tequila con muerte
: czw mar 05, 2026 9:32 pm
A on się interesował. Skręcało go od środka, bo chciał wiedzieć... Chociaż prawda jest taka, że pewnie jutro o tym zapomni, ale... zawsze może mu się to przypomnieć w randomowym momencie, i znowu się tym zainteresuje.
Skinął głową, bo może on nie słyszał tej wcześniejszej rozmowy Pilar i Esme, ale coś tam przecież wywnioskował, no a przede wszystkim to widział przecież jak Stewart uciekła, więc nawet ucieszyło go to, że jego matka przyznała się do błędu. Chociaż to co powiedziała później skwitował zmarszczeniem brwi, i już miał pytać jakiej reszty, ale zboczyli na trochę inne tematy.
Zboczone jakieś. Chociaż Madox w pierwszej chwili uniósł jedną brew na jej słowa, to potem parsknął. No bo nie o to mu chodziło. Nawet on nie był tak popierdolony.
- Ale nie teraz... - ale może jakby wszyscy spali? Żeby trochę podkręcić atmosferę? W domu ciotki w Medellin trochę tak to robili, wszędzie gdzie się dało, po kryjomu, łapiąc chwilę i wykorzystując okazję.
Teraz Madox też wykorzystywał okazję, żeby opowiedzieć o ich zajebistych zaręczynach. Według niego były. Może nie były typowe, romantyczne, ale były ich. W ich stylu, dzikim, popierdolonym. A zaraz okazało się, że Pilar nie miała nic do dodania, wiec Madox się nawet uśmiechnął, a potem wepchnął sobie do ust tą rozmoknięta bułkę, którą gdzieś po drodze wrzucił do zupy, zjadł ją do końca i dopchał na koniec pieczywem, tak, że w pewnym momencie dostał czkawki. Kiedy Stewart opowiadała o tym, że włamali się do jakiegoś domu na ten zajebisty seks, to on czknął, ale zaraz sięgnął po szklankę, z wodą tym razem, napił się jej, a kiedy Esme zapytała, czy włamali się do domu, żeby uprawiać tam seks, to pokręcił głową, ale Pilar już powiedziała, że nie po to.
- No i żeby ukraść te ciuchy... - dodał jeszcze i pokazał ich zajebiste outfity. No bo jednak takie ubrania to nie było byle co. Jakieś fanowskie rzeczy z Marvela, bo teraz się okazało, że Pilar ma na plecach jakiś znak Kapitana Ameryki, ale może założyła tył na przód? Albo po prostu to było na plecach, taka tarcza. Madox przechylił głowę przyglądając się jej, i znowu czknął, napił się, a wtedy Lopez powiedział o tym, że Esmeralda też nie była święta. Madox najpierw popatrzył na matkę, a potem na Andresa, a zaraz na Pilar. Wywrócił oczami, ale zastanowił się, czy oni też za dwadzieścia lat się tak będą kłócić? Pewnie tak, jeśli dożyją. Zacisnął palce na ręce Stewart pod stolikiem i ułożył ją sobie na udzie. Pozbył się wreszcie czkawki, nawet miał się odezwać, pewnie powiedzieć coś głupiego, że w galerii jeszcze nie próbowali. I może ich podpytać o jakieś miejscówki, bo może powinni z Pilar też właśnie trochę poszaleć... Jakby nie szaleli do tej pory.
Ale Esme poprosiła go na moment, a on sobie już tą rękę Pilar sukcesywnie przesunął wyżej. Westchnął jakoś ciężko i najpierw spojrzał na Stewart, a potem na Lopeza, który zjadł już widelcem wszystko co mu w tej zupie pływało, a teraz podniósł talerz do ust, żeby wychlipać zupę. No... jakiś sposób to był. Chociaż Madox nie wiedział po co, ale co kto lubi.
- Okej... - mruknął tylko i wstał od stołu. Nie wiedział czego ma się spodziewać, ale pewnie jakiś ckliwości, albo może jakiegoś opierdolu? Często go od matki zbierał. Poszedł za nią, chociaż on jeszcze w drzwiach odwrócił się, żeby zerknąć na Pilar. Żeby na moment złapać jej spojrzenie.
wyszedł na schodki i przeciągnął się, na dworze było przyjemnie chłodno, ciemno, majaczyło tylko słabe światło na ganku, które padało na Esme, gdy usiadła na schodku i chociaż Madox się zawahał, to w końcu usiadł obok. A kiedy matka otworzyła to pudełko, zaraz uniósł jedną brew spojrzał na nią pytająco, ale wyciągnęła telefon.
Madox to w niego wbił spojrzenie, w ten telefon. Przez dziesięć lat nie miał z nią kontaktu, a teraz miałby do niej dzwonić i opowiadać jej co u niego słychać? Miałby... mieć matkę? Ale on nie wiedział czy chce. Przyzwyczaił się do tej myśli, że ona jest... gdzieś tam, może żyje, może nie. Zakładał, że tak. Chciał, żeby tak było. Ale jednak uważał, że ona po prostu nie chciała mieć z nim kontaktu. A może chciała tylko nie mogła? Kiedy złapała jego rękę to znowu się spiął, w pierwszym odruchu nawet chciał odsunąć, ale finalnie tego nie zrobił, lekko zacisnął palce na jej dłoni. Wahał się, przez te trzy dzikie uderzenia serca znowu się wahał, już otworzył usta, żeby jej powiedzieć, że go nie chce. Nie chciał...
- Mogę... - po co on to powiedział? Esme jednak sięgnęła do niego, żeby zaraz oprzeć mu dłonie na ramionach, szarpnąć go do siebie, znowu przytulić, jak swoje dziecko. Madox mógł się wzbraniać, mógł wmawiać sobie, że nie chce, ale przecież chciał, przecież kiedy trzymała go w swoich ramionach, to serce biło mu szybciej, to myślał o niej jak o swojej... mamie. Tej, z która kiedyś ganiał po ogrodzie, bawił się w teatr, gotował buñuelos. Którą... kochał.
A ona kochała jego.
Kiedy oni siedzieli na tym schodku, a Madox pytał jeszcze Esme gdzie chcą się zatrzymać, a ona tłumaczyła mu, że muszą lecieć przez Kanadę, bo tam ma jeszcze coś do odebrania, nie wnikał co. Ale powiedziała, mu, że będą się kierować do Europy, jeśli dobrze pójdzie.
Lopez wypił już zupę i drinka.
- Chcesz jeszcze jednego? - zapytał Pilar, ale zaraz wstał, żeby sobie dorobić. A kiedy mu odpowiedziała skierował się, żeby stanąć za wyspą i tym razem zrobić jeszcze mocniejsze drinki. Takie na dobre spanie, albo na dobre... gadanie?
Chociaż kiedy stał w kuchni to nie był zbyt rozmowny.
Za to zaraz w jadalni wybrzmiał cichy dziecięcy głos, bo Aura stanęła w drzwiach sypialni ściskając w ręce swojego pluszaka, przetarła zaspane oczy i najpierw spojrzała na Stewart.
- Rosa? - zapytała, a zaraz rozejrzała się za Esme pewnie. Tylko, że kiedy Lopez ją zobaczył, to odstawił szklanki i wyszedł zza lady, podszedł do dziewczynki i zgarnął ją na ręce.
- Czemu wstałaś księżniczko? - zapytał przesuwając palcami po jej ciemnych lokach, podobnych do tych Esme - chciało mi się pić - wyjaśniła dziewczynka, ale zaraz sięgnęła paluszkami do plasterka, który Lopez miał na policzku - odkleja się Andres... - mruknęła i próbowała go przykleić, ale Lopez go uwalił tą zupą, jak on w ogóle jadł, to jest jakieś niewiarygodne - to nic, nakleimy nowy - powiedział i podszedł do stołu, po drodze zgarnął apteczkę i usiadł na swoim krześle z Aurą na kolanach. I chociaż w pierwszej chwili dziewczynka sięgnęła po plasterki, to zaraz zerknęła na Pilar. Wbiła w nią te duże, czekoladowe oczy.
- Cześć Rosa, też jedziesz z nami na wakacje? - zapytała i znowu spuściła spojrzenie na plasterki, ale tylko na moment.
- Tak właściwie to nie jest Rosa, tylko Pilar - powiedział spokojnie Lopez i najpierw zerknął na dziewczynkę, ale później na Stewart.
- Pilar? - zainteresowała się mała - zmieniła sobie imię? - dopytała, była bystra jak na dzieciaka. Lopez pokiwał głową.
- Tak miała na imię, tylko udawała Rosę, to była taka zabawa, jak nasza, jutro, pamiętasz? - dziewczynka uśmiechnęła się szeroko i pokiwała głową wprawiając w ruch te ciemne loczki - tak, ja będę Marie, jak moja ulubiona lalka - powiedziała wesoło, a zaraz już kleiła nowe plastry na policzku Lopeza, tym razem dwa, tak na wszelki wypadek.
𝓕𝒶𝓂𝒾𝓁𝓎ꨄ⾕
Skinął głową, bo może on nie słyszał tej wcześniejszej rozmowy Pilar i Esme, ale coś tam przecież wywnioskował, no a przede wszystkim to widział przecież jak Stewart uciekła, więc nawet ucieszyło go to, że jego matka przyznała się do błędu. Chociaż to co powiedziała później skwitował zmarszczeniem brwi, i już miał pytać jakiej reszty, ale zboczyli na trochę inne tematy.
Zboczone jakieś. Chociaż Madox w pierwszej chwili uniósł jedną brew na jej słowa, to potem parsknął. No bo nie o to mu chodziło. Nawet on nie był tak popierdolony.
- Ale nie teraz... - ale może jakby wszyscy spali? Żeby trochę podkręcić atmosferę? W domu ciotki w Medellin trochę tak to robili, wszędzie gdzie się dało, po kryjomu, łapiąc chwilę i wykorzystując okazję.
Teraz Madox też wykorzystywał okazję, żeby opowiedzieć o ich zajebistych zaręczynach. Według niego były. Może nie były typowe, romantyczne, ale były ich. W ich stylu, dzikim, popierdolonym. A zaraz okazało się, że Pilar nie miała nic do dodania, wiec Madox się nawet uśmiechnął, a potem wepchnął sobie do ust tą rozmoknięta bułkę, którą gdzieś po drodze wrzucił do zupy, zjadł ją do końca i dopchał na koniec pieczywem, tak, że w pewnym momencie dostał czkawki. Kiedy Stewart opowiadała o tym, że włamali się do jakiegoś domu na ten zajebisty seks, to on czknął, ale zaraz sięgnął po szklankę, z wodą tym razem, napił się jej, a kiedy Esme zapytała, czy włamali się do domu, żeby uprawiać tam seks, to pokręcił głową, ale Pilar już powiedziała, że nie po to.
- No i żeby ukraść te ciuchy... - dodał jeszcze i pokazał ich zajebiste outfity. No bo jednak takie ubrania to nie było byle co. Jakieś fanowskie rzeczy z Marvela, bo teraz się okazało, że Pilar ma na plecach jakiś znak Kapitana Ameryki, ale może założyła tył na przód? Albo po prostu to było na plecach, taka tarcza. Madox przechylił głowę przyglądając się jej, i znowu czknął, napił się, a wtedy Lopez powiedział o tym, że Esmeralda też nie była święta. Madox najpierw popatrzył na matkę, a potem na Andresa, a zaraz na Pilar. Wywrócił oczami, ale zastanowił się, czy oni też za dwadzieścia lat się tak będą kłócić? Pewnie tak, jeśli dożyją. Zacisnął palce na ręce Stewart pod stolikiem i ułożył ją sobie na udzie. Pozbył się wreszcie czkawki, nawet miał się odezwać, pewnie powiedzieć coś głupiego, że w galerii jeszcze nie próbowali. I może ich podpytać o jakieś miejscówki, bo może powinni z Pilar też właśnie trochę poszaleć... Jakby nie szaleli do tej pory.
Ale Esme poprosiła go na moment, a on sobie już tą rękę Pilar sukcesywnie przesunął wyżej. Westchnął jakoś ciężko i najpierw spojrzał na Stewart, a potem na Lopeza, który zjadł już widelcem wszystko co mu w tej zupie pływało, a teraz podniósł talerz do ust, żeby wychlipać zupę. No... jakiś sposób to był. Chociaż Madox nie wiedział po co, ale co kto lubi.
- Okej... - mruknął tylko i wstał od stołu. Nie wiedział czego ma się spodziewać, ale pewnie jakiś ckliwości, albo może jakiegoś opierdolu? Często go od matki zbierał. Poszedł za nią, chociaż on jeszcze w drzwiach odwrócił się, żeby zerknąć na Pilar. Żeby na moment złapać jej spojrzenie.
wyszedł na schodki i przeciągnął się, na dworze było przyjemnie chłodno, ciemno, majaczyło tylko słabe światło na ganku, które padało na Esme, gdy usiadła na schodku i chociaż Madox się zawahał, to w końcu usiadł obok. A kiedy matka otworzyła to pudełko, zaraz uniósł jedną brew spojrzał na nią pytająco, ale wyciągnęła telefon.
Madox to w niego wbił spojrzenie, w ten telefon. Przez dziesięć lat nie miał z nią kontaktu, a teraz miałby do niej dzwonić i opowiadać jej co u niego słychać? Miałby... mieć matkę? Ale on nie wiedział czy chce. Przyzwyczaił się do tej myśli, że ona jest... gdzieś tam, może żyje, może nie. Zakładał, że tak. Chciał, żeby tak było. Ale jednak uważał, że ona po prostu nie chciała mieć z nim kontaktu. A może chciała tylko nie mogła? Kiedy złapała jego rękę to znowu się spiął, w pierwszym odruchu nawet chciał odsunąć, ale finalnie tego nie zrobił, lekko zacisnął palce na jej dłoni. Wahał się, przez te trzy dzikie uderzenia serca znowu się wahał, już otworzył usta, żeby jej powiedzieć, że go nie chce. Nie chciał...
- Mogę... - po co on to powiedział? Esme jednak sięgnęła do niego, żeby zaraz oprzeć mu dłonie na ramionach, szarpnąć go do siebie, znowu przytulić, jak swoje dziecko. Madox mógł się wzbraniać, mógł wmawiać sobie, że nie chce, ale przecież chciał, przecież kiedy trzymała go w swoich ramionach, to serce biło mu szybciej, to myślał o niej jak o swojej... mamie. Tej, z która kiedyś ganiał po ogrodzie, bawił się w teatr, gotował buñuelos. Którą... kochał.
A ona kochała jego.
Kiedy oni siedzieli na tym schodku, a Madox pytał jeszcze Esme gdzie chcą się zatrzymać, a ona tłumaczyła mu, że muszą lecieć przez Kanadę, bo tam ma jeszcze coś do odebrania, nie wnikał co. Ale powiedziała, mu, że będą się kierować do Europy, jeśli dobrze pójdzie.
Lopez wypił już zupę i drinka.
- Chcesz jeszcze jednego? - zapytał Pilar, ale zaraz wstał, żeby sobie dorobić. A kiedy mu odpowiedziała skierował się, żeby stanąć za wyspą i tym razem zrobić jeszcze mocniejsze drinki. Takie na dobre spanie, albo na dobre... gadanie?
Chociaż kiedy stał w kuchni to nie był zbyt rozmowny.
Za to zaraz w jadalni wybrzmiał cichy dziecięcy głos, bo Aura stanęła w drzwiach sypialni ściskając w ręce swojego pluszaka, przetarła zaspane oczy i najpierw spojrzała na Stewart.
- Rosa? - zapytała, a zaraz rozejrzała się za Esme pewnie. Tylko, że kiedy Lopez ją zobaczył, to odstawił szklanki i wyszedł zza lady, podszedł do dziewczynki i zgarnął ją na ręce.
- Czemu wstałaś księżniczko? - zapytał przesuwając palcami po jej ciemnych lokach, podobnych do tych Esme - chciało mi się pić - wyjaśniła dziewczynka, ale zaraz sięgnęła paluszkami do plasterka, który Lopez miał na policzku - odkleja się Andres... - mruknęła i próbowała go przykleić, ale Lopez go uwalił tą zupą, jak on w ogóle jadł, to jest jakieś niewiarygodne - to nic, nakleimy nowy - powiedział i podszedł do stołu, po drodze zgarnął apteczkę i usiadł na swoim krześle z Aurą na kolanach. I chociaż w pierwszej chwili dziewczynka sięgnęła po plasterki, to zaraz zerknęła na Pilar. Wbiła w nią te duże, czekoladowe oczy.
- Cześć Rosa, też jedziesz z nami na wakacje? - zapytała i znowu spuściła spojrzenie na plasterki, ale tylko na moment.
- Tak właściwie to nie jest Rosa, tylko Pilar - powiedział spokojnie Lopez i najpierw zerknął na dziewczynkę, ale później na Stewart.
- Pilar? - zainteresowała się mała - zmieniła sobie imię? - dopytała, była bystra jak na dzieciaka. Lopez pokiwał głową.
- Tak miała na imię, tylko udawała Rosę, to była taka zabawa, jak nasza, jutro, pamiętasz? - dziewczynka uśmiechnęła się szeroko i pokiwała głową wprawiając w ruch te ciemne loczki - tak, ja będę Marie, jak moja ulubiona lalka - powiedziała wesoło, a zaraz już kleiła nowe plastry na policzku Lopeza, tym razem dwa, tak na wszelki wypadek.
𝓕𝒶𝓂𝒾𝓁𝓎ꨄ⾕