tequila con muerte
: sob lut 28, 2026 9:14 am
Jesteś mi potrzebna.
To nie było łatwe stwierdzenie, bo przecież Madox całe życie nie potrzebował ni-ko-go. Już od dzieciaka musiał radzić sobie sam. Owszem miał Ticiano, z którym byli jak bracia, i czasem rzeczywiście stawali za sobą murem, ale ile razy Tio dawał w długą, gdy coś się wyjebało? Tego by nie zliczył, ale byli dziećmi, nie miał mu tego za złe, bo Madox był taki sam, łatwiej było czasem uciec, a potem złapać kumpla na boku i powiedzieć mu, dałeś sobie radę, podziwiam to. Już jako małolaty uczyli się radzić sobie sami, bo to była cecha wskazana, pożądana. Nie można liczyć na kogoś, nie w tym świecie, gdzie prochy, narkotyki i mafia każdego mogą zniszczyć. Tam możesz liczyć tylko i wyłącznie na siebie...
Chociaż może jak miał te pięć lat, jak zawiódł ojca i chował się za matką, wtedy mógł liczyć na nią, tak to później odeszło... On się od niej odsuwał. Od wszystkich się odsuwał, aż wylądował w Toronto. A tam był sam.
Zawsze był sam. I zawsze liczył na siebie. I nigdy nikogo nie potrzebował.
Do tej pory.
Chociaż to go przerażało, bo... była jego słabością, bo budując jakikolwiek plan stawiał ją na pierwszym miejscu, to nie umiał z tym walczyć, już nie umiał się przed tym wzbraniać, wypierać tego. Musiał to po prostu zaakceptować przewartościować pewne rzeczy w swoim życiu. Zmienić je. A najgorsze, że był na to gotowy.
A może to było najlepsze? Że kurwa oni w tym skurwiałym świecie znaleźli siebie nawzajem? Bo siebie potrzebowali. Bo dawali sobie więcej niż ktokolwiek inny, a te wszystkie wady zamieniali w zalety, w coś, co sprawiało, że się po prostu kochali?
Westchnął ciężko, kiedy się od niego odsunęła, jeszcze wyrwał do niej, żeby znowu sięgnąć jej gorących, pełnych warg, ale ona już opierała rękę na tych jego. Kazała mu słuchać. Słuchał, a ciemne tęczówki wpatrywały się intensywnie w jej piękne, czekoladowe oczy. Tymi swoimi wywrócił, kiedy powiedziała to jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało, bo chociaż to wiedział chociaż czuł to samo, że była dla niego najlepsza w życiu, to gdyby nie zamykała mu ust, na pewno by jej powiedział, że chyba najgorszym. Pewnie dlatego, że Madox gadał... za dużo. Bez sensu. Klepał trzy po trzy. Ale też dlatego, że przecież kiedy on stanął na jej drodze to był... tym diabłem z Medellin, dopiero później, przez nią, przy niej, wyciągając z siebie jakieś te dobre cechy, które przecież w nim były, ale jakoś tak kurewsko schowane.
Pokręcił delikatnie głową, bo tego nie rozumiał, nawet szczypnął lekko zębami jej palec i już chciał się jej wyswobodzić, żeby znowu nawijać, ale wtedy ona powiedziała to nigdy nie chcę cię opuszczać, to go też jakoś tak dotknęło, bo wszyscy go zawsze opuszczali, bo w jego życiu nigdy nie było jakieś stałej, jedynie klub. Dlatego on zawsze nad wszystko stawiał Emptiness… Do tej pory.
On też strzelił oczami, nawet zmarszczył na moment brwi, no przecież wiedział jak się trzyma broń... Inna sprawa, że nie umiał wycelować. Przyparł ją mocniej do tego muru, już miał się wyswobodzić, żeby jej coś powiedzieć, ale kiedy ona mówiła dalej, to się uspokoił, to tylko wpatrywał się w nią tymi ciemnymi oczami, chociaż się kręcił, on się zawsze kręcił, już dwa razy zmienił pozycję, podparł się ręką o ścianę powyżej jej ramienia, a potem poniżej. Naparł na nią biodrem i szczypnął zębami opuszek jej palca. Ale tylko nabrał mocno powietrze w płuca nosem, a potem wypuścił je w jej dłoń. Wierzyła w niego, tak jak nikt nigdy nie wierzył, i dlatego też między innymi ją kochał, do jebanego bólu. Bo wierzyła, że jest dobry. A nikt przecież nie wierzył.
Na te buñuelos już nie wytrzymał, parsknął, a później zacisnął palce na jej ręce i przesunął ją sobie na umazany we krwi kark. W pierwszym odruchu szarpnął się do niej, i musnął wargami jej gorące, pełne usta, krótko, zaczepnie.
- Jak się nauczysz dla mnie buñuelos, to... zwariuje - i tak już wariował na jej punkcie, a to, że by się z nią ożenił... to przecież też chciał. Chociaż kiedy ona to powiedziała, że kiedyś chciałaby zostać jego żoną, to oparł się o ścianę obok niej, na boku. Przesunął palcami po jej boku, po biodrze.
- Pilar... - zaczął, a te ciemne oczy znowu odszukały jej przenikliwe spojrzenie - nie musimy... to znaczy, możemy po prostu być razem, to mi wystarczy - sięgnął do jej ręki, żeby oprzeć ją sobie na gładkim, brudnym policzku - po prostu... - westchnął ciężko - wiesz jaki ja jestem, ja bym chciał wszystko, teraz, już - dokładnie tak było, że dla Madox nigdy nie było półśrodków, wszystko, albo nic... Ale może powinien się też nauczyć tego, że nie zawsze tak jest? Odepchnął się od tej ściany i zrobił dwa kroki w tył, a potem jeden z powrotem w jej kierunku.
- Ale nie zawsze musi być tak, jak ja chcę, bo... - znowu się do niej przysunął, znowu zaglądając jej w oczy - bo jesteśmy w tym razem nie? - a przecież on zawsze się z nią liczył z jej zdaniem, z jej zachciankami, z jej lękami. I teraz też powinien, może to dopiero zrozumiał?
- A ja... - zawiesił się i znowu przyparł ją do muru - a ja nawet lubię kiedy ty się ze mną nie zgadasz, masz swoje zdanie i... przecież wiesz, że ono jest dla mnie ważne, i ja je zawsze biorę pod uwagę, ale czasem jestem... dupkiem - znowu wypuścił mocno powietrze z płuc, ale taka była prawda. Bo na tej plaży był dupkiem, wiedział to, bo zareagował zbyt nerwowo, bo ją zostawił, bo walczył z myślami czy jej nie odesłać. Bo chciał jej robić na złość.
A potem mu przeszło, bo zawsze mu w końcu przechodzi, jak już emocje opadną. Ale kiedy biorą górę, to Madox był czasem nie do wytrzymania, i zdawał sobie z tego sprawę.
una vez... mi esposa
To nie było łatwe stwierdzenie, bo przecież Madox całe życie nie potrzebował ni-ko-go. Już od dzieciaka musiał radzić sobie sam. Owszem miał Ticiano, z którym byli jak bracia, i czasem rzeczywiście stawali za sobą murem, ale ile razy Tio dawał w długą, gdy coś się wyjebało? Tego by nie zliczył, ale byli dziećmi, nie miał mu tego za złe, bo Madox był taki sam, łatwiej było czasem uciec, a potem złapać kumpla na boku i powiedzieć mu, dałeś sobie radę, podziwiam to. Już jako małolaty uczyli się radzić sobie sami, bo to była cecha wskazana, pożądana. Nie można liczyć na kogoś, nie w tym świecie, gdzie prochy, narkotyki i mafia każdego mogą zniszczyć. Tam możesz liczyć tylko i wyłącznie na siebie...
Chociaż może jak miał te pięć lat, jak zawiódł ojca i chował się za matką, wtedy mógł liczyć na nią, tak to później odeszło... On się od niej odsuwał. Od wszystkich się odsuwał, aż wylądował w Toronto. A tam był sam.
Zawsze był sam. I zawsze liczył na siebie. I nigdy nikogo nie potrzebował.
Do tej pory.
Chociaż to go przerażało, bo... była jego słabością, bo budując jakikolwiek plan stawiał ją na pierwszym miejscu, to nie umiał z tym walczyć, już nie umiał się przed tym wzbraniać, wypierać tego. Musiał to po prostu zaakceptować przewartościować pewne rzeczy w swoim życiu. Zmienić je. A najgorsze, że był na to gotowy.
A może to było najlepsze? Że kurwa oni w tym skurwiałym świecie znaleźli siebie nawzajem? Bo siebie potrzebowali. Bo dawali sobie więcej niż ktokolwiek inny, a te wszystkie wady zamieniali w zalety, w coś, co sprawiało, że się po prostu kochali?
Westchnął ciężko, kiedy się od niego odsunęła, jeszcze wyrwał do niej, żeby znowu sięgnąć jej gorących, pełnych warg, ale ona już opierała rękę na tych jego. Kazała mu słuchać. Słuchał, a ciemne tęczówki wpatrywały się intensywnie w jej piękne, czekoladowe oczy. Tymi swoimi wywrócił, kiedy powiedziała to jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało, bo chociaż to wiedział chociaż czuł to samo, że była dla niego najlepsza w życiu, to gdyby nie zamykała mu ust, na pewno by jej powiedział, że chyba najgorszym. Pewnie dlatego, że Madox gadał... za dużo. Bez sensu. Klepał trzy po trzy. Ale też dlatego, że przecież kiedy on stanął na jej drodze to był... tym diabłem z Medellin, dopiero później, przez nią, przy niej, wyciągając z siebie jakieś te dobre cechy, które przecież w nim były, ale jakoś tak kurewsko schowane.
Pokręcił delikatnie głową, bo tego nie rozumiał, nawet szczypnął lekko zębami jej palec i już chciał się jej wyswobodzić, żeby znowu nawijać, ale wtedy ona powiedziała to nigdy nie chcę cię opuszczać, to go też jakoś tak dotknęło, bo wszyscy go zawsze opuszczali, bo w jego życiu nigdy nie było jakieś stałej, jedynie klub. Dlatego on zawsze nad wszystko stawiał Emptiness… Do tej pory.
On też strzelił oczami, nawet zmarszczył na moment brwi, no przecież wiedział jak się trzyma broń... Inna sprawa, że nie umiał wycelować. Przyparł ją mocniej do tego muru, już miał się wyswobodzić, żeby jej coś powiedzieć, ale kiedy ona mówiła dalej, to się uspokoił, to tylko wpatrywał się w nią tymi ciemnymi oczami, chociaż się kręcił, on się zawsze kręcił, już dwa razy zmienił pozycję, podparł się ręką o ścianę powyżej jej ramienia, a potem poniżej. Naparł na nią biodrem i szczypnął zębami opuszek jej palca. Ale tylko nabrał mocno powietrze w płuca nosem, a potem wypuścił je w jej dłoń. Wierzyła w niego, tak jak nikt nigdy nie wierzył, i dlatego też między innymi ją kochał, do jebanego bólu. Bo wierzyła, że jest dobry. A nikt przecież nie wierzył.
Na te buñuelos już nie wytrzymał, parsknął, a później zacisnął palce na jej ręce i przesunął ją sobie na umazany we krwi kark. W pierwszym odruchu szarpnął się do niej, i musnął wargami jej gorące, pełne usta, krótko, zaczepnie.
- Jak się nauczysz dla mnie buñuelos, to... zwariuje - i tak już wariował na jej punkcie, a to, że by się z nią ożenił... to przecież też chciał. Chociaż kiedy ona to powiedziała, że kiedyś chciałaby zostać jego żoną, to oparł się o ścianę obok niej, na boku. Przesunął palcami po jej boku, po biodrze.
- Pilar... - zaczął, a te ciemne oczy znowu odszukały jej przenikliwe spojrzenie - nie musimy... to znaczy, możemy po prostu być razem, to mi wystarczy - sięgnął do jej ręki, żeby oprzeć ją sobie na gładkim, brudnym policzku - po prostu... - westchnął ciężko - wiesz jaki ja jestem, ja bym chciał wszystko, teraz, już - dokładnie tak było, że dla Madox nigdy nie było półśrodków, wszystko, albo nic... Ale może powinien się też nauczyć tego, że nie zawsze tak jest? Odepchnął się od tej ściany i zrobił dwa kroki w tył, a potem jeden z powrotem w jej kierunku.
- Ale nie zawsze musi być tak, jak ja chcę, bo... - znowu się do niej przysunął, znowu zaglądając jej w oczy - bo jesteśmy w tym razem nie? - a przecież on zawsze się z nią liczył z jej zdaniem, z jej zachciankami, z jej lękami. I teraz też powinien, może to dopiero zrozumiał?
- A ja... - zawiesił się i znowu przyparł ją do muru - a ja nawet lubię kiedy ty się ze mną nie zgadasz, masz swoje zdanie i... przecież wiesz, że ono jest dla mnie ważne, i ja je zawsze biorę pod uwagę, ale czasem jestem... dupkiem - znowu wypuścił mocno powietrze z płuc, ale taka była prawda. Bo na tej plaży był dupkiem, wiedział to, bo zareagował zbyt nerwowo, bo ją zostawił, bo walczył z myślami czy jej nie odesłać. Bo chciał jej robić na złość.
A potem mu przeszło, bo zawsze mu w końcu przechodzi, jak już emocje opadną. Ale kiedy biorą górę, to Madox był czasem nie do wytrzymania, i zdawał sobie z tego sprawę.
una vez... mi esposa