodźmy — miała tam kilka nieodebranych połączeń od mamy i Rowana, ale na razie wszystko usunęła i włączyła latarkę również u siebie. Chociaż trzeba przyznać, że widok ikonki swojego męża wzbudził w niej jakieś drobne dreszcze. Pewnie przez to, co chwile temu robiła z Finch.
— Co? — wytrąciła się pytaniem Kiry, aż ochroniarz się za nimi odwrócił. — No pewnie powinniśmy, póki się da — wzruszyła ramionami. W końcu była to kwestia godzin, aż wszystkim nie padną telefony, laptopy i cokolwiek tam mieli bezprzewodowego. Każda bateria miała kiedyś swój koniec, a przez to, że blackout był nie do przewidzenia, pewnie nikt nie pojawił się w redakcji z dziesięcioma naładowanymi powerbankami. — Zaraz przedzwonię do Frankiego — wtrąciła, ruszając schodami w dół. Pierwsze powinny sprawdzić sytuacje z drzwiami, dopiero potem Whitmore będzie mogła zająć się kontaktem z redaktorem działu newsy. Chociaż znając jego już pewnie kręcił czwarty artykuł. Frankie zawsze pierwszy brał się za robotę.
— Mi? — uniosła w górę brew, słysząc tekst Finch o błyszczących oczach. — Wydaje ci się — rzuciła niby poważnie, chociaż nawet w tak nikłym świetle Kira mogła zobaczyć na twarzy Daisy przelotny uśmiech. A potem nawet poczuć jej ciepłą dłoń gdzieś przy swoich biodrze, po którym przejechała zaczepnie palcami.
— Tędy — wtrącił Guard i skręcił do wyjścia.
Na dole faktycznie znajdowała się całkiem spora ilość osób. Każdy świecił latarkami z telefonu, niektórzy rozmawiali przez telefon, inni panikowali. Faktycznie wyglądało to tak, jakby wszyscy utknęli w biurze bez możliwości wyjścia.
— Miałam odebrać dziecko z zajęć już pół godziny temu — rzuciła zapłakana Kelly z modowego, pociągając nosem. I to był chyba taki moment, w którym Daisy autentycznie ucieszyła się, że ma dzieci, bo chyba zeszłaby ze strachu, widząc, że została w taki sposób odcięta i nie miał się kto zając jej dzieciakiem.