me mirarás
Proste polecenie, którego jej ciało nie chciało usłuchać. Ciało zaciśnięte na poduszce, na jednej, jedynej osłonie, która mogła ukryć przed nim jej rozpad. Ciało zamknięte w klatce pożądania, mięśnie w napięciu pochłaniającej ją fali, biodra napierające na jego własne.
Ciało, które znów należało do niego.
Zabrał jej wszystko, czym wcześniej tak skrupulatnie obudowywała swoją duszę. Zabrał oddech z jej ust, uwięził go w płucach, w których na parę nieznośnych sekund ugrzązł bezpowrotnie. Zabrał bladość jej skóry, zastępując ją rozpalającym ją rumieńcem. Zabrał kontrolę, której zwykle łaknęła, zastępując ją dzikim instynktem, głodem, łaknącym każdego ruchu, który w niej wykonywał.
Zabrał jej nawet pieprzoną poduszkę.
I gdy walczyła o każdy oddech, gdy jej palce zacisnęły się na pościeli wszędzie wokół, spodziewała się dostrzec ten sam wyraz zadowolenia na jego twarzy, który widywała na niej zwykle. Nie spodziewała się jego pociemniałego z pożądania spojrzenia, tego skupienia, z którym chłonął jej widok pod sobą, napięcia, które zagościło w jego szczęce.
Spodziewała się tryumfu.
Ale wcale nie czuła się jak przegrana.
Wręcz przeciwnie, jej uchylone powieki rozszerzyły się, chłonąc go w półmroku, chłonąc coś więcej czyhającego w jego oczach niż zwykłą potrzebę bycia
na górze, dosłownie lub w przenośni. Coś, przez co te wredne owady w jej trzewiach znów zatrzepotały, uświadamiając sobie, że patrzył na nią
inaczej.
Patrzył, jakby podobało mu się to, co widział.
Świadomość przychodziła do niej powoli, otępiale. Zmysły wyparte przez pożądanie i jej niepowstrzymany głód wracały jeden po drugim. Znikało pulsowanie w skroni, napięcie, od którego jej mięśnie drżały i drętwiały, zaciśnięte w niemożliwie mocnym uścisku. Wracała cisza panująca wokół nich, którą wcześniej wypierał szum jej własnej krwi rozbijającej się w żyłach i intensywność, z jaką waliło jej serce.
Wracała trzeźwość myślenia - czy też jej namiastka.
Odległe wrażenie popełnionego przez siebie, kardynalnego błędu, zbyt wątłe, zbyt ciche by stało się jej siłą napędową. Miejsca, w której jej rozluźniające się ciało było wystawione na świat zewnętrzny, już muskało zimno panujące wokół przypominając o tym, jak nieprzyjemna była rzeczywistość dookoła.
Powinna do niej wrócić. Powinna się odsunąć.
Jej nogi jednak uniosły się, ciaśniej go oplatając, trzymając przy sobie na wypadek, gdyby sam wpadł na ten pomysł. Słowa, które teraz tak klarownie wybrzmiały gdy nie wypełniał ich głośny, urywany oddech i tętent jej serca, powinny wzmacniać walczące o jej uwagę otrzeźwienie, lecz jej podobało się ich brzmienie.
Sprawiało, że coś miękkiego w głębi jej klatki piersiowej układało się w ramionach człowieka, do którego należeć, w żaden sposób,
nie mogła.
Nie mogła.
Jej dłoń jednak, zamiast odepchnąć go od siebie, przesunęła się po wilgotnej skórze jego karku, wsuwając palce pomiędzy krótkie włosy. Zacisnęła je delikatnie, przyciągając go bliżej, w nagłej potrzebie zminimalizowania dzielącej ich odległości. Jej usta, zamiast wypowiedzieć jakże potrzebne w tej chwili zaprzeczenie, musnęły kącik jego własnych, przeniosły się na dolną wargę, skubnęły nią, nim, zachęcone tym drobnym gestem, wpiły w nie w zachłannym pocałunku.
-
Corderita - szepnęła w jego wargi, zmuszając się do odsunięcia wystarczająco, by zaczerpnąć oddechu. -
Qué apodo tan estúpido.
Jej palce zsunęły się z jego karku i powędrowały wzdłuż linii szczęki, muskając szorstki zarost. Zatrzymały na znajomej bliźnie przecinającej jego policzek. Przesunęła po niej kciukiem, powoli, bezmyślnie. Drobna niedoskonałość, którą utożsamiała już z jego twarzą, którą znała od samego początku - widziała też setki razy, czasem wykrzywioną w jego aroganckim uśmiechu, czasem zastygłą na twarzy pozbawionej jakichkolwiek emocji.
Nigdy wcześniej jej jednak nie dotknęła.
-
¿Y cómo se supone que debo llamarte? - mruknęła zaczepnie, jej wzrok bezmyślnie wodził po niemal niedostrzegalnej nierówności skóry błyszczącej w półmroku. -
Lobito? - kontynuowała, unosząc wzrok ku jego oczom. Kącik jej ust drgnął w przebiegłym wyrazie. -
Perrito?
Eso es un problema para mañana.