zasady i odbiór odznak
: wt wrz 22, 2026 12:23 pm
Bez żadnej prośby o pomoc, bo nie potrafiła tego. Mężczyzna, a raczej jego loża, były tylko przystankiem, który chciała wykorzystać do uwolnienia się od niechcianego towarzystwa. Wcale nie czuła się tutaj lepiej, bo nie znała go, nie wiedziała kim jest i nie miała żadnego powodu zakładać, że wybór między jednym mężczyzną a drugim nagle okaże się dla niej szczęśliwy.
Stojąc pośrodku garderoby, prywatnego pokoju, w którym miała przygotować się do występu, czuła się bardzo, ale to bardzo nie na miejscu. Przez moment mogłoby się wydawać, że jej praca, a konkretniej to jedno zlecenie, uczyniło ją jakąś gwiazdą większego formatu, kimś, komu należał się osobny pokój; jakaś prywatność przed wyjściem na scenę.
Przy tym występie odczuwała o wiele większą tremę niż przy poprzednim. Poprzedni miał być tylko jednorazowym pojawieniem się totalnego noname’a, który wyjdzie na scenę, zaśpiewa kilka utworów, odbierze pieniądze i zniknie na zawsze.
Obcy mężczyzna szarpnął ją ponownie, ona ręką próbowała odepchnąć obce przedramię i nawet nie krzyczała, choć przecież powinna. Jej struny głosowe nauczyły się już doświadczeniem, że krzyk mógł zdenerwować, a ona przecież nie chciała pogorszyć sytuacji. Chciała zrobić wszystko możliwie dobrze, żeby stało się jej możliwie mało krzywdy.
Ktoś szedł w jej stronę i przez pierwszą chwilę widziała tylko kolejnego dużego mężczyznę. Dopiero później rozpoznała twarz oraz sylwetkę Vincenta.
Broń błysnęła w powietrzu w jednej, krótkiej chwili – wtedy, gdy lufa skierowała się do trzymającego Violet napastnika. Huk wystrzału rozdarł powietrze w następnym uderzeniu serca, pocisk zagnieździł się w czaszce mężczyzny, nim ten zdołał zareagować i zasłonić się jej ciałem.
Wcześniej widziała, jak Vincent poniżał ludzi, zaciskał palce na cudzym nadgarstku, bił i nawet wbijał nóż w ciało drugiego człowieka. Teraz nauczyła się czegoś, czego być może od początku się domyślała. Vincent był człowiekiem, który potrafił odebrać życie w jednym uderzeniu serca, bez wahania i bez zbyt długiej potrzeby analizowania tej decyzji.
Schyliła się dopiero po chwili, jak na autopilocie, i z zawahaniem sięgnęła po broń leżącą obok pozbawionych życia oczu mężczyzny. Pistolet był cięższy, niż się spodziewała, a jego ciężar nie kończył się na samej oczywistej wadze przedmiotu.
Pierwszy pocisk chybił. Drugi wszedł w bok szyi mężczyzny, choć celowała niżej, gdzieś w ramię albo bark, w cokolwiek, co miało jedynie odciągnąć go od Vincenta, a nie odebrać mu życie.
Na kolejny huk wystrzału, świst pocisku tuż obok jej głowy ani rozbryzg ciepłej, lepkiej posoki, która pokryła niemal całą jej twarz, nie była przygotowana. Oplatające ją ramię nagle straciło siłę, jego chwyt zelżał, a sekundę później ciężkie ciało mężczyzny runęło na asfalt z głuchym łoskotem.
Drugi pocisk wszedł w bok szyi drugiego mężczyzny. Napastnik znieruchomiał na krótką, nienaturalną chwilę, po czym ciężar jego ciała przeważył go do przodu i osunął się bezwładnie prosto na Monroe, charcząc przy tym przeraźliwie.
— Mój samochód odmówił współpracy — wyjaśniła zaraz, wskazując lekko głową pojazd obok. — Pomoc drogowa podobno jedzie, ale równie dobrze może się pojawić jutro rano.
Grzmot przeciął powietrze, znacznie głośniejszy niż ten poprzedni, a ciało Violet znowu zareagowało szybciej niż ona sama. Jej oddech zatrzymał się w połowie zdania, myśli wyparowały i przez moment istniał w jej świecie tylko strach.
— Więc pomyślałam, że może jednak nie mam ochoty spędzić tutaj bóg wie ile jeszcze czasu — dokończyła zdecydowanie ciszej, niż planowała.
Podszedł do jej wysłużonego Forda i, w kontraście do swojej czarnej, eleganckiej koszuli nieprzystosowanej do wykonywania jakichkolwiek prac skoncentrowanych wokół silnika, przystąpił do tego, co zapowiedział.
Zamiast wsiąść do samochodu, stanęła obok mężczyzny, ciaśniej oplatając się ramionami, jakby to miało wystarczyć, by uspokoić ciało drżące coraz mniej subtelnie. Materiał ubrania szybko nasiąkał deszczem, zimny wiatr wdzierał się pod niego przy kolejnych porywach.
Silny podmuch wiatru zaciął deszcz, dosłownie smagając nim jej skórę. Drzewa zaskrzypiały przeraźliwie, uginając się pod siłą żywiołu. Niebo powoli zaczynało przypominać pokaz świateł, kiedy nawałnica postanowiła przesuwać się niemal złośliwie wprost ponad ich przestrzeń.
Jej ubrania były już ciężkie od deszczu, włosy przyklejały się do twarzy i szyi, a samo stanie na poboczu w samym środku burzy również nie należało do najbezpieczniejszych pomysłów.
Obróciła nóż rękojeścią w jego stronę i pozwoliła mu go odebrać. Następnie postawiła przed nim pierwszego przeciwnika w postaci obranej cebuli.
— Pokrój ją drobno, to akurat powinno odpowiednio zweryfikować twoją odwagę — poleciła, po czym cofnęła się o krok, zwalniając mu miejsce przy blacie. Sama wyciągnęła patelnię, rozprowadziła po niej niewielką ilość oleju i włączyła palnik.
Kiedy podał jej pokrojoną cebulę, ułożyła odpowiednio jego palce, a później nakryła jego drugą dłoń własną i poprowadziła nóż przez kilka krótszych cięć. Dopiero gdy kolejne fragmenty cebuli zaczęły wyglądać tak, jak powinny, wypuściła jego rękę z wyraźnym oczekiwaniem, że samodzielnie dokończy poprawki.
Ź l e było nagłym krzykiem, pięściami wycelowanymi w jego stronę, hukiem rozbijanego z butelki szkła. Były wyjmowanym z pazuchy nożem i tym dzikim, prymitywnym szałem błyszczącym w oczach mknącego na niego napastnika, przewracanymi krzesłami i czerwonymi plamami krwi broczącej podłogę.
Ale ź l e było też obserwacją. Dwójką towarzyszy obrażonego mężczyzny, którzy z początku wiedzeni lojalnością rzucili się do ataku. Ich zawahaniem, gdy dostrzegli wyjmowane ostrze i mordercze zamiary w jego oczach.
Z satysfakcją odnotował furię odciągającego swojego towarzysza Neila — wtedy, gdy ostrze otarło się o jego bok niespodziewanie, zmuszając do sięgnięcia po zimną, pewną rękojeść broni.
Jej spojrzenie ponownie przesunęło się po obrażeniach. Rozcięty łuk brwiowy wyglądał gorzej, niż prawdopodobnie był w rzeczywistości, ale rana przy boku nie przestawała sączyć się przez materiał. Dłonie miał poharatane, a skóra na kostkach zaczynała już ciemnieć.
Znacznie bardziej martwiło ją to, czy ostrze nie weszło dostatecznie głęboko, żeby wymagało czegoś więcej niż oczyszczenia i p l a s t r a.
— Manager powiedział, że masz spotkanie. Poczekałam, a potem tamci wyszli — wyjaśniła, wskazując głową korytarz. — Nie minął nawet tydzień, Monroe — przypomniała mu, spoglądając na rozcięcie koszuli. — Gdzie trzymasz apteczkę?
Zsunął się nieco z oparcia kanapy, gdy doskwierający mu ból głowy podjął decyzję za niego. Ułożył się na miękkim materiale siedzenia, przypadkiem przerywając to, co wcześniej przecież już skończyła. Jego głowa spoczęła gdzieś nieopodal siedzących w rogu mebla ud, nogi zaś wystawały ponad jego krawędź, co w żaden sposób mu nie przeszkadzało.
Przetarł dłonią twarz, w próżnej próbie odegnania migreny bądź odzyskania utraconej trzeźwości. Gdy zamrugał, dostrzegł ją nad sobą, gdzieś wysoko — ciemne kosmyki z tej perspektywy przysłaniały mu większość jej widoku.
komentarz od:Giovanni Salvatore, wt wrz 22, 2026 1:26 pm