Strona 29 z 29

tequila con muerte

: czw mar 05, 2026 9:32 pm
autor: Madox A. Noriega-Patel
A on się interesował. Skręcało go od środka, bo chciał wiedzieć... Chociaż prawda jest taka, że pewnie jutro o tym zapomni, ale... zawsze może mu się to przypomnieć w randomowym momencie, i znowu się tym zainteresuje.
Skinął głową, bo może on nie słyszał tej wcześniejszej rozmowy Pilar i Esme, ale coś tam przecież wywnioskował, no a przede wszystkim to widział przecież jak Stewart uciekła, więc nawet ucieszyło go to, że jego matka przyznała się do błędu. Chociaż to co powiedziała później skwitował zmarszczeniem brwi, i już miał pytać jakiej reszty, ale zboczyli na trochę inne tematy.
Zboczone jakieś. Chociaż Madox w pierwszej chwili uniósł jedną brew na jej słowa, to potem parsknął. No bo nie o to mu chodziło. Nawet on nie był tak popierdolony.
- Ale nie teraz... - ale może jakby wszyscy spali? Żeby trochę podkręcić atmosferę? W domu ciotki w Medellin trochę tak to robili, wszędzie gdzie się dało, po kryjomu, łapiąc chwilę i wykorzystując okazję.
Teraz Madox też wykorzystywał okazję, żeby opowiedzieć o ich zajebistych zaręczynach. Według niego były. Może nie były typowe, romantyczne, ale były ich. W ich stylu, dzikim, popierdolonym. A zaraz okazało się, że Pilar nie miała nic do dodania, wiec Madox się nawet uśmiechnął, a potem wepchnął sobie do ust tą rozmoknięta bułkę, którą gdzieś po drodze wrzucił do zupy, zjadł ją do końca i dopchał na koniec pieczywem, tak, że w pewnym momencie dostał czkawki. Kiedy Stewart opowiadała o tym, że włamali się do jakiegoś domu na ten zajebisty seks, to on czknął, ale zaraz sięgnął po szklankę, z wodą tym razem, napił się jej, a kiedy Esme zapytała, czy włamali się do domu, żeby uprawiać tam seks, to pokręcił głową, ale Pilar już powiedziała, że nie po to.
- No i żeby ukraść te ciuchy... - dodał jeszcze i pokazał ich zajebiste outfity. No bo jednak takie ubrania to nie było byle co. Jakieś fanowskie rzeczy z Marvela, bo teraz się okazało, że Pilar ma na plecach jakiś znak Kapitana Ameryki, ale może założyła tył na przód? Albo po prostu to było na plecach, taka tarcza. Madox przechylił głowę przyglądając się jej, i znowu czknął, napił się, a wtedy Lopez powiedział o tym, że Esmeralda też nie była święta. Madox najpierw popatrzył na matkę, a potem na Andresa, a zaraz na Pilar. Wywrócił oczami, ale zastanowił się, czy oni też za dwadzieścia lat się tak będą kłócić? Pewnie tak, jeśli dożyją. Zacisnął palce na ręce Stewart pod stolikiem i ułożył ją sobie na udzie. Pozbył się wreszcie czkawki, nawet miał się odezwać, pewnie powiedzieć coś głupiego, że w galerii jeszcze nie próbowali. I może ich podpytać o jakieś miejscówki, bo może powinni z Pilar też właśnie trochę poszaleć... Jakby nie szaleli do tej pory.
Ale Esme poprosiła go na moment, a on sobie już tą rękę Pilar sukcesywnie przesunął wyżej. Westchnął jakoś ciężko i najpierw spojrzał na Stewart, a potem na Lopeza, który zjadł już widelcem wszystko co mu w tej zupie pływało, a teraz podniósł talerz do ust, żeby wychlipać zupę. No... jakiś sposób to był. Chociaż Madox nie wiedział po co, ale co kto lubi.
- Okej... - mruknął tylko i wstał od stołu. Nie wiedział czego ma się spodziewać, ale pewnie jakiś ckliwości, albo może jakiegoś opierdolu? Często go od matki zbierał. Poszedł za nią, chociaż on jeszcze w drzwiach odwrócił się, żeby zerknąć na Pilar. Żeby na moment złapać jej spojrzenie.
wyszedł na schodki i przeciągnął się, na dworze było przyjemnie chłodno, ciemno, majaczyło tylko słabe światło na ganku, które padało na Esme, gdy usiadła na schodku i chociaż Madox się zawahał, to w końcu usiadł obok. A kiedy matka otworzyła to pudełko, zaraz uniósł jedną brew spojrzał na nią pytająco, ale wyciągnęła telefon.
Madox to w niego wbił spojrzenie, w ten telefon. Przez dziesięć lat nie miał z nią kontaktu, a teraz miałby do niej dzwonić i opowiadać jej co u niego słychać? Miałby... mieć matkę? Ale on nie wiedział czy chce. Przyzwyczaił się do tej myśli, że ona jest... gdzieś tam, może żyje, może nie. Zakładał, że tak. Chciał, żeby tak było. Ale jednak uważał, że ona po prostu nie chciała mieć z nim kontaktu. A może chciała tylko nie mogła? Kiedy złapała jego rękę to znowu się spiął, w pierwszym odruchu nawet chciał odsunąć, ale finalnie tego nie zrobił, lekko zacisnął palce na jej dłoni. Wahał się, przez te trzy dzikie uderzenia serca znowu się wahał, już otworzył usta, żeby jej powiedzieć, że go nie chce. Nie chciał...
- Mogę... - po co on to powiedział? Esme jednak sięgnęła do niego, żeby zaraz oprzeć mu dłonie na ramionach, szarpnąć go do siebie, znowu przytulić, jak swoje dziecko. Madox mógł się wzbraniać, mógł wmawiać sobie, że nie chce, ale przecież chciał, przecież kiedy trzymała go w swoich ramionach, to serce biło mu szybciej, to myślał o niej jak o swojej... mamie. Tej, z która kiedyś ganiał po ogrodzie, bawił się w teatr, gotował buñuelos. Którą... kochał.
A ona kochała jego.

Kiedy oni siedzieli na tym schodku, a Madox pytał jeszcze Esme gdzie chcą się zatrzymać, a ona tłumaczyła mu, że muszą lecieć przez Kanadę, bo tam ma jeszcze coś do odebrania, nie wnikał co. Ale powiedziała, mu, że będą się kierować do Europy, jeśli dobrze pójdzie.
Lopez wypił już zupę i drinka.
- Chcesz jeszcze jednego? - zapytał Pilar, ale zaraz wstał, żeby sobie dorobić. A kiedy mu odpowiedziała skierował się, żeby stanąć za wyspą i tym razem zrobić jeszcze mocniejsze drinki. Takie na dobre spanie, albo na dobre... gadanie?
Chociaż kiedy stał w kuchni to nie był zbyt rozmowny.
Za to zaraz w jadalni wybrzmiał cichy dziecięcy głos, bo Aura stanęła w drzwiach sypialni ściskając w ręce swojego pluszaka, przetarła zaspane oczy i najpierw spojrzała na Stewart.
- Rosa? - zapytała, a zaraz rozejrzała się za Esme pewnie. Tylko, że kiedy Lopez ją zobaczył, to odstawił szklanki i wyszedł zza lady, podszedł do dziewczynki i zgarnął ją na ręce.
- Czemu wstałaś księżniczko? - zapytał przesuwając palcami po jej ciemnych lokach, podobnych do tych Esme - chciało mi się pić - wyjaśniła dziewczynka, ale zaraz sięgnęła paluszkami do plasterka, który Lopez miał na policzku - odkleja się Andres... - mruknęła i próbowała go przykleić, ale Lopez go uwalił tą zupą, jak on w ogóle jadł, to jest jakieś niewiarygodne - to nic, nakleimy nowy - powiedział i podszedł do stołu, po drodze zgarnął apteczkę i usiadł na swoim krześle z Aurą na kolanach. I chociaż w pierwszej chwili dziewczynka sięgnęła po plasterki, to zaraz zerknęła na Pilar. Wbiła w nią te duże, czekoladowe oczy.
- Cześć Rosa, też jedziesz z nami na wakacje? - zapytała i znowu spuściła spojrzenie na plasterki, ale tylko na moment.
- Tak właściwie to nie jest Rosa, tylko Pilar - powiedział spokojnie Lopez i najpierw zerknął na dziewczynkę, ale później na Stewart.
- Pilar? - zainteresowała się mała - zmieniła sobie imię? - dopytała, była bystra jak na dzieciaka. Lopez pokiwał głową.
- Tak miała na imię, tylko udawała Rosę, to była taka zabawa, jak nasza, jutro, pamiętasz? - dziewczynka uśmiechnęła się szeroko i pokiwała głową wprawiając w ruch te ciemne loczki - tak, ja będę Marie, jak moja ulubiona lalka - powiedziała wesoło, a zaraz już kleiła nowe plastry na policzku Lopeza, tym razem dwa, tak na wszelki wypadek.

𝓕𝒶𝓂𝒾𝓁𝓎ꨄ⾕

tequila con muerte

: pt mar 06, 2026 12:20 am
autor: Pilar Stewart
Nie miała pojęcia, co Esme mogła od niego chcieć. Może po prostu porozmawiać? W końcu ominęło ją dziesięć lat życia własnego syna. Może chciałą dowiedzieć się, co u niego słychać, chociaż z drugiej strony ona przecież i tak wszystko wiedziała. Skoro nawet mieli pewność, że oni w Toronto się nie zaręczyli? Skąd kurwa wiedzieli takie rzeczy?
Nie podobało jej się to.
Bo to już nawet nie chodziło o to, że Esme miała jakiś informatorów dookoła nich, ale skoro ona była w stanie wyciągnąć aż takie smaczki z ich życia, to znaczyło, że inni również mogli. Jaka była szansa, że Madox miał w klubie jakiegoś kreta? Pewnie duża.
Na moment zaczęła się zastanawiać nad jego pracownikami, nad kobietami, które stały za barem, za ochroniarzami. W końcu wystarczyło popatrzeć na Ruby. Była cały czas w klubie, wiedziała dużo, za dużo, była wtajemniczona nawet w sekretną misję z Tonym Lainem, a tu co? A tu kurwa wyszło, że była jakimś jebanym asassinem. W ich otoczeniu nie powinni ufać już nikomu.
Zrobiła w myślach przelotną notatkę, żeby porozmawiać o tym z Madoxem, jak już zostaną sami, podczas gdy jej dłoń zaciskała się na serwetce. Bawiła się nią przez moment, skubała i przewracałą w palcach. W pomieszczeniu jakoś ucichło od momentu, w którym Noriega i Esme wyszli z pokoju, ale w sumie o czym oni mieli rozmawiać? Raczej oboje byli typem, który nie lubił mówić, jeśli nie miał nic ciekawego do powiedzenia, bo w sumie po co? Dlatego milczeli razem i dopiero kiedy spytał Stewart od dokładkę drinka, skinęła głową i już miała poprosić go o podwójną dawkę, kiedy gdzieś zza jej plecami wybrzmiał dziecięcy głosik.
Odwróciła się na krześle, wbijając spojrzenie w piękne, ciemne oczka, które były całe zaspane. Drobna rączka Aury ścikała pluszowego misia, którego w pierwszej kolejności spakowała do swojego pleczaczka jeszcze w domu. Podeszła na bosych stopach do Lopeza, a ten praktycznie od razu zgarnął ją na ręce. I dopiero kiedy ich twarze były tuż obok siebie… Pilar była w stanie zobaczyć podobieństwo. Aura na pierwszy rzut oka wyglądała przypominała całą Esme, ale jak przypatrzyło się jej nieco lepiej, było widać, że akurat nosek miała po Lopezie i sposób w jaki ściągała brwi. Chociaż przewracanie oczami akurat miała z domu Noriega. Po mamusi. Madox też to miał po niej.
My zostajemy tutaj — odpowiedziała na pytanie dziewczynki. — Ale na pewno będziesz się świetnie bawić na wakacjach — uśmiechnęła się do niej ciepło, wodząc spojrzeniem z jej słodkiej twarzy na drobne rączki, które rozpakowywały kolorowe plasterki, a zaraz potem naklejały je na twarz Lopeza.
A odwiedzicie nas? — drążyła temat, marszcząc brwi, bo jeden z plastrów zaplątał się jej o palce i skleił dwa paluszki.
Postaramy się — podniosła się z miejsca i nachyliła nad stołem, by zaraz pomóc jej uwolnić dłoń. Odkleiła plasterek, wyprostowała go i wygładziła, po czym podała Aurze. Ta uśmiechnęła się radośnie, a potem przykleiła go Andresowi… na nos.
Była wdzięczna Lopezowi, że przedstawił ją prawdziwym imieniem. Niby było to niewielkie kłamstwo, po prostu inne imię, a jednak o wiele lepiej było jej na sercu, kiedy ludzie nie zwracali się do niej Rosa. Nic nie mogła poradzić na to, że autentycznie nienawidziła tego imienia. Zaraz okazało się również, że i oni od jutra mieli bawić się w odmienione tożamości.
Marie brzmi ślicznie — musiała to powiedzieć. Po pierwsze dlatego, żeby Aura poczuła się z tym wszystkim nieco lepiej, a po drugie bo nawet jej pasowało. Nawet trochę przypominała Marie z Medellin, ale ten fakt akurat postanowiła pominąć.
Pilar! — krzyknęła nagle, przyglądając się jej uważnie. — A ty też masz kuki na twarzy — nachyliła się nad stołem, prawie wywalając miskę, z której wcześniej Lopez jadł zupę widelcem. Całe szczęście przytrzymał ją w ostatniej chwili, a Aura w tym czasie zeskoczyła mu z kolan. Przeszła bosymi stópkami dookoła stołu i zaraz wyciągała ręce do Stewart, żeby teraz to ona ją do siebie wzięła. Nie mogła jej odmówić, dlatego już po chwili trzymała dziewczynkę na sobie.
Andres, podaj mi plasterki — poprosiła, a raczej kazała mu to zrobić. Była w jej głosie stanowczość, charakterystyczna dla Esme. Jednak wszystko w tej rodzinie zostawało w genach. A Lopez? Oczywiście, że się posłuchał i podsunął jej paczkę plastrów pod same paluszki. — Naprawię cię, Pilar — oznajmiła dumnie i już po chwili zabrała się za przebieranie kolorowych wzorków. Wysypała wszystkie na blat i finalnie Stewart dostała cale cztery plasterki — dwa na pliczki, jeden na szyję i skroń. Każdy z nich miał na sobie inny szlaczek.
Siedzieli w trójkę jeszcze chwilę, do momentu, w którym Lopez nie oznajmił, że posprząta naczynia. Zaczął zbierać miski, a w tym czasie Aura przetarła oczka i poprosiła, żeby Pilar opowiedziała jej jakąś bajkę, jakąkolwiek. Z początku się wahała, chciała zaproponować, żeby może Andres to zrobił albo Esme jak już wróci z rozmowy z Madoxem, ale im dłużej Aura patrzyła na nią tymi swoimi wielkimi, czekoladowymi oczami, tym Stewart kompletnie miękkła. Finalnie opowiedziała jej historię o małym księciu, którą również opowiadała maleńkiej Dolores w malowniczym Medellin i którą nie raz przedstawiała dzieciakom z bidula. Aurze również się podobała, bo przez pierwsze dziesięć minut słuchała jej uważnie, a potem nie wiedzieć dokładnie kiedy, jej dziecięce oczka zaczęły się zamykać, ciało wtuliła w Pilar, a główkę położyła na jej piersiach. Stewart również zaczęła robić jakieś dziwne rzeczy, jak na przykład to, że wprawiła tułów w delikatny ruch, a dłoń podniosła do ciemnych włosów Aury i gładziła je delikatnie do momentu, aż dziewczynka nie zasnęła. I to właśnie w takiej scenerii zastał ją Madox wraz z Esme, gdy wrócili do salonu.
Chyba zasnęła — rzuciła cichutko, tuląc ją mocno do siebie, a spojrzenie zawiesiła na Esme, bo… Pilar nie za bardzo wiedziała, co z tym faktem teraz zrobić. Miała tu tak siedzieć do rana? Oby kurwa nie. Chociaż musiała przyznać; trochę ją ta czułość rozczuliła. Ale tylko trochę.

el futuro padre de mis hijos

tequila con muerte

: pt mar 06, 2026 10:27 am
autor: Madox A. Noriega-Patel
Oczywiście, że Madox zapytał matkę jak zbierała informacje na jego temat, kiedy już trochę porozmawiali o tym, że ona celuje w słoneczną Hiszpanię, a Madox jej powiedział, że jemu i tak najbliższa sercu jest Kolumbia, chociaż Meksyk też mu się podobał. Esme na początku kręciła... Ale Madox patrzył na nią tymi ciemnymi oczami, tak jakby zdawał sobie doskonale z tego sprawę. Bo zdawał, bo przecież on wiedział, gdy ktoś go okłamuje, czytał takie niuanse, a z matki tym bardziej, biorąc pod uwagę fakt, jak podobną do niego samego miała mimikę, to samo przewracanie oczami, te same miny, kiedy nie mówiła prawdy. Chociaż ona była w tym trochę gorsza niż on, Madox jednak często nad tym panował. W końcu jednak mu powiedziała.
- Jak to kurwa Maddie?! - ryknął i aż zerwał się z miejsca. Wkurwił się, przecież Maddie to była jego prawa ręka, jego najbardziej zaufana osoba, a okazywało się...
- To ja ci ją podsunęłam Madito... - powiedziała cicho Esme, a Madox aż przeszedł się po ogrodzie, zatoczył koło jak ten dziki kot uwięziony w klatce z kolejnych wątpliwości - miała nad tobą czuwać - dodała, a Noriega się zatrzymał, żeby na nią spojrzeć. I czuwała w zasadzie, zawsze mu pomagała, była mu najbardziej zaufaną osobą i najwięcej o nim wiedziała. A on myślał, że to wszystko, bo się przyjaźnią, bo on też często jej pomagał, po prostu byli takimi swoimi ludźmi, a teraz się okazuje, że ona to robiła dla niej...
Zawiodła go. Obie go zawiodły. Ale Maddie… Tylko, że właśnie Maddie doskonale wiedziała dzisiaj kiedy do niego zadzwonić, żeby mu pomóc, mógł coś podejrzewać, że to nie jest jakieś jej wyczucie. Zresztą ona zawsze mu pomagała. Zawsze w tym pierdolonym Toronto trzymała się blisko niego, czasem jak matka, kiedy gotowała mu zupę, gdy był chory, albo nosiła do szpitala ciepłe skarpetki.
Przez chwilę stał w miejscu i wpatrywał się w matkę. Ale w końcu ją wyminął bez słowa. Już chciał rzucić, że jednak będą się zbierać, ale kiedy wszedł do jadalni, kiedy zatrzymał się po drugiej stronie stołu i zobaczył Pilar, która trzymała Aurę, a dziewczynka wtulała się w nią śpiąc słodko, to znowu się zatrzymał jak wryty. Jego ciemne oczy przesunęły się po Stewart i zatrzymały na jej twarzy. Trzeba przyznać, że ruszył go ten widok...
Madox nie lubił dzieci, ale Pilar zawsze się z nimi dogadywała, wyglądała z nimi... dobrze. Jakoś tak spokojnie. A teraz trzymała w ramionach jego małą siostrę. Nabrał mocno powietrze w płuca. Był zły. A z drugiej strony go to rozczuliło, a z trzeciej znowu nie wiedział co ma zrobić. Esme przechodząc koło niego położyła mu rękę, na ramieniu, a on się szarpnął, zrzucił ją.
- Madito... - wyszeptała tylko, ale zaraz do stolika podszedł Lopez, spojrzał na Esmeraldę jakoś znacząco, więc finalnie wyminęła swojego syna i podeszła do Pilar, żeby ściągnąć z niej Aurę, uśmiechnęła się do niej ciepło. Chciała coś powiedzieć, ale dziewczynka otworzyła na moment oczka - mami... - mruknął i wtuliła się w Esme - zaniosę cię do łóżeczka - oznajmiła, a mała pokiwała głową. Poszły do sypialni. I chociaż Lopez w pierwszej chwili spojrzał na Madoxa i otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, to jak zobaczył to jego mordercze spojrzenie, to się zamknął. Wrócił do kuchni, żeby udawać, że sprząta, a tak naprawdę to przekładał jakieś rzeczy na blacie i... ich podsłuchiwał.
Noriega najpierw obejrzał się na Andresa, a potem ciemne tęczówki zawiesił na Pilar, na tych jej plasterkach. Bo on też je lubił jej naklejać, i może nawet coś by na ten temat powiedział, ale...
- Pilar chodź ze mną - tylko tyle, wyciągnął do niej rękę, a kiedy wstała, kiedy ujęła w smukłe palce jego dłoń, to on te swoje zacisnął, pociągnął ją przed dom. Na ogród z tyłu, na bosaka, oboje. Nie na schodki, ani nawet na huśtawkę, tylko w jakąś ciemnicę z boku domu, gdzie stała tylko skrzynka na narzędzia a po ścianie pięła się piękna, krwisto czerwona róża, chociaż w tej ciemności była... czarna.
Postawił ją na środku, gdzieś w tym wątłym świetle padającym z okna, sypialni chyba, musiała się tam palić jakaś nocna lampka. Bo dawała odrobinę światła, tyle tylko, żeby oświetlić ciut twarz Stewart. Tej Madoxa nie było widać, kiedy on się znowu przeszedł dookoła, kiedy zrobił znowu jakieś kółko, a potem stanął przed nią. A potem się w nią wtulił, mocno. Oparł policzek o jej włosy. Bo chociaż ruszyło go to, że odzyskał po dziesięciu latach matkę, to jeszcze bardziej dotknęło go chyba to, że...
- Maddie mnie zdradziła - wyrzucił to w końcu, zawieszają te słowa gdzieś na jej karku, w który się wtulał. Zaciągnął się jej znajomym zapachem - to ona była... To ją podstawiła moja matka - ufał Maddie, ufał jej najbardziej w całym Emptiness, a teraz się okazywało, że ona go cały czas... oszukiwała. Już wybaczyłby jej to, że udawała przed nim, że nie zna ruskiego, ale to, że była szpiegiem jego matki? I może robiła to w dobrym celu i może rzeczywiście się nim opiekowała, ale ona przecież wszystko przekazywała Esmeraldzie. Wszystko. Bo Maddie jednak wiedziała o nich najwięcej, o tej całej akcji z postrzeleniem, o wszystkim z Daltonem. O tym co działo się później. Wszystko co przechodziło przez Emptiness docierało do Maddie. A zresztą Madox jej ufał, traktował ją jak przyjaciółkę, jak rodzinę prawie. On kurwa był ojcem chrzestnym jej dzieciaka, święta u nich czasem spędzał, kiedy nie był akurat w klubie, a ona go...
Tylko czy ona naprawdę go zdradziła? Przecież wysłała ją do niego jego matka, która też zawsze robiła wszystko dla jego dobra.

te amo corazón 𓏲ּ𝄢❤︎

tequila con muerte

: pt mar 06, 2026 1:35 pm
autor: Pilar Stewart
Pilar nigdy nie przepadała za dzieciakami.
Istniało wysokie prawdopodobieństwo, że miało to swoje źródło w okropnych wspomnieniach, jakie chowała w sercu, ze swojego pobytu w bidulu. Dzieci nie kojarzyły się jej dobrze, bo te którymi ona się otaczała w większości były dla niej po prostu bezlitosne — cięły jej włosy, kradły zabawki i wyzywały od trędowatych. Nie dało się ich lubić.
A jednak — kiedy trzymała na kolanach małą Aurę, kiedy głaskała jej ciemne loczki, bujając się delikatnie na boki, przy okazji zaciągając się jej przyjemnym zapachem… serce Stewart biło nieco szybciej. Inaczej. Nie posądzała się o jakieś instynkty macierzyńskie, jednak towarzyszyła jej pewnego rodzaju czułość. Uczucia, których Pilar dopiero się przecież uczyła, które okazywała jedynie Noriedze. A teraz i Aurze. Wtuliła policzek w czubek jej głowy i trwała z nią w takiej pozycji do momentu, w którym w pokoju nie pojawił się Madox z Esme.
Znała go dobrze. Od razu zauważyła w jego oczach zmianę, ten gniew w spojrzeniu mieszający się z czymś jeszcze i szybko unoszącą się klatkę piersiową, świadczącą o tym, że był zdenerwowany. Coś było nie tak. I to mocno nie tak, bo zaraz Esme spróbowała położyć dłoń na jego ramieniu, a on energicznie ją z siebie strzepnął. Zdecydowanie coś było nie halo.
Wbiła ciemne spojrzenie w oczy Noriegi i nawet na moment go nie spuściła, kiedy Esme odbierała od niej Aurę. Bo może i mała była słodka, rozczulała Stewart, tak ona już fiksowała się na dziwnym zachowaniu Madoxa. Bo jakby na to nie spojrzeć: był dla niej najważniejszy.
Kiedy wyciągnął dłoń w jej kierunku, rzucając krótki komunikat, nawet słowem się nie odezwała — po prostu wstała i zacisnęła palce na jego szorstkiej skórze. Wszędzie by z nim poszła. Spojrzała po drodze przelotnie na Lopeza, który tylko wzruszył ramionami. Udawał? A może sam nie miał pojęcia, o co mogło chodzić? Nie miała teraz czasu tego rozkminiać, bo Madox już wyciągnął ich na ogród i zaciągnął w jakiś ciemny zakątek.
Co się dzieje? — spytała, kiedy w końcu się zatrzymał. A przynajmniej Pilar myślała, że to już koniec wędrówki. Zaraz jednak okazało się, że on jeszcze musiał pochodzić sobie dookoła. Próbowała nadążyć za jego cieniem, bo twarzy nawet nie było widać w tej ciemności. Miała wrażenie, że zaraz ją popierdoli, jeśli jej nie powie, a on ciągle chodził. Nie chciała jednak naciskać. Widziała, że sam to jeszcze trawił. Cokolwiek dowiedział się od Esme.
A potem ją przytulił.
Mocno.
Coś ścisnęło ją w brzuchu. Złapała więcej powietrza i odwzajemniła uścisk, powoli przesuwając dłońmi po jego plecach, pokrzepiająco (w przeciwieństwie do skurwiałej emotki), a następnie zacisnęła je na materiale koszulki i przyciągnęła go jeszcze bliżej, żeby podkreślić swoją obecność.
Była cierpliwa, ale nawet ona miała swoje limity. Już otwierała usta, żeby w końcu dopytać co takiego się stało, tylko wtedy on sam jej powiedział. A Pilar zamarła w bezruchu.
Pierdolona Maddie.
Oczywiście — prychnęła. Nie mogła się powstrzymać. Bo szczerze? Pilar nawet nie była w szoku. — Oczywiście kurwa, że to ona — mruknęła pod nosem, bardziej do siebie niż do niego. Nigdy jej nie lubiła. Zawsze wpierdalała nos w nieswoje sprawy, robiła wszystko, żeby odciągnąć Noriegę od Pilar.
Odkleiła się od niego delikatnie, wciąż pozostając w silnych ramionach i podniosła spojrzenie do ciemnych, ledwie widocznych oczu, które w braku światła wydawały się czarne.
Miałam z tobą o tym pogadać, o tym, że musisz mieć jakiegoś kreta w klubie, skoro Esme wszystko wiedziała, skoro wiedzieli, że nie było żadnych zaręczyn i nawet o pierdolonym Daltonie… — aż się zatrzęsła, kiedy wymówiła jego nazwisko. Jakoś przy tych wszystkich wydarzeniach kompletnie zapomniała, ile ten człowiek napluł im krwi. O tym Esme również doskonale wiedziała. W końcu wczoraj wypominała Pilar, że to przez nią Madox prawie zginął. Wszystko nabierało sensu. Wszystko się klarowało teraz, kiedy było wiadomo, że to… — Pierdolona Maddie — pokręciła głową i odsunęła się od Madoxa. Teraz to ona musiała przejść się kawałek po trawie. A najbardziej to chciała w coś kopnąć. Nawet wzięła zamach, ale w ostatnich chwili uświadomiła sobie, że przecież nie miała na sobie butów i zderzenie palców ze ścianą mogłoby być… bolesne. Zamiast tego przejechała dłonią nerwowo po włosach i złapała kilka głębszych oddechów.
Była zła na Maddie. Kurewsko zła. Jakby teraz miała ją obok, to pewnie by ją wyszarpała za włosy i rozpoczęła bójkę, ale jeszcze bardziej w tym wszystkim, to było jej szkoda Madoxa. Wiedziała, jak dużo ona dla niego znaczyła. Jak ważna była. Dlatego zaraz podeszła bliżej i zacisnęła palce na jego dłoni.
Lo lamento, cariño — rzuciła szczerze, bo faktycznie było jej przykro. Mogła tylko sobie teraz wyobrazić, jak musiał się czuć. Bo chociaż Maddie może i chciała dobrze, była przy nim, to przecież jakby na to nie patrzeć zdradziła go. Wbiła mu nóż w plecy, sprzedawała bezczelnie wszystkie informacji o nim dalej i nie ważne, czy było to w dobrej wierze czy nie, Madox w tym momencie miał prawo czuć się zraniony, oszukany. A ona wcale nie miała zamiaru wyprowadzać teraz jakichkolwiek argumentów broniących jego przyjaciółkę. — Co zamierzasz z tym zrobić? — spytała po chwili, uważnie mu się przyglądając. Był gotowy ją skonfrontować? A może chciał udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i po prostu zobaczyć, kiedy sama się wyłamie lub przyzna? Cokolwiek by to nie było, Stewart i tak miała zamiar stać po jego stronie. A, no i pozostawała jeszcze jedna kwestia... — Skoro sprzedawała informacje twojej matce, można mieć w ogóle pewność, że robi tego również z półświatkiem?

Lo lamento, cariño

tequila con muerte

: pt mar 06, 2026 5:11 pm
autor: Madox A. Noriega-Patel
Musiał to rozchodzić, chociaż na pytanie Pilar podniósł na moment głowę, zerknął na nią, nie za bardzo wiedział jak ma jej to powiedzieć. Jeszcze to wszystko do niego docierało, trawił to, układał w głowie. On właściwie jeszcze dobrze nie zadomowił się w Kanadzie, a już na jego drodze stanęła Maddie, i co? Myślał, że to jakiś jebany zbieg okoliczności, może kurwa przeznaczenie, że oni się tak dobrali, byli tak różni, a jednak się dogadywali, chociaż na samym początku skakali sobie do gardeł, ale później...
Maddie w pewnym momencie była dla niego jak rodzina, kiedy ta w Medellin się od niego odwróciła, kiedy matka nie dawała znaku życia, kiedy musiał przejąć Emptiness. Pomagała mu. Zawsze mu pomagała. To nie była tylko jego menadżerka, bo Maddie była kimś zdecydowanie więcej.
Czuł się jakby najbliższa osoba wbiła mu nóż w plecy. Bo chociaż ta najbliższa jego sercu, stała tutaj przed nim, to przecież Maddie była jeszcze przed Pilar. Może i Madox nigdy nie żywił do niej jakiś romantycznych uczuć, bo nie była w jego typie, bo traktował ją bardziej jak siostrę, to jednak zanim w jego życiu nie pojawiła się Stewart, to właśnie do blondynki szedł z większością swoich problemów.
Ale z tym teraz, wtulił się w Pilar.
Przez moment tylko pozwalając sobie zatracić się w jej dotyku, jej obecności, tym, że była przy nim. Kurewsko mu tym pomagała.
W końcu jednak wyrzucił to z siebie.
Drgnął niespokojnie na słowa Stewart, bo on. On by sobie kurwa rękę dał odciąć za Maddie, nie miałby ręki. Wszystkich mógłby podejrzewać o zdradę, ale nie ją. Westchnął ciężko w jej kark.
A kiedy się odsunęła, to ciemne tęczówki odszukały jej piękne, duże oczy, w tym świetle równie ciemne. Maddie wiedziała wszystko, od ich pierwszego spotkania, po każde kolejne.
Kurwa.
Ona trzymała go za rękę, gdy Pilar wyciągała mu kulę. Ona rozmawiała z lekarzem, kiedy leżał w szpitalu pod tymi wszystkimi kroplówkami, gdy prawie zatrzymało mu się serce. Wiedziała, że on chodzi na komisariat, że mają z Pilar problemy, kiedy upijała się w klubie. Wiedziała dosłownie wszystko, bo była jak jego cień.
- To... - zaczął, ale nie wiedział co ma jej powiedzieć, że nigdy w życiu by jej nie podejrzewał, że gdyby nie powiedziała mu o tym Esme, to by w to nie uwierzył? A może nie powinien jej wierzyć?
Nie no przecież za bardzo teraz to wszystko składało się w całość.
Nic nie powiedział. Przytulił ją tylko mocniej, kiedy się spięła na wspomnienie o Daltonie, odruchowo, nawet nad tym nie myśląc. Po prostu. Bo jego myśli były teraz zupełnie gdzieś indziej. Gdzieś w Toronto chyba.
Nie chciał jej puszczać, ale kiedy się odsunęła, to cofnął się do ściany opadł na nią plecami, tuż obok tej pnącej róży. Powiódł za nią spojrzeniem.
Pierdolona Maddie.
Łatwiej by było, jakby rzeczywiście się na nią tak wkurwił, jak na Ruby, która go zdradziła. Tak, że chciał jej rozwalić łeb. A Maddie.
On tylko po prostu nie mógł uwierzyć, że ona mu to zrobiła.
One obie, na spółę z jego matką.
Spuścił głowę i przesunął po twarzy wytatuowanymi palcami, przeczesał nimi jasne włosy. Dopiero kiedy Pilar sięgnęła do jego dłoni, to podniósł na nią wzrok. Jemu też było przykro. Kurewsko.
Na jej pytanie pokręcił głową, zacisnął zęby mocniej, tak mocno, że zabolała go szczęką, przymknął na moment powieki.
Nie wiedział co ma z tym zrobić.
Maddie była nie tylko jego przyjaciółką, powierniczką sekretów, była też jego menadżerką, pomagała mu prowadzić ten klub jak nikt inny. Nikt by jej nie zastąpił, zwłaszcza teraz kiedy on przecież w Emptiness tylko bywał. To gdyby nie ona wszystko by się tam rozpierdoliło. Gdyby nie ona...
Nawet dzisiaj nie dałby znać Pilar co się dzieje w magazynie Pablo.
- Nie wiem... - rzucił w końcu, po jej kolejnych słowach, które jednak dotarły do niego z jakimś opóźnieniem - nie robi tego - warknął zaraz. Bo kurwa, on by przecież stanął za Maddie murem. Mimo wszystko. Zawsze.
A tu co? A tu okazało się, że ona go zdradziła.
A jeśli współpracowała nie tylko z jego matką? Nie mogła przecież...
Mogła?
Nie wiedział. Już nic nie wiedział. Odepchnął się gwałtownie od ściany, tak, że kiedy wpadł w Pilar, mocno, to się zachwiała, ale zaraz złapał ją w pasie, objął ramieniem, przytrzymał. Przez chwilę patrzył w jej ciemne oczy, które oświetlało tylko to nikłe światło padające z okna.
- Muszę... Zadzwonić - powiedział w końcu i sięgnął do kieszeni po swój telefon. Tylko do kogo miał zadzwonić? Kiedy on w pierwszej kolejności zawsze wybierał numer Maddie? Kiedy to ona pierwsza dowiadywała się o wszystkim. O zdradzie też by się dowiedziała od razu. Pierwsza.
Zerknął na wyświetlacz telefonu. A zaraz zabrał rękę z pasa Pilar, zrobił krok w bok.
- Niedługo wrócę... Po prostu muszę to sprawdzić - sięgnął wytatuowanymi palcami do jej policzka, ale musnął jej skórę trochę na oślep, bo już szukał czegoś w telefonie.
Środek nocy, ale on musiał to wiedzieć. Nie wytrzymałby do rana. Popierdoliło by go.
Wyminął ją, ruszył przed siebie, stanął dopiero na rogu budynku, te kilka kroków od niej, kiedy wreszcie znalazł ten numer, a jednak obejrzał się jeszcze przez ramię.
- Odpocznij, czy coś, okej? - popatrzył na nią chwilę, a potem wyszedł przed dom. Prosto przez ten zadbany ogródek, na bosaka, ale to właściwie nie miało znaczenia.

𝑀𝒾 𝒜𝓂𝑜𝓇 ⋆˙⟡♡

tequila con muerte

: pt mar 06, 2026 7:41 pm
autor: Pilar Stewart
Ciężko jej było na niego patrzeć.
Nawet w półmroku, jaki panował w ogródku, gdzie jedynie światła z domu rzucały na nich lekką poświatę, była w stanie widzieć jego zmartwione oczy. A przecież znała już to spojrzenie, aż za dobrze, szczególnie po dzisiejszym dniu…
Walczył.
Walczył sam ze sobą. Ze swoimi myślami, które ciągle nawzajem się negowały. Wyglądał dokładnie tak samo, jak kiedy przy śmietniku zastanawiał się, czy chciał za nią wyjść. Czy ona chciała wyjść za niego. Kiedy raz podchodził i mówił, że chce ją mieć za żonę, a zaraz potem, że nie chce jednak żeby nosiła pierścionek. Decydował się, a potem zmieniał zdanie. Mieszał w jej głowie. I tutaj robił dokładnie to samo, tylko z samym sobą. A Pilar wcale mu się nie dziwiła.
Maddie była jego najbliższą osobą. Była przyjaciółką, której ufał b e z g r a n i c z n i e, pewnie za nią również oddałby życie, zrobił wszystko, co tylko trzeba, żeby była bezpieczna i pewnie ona zrobiłaby za niego to samo, a jednak… a jednak go okłamała. Ukrywała to przed nim. Oglądała jego cierpienie, wzloty i upadki, i jakoś nigdy nawet nie zebrała się na chwile szczerości, żeby powiedzieć mu, że jego matka żyje, że ma się dobrze, że troszczy się o niego. Przecież skoro byli tak blisko, z pewnością mogłaby odwrócić się od Esme i powiedzieć prawdę Noriedze. Chociaż tyle była mu kurwa winna. Nawet po latach.
A ona nie zrobiła nic. Donosiła tylko na niego jak pierdolony kret. Wszystko. Cóż, przynajmniej teraz Pilar już wiedziała, dlaczego Esme była do niej tak źle nastawiona. Uprzedzona. Czemu wytykała Pilar, że była zła dla Madoxa, że powinna go sobie odpuścić, skoro miała tylko i wyłącznie perspektywę Maddie. Pierdolonej Maddie.
Wiedziała, jak ważna była dla Madoxa, ale gdyby to od niej zależało, gdyby teraz Pilar miała ją pod ręką, chyba autentycznie by ją rozszarpała. Nawet by się raz nie zastanowiła. Bo jedną rzeczą było to, że Esme ją podstawiła, kazała jej zbliżyć się do Madoxa i być przy nim, ale czymś zupełnie innym, była jej lojalność względem Noriegi. Mogła być z nim szczera, mogła wybrać walkę u jego boku, a ona wybrała Esme.
I może gdyby Stewart była na miejscu Madoxa, myślałaby zupełnie inaczej, może jakoś próbowałaby ją usprawidliwiać, ale nie była. Była Pilar, a Pilar w tym momencie była kurewsko wkurwiona na Maddie.
Ściągnęła brwi, kiedy Noriega oznajmił, że musiał zadzwonić. Nie miała przy sobie telefonu ani zegarka, ale dałaby sobie rękę uciąć, że było już grubo po trzeciej w nocy, jak nie czwartej, gdzie on chciał dzwonić o tej porze?
Do kogo? — dopytała, bo jednak gdyby chciał do Maddie, to wybrałby numer o wiele szybciej, a on grzebał w tym telefonie i grzebał, przy okazji muskając ją niezdarnie po twarzy. — Ale co ty chcesz sprawdzić? — rozłożyła ręce, przyglądając mu się uważnie. Nie rozumiała jego zachowania, nie rozumiała, gdzie on teraz chciał dzwonić, a przecież Pilar tak bardzo nie lubiła nie wiedzieć.
Zrobiła krok w jego kierunku, ale on już jej uciekł. Już szedł gdzieś w głąb ogrodu. I jak ona niby miała odpocząć? Jak miała zająć się czymkolwiek, kiedy nim tak telepotało? Tylko z drugiej strony, co ona mogła w tej sytuacji? Miała za nim iść i go wkurwiać jeszcze bardziej? Skoro chciał być sam, coś załatwić, to przecież musiała to uszanować. Dlatego postała jeszcze chwile w bezruchu, a potem wróciła do środka. Esme stała przy wyspie, dyskutując o czymś z Lopezem. Po Aurze nie było śladu. Oboje podnieśli na nią spojrzenia, a kobieta aż się wyprostowała.
Gdzie Madito? — spytała zatroskana, robiąc krok w kierunku Pilar.
Jak to, nie wiesz? — uniosła wysoko brwi i ruszyła przed siebie, wymijając ją i skierowała się do szafki z alkoholem. — Maddie ci jeszcze nie powiedziała? — prychnęła pogardliwie i nawet na nią nie patrząc, wyciągnęła butelkę Medellińskiego rumu. Nawet nie fatygowała się, żeby pójść do jadalni po swoją szklankę. Po prostu wzięła nową i zalała pół szklanki, którą praktycznie od razu wyzerowała.
Pilar, przecież to nie tak…
A jak?! — przerwała jej, wchodząc w pół słowa, przy okazji nieco zbyt mocno odkładając szklankę na blat. Cud że nie rozjebała się jej w dłoni. — Bo jak na moje to jest dokładnie TAK. Wykorzystałaś Maddie, kazałaś jej kurwa szpiegować, donosić ci o wszystkim, a przede wszystkim to kurwa kłamać go i oszukiwać przez jebane dziesięć lat! — podniosła głos. Nawet nie wiedziała, kiedy dokładnie zaczęła krzyczeć.
A możesz trochę grzeczniej? — wtrącił się Lopez, a Stewart momentalnie zgromiła go wzrokiem. Może i nie wyglądała stuprocentowo poważnie w swoich kurwa plasterkach na twarzy, ale on również nie ociekał autorytetem.
Nie mogę grzeczniej — odpyskowała mu praktycznie od razu. Nie był jej rodziną, żadnym kurwa ojcem czy wujkiem. Nie miał nad nią władzy i jeśli Pilar miała ochotę się powydzierać na Esme, to miała zamiar to zrobić. — Ty wiesz jak on się musi teraz czuć? Pomyślałaś kurwa o tym? — zrobiła kilka kroków w przód i stanęła po drugiej stronie wyspy, tuż na przeciwko Esme. — Ciekawe co ty byś zrobiła, jakbyś się teraz w tym momencie dowiedziała, że Lopez tak naprawdę szpiegował cię dla kogoś. Co, wystarczyłoby ci, że cię kocha? Umiałabyś tak po prostu wybaczyć mu, że podpierdalał każde twoje potknięcie komuś innemu? — mówiła jak najęta. Wyrzucała z siebie wszystko, co tylko nawinęło jej się na język, bo taka już była. Narwana i nieokiełznana, a najbardziej w tym wszystkim to chyba jako jedyna w tym pierdolonym pokoju liczyła się z emocjami Madoxa. — No właśnie, więc chociaż raz w życiu policz się z jego uczuciami. Nie można być wiecznie silnym, jemu też kurwa może być ciężko, przecież on jej ufał jak nikomu innemu, a ona wbiła mu tym nóż w plecy. Więc skończ kurwa pierdolić, że to wcale nie tak i to nic takiego i raz zachowaj się tak matka — warknęła. Może mówiła za dużo, może była w tym wszystkim mało taktowna, ale przynejamniej była szczera. Irytowało ją to umniejszanie sprawie, zachowywanie się, jakby to było nic, a przecież wcale kurwa nie było. Intencje może i były dobre, ale to nie zmieniało faktu, że zaufanie zostało kurewsko nagięte.

Madox A. Noriega-Patel

tequila con muerte

: pt mar 06, 2026 10:25 pm
autor: Madox A. Noriega-Patel
To chyba bolało go najbardziej, że to nie trwało chwilę, nie rok, a prawie dziesięć pierdolonych lat, kiedy on naprawdę traktował Maddie jak swoją przyjaciółkę, jak rodzinę, której mu zabrakło, a ona... Ona go oszukiwała, na każdym kroku. Patrząc mu w oczy po prostu go okłamywała. A potem to wszystko przekazywała jego matce. Chociaż to nie było najgorsze, akurat to może byłby w stanie zrozumieć. Że dzieliła się z Esme informacjami na jego temat, ale...
Dlaczego nic nie powiedziała jemu?
Kiedy on nie raz przecież zastanawiał się przy niej co z jego matką, czy ona żyje chociażby.
Nie musiała przecież od razu mówić mu, że dla niej pracuje, ale dać mu cokolwiek...
Nie mogła dać mu cokolwiek, bo on by drążył, nie dałby jej spokoju. Za dobrze obie go znały.
Bronił ją.
Walczył. W swojej głowie, z jednej strony uznając to co zrobiła Maddie za nóż wbity prosto w... serce chyba.
Z drugiej tłumaczył jej zachowanie tym, że one w pewnym sensie robiły to dla niego?
Żeby go nie mieszać w sprawy z Pablo.
Tylko dlaczego nikt nie pozwolił decyzji podjąć jemu?
Dlaczego go zepchnęły na jakiś szary koniec, a on po latach dowiadywał się tego wszystkiego? Że jego matka żyje, że miała w jego klubie szpiega.
Trochę to było za dużo, nawet dla niego. Bo Madox starał się zawsze nie pokazywać słabości, nie przejmować się takimi rzeczami, przeć na przód. Nie rozdrapywać ran. A kurwa te ostatnie czterdzieści osiem godzin to było jak... sypanie solą, w te pierdolone, świeże rany, rozdrapane do cna. Za dużo.
Dlatego ją zostawił w ogródku, bo musiał pobyć chwilę sam. Musiał to przetrawić. Chociaż zamierzał też wykonać kilka telefonów. Bo Madox też miał swoich informatorów, też miał swoje kontakty. A półświatek w niektórych kręgach traktował go jak swojego. Może nie ruskie, z którymi on wiecznie miał jakieś zatargi, ani nie makaroniarze, bo ci go nie szanowali. Ale za to z Latynosami zawsze trzymał się dobrze. A pewnie już niektóre kręgi wiedziały, co się wydarzyło w Meksyku. Niektórym mogło to być na rękę. Co prawda Noriega w tym momencie kompletnie nie wiedział komu może ufać, skoro jedyna osoba, której wierzył bezgranicznie go zdradziła, ale... musiał spróbować.
Musiał się dowiedzieć, czy Maddie go sprzedaje.
Chodził po ogródku, po tych kurwa, pięknych różanych alejach, a potem nawet po drodze, bo nie umiał sobie znaleźć miejsca. Bo może tutaj w ogóle nie było jego miejsce? W tym domu do pieprzenia jego matki.
A przez chwilę było tak miło, przy kolacji.

Teraz za to atmosfera w kuchni była... kiepska?
Delikatnie rzecz ujmując, kiedy wpadła tam Pilar. Chociaż gdyby to Madox ją zobaczył, to pewnie byłby zachwycony, bo on przecież to w niej uwielbiał, to, że walczyła... o niego, o innych, że nie pozostawała bierna, kiedy komuś działa się krzywda. On się od niej tego uczył. Wielu rzeczy się od niej uczył. Bo przecież w tej dysfunkcyjnej rodzinie, w której on żył, to kłamstwo było na porządku dziennym. Nie ma się w takim razie co dziwić, że jemu przychodziło to tak gładko. Chociaż on przecież z Pilar uczył się być szczery, kompletnie. Chciał zawsze być z nią szczery. Bolało go też to, że w tej sprawie z Eliotem nie mógł.
A może mógł?
A może w tym momencie powinien już to wszystko pierdolić?
Jak jego wszyscy pierdolili cały czas?
A teraz zaczął pierdolić Lopez.
Możesz grzeczniej?
Nie mogła, i Esme chyba też o tym wiedziała. bo spuściła spojrzenie, bo nie odezwała się słowem, kiedy Stewart wyrzucała jej to wszystko. Dopiero po chwili zacisnęła palce na dłoni Lopeza, która gdzieś w międzyczasie spoczęła na jej ramieniu. Może ta Madoxa też powinna się ułożyć na ramieniu Stewart? Pewnie tak. Bo ona stała za nim murem, jako jedyna w tym skurwiałym świecie.
- Przecież to wszystko było dla niego... Jakby się dowiedział, że ja jestem z Gonzalesem, to... - urwała i podniosła spojrzenie na Pilar - przecież wiesz jaki on jest... - ona to akurat wiedziała doskonale, bo była taka sama. Oboje tacy byli, narwani, impulsywni. Popierdoleni?
- A ja chciałam wiedzieć co słychać u mojego dziecka, chciałam się nim zająć na odległość, dlatego podstawiłam mu Maddie - powiedziała spokojnie, jakby to wszystko tłumaczyło - Pilar jak będziesz miała swoje dzieci, to to zrozumiesz... - i znowu się tym zasłaniała.
Ale czy to naprawdę tyle zmieniało? Czy jak się kogoś kochało, to można było... robić mu takie świństwo?

Do kuchni wszedł po dziesięciu, może piętnastu, minutach. Nie zajęło mu to wcale tak długo. Nie był już taki... zmieszany? Zły wciąż, ale chyba już po prostu zdecydował. Wiedział co ma z tym zrobić.
W pierwszej kolejności położył na kuchennej ladzie ten telefon, który wcześniej dała mu Esme i chociaż ona wstała i chciała do niego ruszyć, to Madox pokręcił głową. Zatrzymał ją Lopez.
Zaraz znalazł też kluczyki od ich jeepa, które zostawili na szafce w przedpokoju wczoraj, przełożył je w palcach i schował do kieszeni.
A później wyciągnął rękę do Pilar. Znowu.
Ile razy on dzisiaj wyciągał do niej dłoń, a ona ani razu jej nie odtrąciła, nawet wtedy kiedy dawał jej do tego powody. Kiedy... chciał ją od siebie odsunąć sam.
- Madito... - zaczęła Esmeralda, ale Madox nawet nie pozwolił jej dokończyć, bo on już zacisnął palce na ręce Pilar. Już ją wyciągał na zewnątrz. Chociaż zatrzymał ją zaraz za drzwiami, ale tylko po to...
Aż po to... żeby przyciągnąć ją do siebie, żeby wpić się agresywnie w jej usta, w jakimś takim stęsknionym pocałunku, jakby nie widział jej pół roku, a nie zaledwie piętnaście minut. Odsunął się od niej nabierając powietrze w płuca, a ciemne tęczówki odszukały jej piękne, czekoladowe oczy.
- Spierdalamy stąd... - stwierdził, tak jak wcześniej, bo to też chyba był najlepszy moment, żeby się stąd ulotnić. I znowu biegiem przez ogród, po tym kamiennym chodniku, do samochodu, zaparkowanego przy krawężniku, na boso.
Tym razem, o dziwo, Madox nawet otworzył jej drzwi od strony pasażera, a kiedy Pilar wsiadła, to zamknął je za nią. Usiadł za kierownicą, zanim jeszcze odpalił silnik, to sięgnął do jej dłoni, którą podniósł sobie do policzka, w którą na moment się wtulił.
- Może kiedyś... będę na to gotowy, żeby porozmawiać z moją matką, ale nie teraz - powiedział i pochylił się w jej kierunku, żeby spojrzeć w jej oczy - teraz chciałbym wreszcie spędzić z tobą zajebiste wakacje i mieć resztę w dupie, bo i tak zrobiliśmy to, co powinniśmy, co trzeba było, to inni ludzie nie robią tego co trzeba - dziecinnie to brzmiało? Może, ale taka była prawda. I Madox to chyba też zrozumiał, że jak oni wpadną w ten wir pomagania, to cały czas robią wszystko dla wszystkich...
A powinni pomyśleć tylko o sobie. I w końcu spędzić te wakacje w Meksyku, tak, jak chcieli.
Przysunął sobie jej dłoń do ust i najpierw musnął wargami jej środek, a potem wierzch, a na koniec jeszcze złapał w zęby pierścionek z literką M.
- Pani prawie Noriega… wschód słońca na plaży, jak to brzmi? - zapytał i wreszcie umieścił kluczyk w stacyjce, a zaraz zjechał z krawężnika - za romantycznie jak dla nas - wywrócił oczami - ale... wschód słońca, i ta śmieszna łódka, w której miałaś przede mną klękać chyba już lepiej? - zerknął na nią z ukosa. Jemu to brzmiało zajebiście nawet. Skierował Jeepa do plaży, chociaż po głowie chodził mu jeszcze powrót do Acapulco, ale później pomyślał o tym, że dlaczego przez matkę miał tracić tą imprezę na plaży? Nie chciał jej tracić, co prawda mogli tu przyjechać z Acapulco, ale mogli też po prostu... przeczekać aż Esmeralda i Lopez znowu znikną... Najlepiej na kolejne dziesięć lat.

𑣲𝓂𝒾 𝒶𝓂ℴ𝓇.

tequila con muerte

: sob mar 07, 2026 12:11 am
autor: Pilar Stewart
Powiedzieć, że atmosfera w kuchni była napięta, to jak nie powiedzieć nic. Była tak gęsta, że spokojnie można by ją ciąć nożem. I co gorsza — nic nie wskazywało na to, że w najbliższym czasie miało się to poprawić. Pilar i Esme po prostu nie mogły się dogadać. Znajdowały się na przeciwległych biegunach wraz ze swoimi argumentami i nie było nawet opcji, żeby spotkały się gdzieś pośrodku. Pilar kładła na pierwszym miejscu Madoxa, jego samopoczucie i emocje, Esme zaś skupiała się na własnych potrzebach. Na tym, że to ONA była matką, która chciała pomóc swojemu dziecku, że to ONA musiała to zrobić, że ONA chciała go chronić. Ona, ona, ona... A tu kurwa właśnie nie chodziło o nią. I w tym był problem.
Nawet nie skomentowała tego argumentu, że nie mógł się dowiedzieć, że była z Gonzalesem. Akurat w tym przypadku na język cisnęło się jej od groma obelg i pytań, to po chuj z nim w ogóle była? Bo chyba tej jednej zagadki do teraz nie byli w stanie rozwiązać. Co Esme właściwie tutaj robiła? Dlaczego kiedy uciekła z Medellin nie pojechała gdzieś w pizdu z Lopezem, tylko wpakowała się kolejne gówno? Miała jej spytać, tylko wtedy w pokoju wybrzmiało przecież wiesz, jaki on jest.
Miała rację. W tej jednej rzeczy miała stuprocentową rację. Wiedziała.
Żebyś wiedziała, że wiem — warknęła praktycznie od razu, wbijając spojrzenie w jej ciemne oczy. — O wiele lepiej od ciebie. Bo ja w przeciwieństwie do ciebie, jestem przy nim, nawet kiedy robi się ciężko, nawet kiedy próbuje mnie odpychać i sam nie wie czego chce, kiedy jest narwany i impulsywny. Jestem. Pomimo tego, że nie powinnam — bo przecież ten ich związek wiele nie różnił się od sytuacji, w jakiej była Esme przez lata. Oni też nie powinni być razem. Wydawali tym samym na siebie wyrok, a jednak szli w to w zaparte. Bo miłość, którą mieli była kurwa silniejsza niż śmierć. Bo byli po równo pojebani i po równo w sobie zakochani. I prawda była taka, że gdyby Esme naprawdę chciała się z nim skontaktować mogła to zrobić. Mogła to zrobić przez Maddie w taki sposób, że nikt by się o tym nie dowiedział. I ona dobrze o tym wiedziała. Tylko Esme w porównaniu do Pilar po prostu się poddała. Wybrała tą łatwiejszą ścieżkę. Stewart nie zamierzała. Nawet była gotowa ją o tym poinformować, tylko wtedy to kuchni wleciał Madox.
Praktycznie od razu zawiesiła na nim swoje ciemne oczy, próbując wyczytać, co działo się w jego głowie. Jaki był? Dowiedział się czegoś? Zadzwonił do Maddie? Pytania mnożyły się w jej głowie, a odpowiedzi wciąż było brak. Wiedziała jednak jedno — nie zostaną tutaj. To akurat było wiadomo z chwilą, w której odstawił telefon od Esme na blacie.
Jak na zawołanie złapała jego dłoń. Mocno zacisnęła palce na jego szorstkiej, ciepłej skórze i ruszyła za nim. Gdziekolwiek tylko chciał. Wszędzie by za nim poszła bez najmniejszego ale. Chciał spierdalać? Proszę bardzo. Ona i tak swoim darciem się na Esme sprawiła, że raczej byli tu już średnio widziani, a przynajmniej klimacik był.. kiepski. Zgarnęła jeszcze po drodze torebkę, a kiedy wyszli za drzwi, odwróciła się w jego kierunku, by zapytać czy wszystko okej, ale on już wpijał się w jej usta. Z automatu uniosła dłoń w górę i zacisnęła się na materiale jego koszulki, przyciągając go do siebie bardziej. Oddawała mu czułość równie zachłannie, spełniając potrzeby, którymi się z nią dzielił. A potem ruszyła z nim przez ogród, prosto do samochodu. Słowem się nie odezwała, kiedy wsiadali. Słuchała się go kurwa jak nigdy. Bo może pierwszy raz faktycznie się z nim zgadzała? Ułożyła dłoń, którą sobie na kierował na policzek na jego ciepłej skórze i pogłaskała delikatnie.
Myślę, że ona chciała, żebyśmy tu przyjechali im pomóc uciec. Że to wszystko było zaplanowane — odezwała się w końcu, zaraz po jego słowach o tym, że nie był gotowy z nią rozmawiać. Musiała to powiedzieć, bo by się kurwa udusiła. Bo teraz to wszystko tak… składało się do kupy. — Wiedziała, że przyjedziemy. Od Maddie. Wiedziała o Frankim, o Pablo, że prowadzisz sprawę i chcesz go wkopać… o wszystkim — wiedziała więcej niż Pilar. Bo Stewart o połowie z tych rzeczy nie miała pojecia. Bo nawet jeśli to ona była jego kobietą, on wciąż ufał Maddie bardziej. Była jego prawą ręką, wiedziała kurwa wszystko i to wszystko przekazywała też Esme. Godziło ją to gdzieś w środku, ale jednak na nie na tyle, żeby wyciągać to na zewnątrz. Bo tu nie chodziło o nią. Nie teraz. — A skoro wiedziała, to ten trup… też był dla ciebie — jako wabik. Jakkolwiek chujowo to nie brzmiało, to w końcu to wszystko ułożyło się w całość. Bo może i Esme chciała dobrze dla Madoxa, kochała go i dbała o niego na odległość, tak prawda była taka, że potrzebowała ich do ucieczki. Chciała upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i… udało się jej. Była wolna. Chociaż jeśli chodziło o ich relacje… cóż, akurat to pozostawało chyba w punkcie wyjścia. A przynajmniej na ten moment.
W jego kolejnych słowach również było wiele racji: oni zawsze robili wszystko dla innych. Gdzie tylko się nie pojawili ciągle komuś pomagali, ciągle narażali życie dla innych, spychając własne zdrowie i wspólne spędzony czas gdzieś na bok. I chociaż zdarzały się chwile, które oni wyciskali do ostatnich kropli, tak w porównaniu do roboty jaką robili dookoła, to były może jakieś marne dziesięć procent czasu. Dlatego kiedy tylko wspomniał ten wspólnie spędzony czas tylko we dwoje i wschód słońca na plaży, z gardła Pilar wyrwało się ciche jęknięcie.
Brzmi kurwa zajebiście. Prawie tak zajebiście jak Pani prawie Noriega — westchnęła, opadając na siedzenie i przymykając na moment oczy, jakby nie mogła uwierzyć w to, że oni faktycznie będą mogli spędzić razem więcej niż pół godziny. A potem zaśmiała się przelotnie, kiedy stwierdził, że brzmiał to zbyt romantycznie. — Jak dla mnie nawet przy śmietniku będzie świetnie — wzruszyła ramionami. Niby tylko tak sobie gadała, ale czy na pewno? Pilar była pierdolnięta i żadna z niej była dama, dlatego gdyby on chciał posiedzieć z nią sobie na kontenerze i pomachać nogami, ona pewnie bez problemu by się na to zgodziła. Bo czemu nie? Pewnie i tak by się świetnie bawili. — A łódka to już w ogóle brzmi jak spełnienie marzeń — rozmarzyła się i przy okazji wtopiła w fotel. A przynajmniej próbowała, bo przeszkadzała jej w tym torebka, którą miała przewieszoną. Poprawiła ją sobie i przy okazji sprawdziła, czy gdzieś po drodze przy tych wszystkich wojażach nie zgubiła przypadkiem telefonu i kluczy do domu w Acapulco, gdyby kiedyś chcieli tam wrócić. Były. Obie rzeczy. I coś jeszcze.
I mamy jeszcze… — zaczęła tajemniczo, chociaż uśmiech już malował się na jej twarzy. Sięgnęła do bocznej kieszonki i zaraz wyciągnęła z niej dwa skręty. Pomachała nimi przed oczami Madoxa. Króciutko, wiadomo, bo prowadził, ale na tyle, by zobaczył. — Łódka, ty, ja, blancik i wschód słońca? Kurwa, nie uwierzę, dopóki tego nie zobaczę — zaśmiała się, trochę z dystansem, bo przecież oni tak wiele rzeczy potrafili planować, a one potem równie szybko potrafiły się pierdolić, że Pilar już na nic się nie nastawiała. Gdzie skończą, tam skończą. Łódka, klif, plaża… cokolwiek to miało być, dla niej było super.
Byle z nim. Byle mogła mu potowarzyszyć. Jakoś zdjąć z niego ten natłok myśli, ten ciężki dzień. I chociaż jej głowa wciąż krążyła wokół Maddie, chciała zapytać, czy z nią rozmawiał, do kogo dzwonił, tak finalnie ona również postanowiła się skupić tylko i wyłącznie na nim, dlatego też zaraz jej dłoń wylądowała na jego udzie. Zacisnęła na nim palce, a potem krótko pobawiła się materiałem spodenek, by już po chwili podwinąć go delikatnie i zatoczyć kilka kółeczek na nagiej skórze, przesuwając się bezczelnie w górę, w stronę wewnętrznej części uda.
Jak tam z twoją koncentracją, Noriega? — spytała podejrzliwie, wbijając lekko paznokcie w jego skórę. — Bardzo się rozpraszasz, jak prowadzisz? — nachyliła się lekko w jego kierunku, zawieszając ciemne spojrzenie na profilu obłędnie przystojnej twarzy, którą raz po raz podświetlyłay światła latarnii.

mi mundo entero <3