Zdecydowanie ta ich miłość miała w sobie różne kolory, najczęściej ten
czerwony, ich kolor, bo przecież wybuchał nagle, intensywnie, paląc po drodze wszystko. Ale dzisiaj przez pewien moment była też
błękitna, kiedy mimo wszystko oni trwali przy sobie. A może nawet
czarna, kiedy nie potrafili się dogadać?
Przeszli przez tą całą paletę odcieni tego uczucia, które ich łączyło, poznali je na własnej skórze. Ciągle poznawali, coś nowego, coś innego. Coś, co powodowało, że serce biło w piersi jak szalone, że usta układały się w
te amo, a potem w
te odio, kiedy nie potrafili się dogadać...
A potem i tak to robili, za każdym razem szukając jakiejś wspólnej drogi. Bo może o to w tym wszystkim chodziło, żeby przez to
skurwiałe życie, które w pewnym stopniu doświadczyło ich oboje, na różne sposoby, oni szli
razem?
Ramie w ramię, może kiedyś jako mąż i żona, a nie jako ta dwójka
wariatów, narwańców. I może to było
egoistyczne i
bezczelne, na pewno było, bo przecież w ich życiach, które prowadzili, to wcale nie było takie proste, ale... Nic nie było proste. Ten wyjazd do Medellin, gdzie on ją zabierał, policjantkę, na gangsterskie wesele, też nie był, a on nawet chwili się nie wahał. Każde ich spotkanie, w klubie, czy u niej w mieszkaniu, nic nie było proste. To kiedy szukał jej, gdy porwał ją Dalton też nie... A ta akcja z Pablo, przecież tu wszystko było kurewsko trudne, a oni i tak sobie z tym poradzili.
Razem.
I może, kiedyś, z tym ślubem też by sobie poradzili, na swój
popierdolony sposób. Po swojemu.
A teraz też on się jej oświadczał po swojemu, na podłodze, pod stołem, w jakimś cudzym domu, do którego się włamali. To nie tak, że znowu miał wątpliwości, co do tego, co ona czuła, nie miał, każde jej słowo i każde
quiero traktując bardzo poważnie, tylko... on po prostu musiał jej dać wybór. Zawsze jej go dawał. Jego matka go nie miała, a on... też często robił tak, że go nie pozostawiał. Po prostu po swojemu, wszystko tak jak chciał, bo taki miał charakter, zaborczy, bo nie był nauczony tego szacunku, tego, że jak się kogoś kocha, to można... to trzeba, się z nim liczyć. Z nią się chciał liczyć.
A przede wszystkim to chciał, żeby nie traktowała tego jako czegoś, co jest kolejną przeszkodą na ich drodze, tylko coś, co... dam im trochę szczęścia.
I widział to w jej pięknych, czekoladowych oczach, że była z nim szczęśliwa. On też z nią był, wtulił policzek w jej dłoń. Musnął wargami jej palce, i może widział to jak jej oczy zaszkliły niebezpiecznie, może słyszał to załamanie w jej głosie? Ale zamiast dać się jej rozkleić, to on już odwrócił się do niej bokiem, to szczypnął zębami jej palec.
-
Bo nikt się tak dobrze nie... - oczywiście, że miał powiedzieć
pieprzy, zepsuć cały nastrój swoim gadaniem, tylko, że ona się chyba domyślała, a może po prostu rzeczywiście
chciał to zrobić, ale zamknęła mu usta w odpowiednim momencie. Pocałunkiem, najpierw czułym, słodkim, miękkim, który i tak wyrwał z jego płuc pomruk. I chociaż szarpnął się do niej, jak to miał w zwyczaju, jak to robił zawsze, gdy serce zaczynało
dziko łomotać w piersi, to jednak pozwolił jej narzucić tempo tego pocałunku. Nie dzikiego, nie agresywnego. Sensualnego, wolnego, dokładnego...
Oparł miękko palce na jej żuchwie, na szyi, kiedy jego język splatał się z tym jej w tym zupełnie innym rytmie. Jakby teraz już nie musieli gonić, bo teraz już... mieli siebie
para siempre.
Chociaż kiedy się od niego odsunęła, to spojrzał na nią z wyrzutem, westchnął ciężko, aż cała klatka piersiowa, na której leżała się uniosła i opadła, gdy wypuścił powietrze nosem. Chociaż kiedy zagadała go na temat pierścionka, to wbił w niego ciemne tęczówki, a gdy podniosła go do ust i cmoknęła, to kąciki jego ust automatycznie zaraz uniosły się do góry.
-
No ten jest męski - stwierdził jakby to miało jakieś znaczenie, jakby był podpisany, męski pierścionek dla Madoxa. Nie był, chociaż był po prostu toporny, duży, jak to sygnet. A kiedy powiedziała, że
jest idealny to przesunął palcami po jej biodrze głaszcząc ją po nim delikatnie. Był idealny,
ona cała była. Nawet jej miał to powiedzieć, ale wtedy wyskoczyła z
tymi starymi dziadkami.
-
I co? Myślisz, że mieli lepsze... pierścionki ode mnie? - mruknął i wyrwał się do niej, żeby szczypnąć ją zębami gdzieś w żuchwę, a potem jeszcze raz musnąć wargami jej usta, krótko, ale tak, żeby dać jej znać, że on przecież wie. Wie, że nie była materialistką, Madox też tak do końca nie był... Chociaż trochę był, z tymi swoimi drogimi koszulami i jeszcze droższymi błyskotkami. Błyskotki to był przecież jego konik. Uwielbiał je i teraz też przesunął palcami po jej dekolcie, żeby zahaczyć nimi o ten łańcuszek z medalikiem, z piórkiem koliberka, który kiedyś jej dał. On po prostu chciał jej dać też ten najpiękniejszy pierścionek, który dla niej wybierze. Tak jak sobie wybierał zegarki, łańcuszki i pierścienie.
Nawet miał jej to powiedzieć, ale...
Pilar Noriega, pięknie to brzmiało, aż poruszył się pod nią jakoś
dziko, wbił ciemne tęczówki w jej twarz.
-
Pilar Noriega... - musiał to powiedzieć, sprawdzić jak te dwa słowa układając się na języku -
zajebiście - stwierdził i znowu się do niej szarpnął -
cholernie seksownie - spojrzał jej w oczy, te jego znowu błysnęły jakoś
niebezpiecznie. Słuchał jej kiedy mruczała mu do ucha...
Brzmiało to zajebiście,
pięknie. A najgorsze jest to, że znowu go nakręcała. A przecież tak mało było czasem potrzeba, żeby go nakręcić. Podparł się ręką, żeby usiąść, a tym samym zmusić i ją do tego, poprawił ją na sobie obejmując rękami jej biodra.
-
Zróbmy to Pilar - rzucił tylko, ale wcale jej nie wyjaśnił co, chociaż klatka piersiowa znowu unosiła mu się w niespokojnym oddechu, a oczy pociemniały. To że
to?
Przesunął palcami po jej biodrach na uda, na których je zacisnął -
to żebyś była Pilar Noriega - w końcu dodał. Kolejny genialny pomysł Madoxa. Ciemne tęczówki przesunęły się po jej piersiach -
chociaż to też byśmy mogli zrobić, już jako moja... narzeczona - niedawno weszli na poziom związku, pary, a już narzeczeństwa, a on jej proponował, żeby małżeństwa. Bo Madox to rzeczywiście chciał
wszystko. I tylko Pilar mogła nad nim zapanować. Czasem...
Wifeyy

