Pieczone kasztany układały się przed nim w finezyjny, niemal przesadnie estetyczny sposób, jakby nawet najprostszy element kolacji musiał zostać podporządkowany zasadzie kompozycji. Powoli nakłuł jeden, lecz nie podniósł go do ust. Jeszcze nie. Zamiast tego pozwalał sobie bawić się widelcem w palcach, obracając go nieznacznie i obserwując, jak kasztan przesuwa się wraz z każdym ruchem metalu.
Spojrzała na widelec mężczyzny, a pieczony kasztan natychmiast sprowokował spiralę. Liczyła sztuki na talerzu. Liczyła węglowodany w stu gramach. Liczyła…
Przerwa. Gwałtowne szarpnięcie do tyłu. Walka o kontrolę. Desperacka próba pozostania. Odwrócenie uwagi.
Zegarek. Nie potrzebował zegarka do jedzenia kolacji. Jak na człowieka zakochanego w wydajności, stracił kilkanaście cennych sekund na akcesoria, które nie miały nic wspólnego z kaczką na talerzu. Z e g a r e k. Jak dobrze, że zegarek zdawał się nie mieć żadnego sensu. Był łatwiejszy, niż kasztan nieznośnie eksponowany na widelcu. Ten, gdyby mógł, właśnie szeptałby złowrogo ku Prowadzącej: przeżyłaś Gospodarza, ale nie przeżyjesz mnie.