you and i both know it ends in blood
: ndz paź 11, 2026 10:45 am
Było w nim teraz coś z ognia, którego nie dało się już brać za zwykłe źródło ciepła.
Szalał gwałtownie; trzaskał ostrzeżeniami, rzucał iskrami dokładnie tam, gdzie wiedział, że zaboli, i pierwszy raz naprawdę pozwalał jej zobaczyć, że jeśli podejdzie jeszcze bliżej, może nie skończyć się na przyjemnym cieple rozlanym pod skórą.
Mógł ją poparzyć.
Mógł pochłonąć wszystko, co przez ostatnie tygodnie tak nieostrożnie między nimi budowała.
Był pożarem. Był szalejącą, pozbawioną kontroli pożogą, która, gdyby tylko uwolnić ją z okowów, mogła zniszczyć wszystko, czego tylko się dotknie.
Włącznie z nią, ledwie marną materią, nieodporną na ogień.
Powinna więc odsunąć się od płomieni. Zrobić to, czego nauczyłby się każdy rozsądny człowiek po pierwszym oparzeniu.
Tymczasem przesunęła się jeszcze odrobinę bliżej, o te kilka centymetrów, ze strachem siedzącym ciężko gdzieś pod żebrami. Jak ćma, która zdążyła już zrozumieć, czym kończy się dotknięcie ognia, a mimo to wciąż pamiętała przede wszystkim jego ciepło.
I zamiast uciekać przed możliwością spłonięcia, desperacko próbowała ogrzać przy nim dłonie.
Znów egoistka. Znów pazerna. Znów zachłanna jego bliskości.
Tyle że każde słowo trafiało dokładnie tam, gdzie miało; rozcinało, paliło, zostawiało po sobie coś znacznie trwalszego niż chwilowy strach, który zdążył już osiąść ciężarem gdzieś pod jej mostkiem.
Bała się go.
Czuła jak wszystko w niej napina się, każdorazowo coraz mocniej, kiedy metaliczny brzdęk słupa ponawiał się z każdym szarpnięciem. Jej serce zapominało o tym, że powinno bić na ułamek sekundy, ilekroć plastik jarzmiący Monroe zgrzytał przeraźliwie.
Bała się tego, co mógł jej zrobić, jeśli więzy faktycznie przestaną go trzymać, i bała się tego, co potrafił zrobić jej już teraz samym głosem.
Tyle że jakaś jej część przyjmowała to wszystko bez sprzeciwu, niemal z absurdalną wręcz ulgą. Jak karę, której nie trzeba było przed nią uzasadniać. Jeśli chciał ją zranić, miał przecież za co. Jeśli chciał, żeby bolało, miała wrażenie, że właśnie to mu się należało od niej najbardziej: prawo, żeby tym razem nie musiał być dla niej łagodny.
Miała mu do powiedzenia zbyt wiele rzeczy, wszystkie tłoczące się gdzieś wysoko, tuż pod gardłem, które nie chciało już przepuścić nawet jednej.
Sam oddech ciągnął bólem po przełyku, każde przełknięcie śliny paliło jak gdyby palce Scalviniego nigdy nie zniknęły, a próba poruszenia głosem kończyła się ledwie ochrypłym drgnięciem. A słowa były tam nieomal wszystkie; gotowe, rozpaczliwie spóźnione, pierwszy raz naprawdę w pełni szczere. Tylko ciało, które tak długo pozwalało jej milczeć wtedy, kiedy powinna była mówić, teraz odbierało jej głos dokładnie wtedy, kiedy wreszcie chciała go użyć.
Opuściła spojrzenie na gazę, którą zdążyła już zmiąć między palcami w nerwowym, bezwiednym ruchu. Biały materiał gnieciony w dłoni wyglądał niemal absurdalnie niewinnie obok nożyczek, które wcześniej odsunęła poza jego zasięg choćby jego spojrzenia.
Jedno miało pomóc mu przestać krwawić, drugie mogło pomóc mu się uwolnić; jedno nadal trzymała kurczowo przy sobie, drugiego nie zamierzała mu oddać. Bała się go wystarczająco, żeby nie chcieć widzieć go wolnego, naprzeciwko siebie, a jednocześnie wciąż nie potrafiła patrzeć na jego krew bez potrzeby, żeby coś z nią zrobić.
Jedno z nich uniemożliwił jej on; respektowała to, że nie chciał jej przy sobie; że nie chciał jej dotyku i chociaż rozrywało to jej wyjałowione serce na strzępy – brała za to pełną odpowiedzialność. Pełną odpowiedzialność za to, że ją odrzucał; i chociaż rozumiała dlaczego, chociaż wiedziała że ma powód, to wcale nie sprawiało, że bolało ją to choć w jednym procencie mniej.
Nie powiedziała nic.
Chyba nawet nie próbowała ponownie.
Zbyt wiele słów zdążyło już zmarnować się pomiędzy nimi wtedy, kiedy miała możliwość ich użyć; teraz każde kolejne wydawało się tylko spóźnioną próbą ratowania czegoś, co sama rozbiła.
Drzwi zaskrzypiały w rogu pomieszczenia.
Scalvini zatrzymał się już po pierwszym kroku. Jego spojrzenie przesunęło się po Vincentcie, po krwi, której nikt nie starł, później przeszło na Haze siedzącą w pobliżu, ale nie przy nim.
— Miał wyglądać lepiej kiedy wrócę — zauważył chłodno. — Nie mów mi tylko, że bałaś się go dotknąć, dolcezza. — Parsknął cicho, po czym podszedł do Monroe i bez większego namysłu wsunął palce w jego włosy, zaciskając je przy skórze i unosząc mu głowę. — Przecież jest zupełnie niegroźny. Może tylko ujadać. Jak smutny, porzucony kundel. — Wykorzystał swój chwyt, by spotkać z impetem potylicę Monroe ze słupem. — Siad.
Kobieta, która od wejścia pozostawała przy drzwiach, do tej pory niemal nie zwracała na siebie uwagi ruchem. Stała spokojnie, wyprostowana. Elegancja nie miękczyła jej ani odrobinę. Dopiero teraz oderwała się od drzwi i zrobiła kilka niespiesznych kroków w głąb pomieszczenia.
— Hai scoperto qualcosa?
— Non ancora — odpowiedział Scalvini. — Ma parlerà.
Kobieta uniosła brwi i spojrzała na Lucę z dezaprobatą urkytą pod zaskoczeniem.
— Pensavo che saresti stato più efficace con una donna così disperata.
Napięcie przemknęło po szczęce Scalviniego, a bezczelny półuśmiech, który pojawił się na jego twarzy, gdy spotkał czaszkę Monroe ze słupem, zniknął.
— Lo sarò.
Kobieta odsunęła się pod ścianę i przycupnęła na jednym z kartonów.
Scalvini odprowadził ją spojrzeniem, dopóki nie usiadła, jakby sam fakt, że znalazła sobie miejsce do obserwacji, zmienił charakter całej sytuacji. Tym razem nawet nie ponowił pytania. Bo to nie odpowiedzi potrzebował aż tak bardzo, jak potrzebował zatrzeć krótkie drgnięcie własnej szczęki i udowodnić, przede wszystkim jej, że niczego nie stracił; ani kontroli, ani cierpliwości, ani skuteczności, którą przed chwilą tak swobodnie podważyła.
Teraz przerwy były krótsze, pytania nie padały wcale. Każde kolejne uderzenie wyglądało bardziej jak odpowiedź udzielana kobiecie siedzącej pod ścianą niż próba wydobycia czegokolwiek z Monroe; demonstracja jego własnej siły i manifestacja własnej kontroli. Brutalna, jeszcze bardziej niż przed jego wyjściem.
Haze odłożyła gazę z powrotem do apteczki, nie podnosząc już na nich wzroku.
Nie musiała patrzeć. Nie chciała patrzeć. Nie mogła na to patrzeć. Wystarczały te wszystkie dźwięki; głuche uderzenie, metal odpowiadający krótkim drżeniem, cięższy oddech Monroe, czasem spóźniony o tę jedną sekundę, która za każdym razem wydawała się trwać odrobinę za długo. Zacisnęła szczękę, próbując skupić się na czymkolwiek innym, na porozrzucanej zawartości apteczki, na własnych dłoniach, na cienkim plastiku pomiędzy gazami, którego charakterystyczny kształt poczuła pod palcami.
Kolejny trzask sprawił, że drgnęła. Zaraz po nim przyszedł ten urywany, chropawy oddech, którego słuchać nie chciała bardziej niż patrzeć na krew.
Palce zacisnęły się mocniej na czymś chłodnym.
Słyszała jak kobieta w tyle pomieszczenia zawołała po włosku, coś krótkiego, wszystko dookoła stało się rozmyte. Pamiętała tylko własną dłoń zaciśniętą na nożyczkach i ten krótki, nieprzyjemny opór, kiedy wbiła na oślep w stojącego tak blisko Scalviniego, trafiając w zgięcie jego kolana.
Włoch nieomal przykląkł przed Monroe, zdjęty bólem i zrodzoną z chaosu i przypadku precyzją ciosu. Haze wyszarpnęła nożyczki, również odruchowo, również bezwiednie. Nie było w tym wielkiego planu, może chciała mieć czym się bronić, ale w ciągu zaledwie złamanej sekundy już nie miała, gdy rozwścieczony Włoch rzucił ją na ziemię.
— Brutta stronza! Sei completamente impazzita?!
Zimny metal pożegnał się z jej dłonią i przesunął po posadzce, w całym amoku, w kierunku Monroe.
once unchained, fire makes no promises about what it will spare
Szalał gwałtownie; trzaskał ostrzeżeniami, rzucał iskrami dokładnie tam, gdzie wiedział, że zaboli, i pierwszy raz naprawdę pozwalał jej zobaczyć, że jeśli podejdzie jeszcze bliżej, może nie skończyć się na przyjemnym cieple rozlanym pod skórą.
Mógł ją poparzyć.
Mógł pochłonąć wszystko, co przez ostatnie tygodnie tak nieostrożnie między nimi budowała.
Był pożarem. Był szalejącą, pozbawioną kontroli pożogą, która, gdyby tylko uwolnić ją z okowów, mogła zniszczyć wszystko, czego tylko się dotknie.
Włącznie z nią, ledwie marną materią, nieodporną na ogień.
Powinna więc odsunąć się od płomieni. Zrobić to, czego nauczyłby się każdy rozsądny człowiek po pierwszym oparzeniu.
Tymczasem przesunęła się jeszcze odrobinę bliżej, o te kilka centymetrów, ze strachem siedzącym ciężko gdzieś pod żebrami. Jak ćma, która zdążyła już zrozumieć, czym kończy się dotknięcie ognia, a mimo to wciąż pamiętała przede wszystkim jego ciepło.
I zamiast uciekać przed możliwością spłonięcia, desperacko próbowała ogrzać przy nim dłonie.
Znów egoistka. Znów pazerna. Znów zachłanna jego bliskości.
Tyle że każde słowo trafiało dokładnie tam, gdzie miało; rozcinało, paliło, zostawiało po sobie coś znacznie trwalszego niż chwilowy strach, który zdążył już osiąść ciężarem gdzieś pod jej mostkiem.
Bała się go.
Czuła jak wszystko w niej napina się, każdorazowo coraz mocniej, kiedy metaliczny brzdęk słupa ponawiał się z każdym szarpnięciem. Jej serce zapominało o tym, że powinno bić na ułamek sekundy, ilekroć plastik jarzmiący Monroe zgrzytał przeraźliwie.
Bała się tego, co mógł jej zrobić, jeśli więzy faktycznie przestaną go trzymać, i bała się tego, co potrafił zrobić jej już teraz samym głosem.
Tyle że jakaś jej część przyjmowała to wszystko bez sprzeciwu, niemal z absurdalną wręcz ulgą. Jak karę, której nie trzeba było przed nią uzasadniać. Jeśli chciał ją zranić, miał przecież za co. Jeśli chciał, żeby bolało, miała wrażenie, że właśnie to mu się należało od niej najbardziej: prawo, żeby tym razem nie musiał być dla niej łagodny.
Miała mu do powiedzenia zbyt wiele rzeczy, wszystkie tłoczące się gdzieś wysoko, tuż pod gardłem, które nie chciało już przepuścić nawet jednej.
Sam oddech ciągnął bólem po przełyku, każde przełknięcie śliny paliło jak gdyby palce Scalviniego nigdy nie zniknęły, a próba poruszenia głosem kończyła się ledwie ochrypłym drgnięciem. A słowa były tam nieomal wszystkie; gotowe, rozpaczliwie spóźnione, pierwszy raz naprawdę w pełni szczere. Tylko ciało, które tak długo pozwalało jej milczeć wtedy, kiedy powinna była mówić, teraz odbierało jej głos dokładnie wtedy, kiedy wreszcie chciała go użyć.
Opuściła spojrzenie na gazę, którą zdążyła już zmiąć między palcami w nerwowym, bezwiednym ruchu. Biały materiał gnieciony w dłoni wyglądał niemal absurdalnie niewinnie obok nożyczek, które wcześniej odsunęła poza jego zasięg choćby jego spojrzenia.
Jedno miało pomóc mu przestać krwawić, drugie mogło pomóc mu się uwolnić; jedno nadal trzymała kurczowo przy sobie, drugiego nie zamierzała mu oddać. Bała się go wystarczająco, żeby nie chcieć widzieć go wolnego, naprzeciwko siebie, a jednocześnie wciąż nie potrafiła patrzeć na jego krew bez potrzeby, żeby coś z nią zrobić.
Jedno z nich uniemożliwił jej on; respektowała to, że nie chciał jej przy sobie; że nie chciał jej dotyku i chociaż rozrywało to jej wyjałowione serce na strzępy – brała za to pełną odpowiedzialność. Pełną odpowiedzialność za to, że ją odrzucał; i chociaż rozumiała dlaczego, chociaż wiedziała że ma powód, to wcale nie sprawiało, że bolało ją to choć w jednym procencie mniej.
Nie powiedziała nic.
Chyba nawet nie próbowała ponownie.
Zbyt wiele słów zdążyło już zmarnować się pomiędzy nimi wtedy, kiedy miała możliwość ich użyć; teraz każde kolejne wydawało się tylko spóźnioną próbą ratowania czegoś, co sama rozbiła.
Drzwi zaskrzypiały w rogu pomieszczenia.
Scalvini zatrzymał się już po pierwszym kroku. Jego spojrzenie przesunęło się po Vincentcie, po krwi, której nikt nie starł, później przeszło na Haze siedzącą w pobliżu, ale nie przy nim.
— Miał wyglądać lepiej kiedy wrócę — zauważył chłodno. — Nie mów mi tylko, że bałaś się go dotknąć, dolcezza. — Parsknął cicho, po czym podszedł do Monroe i bez większego namysłu wsunął palce w jego włosy, zaciskając je przy skórze i unosząc mu głowę. — Przecież jest zupełnie niegroźny. Może tylko ujadać. Jak smutny, porzucony kundel. — Wykorzystał swój chwyt, by spotkać z impetem potylicę Monroe ze słupem. — Siad.
Kobieta, która od wejścia pozostawała przy drzwiach, do tej pory niemal nie zwracała na siebie uwagi ruchem. Stała spokojnie, wyprostowana. Elegancja nie miękczyła jej ani odrobinę. Dopiero teraz oderwała się od drzwi i zrobiła kilka niespiesznych kroków w głąb pomieszczenia.
— Hai scoperto qualcosa?
— Non ancora — odpowiedział Scalvini. — Ma parlerà.
Kobieta uniosła brwi i spojrzała na Lucę z dezaprobatą urkytą pod zaskoczeniem.
— Pensavo che saresti stato più efficace con una donna così disperata.
Napięcie przemknęło po szczęce Scalviniego, a bezczelny półuśmiech, który pojawił się na jego twarzy, gdy spotkał czaszkę Monroe ze słupem, zniknął.
— Lo sarò.
Kobieta odsunęła się pod ścianę i przycupnęła na jednym z kartonów.
Scalvini odprowadził ją spojrzeniem, dopóki nie usiadła, jakby sam fakt, że znalazła sobie miejsce do obserwacji, zmienił charakter całej sytuacji. Tym razem nawet nie ponowił pytania. Bo to nie odpowiedzi potrzebował aż tak bardzo, jak potrzebował zatrzeć krótkie drgnięcie własnej szczęki i udowodnić, przede wszystkim jej, że niczego nie stracił; ani kontroli, ani cierpliwości, ani skuteczności, którą przed chwilą tak swobodnie podważyła.
Teraz przerwy były krótsze, pytania nie padały wcale. Każde kolejne uderzenie wyglądało bardziej jak odpowiedź udzielana kobiecie siedzącej pod ścianą niż próba wydobycia czegokolwiek z Monroe; demonstracja jego własnej siły i manifestacja własnej kontroli. Brutalna, jeszcze bardziej niż przed jego wyjściem.
Haze odłożyła gazę z powrotem do apteczki, nie podnosząc już na nich wzroku.
Nie musiała patrzeć. Nie chciała patrzeć. Nie mogła na to patrzeć. Wystarczały te wszystkie dźwięki; głuche uderzenie, metal odpowiadający krótkim drżeniem, cięższy oddech Monroe, czasem spóźniony o tę jedną sekundę, która za każdym razem wydawała się trwać odrobinę za długo. Zacisnęła szczękę, próbując skupić się na czymkolwiek innym, na porozrzucanej zawartości apteczki, na własnych dłoniach, na cienkim plastiku pomiędzy gazami, którego charakterystyczny kształt poczuła pod palcami.
Kolejny trzask sprawił, że drgnęła. Zaraz po nim przyszedł ten urywany, chropawy oddech, którego słuchać nie chciała bardziej niż patrzeć na krew.
Palce zacisnęły się mocniej na czymś chłodnym.
Słyszała jak kobieta w tyle pomieszczenia zawołała po włosku, coś krótkiego, wszystko dookoła stało się rozmyte. Pamiętała tylko własną dłoń zaciśniętą na nożyczkach i ten krótki, nieprzyjemny opór, kiedy wbiła na oślep w stojącego tak blisko Scalviniego, trafiając w zgięcie jego kolana.
Włoch nieomal przykląkł przed Monroe, zdjęty bólem i zrodzoną z chaosu i przypadku precyzją ciosu. Haze wyszarpnęła nożyczki, również odruchowo, również bezwiednie. Nie było w tym wielkiego planu, może chciała mieć czym się bronić, ale w ciągu zaledwie złamanej sekundy już nie miała, gdy rozwścieczony Włoch rzucił ją na ziemię.
— Brutta stronza! Sei completamente impazzita?!
Zimny metal pożegnał się z jej dłonią i przesunął po posadzce, w całym amoku, w kierunku Monroe.
once unchained, fire makes no promises about what it will spare