it's hard to forget your past when it's written all over your body
: wt paź 27, 2026 10:26 am
Sprzeciw wobec Vincenta Monroe był b ó l e m.
Najpierw odbierał jej przestrzeń każdym krokiem, który stawiał w jej stronę; własnym ciałem, kiedy zamknął ją przy framudze i przestało mieć znaczenie, że drzwi pozostawały otwarte. Pamiętała jego palce przy szczęce, nacisk na kości i własną niemożność odsunięcia się o choćby milimetr. Pamiętała ruch ręki, przy którym jeszcze wcześniej potrafiłaby pozostać spokojna.
Później pamiętała też huk łomu tuż przy uchu.
Nie zdążyła nawet ustalić, gdzie zamierzał uderzyć, zanim zacisnęła oczy; zanim całe jej ciało przygotowało się na coś, co ostatecznie przyjęło drewno. Zamach pozostał w niej; ta krótka chwila, w której nie wiedziała, co stanie się za moment, a wszystkie wcześniejsze dowody jego łagodności przestały nadawać się do czegokolwiek.
A potem jej sprzeciw był jego dłonią na nadgarstku.
Ręką wyginaną tak mocno, aż palce przestały utrzymywać telefon. Narastającym bólem, którego końca nie potrafiła przewidzieć; szarpnięciem, przez które znalazła się przy metalowym słupie, i plastikiem zaciśniętym wokół nadgarstków.
A przecież próbowała przecież tylko zadzwonić po pomoc; nie chciała zostawić go samego z ranami, których nie powinien był lekceważyć; z własnym uporem, który również wtedy kazał mu pozbyć się jej za wszelką cenę.
Nie posłuchała. Sprzeciwiła się.
I została przy słupie.
Sprzeciw nigdy nie zniknął jednak całkowicie. Odzywał się przy kolejnych oskarżeniach; przy słowach, którym chciała zaprzeczyć, przy granicach, których przecież nie postawiła wyłącznie ona. Podnosił się na chwilę, niemal gotowy przebić przez jej milczenie, ale później spotykał strach. Ten konkretny, który Monroe zostawił w niej własnymi rękami. Uginał się pod nim, dławił, zanim zdążył ułożyć się w coś dostatecznie wyraźnego.
Sprzeciw odzywał się nawet teraz, bo przecież nie chciała odchodzić – chciała jego.
Sprzeciw wobec Vincenta Monroe był bólem.
Przez chwilę patrzyła na przestrzeń przy jego ramieniu; na tę część pomieszczenia, do której jeszcze przed momentem próbowała dotrzeć. Oddech zatrzymał się wysoko, niezdolny przejść swobodnie przez gardło. Nie zrobił jej niczego. Jeszcze przed chwilą niósł ją przecież ostrożnie, przygotował wodę, zajmował się wszystkim, z czym sama nie potrafiła sobie poradzić.
Ale nie umiała już odgadnąć, co zrobi za moment.
Kolana zadrżały mocniej i przesunęła ciężar odrobinę do tyłu, bliżej pozostawionej za sobą pufy. Nie próbowała go wyminąć. Pamiętała również, jak skończyła się poprzednia próba przejścia obok niego pomimo tego, co powiedział.
Nie rozumiała.
Miała odejść. Powiedział to przecież wyraźnie, więcej niż raz; dostatecznie jasno, żeby nie mogła zasłonić się własnym otępieniem i udawać, że pomyliła znaczenie. Teraz stał na jej drodze, poirytowany tym, że próbowała spełnić jego żądanie, choć jeszcze chwilę wcześniej nie potrafiła znaleźć w sobie prawa, żeby mu odmówić.
— Powiedziałeś, że tego potrzebujesz — odezwała się cicho. Przy ostatnich sylabach podniosła wzrok, choć zatrzymał się tylko przy jego ustach. Nie chciała znów powiedzieć czegoś niewłaściwego; czegoś, co zabrzmi jak próba odebrania mu prawa do własnej decyzji. Chciała tylko wiedzieć, której powinna posłuchać.
Jej normalność przestała istnieć bez jego obecności.
Próbowała przez pięć tygodni odnaleźć ją w rzeczach, które przecież pozostawały takie same. W pracy, w mieszkaniu, w zwyczajnych obowiązkach, których nie przestała wykonywać tylko dlatego, że Vincent Monroe nie chciał jej więcej widzieć. Robiła wszystko, co powinna. Żyła tak, jak wcześniej, zanim po raz pierwszy weszła w jego przestrzeń.
Żyła. Cóż za żałosna, ogromna p r z e s a d a.
— Nie wiem już, co mam zrobić, żeby cię nie skrzywdzić — wyznała, wciąż uparcie ignorując własną potrzebę zwolnienia mięśni z trudu utrzymywania jej ciała w pionie. — Nie chcę tego znowu zrobić, Vincent. — Smak jego imienia, które w końcu ześlizgnęło się po jej języku, wcześniej trzymane w niewoli przez kurtuazję poczuła w każdym zakończeniu nerwowym. — Nie chcę tak po prostu odchodzić, bo mi każesz. — To nie było istotne. — Ale tego samego nie chciałam wtedy, gdy zabiłeś Scalviniego. Nie chciałam cię zostawiać, chociaż wyraźnie mi kazałeś odejść. Chociaż wyraźnie powiedziałeś, że nie chcesz mnie widzieć. — I to było zrozumiałe. Powinna wtedy go posłuchać, bo to była jego granica. Całkiem sensowna; absolutnie zrozumiała. Ale wtedy sprzeciw odezwał się najgłośniej. — Nie posłuchałam cię. A wtedy ty- — zawiesiła głos. Jej własne sumienie odebrało jej prawo do wypowiedzenia na głos krzywdy, którą on również zrobił jej. Nie zgadzało się na to dlatego, że to ona skrzywdziła jego. I jej należało się. Zasłużyła na to i na coś znacznie gorszego. — Więc co mam zrobić? Co mam zrobić, aby przestać cię krzywdzić? Nie chcę tego. Nigdy nie chciałam.
all answers are wrong with you
Najpierw odbierał jej przestrzeń każdym krokiem, który stawiał w jej stronę; własnym ciałem, kiedy zamknął ją przy framudze i przestało mieć znaczenie, że drzwi pozostawały otwarte. Pamiętała jego palce przy szczęce, nacisk na kości i własną niemożność odsunięcia się o choćby milimetr. Pamiętała ruch ręki, przy którym jeszcze wcześniej potrafiłaby pozostać spokojna.
Później pamiętała też huk łomu tuż przy uchu.
Nie zdążyła nawet ustalić, gdzie zamierzał uderzyć, zanim zacisnęła oczy; zanim całe jej ciało przygotowało się na coś, co ostatecznie przyjęło drewno. Zamach pozostał w niej; ta krótka chwila, w której nie wiedziała, co stanie się za moment, a wszystkie wcześniejsze dowody jego łagodności przestały nadawać się do czegokolwiek.
A potem jej sprzeciw był jego dłonią na nadgarstku.
Ręką wyginaną tak mocno, aż palce przestały utrzymywać telefon. Narastającym bólem, którego końca nie potrafiła przewidzieć; szarpnięciem, przez które znalazła się przy metalowym słupie, i plastikiem zaciśniętym wokół nadgarstków.
A przecież próbowała przecież tylko zadzwonić po pomoc; nie chciała zostawić go samego z ranami, których nie powinien był lekceważyć; z własnym uporem, który również wtedy kazał mu pozbyć się jej za wszelką cenę.
Nie posłuchała. Sprzeciwiła się.
I została przy słupie.
Sprzeciw nigdy nie zniknął jednak całkowicie. Odzywał się przy kolejnych oskarżeniach; przy słowach, którym chciała zaprzeczyć, przy granicach, których przecież nie postawiła wyłącznie ona. Podnosił się na chwilę, niemal gotowy przebić przez jej milczenie, ale później spotykał strach. Ten konkretny, który Monroe zostawił w niej własnymi rękami. Uginał się pod nim, dławił, zanim zdążył ułożyć się w coś dostatecznie wyraźnego.
Sprzeciw odzywał się nawet teraz, bo przecież nie chciała odchodzić – chciała jego.
Sprzeciw wobec Vincenta Monroe był bólem.
Przez chwilę patrzyła na przestrzeń przy jego ramieniu; na tę część pomieszczenia, do której jeszcze przed momentem próbowała dotrzeć. Oddech zatrzymał się wysoko, niezdolny przejść swobodnie przez gardło. Nie zrobił jej niczego. Jeszcze przed chwilą niósł ją przecież ostrożnie, przygotował wodę, zajmował się wszystkim, z czym sama nie potrafiła sobie poradzić.
Ale nie umiała już odgadnąć, co zrobi za moment.
Kolana zadrżały mocniej i przesunęła ciężar odrobinę do tyłu, bliżej pozostawionej za sobą pufy. Nie próbowała go wyminąć. Pamiętała również, jak skończyła się poprzednia próba przejścia obok niego pomimo tego, co powiedział.
Nie rozumiała.
Miała odejść. Powiedział to przecież wyraźnie, więcej niż raz; dostatecznie jasno, żeby nie mogła zasłonić się własnym otępieniem i udawać, że pomyliła znaczenie. Teraz stał na jej drodze, poirytowany tym, że próbowała spełnić jego żądanie, choć jeszcze chwilę wcześniej nie potrafiła znaleźć w sobie prawa, żeby mu odmówić.
— Powiedziałeś, że tego potrzebujesz — odezwała się cicho. Przy ostatnich sylabach podniosła wzrok, choć zatrzymał się tylko przy jego ustach. Nie chciała znów powiedzieć czegoś niewłaściwego; czegoś, co zabrzmi jak próba odebrania mu prawa do własnej decyzji. Chciała tylko wiedzieć, której powinna posłuchać.
Jej normalność przestała istnieć bez jego obecności.
Próbowała przez pięć tygodni odnaleźć ją w rzeczach, które przecież pozostawały takie same. W pracy, w mieszkaniu, w zwyczajnych obowiązkach, których nie przestała wykonywać tylko dlatego, że Vincent Monroe nie chciał jej więcej widzieć. Robiła wszystko, co powinna. Żyła tak, jak wcześniej, zanim po raz pierwszy weszła w jego przestrzeń.
Żyła. Cóż za żałosna, ogromna p r z e s a d a.
— Nie wiem już, co mam zrobić, żeby cię nie skrzywdzić — wyznała, wciąż uparcie ignorując własną potrzebę zwolnienia mięśni z trudu utrzymywania jej ciała w pionie. — Nie chcę tego znowu zrobić, Vincent. — Smak jego imienia, które w końcu ześlizgnęło się po jej języku, wcześniej trzymane w niewoli przez kurtuazję poczuła w każdym zakończeniu nerwowym. — Nie chcę tak po prostu odchodzić, bo mi każesz. — To nie było istotne. — Ale tego samego nie chciałam wtedy, gdy zabiłeś Scalviniego. Nie chciałam cię zostawiać, chociaż wyraźnie mi kazałeś odejść. Chociaż wyraźnie powiedziałeś, że nie chcesz mnie widzieć. — I to było zrozumiałe. Powinna wtedy go posłuchać, bo to była jego granica. Całkiem sensowna; absolutnie zrozumiała. Ale wtedy sprzeciw odezwał się najgłośniej. — Nie posłuchałam cię. A wtedy ty- — zawiesiła głos. Jej własne sumienie odebrało jej prawo do wypowiedzenia na głos krzywdy, którą on również zrobił jej. Nie zgadzało się na to dlatego, że to ona skrzywdziła jego. I jej należało się. Zasłużyła na to i na coś znacznie gorszego. — Więc co mam zrobić? Co mam zrobić, aby przestać cię krzywdzić? Nie chcę tego. Nigdy nie chciałam.
all answers are wrong with you