Strona 3 z 3

Capítulo III. El final. Muerte.

: czw paź 29, 2026 10:12 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Zdecydowanie Madox potrafił sobie zasłużyć na to, żeby dostać w zęby. Zresztą on zawsze do tego był pierwszy, do bójki, do mordobicia, rozwiązywania spraw przemocą, za pomocą własnych pięści. Aż dziwne, że z Benito wciąż siedzieli na przeciwko siebie rozmawiając, a Noriega nie próbował jednak rozwalić mu łba.
Nie miał szans, ale ile to razy był na przegranej pozycji?
Nie pierwszy i pewnie nie ostatni. Tyle, że dzisiaj trzymał nerwy na wodzy, ten swój charakter, ognisty, nieokiełznany. Dzisiaj jeszcze próbował to tak rozegrać, żeby jednak wyszli z tego cało. Ona wyszła, a on...
Krzywił się znowu, kiedy poprawiał się na krześle i pewnie gdyby nie adrenalina, którą krążyła w żyłach, nie to, jak kurewsko chciał coś tutaj ugrać, byłoby gorzej. Stracił sporo krwi, wyglądał źle. I nawet jego smagła skóra miała jakiś taki dziwny odcień, było mu zimno, a powieki miał jakieś ciężkie. Słuchał Benito, a zaraz nawijał o tym, jak to nienawidził makaroniarzy, bo on zawsze trochę to wyolbrzymiał, grał. Skakał italiańcom do gardeł, wyzywał ich, rzucał się do nich, żadna tajemnica. Nie tajemnicą było też to, że Noriega był narwany, ekspresyjny, nie umiał na spokojnie i Luna też musiał to wiedzieć. Tak jak to, że w ich duecie, Państwa Noriega, to rzeczywiście Pilar była mądrzejsza, bardziej zmyślna, skupiona, a on...
A on gadał, działał, nie planował, próbował się wstrzelić w moment, wyczuć go, zaatakować. Bo może w którymś momencie trafi na jakiś słaby punkt? Może wbije się w odpowiednie miejsce, wzbudzi jakieś watpliwości... A od nich się zaczynało. Od chwili niepewności.
Och tak?
Madox utkwił ciemne spojrzenie w Benito. Oczywiście kurwa, że słyszał. Widział na własne oczy, jak Noriega patrzył na Pilar. Słyszał, że kazał przepraszać za nią makaroniarzy, że podłożył się za nią pod kulkę. Wszystko kurwa wiedział.
Ale przecież wiedział też, że Madox umiał udawać. Rozkochiwał w sobie dupy, wodził za nos policję, i półświatek. Kłamał. Bardzo ładnie, do tego stopnia, że nikt nigdy mu nie ufał. Benito też nie mógł. I może Pilar też?
- A ciebie nie? Tyle lat z jedną dupą... Ile Aura ma? Osiemnaście? - wypalił nagle, oczywiście, że powiedział to specjalnie, patrząc w twarz Luny, a zaraz wypuścił jeszcze smużkę białego dymu w jego kierunku.
Luna wiedział o nim dużo, więcej niż Madox pewnie podejrzewał, ale przecież oni też... co nieco wiedzieli. A Noriega mógł to podkręcić, tak jakby kurwa oni też go prześwietlili - nie tylko... Dobrze się rucha, ale czasem zabawiłbym się... z jakąś małolatką, lubię od czasu do czasu taką niedoświadczoną, ciasną... - Madox wzruszył ramionami, ale nie dokończył, bo Luna nawijał dalej. A do tego całą pierdoloną prawdę, bo przecież Pilar była w chuj mądrzejsza od niego. Tylko czy Madox powinien się o to obrazić? W normalnych warunkach nie, nawet mu to pasowało, że miał taką rozgarnięta żonę, kiedy on czasami był takim chodzącym chaosem. Ale tym razem się skrzywił, spojrzał krzywo na Benito, jakby go nie doceniał. Jakby w tym momencie umniejszał jego osobie. Jego wybujałemu ego, jego cudowności. Bo przecież o Madoxie wiele osób mówiło, że miał ego większe niż... no właśnie ciekawe co? Rozum chyba.
- Jestem przekonywujący - mruknął, ale prawda była taka, że czasem bywał. I tutaj z Luną też próbował swoich sztuczek.
Chociaż nie był do końca pewny, czy Benito je łapał, ale kiedy jego śmiech odbił się echem od ścian, gdy zapytało forsę, a potem w odpowiedzi usłyszał to kurewsko dużo.
- Dziesięć baniek... - powtórzył Madox jakimś rozmarzonym tonem. Oddałby te dziesięć milionów i wszystko co miał, żeby Luna się od niego odpierdolił, od niego, i od jego żony. Ale on chyba nie miał zamiaru, a kolejny przydupas Benito przyniósł mu informacje, że była już na miejscu, ale co? Albo kto? Madox pokręcił się na krześle, musiał gryźć się w język, żeby o to nie zapytać. Czuł na nim metaliczny, znajomy posmak krwi, z rozwalonej wargi, z policzka, w który się ugryzł, dym z fajki, którą jeszcze raz pociągnął, szczypał w ustach. Drażnił te wszystkie zadrapania...
Luna też to robił.
Zaczynał go wkurwiać, bo znowu do niej wracał. A jemu rzeczywiście odpierdalało, kiedy chodziło o Pilar. Pstryknął petem gdzieś w głąb magazynu, iskry poleciały z niedopalonego papierosa, który przez kolejne kilka sekund tlił się na betonowej podłodze.
- Często mi odpierdala - rzucił Madox, ale ciemne spojrzenie utkwił w twarzy Luny, kiedy ten grzebał w telefonie, a kiedy odwrócił go w jego kierunku... Nie chciał drgnąć, ale poczuł jak mięśnie mu się spinaj, źrenice się rozszerzyły, a oczy znowu zaszły czernią, zacisnął szczękę.
- Pierdolony Dalton... - nie umiał się powstrzymać, zacisnął dłoń w pięść - prawie mnie zajebał pod tym lodem, a teraz co... Ty... go tutaj sprowadzasz? - warknął i szarpnął się bliżej Luny. Wszystko w nim wrzało, miał ochotę poderwać się z miejsca, złapać Benito za łeb i szarpać nim dopóki nie powie mu, gdzie oni byli. Gdzie był Dalton, a przede wszystkim jego żona. Nie no kurwa. Nie mógł jej z nim zostawić. Obiecał jej.
Miał go zabić... A on...
- Pozwól mi go zabić - rzucił w końcu, a jego czarne oczy podniosły się z podłogi, na twarz Luny - pozwól mi zajebać Daltona, powinienem to zrobić już dawno - patrzył w oczy Benito, chociaż wzrok Madoxa uciekł na moment do stolika, na którym leżały jego rzeczy. Zaraz...
Telefon tego gnoja, może Pilar coś na niego pisała?
Madox zerwał się z miejsca i ruszył do stołu, Luna podążył za nim spojrzeniem, ale Pająk stanął mu na drodze, Noriega zdjął go z bara i sięgnął po telefon. Oczywiście, że facet chciał mu oddać, ale Benito uspokoił go kolejnym uniesieniem dłoni. Nie było od niej żadnej wiadomości, ale... jak miał farta to...
O kurwa. Miał go. A może jednak to Pilar go miała? A może kurwa po prostu miała łeb na karku? Że zdobyła ten telefon, a w nim...
Madox wszedł w galerię i odpalił jakiś filmik. Nie pokazał go Lunie, ale podszedł bliżej, tak, żeby Benito słyszał, co się tam działo.
- Och, jest taki duży, nie wiem czy się zmieści... - ten głos. Głosik Aury, odrobinę przesłodzony, ale jej tatuś na pewno go poznał. Musiał.
- Byłaś niegrzeczną dziewczynką, zasłużyłaś na karę - tym razem jakiś męski głos. Ale na pewno nie Noriegi, całe szczęście, bo Luna by się pewnie nawet nie zastanowił, tylko go odjebał z miejsca.
- Musisz być ze mną bardzo delikatny... ja przecież jestem... - odezwała się znowu Aura, ale Madox wyłączył filmik, chociaż trwał on jeszcze kilka dobrych minut, a może było ich więcej? Nie sprawdzał. Wsunął smartfona do tylnej kieszeni jeansów, mogli mu najebać i go zabrać...
Mogli też... negocjować.
- Pozwolisz mi odjebać Daltona, a ja usunę to nagranie, ale może najpierw dam ci je obejrzeć... - znowu prowokował Lunę, znowu chciał go wkurwić. Opcje były dwie, że Benito go w końcu doceni i zaczną jakieś sensowne negocjacje, albo... rozjebie mu łeb. Ale przecież Madox nie odkrył jeszcze wszystkich kart. Oboje ich nie odkryli.
Chociaż Luna już mu pokazał, że miał Pilar, że siedział w tym też Dalton. Jebany Dalton. Powinien już dawno nie żyć.

:margo:

Capítulo III. El final. Muerte.

: czw paź 29, 2026 11:40 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństw
Luna.

Miał go w garści.
Widział to.
Przecież kurwa widział, jak spojrzenie Madoxa momentalnie zaszło czernią, kiedy tylko spojrzał na wyświetlacz telefonu. Kiedy zobaczył jego żonę w ramionach jej oprawcy. To jak Dalton tulił ją do własnej piersi. Nawet na zdjęciu było widać, że pewnie zaciągał się zapachem jej włosów, patrzył na nią, jakby była jego całym światem, jakby kurwa był w stanie zrobić wszystko, żeby z nim była. I Noriega chyba też był. Co prawda w o wiele mniej chory, psychopatyczny sposób, ale… to były podobne emocje. Rządza. Miłość.
— Słyszałem o tym — wtrącił się spokojnie, zabierając Madoxowi telefon spod nosa i chowając go do kieszeni. — Jak to było? Dalton porwał twoją żonę, ućpał ją i chciał zgwałcić? — dopytywał, chociaż przecież doskonale wiedział, jak było. Wszystko kurwa wiedział. Czytał nawet cały policyjny report z tego zdarzenia. Co do jednej kartki, bo przecież Luna wszędzie miał swoje wtyki. W policji również. — Byłoby strasznie chujowo, jakby znowu chciał to zrobić, nie? — rzucił kolejnym pytaniem, nawet na moment nie spuszczając spojrzenia ze swojego rozmówcy.
Do momentu, aż Noriega nie zaczął stawiać własnych warunków.
Aż nie p o p r o s i ł, żeby Luna pozwolił mu go zabić.
Benito uśmiechnął się bezczelnie i poprawił brzeg płaszcza. Dopiero wtedy zauważył popiół z peta, który osadził się na materiale. Strzepnął go niewzruszony i dopiero po chwili wrócił uwagą do kipiącego już z niedoczekania właściciela Emptiness. Już miał się odezwać, powiedzieć, że się dogadają. W końcu Dalton nie był mu do niczego potrzebny, był jedynie pionkiem w całej tej grze, żeby ich złamać. Jego życie było dla Luny warte tak dużo, jak ten popiół z fajki, który wylądował na podłodze pod jego butem.
Tylko nim Benito zdążył cokolwiek powiedzieć, Madox poderwał się z miejsca. Przeszedł do stolika i złapał za telefon. Luna kompletnie nie dbał o to, czyj był. Case miał tak obklejony jakimś badziewiem, jakby Madox zajebał go jakiemuś dzieciakowi, jednak to, co po chwili wybrzmiało i wypełniło cały magazyn sprawiło, że serce Luny na moment zamarło.
Wszędzie poznałby jej głos.
Swojej jedynej córki.
Oczka w głowie.
Chociaż jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, tak wszystkie mięśnie w jego ciele spięły się jak na zawołanie. Palce zacisnął w pięści i naprawdę wystarczyło, żeby usłyszał tam głos Madoxa, wystarczyło jego jedno słowo czy pierdolone westchnienie, a… rozpierdoliłby go. Tu i teraz. Nawet nie pozwoliłby mu zajrzeć Pilar w oczy. Po prostu by go odjebał. Bronią, którą z łatwością mógł mu wyszarpać zza pask ,kiedy ten palce zaciskał na telefonie. Ale tego nie zrobił. Lata doświadczenia nauczyły go nie okazywać słabości, nawet jeśli w środku miał wrażenie, że lada moment go p o p i e r d o l i.
Słyszał o akcji z nauczycielem.
Wiedział, bo przecież razem z żoną zostali przez to wezwani do szkoły, ale nie sądził, że istniały nagrania. Że ktoś to sfilmował. Jego własną córkę, którą pieprzył… kurwa.
— Wyłącz to — powiedział spokojne. Nawet głos mu nie zadrżał. — Daje ci pięć sekund. Albo moi ludzie rozpierdolą ci łeb — uniósł w górę dłoń, a Noriega mógł słyszeć jak z minimum trzy gnaty zostały przeładowane. Tego dźwięku nie dało się pomylić z niczym innym. Luna nie pierodlił się w tańcu. Madox nie miał mocy sprawczej, żeby go szantażować, nie na jego terenie, a juz na pewno nie, kiedy Benito miał w garści jego własną żonę. Jasne, że nie chciał, żeby to nagranie ujrzało światło dzienne, jednak było chyba mniej cenne niż życie Pilar? Może nawet byłby w stanie się o tym przekonać, sprawdzić, kto pierwszy z nich pęknie i jak szybko czaszka Noriegi zostanie rozkurwiona na kawałki, ale wtedy Madox znowu wspomniał o odjebaniu Daltona. Benito zastanowił się moment. Złapał kilka oddechów, uspokoił serce…
— Pozwolę ci zabić Daltona — skinął w końcu głową, zawieszając na Noriedze ciemne oczy, w których kompletnie zniknęła ta wcześniejsza zieleń. — Ba, kurwa, nawet udostępnię ci wszystkie narzędzia, jakie tu mamy, żebyś mógł się zabawić. Ale tylko jeśli będziesz współpracować i zgodzisz się na naszą małą umowe — na to, żeby razem zdjęli makaroniarzy. Żeby wspólnie władali tym pierdolonym miastem. Bo taka była prawda. Luna nie miał wielkiego benetifu z tego, żeby zabijać czy jego czy Pilar. On chciał ich wykorzystać, byli dla niego istotni, w jego planie, a Dalton… no kurwa wcale. Tylko Madox musiał w końcu zdecydować. — A do tego potrzebuje, żebyś udowodnił swoją lojalność. Na razie idzie ci kurewsko… źle — bo co to była za lojalność, jeśli on wciąż próbował skakać i warczeć. Chwytał się wszystkiego, co tylko się dało, a przecież wiedział, że wystarczyło tylko jedno słowo Luny, by Madox nie wyszedł stąd żywy. On, Pilar, Dalton… mogli kurwa spalić to miejsce z ich trupami i tyle.
— Esme też zawsze mówiła, że jesteś w gorącej wodzie kąpany — prychnął po chwili, patrząc na niego wymownie. Czy z jego matką też miał kontakt? Kurwa, w sumie co w tym dziwnego, biorąc pod uwagę, kim był stary Noriega, a potem jeszcze Pablo… Esme w latach swojej chwały też siedziała w tym wszystkim zakopana. Westchnął jakoś nostalgicznie, a zaraz poprawił się na krześle. — To jak będzie? Potrzebuje konkretów. Wychodzisz w to czy nie? — nachylił się w jego stronę i… wyciągnął rękę do przodu. — Dalton będzie cały twój. Pilar też. Masz moje słowo.

:stickfoch:

Capítulo III. El final. Muerte.

: pt paź 30, 2026 12:34 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Chciał być spokojny, ale klatka piersiowa unosiła mu się już w szybkim, chaotycznym oddechu. Ciemnym spojrzeniem powiódł za telefonem, który Luna schował. Nie mógł usiedzieć na miejscu, nigdy nie mógł, a co dopiero w sytuacji, kiedy Pilar była zagrożona. Nie wiedział co z nią, do czego może posunąć się Dalton. Gdzie teraz byli? Co się tam działo? Czy Benito wiedział? Miał tam kogoś? Tego, który wysłał mu zdjęcie?
Gotowało się w nim, przypomniał mu się ten cały popierdolony wieczór, kiedy Dalton ją ućpał i porwał, a Madox jej szukał. Nigdy nie bał się o nią tak, jak wtedy, gdy nie wiedział gdzie była...
I teraz znowu to czuł.
Skręcało go w środku.
- Strasznie chujowo - warknął podnosząc spojrzenie na oczy Luny. Z jednej strony chciał z nim współpracować, traktować go na równi, a drugiej chciał mu dopierdolić. Pokazać, że to on rządził...
To co to za kurwa równość?
Ale Madox też miał w rekawie jeszcze jednego asa, postanowił nie pozostać mu dłużnym. Zagrać tym co ma i chuj. Wóz, albo przewóz jak to mówią.
Albo Luna go zajebie, albo zacznie traktować jak równego sobie.
Głos Aury wybrzmiał w magazynie, aż goryle Luny sięgnęli po spluwy. Jedno słowo szefa, a z Noriegi zostałaby tam jakaś krwawa plama. Nie byłoby co zbierać. Madox widział, jak Luna zacisnął dłonie w pięści, chociaż starał się jak on, nic po sobie nie pokazywać. Starali się.
Ale kurwa obaj znali swoje czułe punkty, ten Madoxa, Benito nawet miał w garści, ale... Aura przecież też jeszcze mogła coś odwalić. Obiecała pomóc Madoxowi...
Wyłączył nagranie i wsunął telefon do kieszeni.
- Gdybyś chciał rozpierdolić mi łeb, to już dawno byś to zrobił - Madox wzruszył ramionami - a my wciąż się bawimy... Ty łapiesz moją żonę, ja ratuję ci przed śmiercią córkę... - przeszedł przed Lunę, do swojego krzesa, ale jeszcze na nim nie usiadł, oparł się o nie pochylając w kierunku Luny - musisz lepiej pilnować swojej córeczki Benito, albo wysyłać za nią trochę lepszych ludzi niż Pająk, bo następnym razem może mnie nie być na miejscu... - nie miał pojęcia czy Luna o tym wiedział, czy Pająk mu powiedział, że spotkał ich w klubie, w którym bawiła się Aurelia? Czy miał pojęcie co się tam odjebało... Ale mógł się dowiedzieć, kluby to akurat takie środowisko, gdzie plotki roznosiły się z prędkością światła.
Madox w końcu znowu usiadł na krześle i tym razem już się nie skrzywił, krew już zaschła na jego ubraniu i na twarzy. Powtórzył swoje żądania.
Pozwolę ci zabić Daltona.
Benito wreszcie zaczynał mówić do rzeczy... Chociaż zaraz nawijał z powrotem o współpracy, a potem o lojalności. Madox strzelił oczami w sufit i odchylił się na krześle do tyłu.
- Najpierw gadasz mi, że nie chcesz psa, który będzie ci służył, tylko wspólnika, a teraz udwodowhnij, udowodnij, co mam kurwa paść przed tobą na kolanko i wylizać ci... buty - poprawił się na stołku wbijając ciemne spojrzenie w równie ciemne oczy Luny - idzie ci kurewsko źle - przedrzeźnił go, wywracając oczami - ty też nie jesteś mistrzem negocjacji Benito, a przede wszystkim jak chcesz z kimś układu partnerskiego, to wbij sobie do łba, że nie możesz mu rozkazywać i bez przerwy wymagać - i to powiedział Madox Noriega, który w jego układzie partnerskim, w jego małżeństwie ciągle chciał stawiać na swoim, ale... uczył się przy niej odpuszczać. Uczył się reflektować jej zdanie, brać pod uwagę jej potrzeby. Nie zawsze mu to wychodziło, bo to był Madox, w gruncie rzeczy kurewsko podobny do Luny, on też zawsze chciał być ponad to, żeby jego było na wierzchu, ale... w tej chwili żałował, że ją zostawił.
Madox pochylił się do przodu, już otworzył usta, żeby coś jeszcze powiedzieć, ale wtedy Luna wspomniał o Esme... znał ją? Czy blefował?
- A twoja żona mówiła, że dobry z ciebie człowiek, i co? I chyba obie tak pierdoliły... Chociaż nie, to o mnie to akurat prawda - wiadomo, że Madox nigdy nie zamieniła słowa z żoną Luny, ale ten przecież nie musiał o tym wiedzieć. Mogli w tym momencie obaj blefować i grać... I pewnie mogli to jeszcze ciągnąć godzinami, jeden przez drugiego, który więcej wie, który jest silniejszy. Luna...
Ale Madox to była świeża krew, młody, gniewny... Miał coś, czego Lunie brakowało i rzeczywiście był w gorącej wodzie kąpany.
Spojrzał na dłoń Benito. Nie powinien? Pożałuje tego?
Pewnie kurwa tak, ale...
- Dobra, wchodzę - zacisnął wytatuowane palce na ręce Luny, uścisnął mu dłoń, mocno, pewnie, bez zawahania - a teraz Dalton - wycedził przez zęby, zanim go puścił. Chociaż jego serce przecież krzyczało, pierwsze Pilar. Zawsze była dla niego pierwsza. Najważniejsza, chociaż Madox nie chciał tak tego pokazywać. Starał się jak mógł. Ale kogo on chciał oszukać?
- Przyprowadzić... - rzucił Luna do Luigiego, prostując się na krześle. A Madox załapał ciężko w płuca powietrze. Czemu kurwa tak bezosobowo? Kogo mieli przyprowadzić? Daltona, czy Pilar?
Jakby się nie dało konkretnie. On też potrzebował konkretów, był pewny, że Benito robił to specjalnie. Drażnił się z nim.
Madox powiódł spojrzeniem za Luigim, który odszedł, w którą stronę szedł? Zniknął mu gdzieś w cieniu, i Noriega znowu przeniósł spojrzenie na Lunę, oparł się o oparcie swojego krzesła, krzyżując ręce na piersi.
- Co to za akcja? Zdajesz sobie sprawę, że przez twoją ustawkę z zastepcą komendanta szuka mnie cała torontońska psiarnia? - no tak, bo przecież Madox nic nie wiedział, że w sprawie wyszły już jakieś nowe poszlaki - po chuj to było? - zapytał, bo skoro i tak czekali, to postanowił jeszcze coś wyciągnąć z Luny. Albo może po prostu go zagaić? Najpierw chciał go zajebać, potem wsadzić, a teraz robić z nim interesy. Pojebane.
Ale... w tym magazynie, właśnie siedziało na przeciwko siebie może dwóch największych pojebów w tym mieście. Dwa latynoskie wściekłe psy, tylko ten jeden wciąż był krnąbrny, nieposłuszny, a ten drugi już ułożony.

Luna ⭒₊ ⊹🌕₊ ⊹⭒

Capítulo III. El final. Muerte.

: sob paź 31, 2026 2:23 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa, przemoc


Luna.

Mógł to zrobić.
Rozpierdolić Noriedze łeb.
Wkurwił go już do tego stopnia, że pewnie w każdych innych okolicznościach, Madox już dawno skończyłby z kulką między oczami. Problem w tym, że Luna mógł go jeszcze wykorzystać. W piachu jedyny pożytek z niego byłby taki, że by tyle nie gadał i nie węszył, a przecież mogli wspólnie zrobić o wiele więcej. Zarobić takie pieniądze, jakie nie którym ludziom się nawet nie śniło. A Benito lubił pieniądze.
Lubił też, kiedy się mu przytakiwało. Dlatego kiedy tylko Noriega w końcu przyjął jego propozycję, Benito uśmiechnął się szeroko i również ścisnął jego rękę. Ile było w tym prawdy? Nikt oprócz samego Luny tego nie wiedział. Nawet jego pracownicy. Wiedzieli, że gość był pierdolnięty, że był psychopatą i potrafił nie mieć hamulców przy swoich wrogach. Ale interesy też umiał robić. Temu z nim trzymali. I Madox też zamierzał, chociaż jeszcze przecież musiał udowodnić swoją lojalność.
I tu wcale nie chodziło o lizanie butów czy usługiwanie. Chodziło po prostu o sprawdzenie, czy jego pierdolenie sprzed chwili faktycznie będzie miało zastosowanie w praktyce. Czy będzie można mu zaufać. Luna trochę siedział już w tym biznesie i doskonale wiedział, jak łatwo niektórym było się wyłamać, wbić nóż w plecy. Teraz nie mógł sobie na to pozwolić. Dlatego kazał Lugiemu przyprowadzić Pilar z Daltonem.
Niby wiedział, że stąpał po kurewsko cienkim lodzie… ale przecież bez ryzyka nie było zabawy. A Benito był książkowym psycholem. Człowiekiem, któremu podniesione tętno i oddech niebezpieczeństwa na plecach dawały większą przyjemność niż nie jeden stosunek seksualny. Kręciło go to. I na przedstawienie, które się zapowiadało, również nie mógł się już doczekać. Chociaż jeszcze podniósł spojrzenie na Madoxa, gdy wypomniał mu akcję z komendą.
— A to akurat nie był mój pomysł — wzruszył ramionami, bezczelnie na jego oczach umywając ręce. Tylko… taka była prawda. Luna wcale nie chciał, żeby Noriege złapała policja. Jaki miał w tym interes? No kurwa jaki, skoro chciał z nim rozmawiać i negocjować? — Cała ta akcja pojebała też mi plany i musieliśmy… improwizować z tym odbiciem — poprawił płaszczyk, znowu coś klikając w telefonie. — A jeszcze okazało się, że niepotrzebnie, bo twoja żona już zdążyła to rozgryźć — westchnął ciężko. Trochę był zawiedziony, że Pilar nie zrobiła tego dziesieć minut wcześniej, zanim policja przyjechała pod szpital Kane’a, ale całe szczęście Luna też miał ludzi w gotowości. Był przygotowany na każdą e w e n t u a l n o ś ć i finalnie i tak było na jego.
Coś miał jeszcze dodać, ale wtedy drzwi gdzieś w cieniu znowu trzasnęły, a potem mogli słyszeć… szuranie krzesła. Nawet Luna się nieco zdziwił i odwrócił w odpowiednim kierunku, z którego przyszło… dwóch typa, w tym Pająk. Mordy mieli jakieś jeszcze bardziej obite, szczególnie ten drugi, bo z jego nosa sączyła się krew.
— Co zaś? — westchnął Benito, kręcąc głową.
— No co kurwa? Suka mnie kopnęła — warknął wkurwiony jak zwykle i jeszcze mocniej przesunął krzesłem po podłodze, na którym siedziała Pilar. Włosy miała potargane, łuk brwiowy lekko rozwalony, a usta zaklejone… szarą taśmą.
— A taśma po co? — dopytał Luna, jakby faktycznie umawiali się na coś innego.
— Bo mnie ugryzła — wtrącił drugi kark, a Benito się zaśmiał. Widział w oczach Pilar, że była dzikuską, ale żeby gryźć? Chyba faktycznie jej nie docenił. Zwrócił uwagę, jak jej spojrzenie od razu odznalało to Madoxa. To jak źrenice się jej przeszyły, a wzrok prześlizgnął po sylwetce męża. Sprawdzała czy był cały, oczywiście. Pająk przeszukał jej krzesło jeszcze kawałek a potem postawił i stanął obok. Dłoń ułożył na broni. Już miał nową, bo jedną przecież miał Noriega za paskiem. Wszyscy to wiedzieli. Byli na to przygotowani. Tak samo jak kilka ludzi Luny, którzy nawet nie moment nie ściągnęli gnatów. Teraz jednak mierzyli w połowie na nią, a w połowie na niego.
— No co to — Luna poderwał się z miejsca i spojrzał przelotnie na Pilar, trochę przepraszająco nawet. — Miejmy formalności już za sobą — wyszczerzył się, odwracając do Madoxa i rozkładając ręce. Stał gdzieś w połowie odległości jaka dzieliła Noriege od jego żony. — Ja ci udowodniłem, że nie rozpierdole ci głowy, kiedy zacząłeś szantażować mnie moją własną córką, za która poszedłeś aż do klubu i ją naćpałeś… A uwierz mi, bardzo chciałem, żeby twój mózg rozpłakał się na tej ścianie o tam — wskazał ją nawet powolnym ruchem dłoni. — Wiec teraz czas na ciebie, żeby udowodnić swoją lojalność i że nie zdradzisz mnie przy pierwszej lepszej okazji… — bo przecież Luna nie robił interesów z kłamcami. Sam już jednym był. Madox miał bron za plecami, mógł ją wyciągnąć, mógł nawet strzelić, ale dziesięć innych osób momentalnie zabiłoby i jego i ją, a to chyba minęłoby się z celem. Nie wspominając o tym, że biłoby strasznie n u d n e.
Podszedł jeszcze bliżej, nie spuszczając spojrzenia z Noriegi, lekko się do niego nachylając.
— Uderz ją — krótkie polecenie opuściło jego usta i wypełniło magazyn. Odbiło się jebanym echem od każdej, jednej ściany. Nie żartował. Madox tego nie wiedział, ale przecież o to chodziło mu od samego początku, w każdej jednej aluzji, że będzie musiał zasłużyć sobie na zaufanie. — Chcesz rządzić tym miastem? Chcesz być pierdolonym panem swojego losu i mieć cokolwiek do powiedzenia? To pokaż, że nie jesteś pieprzoną pizdą i potrafisz postawić siebie nad wszystko. Nawet nad ukochaną — warknął na niego, lekko się unosząc. Słyszał przecież od swoich informatorów, jaka z Noriegi robiła się pizda, kiedy chodziło o nią. Jak nie potrafił zachowywać się jak prawdziwy muzyczna, postawić na swoim. Pierdolony pantoflarz, który tańczył tak, jak mu zagrała. A przecież Benito widział w nim potencjał. Widział to, co kiedyś, jeszcze za małolata widział w Carlosie, gdy pierwszy raz spotkali się w Medellin. Tylko tutaj trzeba to było dopiero wydobyć. Jak nie po dobroci, to siłą. — Albo ty to zrobisz, albo puszczam do niej Daltona. I dopiero dostaniemy przedstawienie.

:rhys:

Capítulo III. El final. Muerte.

: sob paź 31, 2026 8:51 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Madox patrzył na Lunę, jakby chciał coś wyczytać z jego twarzy, a może... po prostu wkurwiało go to siwe pasmo na jego brodzie? On też kiedyś będzie takie miał? Osiwieje? Latka leciały... A teraz uciekał im czas.
Chociaż z drugiej strony, może teraz kiedy już siedzieli na przeciwko siebie mieli go wystarczająco?
Teraz Kostucha stała gdzieś pomiędzy nimi i wciąż jeszcze kalkulowała którego zabierze. Raz bliżej Madoxa, a raz Luny... Ten po prawej przecież nie miał szans, ale... ile razy on już jej uciekł? Ile razy zaciskała kościste palce na jego ramieniu, a wyszarpnęła go jej ta cholerna babka.
Carmen Sandiego, pierdolona Santa Muerte i jej układy z Diabłem.
Madox chciał w to wierzyć, w to, że jego babka rzeczywiście zaprzedała duszę samemu Piekielnemu Ogarowi, za to... żeby on po raz kolejny się z tego wykaraskał.
Madox słuchał Luny, a kiedy ten powiedział, że Pilar zdążyła to już rozgryźć, to zmrużył powieki. Wiedziałby, gdyby jej kurwa nie zostawił, może to wszytko inaczej by się potoczyło? Może weszliby tu w obstawie psiarni?
- A czyj to był pomysł? - zapytał, trochę od niechcenia, ale kurwa... Kto jeszcze chciał go wsadzić? Jak nie Luna?
Może dowiedziałby się czegoś, bo Benito już otworzył usta, ale wtedy po podłodze szurnęło to krzesło, a oni obaj spojrzeli w tamtym kierunku. Madox się spiął, kiedy zobaczył ją przywiązaną do krzesła, poobijaną i z tą szarą taśmą, oczy momentalnie mu pociemniały, a dłoń odruchowo sięgnęła do paska, gdzie miał gnata Pająka, a kiedy tan nazwał ją suką, to Noriega ruszył się na krześle. Złapałby go za łeb i kazał mu to odszczekać, przeprosić ją. Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie w tej chwili, kiedy Luna już poderwał się z miejsca. Madox jeszcze siedział, zaciskając wytatuowane palce na broni, jeszcze go obserwował. Chociaż na chwilę złapał też spojrzenie Pilar, mrugnął do niej jednym okiem, jakby chciał jej dać do zrozumienia, że wszystko jest okej, że panuje nad sytuacją...
Nie panował. Byli na przegranej pozycji.
W pierdolonym piekle już grzali dla nich miejsce.
Madox przeniósł spojrzenie ze swojej żony, na Benito, kiedy ten znowu zaczął swoje. Obejrzał się na rzeczoną ścianę, gdzie miał rozpaćkać się jego mózg, właściwie wyglądała, jakby czyjś już tam gnił.
Uderz ją.
I znowu gapił się na Lunę, szczęka mu drgnęła, zmrużył oczy, które były już kompletnie czarne, zacisnął dłoń w pięść. Najchętniej to by się teraz odwinął i wyjebał Benito. Tylko, że przecież jego mózg rzeczywiście zmieniłby postać ze stałej na jakąś paćkę. Rozmazany na tym eleganckim płaszczu Luny. Wraz z kolejnymi słowami Benito, Madox zerwał się z miejsca, doskoczył do Luny i zacisnął palce na jego skórzanym płaszczu. Momentalnie wycelowało w niego może dziesięć  luf.
To nie tak, że jego mózg poszedłby w breję, zrobili by z niego sitko, a potem z niej... Nikt by im nie pomógł, ani pierdolona Carmen.
Musiał to zrobić. Madox nigdy nie chciał być jak Carlos, był agresywny, narwany, pierdolnięty, nie miał problemu z tym, żeby podnieść rękę na kobietę. W Kolumbii to wciąż nie było dziwne, ale... na swoją żonę?
Na jedyną kobietę, którą szczerze kochał?
Nawet miał coś powiedzieć, rzucić do Luny, że chyba go pojebało, że tego nie zrobi, że może się pierdolić, ale wtedy on powiedział to, że jeśli nie on, to Dalton to zrobi. Jebany Dalton, którego głos wybrzmiał gdzieś stłumiony.
- Długo jeszcze? Nie zdążyliśmy dokończyć z Pilar... - Madox znowu się spiął. Klatka piersiowa unosiła mu się w szybkim, chaotycznym oddechu.
Musiał to zrobić.
Nie mógł tego zrobić. Nie umiał. Nie chciał.
Ale jeśli nie on to Dalton. Jebany Nick Dalton, albo inni ludzie Luny, jeśli nie on, to oni to zrobią i wcale nie będą delikatni. Jeszcze przez chwilę Madox stał wpatrując się w ciemne, psychopatyczne oczy Benito, a potem go wyminął ściągając z bara. Pająk i jakiś inny przydupas Luny się ruszyli, ale ten uspokoił ich unosząc dłoń.
A Madox stanął na przeciwko swojej żony. Ciemne spojrzenie wbił w jej piękne, duże oczy. Najpiękniejsze na świecie i tak mu kurewsko bliskie.
Czy ona mu to kiedyś wybaczy?
Podszedł do niej bliżej, sięgnął do jej policzka, żeby zgarnąć z niego niesforny kosmyk, jego palce musnęły ciepłą skórę, a usta ułożyły się w bezgłośne.
- Lo siento - poprawił na ręce swoje pierścionki, te którymi bawiła się w kryzysowych sytuacjach, spuścił na nie spojrzenie.
Był jak Carlos, miał to we krwi, wyssał to z mlekiem matki. Niczego się od niej nie nauczył. Nie zmieni się, tacy ludzie jak on się nie zmieniają. Nie uczą się...
On się od niej nauczył, że pod tym tatuażem z dzikim lwem biło... dobre serce. Serce, które nigdy nie pozwoliłoby jej skrzywdzić... Daltonowi.
Nikomu.
Zamachnął się...
Jemu też nie. Jego dłoń wylądowała miękko na jej twarzy, dotknął jej policzka, złapał jeszcze raz jej spojrzenie, a zaraz trzymał w ręce pistolet, ten który miał za paskiem, wycelowany prosto w swój brzuch, zwrócony w kierunku Luny.
- Jeśli to, że jej nie uderzę robi ze mnie pizdę, to wolę kurwa zdychać jako pizda, niż żyć dalej jako jebany tyran, jak mój pieprzony ojciec, dawaj - zrobił krok w kierunku Luny zasłaniając Pilar sobą - rozjeb mnie, bo ja nie mam zamiaru robić interesów z facetem bez jakichkolwiek zasad, bo ja swoje mam i jej nie uderzę, nie pójdę śladami mojego starego i nie skończę w jebanym pierdlu, a jeśli ciebie kręci napierdalanie własnej kobiety, to już wolę się tu skręcać z bólu na ziemi, niż wejść z tobą w jakieś układy - już stał tak blisko Luny, że dzieliła ich tylko ta spluwa - pokaż, że nie jesteś pizdą - syknął Madox, prosto w twarz Benito. Przegiął? Może.
Oberwie? Możliwe.
Zginą tu oboje? Nie wiadomo.
Pewne jednak jest to, że jeszcze kilka miesięcy temu by to zrobił, nie ryzykował, tylko podniósł na nią rękę. Może jeszcze wtedy, kiedy byli w Meksyku? Ale na pewno nie po tym, co obiecywał jej w Rio.
Że będzie z nią do śmierci, po jej stronie. Że będzie ją bronił przed niebezpieczeństwem i nie da jej skrzywdzić. Nawet jeśli Kostucha miała przyjść po niego dzisiaj...
nawet jeśli babka Carmen nie mogła już nic z tym zrobić.
I może to byłby koniec. Umrzeć z miłości. Za miłość. Pożegnanie jak z jakiegoś ckliwego romansu, ale... Nick Dalton nie zawiódł, wyrwał się ochroniarzom Luny i wpadł do magazynu. A Madox nie myślał nawet sekundy, wyrwał się do przodu i doskoczył do Nicka, między niego, a Pilar.
Jeśli mają go zapierdolić, to przynajmniej zabierze ze sobą Daltona, bo powinien to już zrobić dawno temu. Zajebać go.
Śmierć stała nad nimi, z wycelowaną spluwą, w skórzanym eleganckim płaszczu. D u c h.
A wytatuowane palce Madoxa zacisnęły się na szyi Nicka Daltona.

Lo siento.

Capítulo III. El final. Muerte.

: sob paź 31, 2026 11:21 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa, agresja
Nie pamiętała momentu, w którym się przebudziła.
Jej mózg przez kilka pierwszych minut był kompletnie przymroczony. Coś jej się śniło. Trwała w jakimś dziwnym stanie pomiędzy jawą a snem, w którym jej głowa desperacko chciała mieć przy sobie Madoxa, że nawet wyobrażała sobie, jak jest obok. Jak ją dotyka. Jak mówi jej, że bardzo ją kochał. Że wszystko by dla niej zrobił. Szkoda tylko, że dopiero po chwili zorientowała się, że to wcale nie był jej mąż, tylko pierdolony Dalton.
A potem już wszystko potoczyło się ekspresowo. Bo z momentem, w którym adrenalina skoczyła jej do góry, pobudzając całe ciało, w pierwszej kolejności doskoczyła do Nicka. Kopnęła go z całej siły w kroczę, ten się zatoczył, ona chciała wyjsć z pomieszczenia, ale nim sama sięgnęła po klamkę, do środka wpadł Pająk z jakimś gachem. Oboje się na nią rzucili i chociaż zdążyła jednemu przywalić w twarz, a drugiemu prawie odgryźć palec, finalnie skończyła na krześle, poobijana i skopana, z sercem walącym nerwów w piersi. Z chłodem na skórze. I tęsknotą gdzieś głęboko w duszy za Madoxem.
Nie wiedziała, gdzie był.
Nie wiedziała, co robił.
Miała tylko nadzieje, że chociaż jemu szło lepiej od niej.
Bo ona wyłożyła się na całej linii.
Jakże wielkie było jej zaskoczenie, kiedy wyjeżdżając na wielką, ledwo oświetloną przez wschodzące słońce hale zobaczyła swojego męża w towarzystwie Luny. Oczy momentalnie się jej otworzyły, a źrenice rozszerzyły do tego stopnia, że praktycznie nie było widać koloru jej tęczówek. Wyglądał źle. Wyglądał, jakby ktoś przejechał po nim walcem. Wyglądał, jakby próbował kurwa trzymać w całości coś, co od środku już się całe rozjebało.
To był pierwszy moment, kiedy złamało jej się serce.
Samo oglądanie go takiego było wystarczającą torturą. I nawet to pojedyncze oczko, które puścił w jej kierunku gówno dała. Przecież znała go dobrze, pewnie jak nikt inny na tym jebanym świecie. Nie było okej. Miała ochotę kurwa krzyczeć. Powiedzieć mu wszystko, zanim cokolwiek się stanie. To że Pati go zdradziła, że ona stała za tym wszystkim razem z Benito, że Dalton był kurwa na górze, ze to on się za niego przebrał… Nic z tego przecież nie wiedział. A jeśli mieli zamiar ją zabić na jego oczach, to chociaż powinien wiedzieć, komu nie ufać. Ale nie mogła krzyczeć. Przed tym wstrzymywała ją taśma. Zaczęła się więc wyrywać. Mocno. To też gówno dało. Węzły były zbyt solidne.
Tylko zaraz okazało się, że Luna nie chciał jej odstrzelić na jego oczach.
Nie tak chciał pogrywać.
On chciał złamać ich od środka. Wyplewić uczucie, które do siebie mieli i sprawić, żeby go znienawidziła. Odebrać mu jedyne, co dobre w życiu. Kogoś, kto bezgranicznie wskoczyłby za niego w ogień, bez najmniejszego zawahania. Sprawić, żeby zobaczyła w nim potwora, zdystansowała się od niego. Chciał tego, bo nie wiedział, jak mocno ona go kochała. NIe miał kurwa pojęcia. Bo prawda była taka, że Madox mógłby zbić ją na kwaśne jabłko, skopać ją, aż nie będzie mogła chodzić ani oddychać… a ona i tak nie miałaby mu tego za złe. Nie przestałaby nagle do niego czuć. Nie kiedy robił to wbrew sobie. Nie kiedy zaraz po słowach Luny, jego oczy zaszły kompletnym mrokiem.
Wyrwała się znowu do przodu. Szarpnęła pierdolonym krzesłem tak mocno, że Pająk musiał ją przytrzymać, żeby nie poleciała do przodu. Luna mógł dziękować wrzechświatowi, że miała na sobie taśmę, bo miałaby w temacie jeszcze więcej do powiedzenia niż Madox, co o nim myślała. Ale nie miała. Musieli tańczyć tak, jak im grali. A teraz dzwony grały w stronę agresji.
On albo Dalton.
Kurwa, przecież wyborów był tak dziecinnie prosty…
Spojrzała na niego ciemnymi, wilgotnymi już oczami, kiedy podszedł bliżej. Mimowolnie wtuliła się w jego szorstką, zakrwawioną dłoń, gdy tylko przyłożył ją do jej skóry, a serce tak bardzo poderwało się do przodu, że ciężko było jej złapać powietrze. W sekundę pożałowała, że pozwoliła mu wyjść z tego warzywniaka, że nie zatrzymałą go siłą. Bo dopiero kiedy ją dotknął czuła, jak wielką siłę mogliby mieć razem. Pokonać każdą przeciwność po kolei, jedna po drugiej, a nie pozwolić im się zwalić na głowę i teraz ponosić tego konsekwencje.
Spróbowała powiedzieć jego imię. Wyszedł z tego jedynie mruk i bełkot, chociaż po samych dźwiękach jakie wydobyły się z jej gardła, może się poznał. A potem nie ściągając z niego spojrzenia, skinęła głową. Zachęcała go. Dała mu pierdolone przyzwolenie na tą jednorazową przemoc. Przemoc, która przecież nie wychodziła z niego, a z tego skurwiałego dziada w płaszczu tuż obok. Krew w jej żyłach przelewała się w zastraszającym tempie. Czuła też jak czerwona maź z rozwalonego łuku brwiowego, przesuwa się jej przy kąciku oka i płynie po policzku. Nie przejmowała się tym. Patrzyła tylko na niego.
A kiedy ją przeprosił i się zamachnął… wstrzymałą powietrze, chociaż nie zacisnęła oczu. Nawet na moment nie pokazała mu, że się bała. Zrobiła dosłownie wszystko co mogła, żeby jeszcze w tak patowej sytuacji zapewnić mu komfort, żeby nie widział jej przerażonej, żeby nie myślał, że się go kiedykolwiek bała jak jego matka Carlosa. Nie potrafiła na to pozwolić. Trzymała je otwarte i… czekała na coś, co finalnie nigdy nie nastąpiło. Bo Madox się postawił. Wyrwał do Luny, jak pierdolony bohater i znowu próbował przekręcić wszystko na swoje.
Słyszała w tle kolejne przeładowane gnaty.
Czuła pierodoloną kostuchę na plecach. Była tu z nimi. W tym pomieszczeniu. I Pilar w przeciwieństwie do niego nie miała zamiaru pozwolić mu umrzeć. Znowu krzyknęła przez cholerną taśmę, próbując zwrócić na siebie uwagę. Zmusić go do tego, żeby zaczął współpracować z Luną. Żeby przestał się stawiać, kiedy z góry był na straconej pozycji. Madox myślał, że był niezniszczalny, ale przecież tak nie działało życie. Luna miał tu zbyt dużą obstawę. Ale był też Nick Dalton.
Dalton, który pojawił się z cienia. Wyskoczył jak pieprzony filip z konopii i paradoksalnie uratował sytuacje? A przynajmniej na razie, powodując, że Noriega przestał grozić Lunie. Że odskoczył w tył i tym razem sięgnął po byłego policjanta. I tym razem to jego chciał zapierdolić. Jemu był gotowy skoczyć do gardła.
Szkoda tylko, że Madox nie był u siebie.
A babka Carmen chociaż błagała diabła wiele razy, nie była w stanie uchronić go od wszystkiego. Bo każda decyzja miała swoje konsekwencje. Szczególnie w tym skurwiałym świecie bez litości. Dlatego kiedy Noriega szarpał się z Daltonem, Benito poprawił płaszcz, westchnął ciężko, poirytowany tą niesubordynacją i finalnie… sam wydał strzał.
Huk odbił się od ścian i sprawił, że na milisekundę wszystko zamarło. Tylko na tyle, bo zaraz potem całe pomieszczenie wypełnił głośny krzyk Pilar. Jakby ktoś obdzierał ją ze skóry. Na żywca. Bo tak właśnie się czuła, gdy jej ramie zapiekło żywym ogniem. Nie wiedziała, gdzie dokładnie trafił ani jak źle było, ale ból jaki zalał jej ciało był kurwa bez litości. NIe umiała nawet powstrzymać wycia.
— Pokaż, że nie jesteś pizdą — tym razem to Luna go przedrzeźnił. Pierwsze na jego twarzy widniał szyderczy uśmiech, a po chwili stała się ona iście kamienna, kiedy przesunął lufę nieco wyżej. — I co? Lepiej ci kurwa teraz? Takto miałaby tylko siniaka na twarzy, a teraz będzie do szycia i może się wykrwawić przez to, że zachciało ci się zgrywać bohatera — czy on naprawdę zwalał wszystko na Noriegę? To że jego żona zarobiła kulkę w rękę? No chyba tak. Chyba to właśnie sugerował. — A jak zaraz się nie ogarniesz i będziesz dalej odpierdalać, to dostanie jeszcze jedną. Tym razem prosto między oczy — i tyle było z miłego, wyrozumiałego ganguska Benito, który chciał się polubownie dogadać. Dopiero teraz zaczynała wychodzić jego prawdziwa twarz. Człowieka, który naprawdę był na górze łańcucha pokarmowego. Mafiozo. Nie jakiegoś pierdolonego Nicka Daltona, na którego wystarczyło zawarczeć i postraszyć pięścią. Luna był groźny. I może w końcu to do nich dotrze.
Tak jak dotarło do poczciwego Nicka, że…
— Postrzeliłeś moją Pilar?


W tym samym czasie, Eliot postawił już na nogi pół miasta.
W kilka patroli przeszukali najbliższe przecznice od miejsca, gdzie po raz ostatni logował się telefon Pilar, gdy do niego dzwoniła i nagrywała się na pocztę. Nie mieli nic. Jebane nic. Oprócz domu Pati. To było jedyne, logiczne połączenie. Dlatego pojawił się u niej po raz trzeci ten nocy.
— …i jesteś pewna, że się tobą nie kontaktowała? — dopytał, przechodząc przez przedpokój. Normalnie juz dawno by sobie odpuścił, ale czasami… człowiek miał tak zwane przeczucie. Coś mu nie pasowało w tym wszystkim. Trochę już znał Pilar i naprawdę nie chciało mu się wierzyć, że tak bez powodu biegała sobie po jednej z dzielnic Toronto dla sportu. Gdzieś szła. W jakieś konkretne miejsce. Może szukać pomocy. A dookoła nie było nawet nikogo, kogo by znała. Oprócz Fernendez.
— Mówiłam ci już, że nie — Pati przewróciła oczami i po raz kolejny poprawiła szlafork. — Długo masz tu zamiar jeszcze siedzieć? Musze być za cztery godziny w robocie, bo mamy dostawę i…
— Kurwa, Fenrandez, nie rusza cię, że twój szef może być w niebezpieczeństwie? — warknął, już nie potrafiąc trzymać języka za zębami. Przeszedł się jak wściekły pies wzdłuż kuchennego blatu, a kiedy chciał w niego uderzyć, jego wzrok zatrzymał się przy jednym z hakerów. A dokładniej na telefonie, który leżał pod metalową nóżką.

:aaa: