tequila con muerte
: czw lut 26, 2026 4:59 pm
- Jak to Pilar? - warknął Pablo, czy wszystkie Pilar miały w sobie coś takiego, że takie łobuzy traciły dla nich głowę?
Madox nawet nie zdążył się nad tym zastanowić, ale sądząc po tonie Gonzalesa, po tym jego spojrzeniu, w którym Noriega teraz dostrzegł prawdziwy ogień, to trafił w jakiś czuły punkt. I Pablo o niczym nie wiedział. O tym, że zamiast blondynki pod magazynem pojawiła się brunetka, w zasadzie to Madox podejrzewał, że to była taka szybko podmianka ze względu na jego osobę. Bo meksykańska Pilar od samego początku się do niego odrobinę przymilała. A jak on myślał, że robiła to na złość Gonzalesowi, to może jednak wcale nie? Może już ten tekst, który szeptała mu na ucho, że golf to gra dla podstarzałych impotentów, powinien dać mu do myślenia?
Teraz mu dał...
- No wiesz... stary - tylko Pablo był rzeczywiście stary, a nie tak jak William na przykład, dzieliło ich ponad dwadzieścia lat, a to jednak robiło różnicę - ona jest taka śliczna, taka gorąca... Nie mogę przestać o niej myśleć - akurat coś w tym było, bo Madox myślał o Pilar, ale o tej, która do Meksyku z nim przyleciała. Ile czasu potrzebuje? Czy jej się uda zrobić cokolwiek, skoro było tam tylu goryli Pablo? Miał się zająć Gonzalesem, ale przecież przy okazji mógł też ściągnąć na siebie trochę więcej uwagi? Powinien. Zerknął przez ramię w kierunku drzwiczek, które Pablo za nimi zamknął, były tylko przymknięte.
- Jak to kurwa Pilar tam była? Miała być Sofia, dzwoniłem do klubu... - Gonzales był zły, bo najwidoczniej Pilar to była bardziej jego prywatna zabawka, przesunął palcami po czole, jakby zmywał z siebie tą złość. Najwidoczniej meksykańska Pilar jednak nie była tego warta, nie dzisiaj kiedy na ogrodzie odbywały się urodziny jego ukochanej córeczki, nie na tyle, żeby się o nią kłócić ze swoim wspólnikiem w interesach. Madox już wiedział, że trzeba podkręcić atmosferę. Dorzucić coś jeszcze do ognia. Podsycić żar... I wiedział też jak.
- Dawno nie posuwałem takiej dupy... - Pablo podniósł na niego spojrzenie, ale zrobił tylko pół kroku w przód - a ona też... powiedziała, że ty już nie dotrzymujesz jej tempa... amigo - powiedział bezczelnie, spiął się, a Gonzales zrobił to, na co liczył Madox, bo rzucił się na niego. Złapał go za koszulę, Noriega się cofnął, prosto na te drzwiczki, które miał za plecami. Pociągnął za sobą Pablo, na tę równiutko przystrzyżoną trawę. Wypadli z tej szopki z hukiem, bo Madox trochę podkoloryzował ten upadek, też chwycił Gonzalesa za koszulę i walnął mocniej niż powinien, a kiedy jego plecy dotknęły soczyście zielonego podłoża, to aż stęknął, bo walnął na nie z całej siły. Oczywiście, że już po chwili stało nad nimi kilku ochroniarzy. Ale to Pablo leżał na Madoxie, no i co mieli ściągać swojego szefa? Trochę zgłupieli.
Gonzales chyba też bo zamachnął się bardziej na oślep i przywalił pięścią w trawnik, kiedy Madox się przesunął. Noriega mógł go zrzucić jednym sprawnym ruchem, a drugim złamać mu nos, ale chyba nie o to mu chodziło. Jeszcze nie.
- Pablo por favor, to ona tak powiedziała, że jesteś impotente - krzyknął Madox i zasłonił się rękami. Czy ochroniarze zgłupieli jeszcze bardziej? Oczywiście.
Dodatkowo ruszyli się też jacyś goście, żeby zobaczyć co się tam dzieje. A działo się tyle, że Pablo szarpnął Madoxa za koszulę odrywając mu od niej kilka guzików, znowu chciał go uderzyć, ale Noriega tym razem zablokował i mu oddał. Kurwa, odruchowo mu oddał, łokciem. Za mocno bo Pablo się zatoczył, a goryle ruszyli.
Nie zupełnie o to mu chodziło.
- Ta mała dziwka, nie powinna oczerniać swojego kochanka - kochanek, kochanek, kochanek, przeszło jakimś szeptem po gościach, aż Pablo się zawiesił. I tylko jego wściekłe spojrzenie utkwione było w Madoxie, chociaż zaraz spojrzał na ochroniarzy. W jednym momencie do Noriegi doskoczyło dwóch goryli wyciągając go za fraki spod Gonzales, dźwignęli go nad ziemie tak, że nawet kiedy się szarpnął to nie miał za bardzo szans, żeby się oswobodzić, ale chyba nawet nie chciał...
Pablo pozbierał się z ziemi, poprawił koszulę i marynarkę, dostał w wargę, na której wykwitła kropla krwi, ale na szczęście nie mocno, bo to był odruch, przecież Madox nie chciał go zbić, bo na pewno by się to tak nie skończyło.
- Przepraszam państwa za to małe przedstawienie, bawcie się dalej... Próbowaliście już tortu? - Pablo zwrócił się najpierw do gości. A goryle odciągnęły Madoxa na bok, ale on się cały czas szarpał, przyszło kolejnych dwóch, żeby go ubezpieczać.
- Pablito por favor, nie może nas poróżnić jakaś mała trapo - rzucił trochę dramatycznie, ale Pablo spojrzał na niego wściekły. I o to mu właśnie chodziło.
- Do mnie, do gabinetu! - warknął. A ochroniarze trzymając Madox za fraki pociągnęli go na górę. Noriega nawet na moment spuścił spojrzenie, jakby rzeczywiście skapitulował, poddał się, ale kiedy tylko ochroniarze go wlekli koło tego stolika, gdzie stały kieliszki z szampanem... Tak sobie ładnie stały, równiutko ustawione, a obok wieża z nich. Zjawiskowa, że też wcześniej Madox jej nie zauważył, przecież on uwielbiał takie wieże. Znowu się szarpnął, odbił od ziemi i wywalił prosto w ten stolik z szampanem kopniakiem, a potem drugim w wieże. Dobrze go trzymali, to wyprowadził tak ładnego kopa, że stolik wraz z zawartością poszedł w górę, a wieża... pierdolnęła na pół ogrodu. Dźwięk tłuczonego szkła zagłuszył nawet muzykę i wszystko inne pewnie też. A goście zaczęli się ulatniać w popłochu. Madox liczył na to, że dziewczyny wykorzystają okazję, bo na kolejną to już chyba nie było co liczyć. On też powinien ją wykorzystać.
Czterech ochroniarzy. Dosłownie było ich teraz przy nim czterech, bo reszta starała się uspokoić gości, ktoś nawet wyciągnął broń, ktoś z gości. Tym też musieli się zająć. Ktoś inny zatrzymał Pablo na dole schodów, a Madox już był na górze, już koło tego pięknego tortu.
Teraz, albo... nigdy?
dalo todo, bebé
Madox nawet nie zdążył się nad tym zastanowić, ale sądząc po tonie Gonzalesa, po tym jego spojrzeniu, w którym Noriega teraz dostrzegł prawdziwy ogień, to trafił w jakiś czuły punkt. I Pablo o niczym nie wiedział. O tym, że zamiast blondynki pod magazynem pojawiła się brunetka, w zasadzie to Madox podejrzewał, że to była taka szybko podmianka ze względu na jego osobę. Bo meksykańska Pilar od samego początku się do niego odrobinę przymilała. A jak on myślał, że robiła to na złość Gonzalesowi, to może jednak wcale nie? Może już ten tekst, który szeptała mu na ucho, że golf to gra dla podstarzałych impotentów, powinien dać mu do myślenia?
Teraz mu dał...
- No wiesz... stary - tylko Pablo był rzeczywiście stary, a nie tak jak William na przykład, dzieliło ich ponad dwadzieścia lat, a to jednak robiło różnicę - ona jest taka śliczna, taka gorąca... Nie mogę przestać o niej myśleć - akurat coś w tym było, bo Madox myślał o Pilar, ale o tej, która do Meksyku z nim przyleciała. Ile czasu potrzebuje? Czy jej się uda zrobić cokolwiek, skoro było tam tylu goryli Pablo? Miał się zająć Gonzalesem, ale przecież przy okazji mógł też ściągnąć na siebie trochę więcej uwagi? Powinien. Zerknął przez ramię w kierunku drzwiczek, które Pablo za nimi zamknął, były tylko przymknięte.
- Jak to kurwa Pilar tam była? Miała być Sofia, dzwoniłem do klubu... - Gonzales był zły, bo najwidoczniej Pilar to była bardziej jego prywatna zabawka, przesunął palcami po czole, jakby zmywał z siebie tą złość. Najwidoczniej meksykańska Pilar jednak nie była tego warta, nie dzisiaj kiedy na ogrodzie odbywały się urodziny jego ukochanej córeczki, nie na tyle, żeby się o nią kłócić ze swoim wspólnikiem w interesach. Madox już wiedział, że trzeba podkręcić atmosferę. Dorzucić coś jeszcze do ognia. Podsycić żar... I wiedział też jak.
- Dawno nie posuwałem takiej dupy... - Pablo podniósł na niego spojrzenie, ale zrobił tylko pół kroku w przód - a ona też... powiedziała, że ty już nie dotrzymujesz jej tempa... amigo - powiedział bezczelnie, spiął się, a Gonzales zrobił to, na co liczył Madox, bo rzucił się na niego. Złapał go za koszulę, Noriega się cofnął, prosto na te drzwiczki, które miał za plecami. Pociągnął za sobą Pablo, na tę równiutko przystrzyżoną trawę. Wypadli z tej szopki z hukiem, bo Madox trochę podkoloryzował ten upadek, też chwycił Gonzalesa za koszulę i walnął mocniej niż powinien, a kiedy jego plecy dotknęły soczyście zielonego podłoża, to aż stęknął, bo walnął na nie z całej siły. Oczywiście, że już po chwili stało nad nimi kilku ochroniarzy. Ale to Pablo leżał na Madoxie, no i co mieli ściągać swojego szefa? Trochę zgłupieli.
Gonzales chyba też bo zamachnął się bardziej na oślep i przywalił pięścią w trawnik, kiedy Madox się przesunął. Noriega mógł go zrzucić jednym sprawnym ruchem, a drugim złamać mu nos, ale chyba nie o to mu chodziło. Jeszcze nie.
- Pablo por favor, to ona tak powiedziała, że jesteś impotente - krzyknął Madox i zasłonił się rękami. Czy ochroniarze zgłupieli jeszcze bardziej? Oczywiście.
Dodatkowo ruszyli się też jacyś goście, żeby zobaczyć co się tam dzieje. A działo się tyle, że Pablo szarpnął Madoxa za koszulę odrywając mu od niej kilka guzików, znowu chciał go uderzyć, ale Noriega tym razem zablokował i mu oddał. Kurwa, odruchowo mu oddał, łokciem. Za mocno bo Pablo się zatoczył, a goryle ruszyli.
Nie zupełnie o to mu chodziło.
- Ta mała dziwka, nie powinna oczerniać swojego kochanka - kochanek, kochanek, kochanek, przeszło jakimś szeptem po gościach, aż Pablo się zawiesił. I tylko jego wściekłe spojrzenie utkwione było w Madoxie, chociaż zaraz spojrzał na ochroniarzy. W jednym momencie do Noriegi doskoczyło dwóch goryli wyciągając go za fraki spod Gonzales, dźwignęli go nad ziemie tak, że nawet kiedy się szarpnął to nie miał za bardzo szans, żeby się oswobodzić, ale chyba nawet nie chciał...
Pablo pozbierał się z ziemi, poprawił koszulę i marynarkę, dostał w wargę, na której wykwitła kropla krwi, ale na szczęście nie mocno, bo to był odruch, przecież Madox nie chciał go zbić, bo na pewno by się to tak nie skończyło.
- Przepraszam państwa za to małe przedstawienie, bawcie się dalej... Próbowaliście już tortu? - Pablo zwrócił się najpierw do gości. A goryle odciągnęły Madoxa na bok, ale on się cały czas szarpał, przyszło kolejnych dwóch, żeby go ubezpieczać.
- Pablito por favor, nie może nas poróżnić jakaś mała trapo - rzucił trochę dramatycznie, ale Pablo spojrzał na niego wściekły. I o to mu właśnie chodziło.
- Do mnie, do gabinetu! - warknął. A ochroniarze trzymając Madox za fraki pociągnęli go na górę. Noriega nawet na moment spuścił spojrzenie, jakby rzeczywiście skapitulował, poddał się, ale kiedy tylko ochroniarze go wlekli koło tego stolika, gdzie stały kieliszki z szampanem... Tak sobie ładnie stały, równiutko ustawione, a obok wieża z nich. Zjawiskowa, że też wcześniej Madox jej nie zauważył, przecież on uwielbiał takie wieże. Znowu się szarpnął, odbił od ziemi i wywalił prosto w ten stolik z szampanem kopniakiem, a potem drugim w wieże. Dobrze go trzymali, to wyprowadził tak ładnego kopa, że stolik wraz z zawartością poszedł w górę, a wieża... pierdolnęła na pół ogrodu. Dźwięk tłuczonego szkła zagłuszył nawet muzykę i wszystko inne pewnie też. A goście zaczęli się ulatniać w popłochu. Madox liczył na to, że dziewczyny wykorzystają okazję, bo na kolejną to już chyba nie było co liczyć. On też powinien ją wykorzystać.
Czterech ochroniarzy. Dosłownie było ich teraz przy nim czterech, bo reszta starała się uspokoić gości, ktoś nawet wyciągnął broń, ktoś z gości. Tym też musieli się zająć. Ktoś inny zatrzymał Pablo na dole schodów, a Madox już był na górze, już koło tego pięknego tortu.
Teraz, albo... nigdy?
dalo todo, bebé