Strona 4 z 8

It's beginning to look a lot like fuck this

: pn sty 12, 2026 2:21 pm
autor: Milo Rivera
Pamiętał dzień przeprowadzki i ich morderczy sprint przez trzy piętra w obie strony.
Każdy karton wypakowany po brzegi klamotami Dylana zdawał się ważyć więcej im mniej ich zostało, równolegle utykanie Gauthiera zaczęło stawać się bardziej zauważalne i nawet Milo, który potrafił być wyjątkowo krótkowzroczny na oczywiste sygnały zwrócił uwagę na jego grymasy, cięższe westchnienia i dłuższe postoje na klatce schodowej. Wówczas dał się łatwo przekonać - to nic poważnego - więc nie indagował, biorąc na siebie resztę bieganiny. Teraz dopiero, prawie pół roku później poznawał prawdziwy powód.
W słabym świetle odpowiednim do przysypiania a nie przeprowadzania wnikliwych obserwacji urazów Dylana rzeczywiście były ledwo widoczne. Dopiero kiedy przy ruchu ciepłe refleksy spod klosza koślawej lampy przeciekały poprzez nierówną strukturę blizn dało się je łatwiej zauważyć, a gdy spojrzenie Rivery napotykało jakąś nową, bezmyślnie kierował swoje palce w stronę perlącej się tkanki o charakterystycznie porwanych krawędziach.
Właściwie miałem nadzieję, że nie zauważysz.
Wydał z siebie pokraczny, niejednoznaczny dźwięk, tak, jakby chciał do stanowczo opieprzyć, ale zapomniał jak ubrać myśl w słowa i wyszedł mu jakiś komiczny pisk, jakby ktoś nadepnął na żabę.
Nie dlatego, że był na niego zły, po prostu na swój sposób rozumiał bez względu na to, że skojarzenie i dotychczasowo nabyta teoria sugerowałaby wyrażenie współczucia. Poza tym w tym momencie wręcz przyrósł do jego ramienia i po części przez przerażającą świadomość, że tak niewiele brakowało by nigdy go nie poznał i po trochu przez alkohol wciąż obecny między ledwo klejącymi się do siebie wnioskami, Milo chyba uznał, że jest to jedyne miejsce w jakim teraz powinien być i było aż nazbyt oczywiste, że odklejenie go od Gauthiera miało w najbliższym czasie graniczyć z cudem.
Stuknięty czołem pociągnął nosem z rozdrażnieniem, uciekł przed ręką ocierającą mu policzek wciskając po prostu twarz w ciepłe załamanie między mięśniem ramienia a klatką piersiową, bo potrzebował chwili by przeprocesować to wszystko powoli i swoimi metodami.
Najbardziej problematyczną częścią był brak odniesienia do podobnych sytuacji w jego życiu. Nigdy wcześniej nie posiadał tak bliskiej osoby, która wręcz namacalnie nosiła na skórze wymowne napomnienie, że czysty przypadek stanowił o jej obecności, a Rivera nienawidził przypadków jak wszystkiego, na co nie posiadał wpływu.
Zacznę zapinać pasy 一 wymamrotał wreszcie, po paru minutach upartej ciszy przetykanej wyłącznie nieeleganckimi pociągnięciami nosem. Uścisk jego dłoni wokół ramienia Gauthiera zelżał, a jego ciało rozluźniło się częściowo pozwalając, by metoda głębokich oddechów dokończyła dzieła. 一 Okay, teraz to ma sens. To, że zawsze dostawałeś piany na pysku kiedy woziłem nas Klekotem po zakupy.
Bo z ich dwóch Milo jak dotąd nie miał przełomowego momentu w życiu, który skłoniłby go do udowodnienia, że prawo jazdy jakim się posługiwał nie było fałszywką. Od dwóch lat było prawdziwe, ale przyzwyczajenia pozostały.
Kiedy wreszcie dotarło do niego - w jakimś stopniu przynajmniej - że Dylan nie wyparuje mu nagle żadnym magicznym sposobem, Milo przestał trzymać się go kurczowo jak tonący koła ratunkowego. Brodę oparł mu na ramieniu i zerknął z ukosa na jego twarz, od razu napotykając równie czujne spojrzenie z drugiej strony. Rzęsy pozlepiały mu się od wcześniejszego płaczu i teraz wyglądały jak mokre piórka, z oczami nadal szklistymi, ale raczej nie zanosiło się na kolejne załamanie.

Zdejmij 一 odparł bez ogródek, nie tracąc ani odrobiny spokoju, który po przejściu małego emocjonalnego sztormu naturalnie wypełnił lukę po jego odejściu.
Kiedy jego dłoń wcisnęła się pomiędzy jedno ciało a drugie poczuł natychmiastową, intuicyjną chęć powrócenia do poprzedniej pozycji, ale zamiast tego palcami wyprawił się poprzez cały poharatany szlaczek biegnący wzdłuż żeber, bok i tam, gdzie jeszcze był w stanie prześledzić bliznę na biodrze zanim natrafił na blokadę w postaci grubego jeansu.
Wnioskując z tego, co jak dotąd streścił mu Gauthier, pod spodem mógł spodziewać się podobnego widoku, zwłaszcza, że o ile dobrze zrozumiał, obecnie najbardziej dokuczało mu kolano.

Poważnie, chciałbym... jeżeli nie masz nic przeciwko, tak? To wolałbym już wszystko, skoro zrobiłeś się taki odważny.
Potrzebował tego kiepskiego żartu, podejrzewał, że być może Dylan również, bo sam chwilę temu posiłkował się czymś podobnym, mimo że Milo miał ochotę strzelić go za to w ucho. Był na kilku treningach, i wcześniej, gdy jeszcze udawał, że robi to wyłącznie po to, aby zabrać się z Gauthierem po drodze, i teraz, gdy zyskał zasłużone prawo i pozycję, aby pojawiać się na trybunach ilekroć miał na to po prostu ochotę. Fakt, najczęściej ślęczał wówczas nad laptopem, to jedno się nie zmieniło, opcjonalnie chował się za książką, aczkolwiek co jakiś czas unosił wzrok, chwilę błądził po parkiecie w poszukiwaniu tej jednej sylwetki ze znajomym numerem na koszulce i gdy już trafił - albo nawiązał z nim łutem szczęścia kontakt wzrokowy - momentalnie pochylał głowę by zasłonić idiotycznie zadowolony z siebie uśmiech.
W niektóre dni Gauthier zaszczycał go po treningu swoją obecnością jeszcze przed prysznicem i wówczas Rivera wiedział, że przez cały mecz biegał z piłką po sali bez przerwy, w inne zauważał, jak mężczyzna schodzi ledwie po kwadransie, rozdrażniony, zmierzający na ławkę by obserwować resztę gry z ręcznikiem i butelką wody w ręce. Wtedy nie rozumiał.

Poza tym uwierz mi, widziałem jak czasami zapieprzasz po parkiecie. Mogę spokojnie przekalkulować, że odpowiadasz za więcej niż połowę udanych akcji po waszej stronie, więc albo masz ogromny talent, albo reszta waszej drużyny posysa bardziej niż ja w mahjonga.


Dylan Gauthier

It's beginning to look a lot like fuck this

: wt sty 13, 2026 12:03 am
autor: Dylan Gauthier
W codziennych warunkach myśl o posiadaniu Milo uczepionego swojej ręki jak tonący brzytwy, przytulającego się do niego z własnej inicjatywy i bez najmniejszych oznak kończącej się cierpliwości, ucieszyłaby Dylana do poziomu euforii, wypełniając po brzegi jego potrzebę kontaktu i oferując emocjonalną satysfakcję. Tym razem, chociaż było to mile widziane i bez wątpienia przyjemne, cała sytuacja była zmącona niewygodnym kontekstem, zabarwiona negatywnymi uczuciami, napięciem i płaczem. Miał go blisko i tam, gdzie odgoniło to niespodziewaną niepewność towarzyszącą mu podczas wskazywania kolejnych blizn, aktualnie wyrastało poczucie, że mógł podejść do tego od lepszej strony, znaleźć delikatniejszą metodę, dzięki której nie zrobiłby mu przykrości. Bo o ile kochał mieć na sobie jego uwagę, zyskanie jej w ten sposób niekoniecznie mu się podobało. Odsunął najwyraźniej niemile widzianą dłoń od jego twarzy i dał mu się schować, by mógł dojść do siebie na własnych warunkach.
- Bo chujowo jeździsz - odparł od razu z rozbawionym prychnięciem, nie sądząc, żeby jego wypadek zmieniał cokolwiek w kwestii horrendalnej techniki prowadzenia pojazdów przez Milo. - Ale jak zaczniesz odrobinę bardziej dbać o swoje bezpieczeństwo to będę lepiej sypiać. Dzięki - dodał, pozytywnie zaskoczony, że ten sam doszedł do takiego wniosku i planował zmienić swoje przyzwyczajenia bez potrzeby jazgotania mu nad uchem. - Kiedyś było gorzej, kilka lat temu kazałbym ci się odstawić po pierwszym zakręcie i więcej bym z tobą nigdzie nie pojechał. Ciesz się, że teraz tylko drę ryja, to wyjątkowo spokojna reakcja - dał mu trochę kontekstu, uśmiechając się pod nosem i decydując się na przemilczenie pełnych ataków paniki, w jakie wpadał przez pierwsze miesiące. Nie żeby celowo próbował coś przed nim znowu ukrywać, zwyczajnie nie uznawał tego za szczególnie istotną informację, skoro teraz potrafił już nad tym w miarę zapanować. Fakt, że podczas jazdy na tylnym siedzeniu w samochodzie Diego przez całą drogę potrafił prowadzić w miarę składną rozmowę, był dla niego dowodem na to jak daleko doszedł.
Przez cały czas utrzymywał na nim uważne spojrzenie, nawet jak ten siedział z pochyloną głową, stąd kiedy znowu ją podniósł, momentalnie złapał z nim kontakt wzrokowy. Przyjrzał się dokładnie jego tęczówkom, ruchowi źrenic ponownie wystawionych na ciepłe światło zalewające pokój i lekkiemu zaszkleniu, poszukując potwierdzenia, że kierunek rozmowy nie wstrząsnął nim za bardzo.
Ciepłe palce podróżujące w dół jego ciała wywołały krótkie spięcie mięśni, gdy delikatny dotyk połaskotał go w bok, a w połączeniu ze zwięzłym poleceniem pozbawionym szczególnych emocji zdawały się podnosić temperaturę jego ciała. Dylan wypuścił powietrze nosem i mentalnie skarcił się samego siebie, jako że nie była to idealna sytuacja na zbytnią ekscytację, nawet jeśli ten właśnie zapędzał się coraz bliżej jego spodni. Których miał się właśnie pozbyć. Cholera jasna.
- Wszystko? - podłapał zaczepnie, unosząc pytająco brew i przyjmując luźniejszy ton. Bez dwóch zdań wolał, kiedy mogli podejść do tego bardziej żartobliwie niż grobowo. Miał już za sobą okres żałoby i nie potrzebował do niego wracać. Na dobrą sprawę czasem uznawał swoją stłuczkę za coś niemalże pozytywnego, jako że dopiero po wyminięciu się ze śmiercią zdał sobie sprawę z faktu, że naprawdę miał tylko jedno życie i zaczął z niego korzystać. Dopiero wtedy zrozumiał jak wiele stracił poświęcając się dla innych. Tymczasem właśnie zamiast usłużnie pomagać ojcowi z docinaniem choinki i gotować dla całej rodziny, jakby nigdy nie się wyprowadził, siedział w Kalifornii w objęciach swojego chłopaka i nie czuł ani krztyny poczucia winy. - Tylko będziesz musiał mnie puścić - przypomniał, niestety nie posiadając zdolności wyskakiwania z ciuchów bez użycia rąk, po czym wysunął ramię z jego uścisku, by poluźnić pasek i rozporek. Słuchając komplementów na temat swojej gry przesiadł się kawałek dalej by wygodniej wyciągnąć nogi, zsunąć materiał spodni poniżej bioder i odsłonić część uciętej blizny, tym razem uciekającej pod bokserki.
- A ty od kiedy stałeś się takim znawcą koszykówki, hm? - rzucił, spoglądając na niego z ukosa. - Ale masz całkowitą rację, gdyby tylko nie ten nieszczęsny motocykl pewnie byłbym na drodze do światowej sławy i w tym momencie szukalibyśmy willi z prywatnym boiskiem, kinem domowym i warsztatem, gdzie mógłbyś budować swoje roboty - podrzucił małą wizję alternatywnej rzeczywistości, nie wierząc ani odrobinę, że faktycznie mógłby kiedyś grać zawodowo. Nigdy nie szedł w tę stronę, nie na poważnie. W liceum był dobry, ale nie na tyle dobry by łapać się stypendiów sportowych, a zdecydował się na siedzenie w laboratorium zanim w ogóle posiadał motocykl. Swoją potencjalną karierę koszykarza traktował raczej jak wewnętrzny żart, chociaż zarabianie milionów za bieganie za piłką i rozpieszczanie swojego chłopaka wszystkim, czego mógłby sobie zamarzyć, brzmiało całkiem przyjemnie.
Po odrzuceniu spodni mniej-więcej w tym samym kierunku co wcześniej koszulkę, położył się na pościeli i zahaczył kciuk o gumkę bokserek by pociągnąć ją o kilka centymetrów w dół i odkryć resztę długiej blizny. Końcówka była bardziej poszarpana, szersza, zostawiona przez kawałek metalu, który faktycznie został w skórze na dłużej.
- Słyszałem, że miałem więcej szczęścia niż rozumu, zwłaszcza, z tym, że nie straciłem sprawności w całej nodze - podrzucił kolejną szczyptę informacji. Powtarzali mu to parokrotnie, to że nie oberwał w żadne istotne organy, w większości obyło się bez zdruzgotanych kości, ten kawał metalu ominął staw biodrowy, a jego kręgosłup wyszedł praktycznie bez szwanku. Z listą tego, co mogło mu się stać, faktycznie czuł się jak największy szczęściarz pod słońcem. Wszelkie zadrapania i obicia na udach zniknęły lata temu, więc mógł je ominąć i zgiął w kolanie prawą nogę, by wskazać swoją łydkę. Tu połatana skóra układała się mniej jak prosta linia, a bardziej jak bezkształtna, poszarpana plama idąca na ukos kilkanaście centymetrów pod kolanem. Nie była szczególnie szeroka, ale wyglądała jakby szczyciła się swoją rolą najbardziej problematycznej rany z całego zestawu. Przy okazji była też tą, którą Milo mógł widzieć podczas treningów, jeśli akurat zdarzyło mu się postawić na szorty, chociaż z przyzwyczajenia raczej wybierał dłuższe nogawki.
- Większość czasu tego nie czuję, ale piszczel słabo się zrósł i skopał mi kolano. Miałem jeszcze skręconą kostkę, ale to już najmniejszy uraz i i tak muszę tę nogę oszczędzać - dokończył przewodnik po swoich bliznach, ponownie kładąc głowę na pościeli i dając mu się z nimi zapoznać w swoim czasie.

Milo Rivera

It's beginning to look a lot like fuck this

: wt sty 13, 2026 1:45 am
autor: Milo Rivera
Bo chujowo jeździsz.
Dylan zapewne nie miał pojęcia jak wiele szczęścia miał tym razem, bo Milo automatycznie zapragnął odgryźć mu głowę za ten niesprawiedliwy komentarz. Niebezpiecznie, tu mógłby się zgodzić, ewentualnie ponegocjować i nazwać to jazdą dynamiczną ale żeby od razu chujowo?
Stuknął go łokciem nie chcąc pozostawiać tej kwestii bez jakiegokolwiek komentarza.
Inna rzecz, że w świetle nowych informacji Gauthier fatycznie mógł liczyć z jego strony na nieco więcej rozwagi za kierownicą. Coś, co dotąd przychodziło mu z łatwością - lekkomyślna swoboda, brak pasów, przymykanie oczu na ograniczenia prędkości czy ignorowanie potrzeby cyklicznych postojów na dłużącej się trasie - to wszystko, a takie miał nieodparte wrażenie, miało dobiec końca. Nigdy nie znalazłby w sobie wystarczającej motywacji aby zmienić te przyzwyczajenia dla samego siebie, tego był pewien. Dla Dylana? Mógł nawet zatrzymywać się na żółtym.
Krótki kontakt wzrokowy nie skłonił go do zabrania głosu, zresztą wydawało mu się, że tym razem naprawdę wystarczyło jedno spojrzenie aby wzajemnie przekazali sobie to, czego nie zrobili werbalnie pomiędzy wierszami:
Nie będzie drugiego razu.
Ciasny splot jego ramion rozluźnił się dość, by Gauthier mógł wysmyknąć swoje, a w czasie w którym prowadził kampanię przeciwko przycinającemu się z lekka rozporkowi i wykręcał plącząc w nogawkach, Milo przesunął się wraz z nim i przysiadł na boku by dalej obserwować go z uniwersyteckim zaciekawieniem. Każdy ruch, każdy odsłonięty fragment pobliźnionej skóry, każdą nierówność i niedoskonałość, nie do cofnięcia i nie do naprawienia.
Długa blizna krzywiła się łagodnym łukiem i dalszymi rozgałęzieniami poszarpanych krawędzi zaraz pod półkolem biodra, inny patchwork wszył się pod kolanem i zupełnie bezmyślnie, Milo pokierował w jego stronę swoje palce. Opuszką środkowego wykreślił obwód, przechylił głowę na bok w skupieniu i przez moment debatował nad czymś z drobną zmarszczką na czole, jakby szukał na jego skórze czegoś konkretnego.
Nigdy nie widziałem takich blizn 一 wyznał wreszcie bardzo cicho, od razu podnosząc wzrok; udało mu się ścignąć spojrzeniem jego twarz, z której też chyba usiłować coś rozcyfrować. 一 Widziałem po dźgnięciu nożem, po żyletkach i papierosach, kiedyś nawet po postrzale, ale to coś nowego. Wyglądasz jak... cóż, opis całkiem zgodny ze stanem technicznym, ale co mam zrobić? Jeszcze pojeździ, nie wyślemy cię na złom. 一 Jego szeroki, asymetryczny uśmiech nie obiecywał absolutnie żadnej poprawy, jednak rekompensata na osłodę przysługiwała Gauthierowi tak czy inaczej. Milo zgiął się w pół, palcami sięgnął do gumki dylanowych bokserek i odciągnął je w dół, by raz jeszcze odsłonić fragment tej dłuższej blizny. Wciąż obserwując go tak, jakby mrugnięcie mogło kosztować go utratę nabywanych nową metodą informacji, przyłożył usta do jednej z bardziej pokąsanych karoserią części biodra, miękko, zostając w tej pozycji na dłużej, aż do momentu w którym przestał go obserwować i zamiast warg na chwilę przycisnął policzek. Czuł ciepło, nie wiedział tylko czy swoje czy jego.
Dla jasności 一 wtrącił rzeczowo, palcami skubiąc nogawkę bokserek. 一 To absolutnie nie zwalnia cię z pieczy nad kuchnią. Albo prania. Albo bycia moim chłopakiem, cariño.
Jego oddech ślizgał się razem z żartem przeplecionym z czułością, której nie planował, ale wyszła bezwiednie zanim zdążył chwycić ją i zawrócić. Mrugnął łaskocząc rzęsami jego skórę, kaszlnął cicho w rękaw swojej-nieswojej bluzy i przewrócił się z powrotem na plecy, dopiero teraz zauważając, że w przeciwieństwie do Gauthiera nie wyzbył się trampek.

Jak się z tym czujesz? Z tym, że mi powiedziałeś? 一 dopytał w trakcie skopywania z siebie butów poza krawędź materaca; pierwszy szok zdążył obrócić się wreszcie w uświadomienie i akceptację, zrobiło się również więcej miejsca dla odrobiny optymizmu, jaka zwykle zdawała się działać cuda na nerwy Gauthiera.
I być może pytał dlatego, że chciał przygotować się na sprawiedliwy rewanż. Gdyby teraz wycofał się z obietnicy wyszedłby na tchórza, na dodatek niedojrzałego i choć rozumiał, że nie ciążyła nad nim żadna presja i Dylan z pewnością zaczekałby kolejne kilka miesięcy, Milo miał dość wycofywania się pod ścianę za każdym razem gdy sprawy zaczynały dotykać jego własnych historii.

Odkąd zacząłeś zmuszać mnie do oglądania mistrzostw, podobnie z hokejem. Wyryłem zasady na pamięć, więc w razie gdybyś potrzebował wsparcia podczas dyskusji z twoimi hałaśliwymi kolegami, mogę udowodnić, że masz rację albo znaleźć tuzin luk w przepisach by wyratować cię zanim zrobisz z siebie pajaca 一 oświadczył sucho, aczkolwiek zupełnie nie rozmijając się z prawdą; zadarł nawet głowę posyłając mu wyzywające spojrzenie, tak, jakby właśnie dawał mu przyzwolenie na przetestowanie tych nowych możliwości.
Tym sposobem spróbował również kupić sobie parę minut na zebranie się w sobie, wymodlenie resztek odwagi, której przecież powinien mieć pod dostatkiem po kilku szotach tequili i drinku, a jednak czuł znaczący niedosyt.
Kurwa.
Żując na zmianę wnętrze to lewego to prawego policzka, Milo myślał intensywnie nad kreatywnym sposobem obejścia tego problematycznego zabezpieczenia, ze spojrzeniem nieruchomo utkwionym w sękach wyłożonego sklejką sufitu.
I znalazł, najgłupsze i absurdalne, ale dzięki temu miało szansę powodzenia.
Nie myśleć. Odepchnąć od siebie jakikolwiek plan, bo ten zakładał kierowanie się rozsądkiem, jaki w tym momencie nie był jego sojusznikiem. Postawił zatem na ślepy pęd, zanim zdążyłby zdać sobie sprawę z tego na jak głęboką wodę wedle własnych standardów właśnie się rzucał.
Materac cicho jęknął i niewykluczone, że jeszcze kilka takich gwałtownych manewrów, i Rivera będzie mógł się spodziewać oficjalnego formularza rezygnacyjnego. Światło schowało się za nim gdy ni stąd ni zowąd wprosił się Gauthierowi na kolana, tyłem do niego, z obiema dłońmi szukającymi oparcia na jego udach zanim udało mu się w pełni równowagi wyprostować.
Palce drgnęły mu nerwowo na dolnym skraju granatowej bluzy, lekko ją uniósł, znów opuścił; zawahał się.
Parę sekund później wynurzał się z obszernego oversize'a razem z koszulką, odsłaniając się po raz pierwszy przed kimś tak otwarcie i z pełną świadomością bycia obserwowanym. Był w tym bardzo daleki od poczucia komfortu, ale nie był to problem aż na tyle istotny by nie mógł go zignorować. Loki wysypały mu się kiedy cały komplet przecisnął przez głowę i chyba już tylko z przyzwyczajenia i dla zapewnienia sobie przynajmniej namiastki prywatności - oraz możliwości szybkiego powrotu do bezpiecznego kokonu z ubrań - zatrzymał wałek materiału na swoich przedramionach.
Jego ciało miało zupełnie inną budowę niż Dylana; Gauthier był wymodelowany treningami i być może jakimiś rodzinnymi predyspozycjami co do kształtu sylwetki, ta należąca do Milo pasowała bardziej do pływaka niż sportowca biegającego po boisku. Jego mięśnie pleców i brzucha ciągnęły się łagodniejszym, smukłym pasmem i rozpływały pod skórą jakby wcale nie chciały się pokazywać; inna rzecz, że nie były szczególnie rozwinięte, skoro Rivera większość dni spędzał w pozycji siedzącej, niezdrowo zgarbiony albo na klęczkach. To, że był wciąż gibki i sprężysty było wyłączną zasługą wielu lat spędzonych w ruchu, zwyczajów nadal pielęgnowanych od czasu do czasu w postaci niekonwencjonalnych metod przeprawiania się przez miasto (dachy były zwykle fantastyczną alternatywą kiedy człowiek nie miał ochoty spotykać ludzi po drodze). Ale wyżej, tam, gdzie łopatki wykreślały półkola i dalej, na ramionach i przy samym karku na rumianej skórze Rivery panoszyły się obce, strzępiaste plamy w o wiele jaśniejszym, niepasującym kolorze.
Podobnie jak bliznom Gauthiera, im również brakowało regularności na krawędziach, konsekwencji w wielkości czy kształcie.
Nie wiedział, czy to co czuł w tym momencie na ramionach było następstwem presji ciszy czy poczucia bycia obserwowanym. Wiedział tylko, że w wyjątkowo nieprzyjemny sposób wykręcało mu to żołądek, więc przycisnął do niego obie dłonie i kołtun bluzy, przygarbił się i wzdrygnął, próbując to następnie zasłonić nerwowym, mało wiarygodnym śmiechem.

No więc... 一 zaczął bardzo niepasująco lekko i pogodnie, jakby właśnie kreował wstęp do świetnego żartu. Spłycony oddech nie do końca pozwalał mu na kreowanie długich, kwiecistych zdań, musiał więc ubrać wyjaśnienie zwięźle. 一 Miałem szesnaście lat i drobne kieszonkowe. I dostęp do internetu 一 nakreślił słowem wstępu, czując, że potrzebował momentu na nabranie kolejnego oddechu. Nie lubił, kiedy powietrze stawało się tak lepkie. 一 Spaprałem sobie skórę kremami wybielającymi, to jest cała historia. Teraz jestem w cętki.


Dylan Gauthier

It's beginning to look a lot like fuck this

: wt sty 13, 2026 1:59 pm
autor: Dylan Gauthier
Podczas, gdy Milo oglądał nowoodkryte fragmenty skóry i znajdujące się na nich wzory, Dylan nie spuszczał wzroku z jego twarzy, podpierając się na łokciu. Pierwsza nieśmiałość spowodowana wystawianiem swoich wad na światło dzienne odeszła w zapomnienie po tym jakie traktowanie otrzymały te poprzednie - nie znalazł u niego ani odrobiny tego, czego być może podświadomie się spodziewał. Zamiast unikania patrzenia na niezbyt estetyczne fragmenty zaleczonej skóry, Milo zbliżał się bardziej by zobaczyć je lepiej, dotykał je bezpośrednio i z zainteresowaniem, jakiego nie przewidział, chociaż być może powinien. Pod badawczym wzrokiem, naturalnym dla człowieka nauki spędzającego czas wolny w kabelkach i układach scalonych, czuł się bardziej jak interesujący projekt niż wadliwy model, chłonąc zmiany w twarzy mężczyzny z własną dozą ciekawości. Uniósł pytająco brew na informację o ilości obrażeń, jakie ten miał okazję zobaczyć w swoim życiu, ale zanim zdążył dociec szczegółów, roześmiał się na komentarz względem własnego stanu technicznego. Cicho, jako że wciąż był świadomy późnej godziny, ale dość niekontrolowanie by przy próbach uspokojenia się ponownie zaczynał się śmiać. Aż wszelkie dźwięki nie ugrzęzły mu w gardle na uczucie warg muskających go w biodro. Zamilkł z lekko otwartymi ustami, patrząc na Milo jakby widział go pierwszy raz w życiu, sparaliżowany przez drobne igiełki wbijające się w jego rozpędzone serce. Miał pustkę w głowie i jedyne co zaczęło przebijać się ponad jednolity szum to wyjątkowo silna chęć pocałowania go. Słysząc kolejne słowa mężczyzny, mrugnął by wyrwać się z zawieszenia, przy okazji pozbywając się nagłej wilgoci zbierającej się w jego oczach. Spojrzał na ścianę i zamrugał jeszcze kilkakrotnie, próbując doprowadzić się do porządku.
- Kontuzjowanego będziesz gonił do prac domowych? - żachnął się, przewracając oczami. - Dobrze, nawet bez nogi bym cię nie wpuścił do kuchni. Czyli chłopak i kura domowa, da się zrobić. Masz dla mnie jeszcze jakieś role? - mruknął z rozbawieniem, ponownie kładąc się na płasko, kiedy Rivera dołączył obok niego na plecach. - I co to znaczy? Brzmiało ładnie - podłapał, spoglądając na niego zaciekawiony. Być może chodziło o sam ton głosu w jakim słowo stoczyło się z jego języka, może o zbitkę głosek, a może o mieszankę obu, tak czy siak brzmiało przyjemniej niż dotychczas używane względem niego określenia. Jednocześnie nie wykluczał, że mogło być to bardzo miłe dla ucha nazwanie go debilem.
- Nie wiem... Lżej? - zaczął, po wzięciu głębszego oddechu. Sam do końca nie przekopał się przez swoje uczucia, a co dopiero ubieranie ich w słowa. - Nigdy nie miałem wrażenia jakbym coś przed tobą faktycznie ukrywał, ale... Wiesz, to nie jest... coś, co chcę widzieć jako istotny element mojego życia. Jeden debilny błąd, który zmienił więcej niż byłem w stanie przewidzieć. Ale jest istotny, czy tego chcę czy nie, to wszystko zostanie ze mną na zawsze i właściwie cieszę się, że już o tym wiesz - wyznał, podnosząc wzrok na sufit i stukając palcem w pościel, jakby to miało pomóc mu zebrać myśli. - Jesteś ważną częścią mojego życia i liczę, że zostaniesz w nim na długo, więc była to tylko kwestia czasu, a i tak odkładałem to za długo - dodał, doskonale świadomy, że było to równie nieskładne co jego własne odczucia towarzyszące mu od kiedy zaoferował mu pokazanie się od tej strony. Z początku myślał, że będzie to proste, szybko potknął się na niepewności, której nie widział od lat, tylko by dostać w twarz czułością względem mężczyzny, z którym dzielił życie, i na koniec został z górką nowych emocji, próbując ułożyć z nich coś sensownego niczym z klocków LEGO. Oderwał się od skomplikowanej kwestii uczuć, by spojrzeć na niego na wpół zaskoczony, na wpół rozbawiony nową wiedzą.
- Czyżby? Okay, panie encyklopedia, celowo wybijam krążek, żeby odbił się od innego gracza i poleciał poza lód. Jaka kara? - podrzucił, sprowokowany głównie sugestią, jakoby potrzebował jego pomocy by nie zrobić z siebie "pajaca". W kwestii udowadniania swoim znajomym ich błędów sprawa wyglądała nieco inaczej, tutaj przyjąłby jego pomoc bez słowa sprzeciwu.
Cały ten czas nie zdawał sobie sprawy ze spięcia, w jakim aktualnie znajdował się Milo, chociaż cisza przejmująca na dłuższą chwilę ich tymczasowo wspólny pokój znacząco różniła się od zwyczajowych momentów spędzania razem czasu bez potrzeby słów. Potrafili godzinami zajmować się własnymi, prywatnymi projektami, albo po prostu siedzieć w jednym pokoju bez konkretnego celu, zwyczajnie dzieląc przestrzeń, stąd aktualny natłok myśli zdawał się niemalże fizycznie wyczuwalny i niedługo Dylan poznał jego źródło. Instynktownie rozprostował kolano by zrobić dla niego więcej miejsca, kiedy zaczął pakować mu się na nogi, spoglądając na jego plecy z zaciekawieniem, chociaż nie dociekał o co mogło chodzić. Pierwsze, urwane przebłyski nagiej skóry, przyciągnęły jego wzrok w dół jego pleców i tam zostały, ciągnąc w górę dopiero gdy materiał bluzy ześlizgnął się całkowicie. Kłamałby jak z nut jakby stwierdził, że nigdy nie próbował wyobrazić go sobie bez ubrań, rzeczywistość jednak wypchnęła powietrze z jego płuc i odebrała mu mowę. Milo był piękny, wiedział o tym od dawna i mówił mu o tym kiedy tylko miał okazję, zarówno wewnątrz, jak i zewnętrznie, przynajmniej jeśli brać pod uwagę wszystkie elementy jego ciała jakie Gauthier miał okazję zobaczyć. Reszta zostawała jego wyobraźni, z czego po miesiącach obejmowania go przez ubrania posiadał już jakiś obraz tego co mógł znaleźć pod zbyt szerokimi bluzami i rozciągniętymi swetrami. Zobaczenie na żywo smukłej sylwetki, łagodnych linii płynących falką w talii i mięśni poruszających się pod ciepłą, śniadą skórą, praktycznie rzecz biorąc wywołało u niego zwarcie systemowe. Oglądał go jak dzieło sztuki, jakby próbował wyryć ten widok w pamięci, sunąc wzrokiem coraz wyżej aż zatrzymał się na tym, co tak naprawdę było mu przedstawiane. Podniósł dłoń, zanim zdążył to przemyśleć, jednak zatrzymał ją w połowie drogi do jego łopatki, kiedy mężczyzna nagle skulił się w sobie i zaoferował odrobinę wyjaśnień. Te jednak wkopały go tylko głębiej w brak zrozumienia na co tak właściwie patrzył. Odważył się pokonać resztę drogi i przesunął kciukiem po jednym z jaśniejszych punktów, jakby spodziewał się, że ten rozmyje się pod jego dotykiem. Zwięzłe wyjaśnienia i widok jaki miał przed sobą powoli zaczynały odsuwać jego zdezorientowanie, by zrobić miejsce przede wszystkim dla smutku.
- Czemu?

Milo Rivera

It's beginning to look a lot like fuck this

: wt sty 13, 2026 2:59 pm
autor: Milo Rivera
Kontuzjowany czy nie, Milo nie planował otwarcie stosować wobec Gauthiera żadnych taryf ulgowych tak długo, jak do jego uszu nie doleci skarga lub nie wyłapie go utykającego poprzez pokoje. Nie uważał, by traktowanie go jak jajka było intencją, dla jakiej Dylan pokazał mu niechlubne pamiątki po szaleńczym rajdzie motocyklem sprzed lat, a osobiście, gdy próbował odbić sytuację w ramach nowo wdrażanej techniki uczenia się empatii, byłby wściekły odkrywając, że litowano się nad nim i łamano ręce.
Mam jeszcze kilka, ale większość sprowadza się do podobnych zajęć. Poza tym możesz... 一 znacząco odkaszlnął, dla zaakcentowania wagi informacji, jaką sloganem zamierzał przekazać mu w dalszej części komunikatu. 一 ...możesz być kim chcesz, Dylan. Nawet księżniczką Disneya, nie będę się wtrącał.
I bez względu na to jak absurdalne by się to nie wydawało (w jego głowie, gdy wyobraźnia przyspieszyła i wyrzuciła mu zwrotkę w postaci kiczowatej wizualizacji), Milo prawdopodobnie zaakceptowałby to ze wzruszeniem ramion, ciężkim westchnieniem i machnięciem ręką. Tak samo podchodził do wielu innych kwestii, których nie podzielał tak entuzjastycznie jak Gauthier, ale przyjmował jako coś, z czym nie należało się kłócić dopóki nie stawało mu to na drodze.
Za to przy następnym pytaniu godzącym bezpośrednio w coś, co wyrwało mu się przypadkiem, Rivera poczuł jakby nie trafił w schodek i żołądek jak jo-jo odbił mu się i skoczył w górę. Nie zdziwił się, gdy policzki zaczęły szczypać go jak od mrozu.

Twoje zadanie domowe 一 obwieścił płasko, nawijając sobie swój lok na palec i gapiąc się w sufit z takim uporem, jakby spodziewał się, że coś na nim lada moment wyrośnie. 一 Nie zaszkodzi ci się oswoić ze słownikiem.
Nie zamierzał mu tego ułatwiać, ponadto oparł się o domysł; Gauthierowi prawdopodobnie nie będzie się chciało przesadnie indagować, możliwe, że zapomni do rana i odpuści, aby więcej nie powrócić do tematu. Może tak byłoby zresztą prościej - Milo nie był nawykły do rozdawania czułostek na lewo i prawo lekką ręką.
Jego żołądek wykonał kolejne salto, a Rivera poczuł nagle przemożną chęć aby jednak strategicznie wycofać się pod prysznic.
Jesteś ważną częścią mojego życia i liczę, że zostaniesz w nim na długo (...)
Z jednej strony coś rozlało się wyczekanym i rozkosznym ciepłem w okolicy serca, czemu całym sobą pragnął ulec, z drugiej z trudem stłumił zniecierpliwione prychnięcie i odwrócił wzrok udając, że wzór na wypłowiałej, miejscami odchodzącej od ściany tapecie szalenie go zainteresował.
Nie wierzył w takie rzeczy, nawet gdy mówił to Dylan, po półrocznym stażu w nowej relacji i poprzedzających ją długich miesiącach znajomości. Doświadczenie nauczyło go, by do każdego wariantu takich deklaracji podchodzić z dystansem, nie brać ich za gwarant i we wszystkich przypadkach z jakimi miał dotąd do czynienia ta metoda okazała się sprawdzać za każdym razem.
Zazwyczaj uwielbiał mieć rację, w tej kwestii wyjątkowo wolałby się mylić.
Nauczył się rozpoznawać sygnały. Rodzaje ciszy, które wyprzedzały ten sam spodziewany finał, wiedział kiedy już tylko na niego patrzono zamiast go widzieć, aż pewnego dnia nie patrzono już wcale. Wszystko to przerobił wielokrotnie, więc cykliczność nie pozwalała mu na optymizm, mimo że w głębi serca marzył po cichu o tym, by się z niej wyłamać.
Niemal wyrwało mu się westchnienie ulgi, gdy Gauthier zmienił temat.

Zależy od nastroju sędziego 一 odparł gładko, przeciągając się sennie i odsłaniając przy okazji fragment brzucha, który wyjrzał zza rantu bluzy. 一 Jeżeli według niego to było celowe, wyśle cię na ławkę na dwie minuty. Jeżeli uzna, że do tego złośliwe i opóźniłeś mecz, pięć minut. Gorzej, jeśli ewidentnie wygląda to na mocno niesportowe zachowanie i słaby blef. Wtedy wykopie cię na dwadzieścia minut, moim zdaniem to bardzo nieprecyzyjne.
Nie lubił, gdy zasady opierały się o interpretacje, bo zazwyczaj podlegały wówczas negocjacjom, a Milo nie był od teoretyzowania. Wolał sztywną praktykę, podejście zerojedynkowe i drażniło go, kiedy werdykt zależał od tego którą nogą danego dnia wstał sędzia. Wiedza dotycząca zasad, czyniąca z niego małą, poręczną encyklopedię nie czyniła z niego w najmniejszym stopniu entuzjasty, więc poza zasięgnięciem opinii Milo nie stanowił wartości dodanej do kibicowskiej braci. Sporty zespołowe wywoływały w nim otwartą niechęć, był rasowym indywidualistą.
Niemal identyczną awersją darzył wszelakie aktywności wymagające odsłaniania ciała, więc dla własnej wygody i uniknięcia irytujących pytań, Rivera już na pierwszym roku zorganizował sobie zwolnienie lekarskie pozwalające mu spędzać uniwersyteckie zajęcia sportowe poza salą gimnastyczną. Przesiadywał wówczas w bibliotece z termosem herbaty ziołowej, wczytany i błogo zapadający się w pufy wypełnione groszkiem, z daleka od kontuzji, spoconych kolegów, krótkich spodenek i nieprecyzyjnych zasad.
Teraz, gdy rozpakowany z bluzy i koszulki wystawił się na odstrzał, nabierał przekonania, że uczestnictwo w zajęciach ruchowych byłoby mniej obciążające niż bycie oglądanym przez kogoś, czyje zdanie dla odmiany miało dla niego znaczenie.
Nie do końca wiedział z czym łączyć ciszę, jaka ułożyła mu się za plecami i ponieważ nie widział twarzy Gauthiera przeżywał właśnie bardzo trudny moment kluczenia pomiędzy ukrytymi znaczeniami jakie mogła ze sobą nieść.

Nie podobał mu się?
Plamy wyglądały gorzej niż gdy sam je ostatnio widział?
Za szybko się odsłonił?

Milo pozostał we względnym bezruchu gdy poczuł palce ciekawsko dotykające go w miejscach, w których jak zgadywał, znajdowały się najbardziej widoczne przebitki bieli. Drgnęły za to mięśnie jakimś nerwowym tikiem, bo chociaż plus minus spodziewał się, że Gauthier będzie chciał zbadać rzecz organoleptycznie, tak jak to zwykle bywało, Rivera nie był za pan brat z kontaktem fizycznym.
Na dodatek miał nieodparte wrażenie, że obecność palców w tych miejscach ponownie ożywiała wspomnienia i emocjonalne konotacje, dlatego przez krótki moment znów poczuł się jak niepewny siebie, uparty i przygięty ciężarem kompleksów oraz niewypowiedzianej wprost presji szesnastolatek. Wciąż nim był, tak naprawdę zmienił się wyłącznie wiek.
Hmm? 一 mruknął, nie wychwytując sedna pytania. Było zbyt ogólne. 一 Nie wiem, w składzie było coś takiego, że wżarło mi się w skórę i tak zostało. Wydaje mi się, że w niektórych miejscach są już trochę ciemniejsze, więc może za sto lat wyjdę z tym na czysto.
W takich momentach Milo chętnie chwytał się żartu traktując je jak koło ratunkowe lub tłumik dla nerwów, prościej było udawać, że problem nie dotykał go tak głęboko jak to było w rzeczywistości. Wysupłał jedną rękę z węzła bluzy i koszulki, sięgnął nią do tyłu i tak, jakby miał namacalnie wykryć obecność niechcianych gości kładących się cętkami na całych ramionach.

Szacując na oko wychodzi na to, że jestem w około pięciu procentach biały, co nie?


Dylan Gauthier

It's beginning to look a lot like fuck this

: śr sty 14, 2026 2:05 am
autor: Dylan Gauthier
Zapewnienie o możliwości wyboru swojej ścieżki życia, nawet jeśli lekko przerysowane, było niespodziewanie mile widziane w środku rozmowy na temat jego kontuzji. Były momenty, kiedy nieszczególnie w to wierzył, zwłaszcza kiedy jeszcze zajmował się rodzeństwem na pełen etat, a nawet teraz zdarzało mu się odrzucać opcję pełnej kontroli nad swoim życiem. Z tego prostego powodu nigdy nie rozważał wiązania swojej kariery z szeroko pojętą sztuką, nawet jeśli szkicował wszystkim i na wszystkim co wpadło mu w ręce, ani nie celował w tak wysokie poprzeczki jak latanie w kosmos - znalazł bezpieczny środek mający zapewnić mu w miarę stabilną pracę i kształcił się w tym kierunku bez szczególnego kwestionowania, czy na pewno było to tym, na czym chciał spędzić życie. Odnajdywał się w laboratorium i będąc na magisterce nie rozważał nawet opcji zrezygnowania by gonić jakiś inny, nieosiągalny cel. Bycie księżniczką Disneya musiało więc zostać odstawione na bok, jako plan co najwyżej mocno zapasowy.
Zwykle nie dociekał aż tak co do nowych hiszpańskich wstawek, jednak zazwyczaj jak już spytał, raczej dostawał w miarę klarowną odpowiedź. Tym razem oddelegowanie go do słownika w połączeniu z różem oblewającym policzki Milo wyciągnęło z niego zamyślony pomruk. Musiał zapamiętać i faktycznie sprawdzić dlaczego akurat to słowo było dla niego aż tak problematyczne, więc parokrotnie przemielił je w głowie zanim odpłynęło w niepamięć. Jeśli Rivera liczył na ostudzenie jego ciekawości, doprowadził do całkowicie odwrotnej reakcji jedynie wzmagając jego dociekliwość. I być może sam Dylan dociekałby ile czasu zajęło mu wyrycie na pamięć księgi zasad, której Gauthier uczył się bardziej z samego oglądania przez długie lata, gdyby mignięcie odsłoniętej skóry nie przyciągnęło jego uwagi odrobinę niżej. Słuchał go jednym uchem, wpatrzony w odkryty brzuch dopóki brzeg bluzy nie opadł z powrotem na miejsce i podsumował jego odpowiedź mało przekonanym potwierdzeniem.
- Za odbicie od innego gracza, kija czy bandy mogą całkowicie przepuścić, ciężko udowodnić premedytację - mruknął w ramach uzupełnienia odpowiedzi. Chciał złapać go na ten mały szczegół wywołujący spięcia podczas rozgrywek przez subiektywność, jednak w międzyczasie stracił zapał do walki o tytuł najlepszego sędzi i dodał to bardziej w ramach ciekawostki. Zaczynał mieć wrażenie, że Milo za pokazanie kostki dałby radę wyciągnąć z niego sekrety państwowe i nie miał absolutnie żadnego problemu z tym stanem rzeczy.
Miał za to pewien problem z przetrawieniem wszystkiego, czego dowiedział się od niego w ciągu ostatnich kilku minut, kiedy wodził wzrokiem po jego odbarwionej skórze i słuchał o decyzjach, których nie potrafił zrozumieć. Rivera rysował przed nim obraz samego siebie kilka lat wstecz i im wyraźniej Dylan widział to, co właśnie było mu przedstawiane, tym ciężej siadało mu to na żołądku. Bo właśnie dowiadywał się co leżało pod warstwami żartów i wplatanych w rozmowy odniesień do jego doświadczeń z dyskryminacją. Słuchał go za każdym razem, tonąc we własnej bezsilności i chęci przewrócenia świata do góry nogami, by zapewnić mu trochę spokoju, jednak dopiero teraz tak naprawdę zdał sobie sprawę z tego, jak silnie musiało dotykać go to wcześniej, w wieku nastoletnim. Najwidoczniej dostatecznie, by zrobić sobie krzywdę.
- Kwasy tak robią, tylko... Nie, chodziło mi o to, dlaczego w ogóle próbowałeś..? Przecież jesteś... Twoja skóra ma tak cudowny odcień - nakierował go bardziej na sens swojego rzuconego bez wyjaśnień pytania, wciąż zawieszony na szesnastoletnim Milo wcierającym w siebie kremy w próbie zmiany tego, kim był. Teraz bardziej niż kiedykolwiek żałował, że nie znali się wcześniej, że nie mógł już wtedy na każdym kroku zapewniać go o jego wartości, aż nie zacząłby w to wierzyć. Ścisk na sercu nie pozwolił mu dłużej leżeć i obserwować mężczyzny z daleka, więc zrobił pojedynczy brzuszek by znaleźć się tuż za jego plecami. Objął go w pasie, po części przytrzymując w miejscu jakby oczekiwał, że ten zaraz mu ucieknie, po części dla ugruntowania samego siebie. Możliwość położenia dłoni na nowo odkrytych fragmentach ciepłego ciała było niezaprzeczalnym bonusem, na który nie zamierzał narzekać. Ignorując pytanie, mające zapewne być żartem, pochylił się nad jego barkiem, by złożyć na nim kilka drobnych pocałunków, zarówno na odbarwieniach, jak i między nimi.
- Dziękuję - mruknął tuż przy jego ramieniu, owiewając skórę ciepłym oddechem. - Za zaufanie. Za pokazanie mi się, bo może i to miasto jest piękne, ale jesteś najlepszym co miałem okazję dzisiaj zobaczyć - przyznał, wyraźnie nie potrafiąc, ani nawet nie próbując się od niego oderwać. Przebiegł palcami w dół jego boku, po czym ponownie oparł je w łagodnej dolinie talii, tam gdzie według jego skromnego zdania znajdowało się ich miejsce. - Nie chowaj się więcej przede mną, hm? Nie masz czego chować - zapewnił go, obejmując tym jednym zdaniem zarówno jego budowę ciała, skórę i wszelkie znajdujące się na niej ślady, jak i mniej fizyczną otwartość. Chciał wiedzieć o nim więcej, te mniej ładne i przyjemne rzeczy także. Tak jak widział własne blizny jako część siebie, tak plamki rozsypane po łopatkach i ramionach Milo były już częścią jego, a całokształt odbierał mu dech w piersiach. Był gotowy powtarzać mu to dzień w dzień, tak długo jak potrzebował by w końcu w to uwierzyć. Nie wiedział jak Milo mógł sądzić, że Gauthier kiedykolwiek spojrzałby na niego z czymś innym niż czyste uwielbienie, ale zamierzał udowadniać mu w praktyce, że nie istniały na to najmniejsze szanse. Miał cierpliwość, czas i ważną misję do spełnienia.

Milo Rivera

It's beginning to look a lot like fuck this

: śr sty 14, 2026 3:23 am
autor: Milo Rivera
Gardłowy, przyciszony śmiech który padł z jego strony w odpowiedzi na bardziej doprecyzowane pytanie o powód nie brzmiał ani trochę wesoło, mimo, że Milo naprawdę się starał nie zrobić z reszty wieczoru prywatnej stypy. Byłoby znacznie prościej wymigać się niewiedzą gdyby naprawdę nie potrafił wskazać przynajmniej części motywacji, które zaprowadziły go do czystej desperacji w postaci cud-kremów nie posiadających nawet etykiety ze składem.
Zesztywniał i wyprostował się, znów z zaskoczenia, może tylko trochę niezadowolony z ograniczenia mobilności przez uścisk, ale jego zalety odkrył niedługo później, gdy próbując powoli przekonywać się do normalności tego typu bliskości stwierdził, że z Dylanem przyklejonym sobie do pleców czuł się mniej odkryty. Więcej czasu potrzebował dla dłoni, które najpierw załaskotały go w żebra, następnie sprawiły, że te skurczyły się pod palcami gdy wzdrygnął się i spiął, aczkolwiek na bardzo krótki moment. Nadal nie czuł się z tym do końca naturalnie, mimo to w absurdalnej kontrze stała jego potrzeba posiadania go blisko, dla której był w stanie przynajmniej dzisiaj powstrzymać się przed gryzieniem.
Wdzięczny za ominięcie karku nawet bez zgryźliwości przyjął jego brodę na swoim ramieniu, a sam spuścił wzrok udając, że obserwowanie jego dłoni szukających metody na dopasowanie się do jego talii jest szalenie interesujące.
Daj spokój 一 prychnął bez przekonania, z rozdrażnieniem jednak unosząc ramię by zaznaczyć, że na tym etapie prędzej uwierzyłby w odnalezienie skończonego rozwinięcia dziesiętnego liczby pi niż w wartość estetyczną swojego oryginalnego koloru skóry.
Te kilka bardzo drobnych i bardzo precyzyjnych pocałunków odczuł mrowieniem obecnym jeszcze chwilę po tym, jak Dylan z powrotem znieruchomiał mu za plecami i dopiero wówczas Rivera odetchnął głębiej, mląc w dłoniach i tak pozwijaną w rulon bluzę.

Wiesz, to... hmm. To była moja ostatnia rodzina zastępcza przed Estellą i nie zrozum mnie źle, w moim osobistym rankingu najlepsza. Frank pracował przy czymś dla NASA, jak się domyślasz to stąd mi się to wzięło. 一 Nie zamierzał spisywać na straty wszystkiego, co spotkało go pod dachem Pillesterów, bo byłaby to niesprawiedliwa i niezasłużona krytyka, a z doświadczenia doskonale wiedział, że akurat w zestawieniu z pozostałą pulą opcji jakie przerobił, naprawdę wypadali nie najgorzej. 一 Wzięli mnie bo miałem niezłe wyniki i wygrywałem olimpiady stanowe. Pierwszy raz miałem swój pokój i kieszonkowe, i telefon komórkowy i w ogóle to wszystko, mogłem na przykład... aha, pojechaliśmy nawet na wycieczkę do Hollywood. Bez szału, ale to nadal moje wybrzeże, więc... no tak. Czekaj, wypadłem z tematu? Pewnie, wypadłem. 一 Parsknął cicho śmiechem prosto w swoją dłoń, którą chwilę wcześniej nerwowo odgarniał sobie bezcelowo uparcie powracającą mu na oczy sprężynkę loków. 一 I trochę dlatego, że nie wyszło im ze swoim dzieckiem, więc zdecydowali się na adopcję.
Uznał, że mógł podzielić się z nim przynajmniej tym małym wycinkiem ze swojego życia, który dla odmiany nie brzmiał aż tak groteskowo jak pozostałe historie, jakie miał w zanadrzu. Dysponował bardzo bogatym CV potyczek z rzeczywistością i nie ze wszystkich wyszedł obronną ręką.

I to nie tak, że ktoś cokolwiek mi powiedział, ja po prostu zauważyłem, że może lepiej by to wyglądało, gdybym do nich, nie wiem, pasował? Amanda zresztą widziała te kremy, ona chyba też nie wiedziała, że wyjdę z tego eksperymentu łaciaty.
Nie chciał mówić wprost o tym, o czym myślał od dłuższego czasu, ale co stawało się dość oczywiste gdy poświęciło się temu jedną czy dwie głębsze myśli. Ciche przyzwolenie pogłębiło problem, który prawdopodobnie nie rozrósłby się do tych rozmiarów i nie nabawiłby się plam, gdyby zderzył się wówczas z rodzicielskim sprzeciwem. Zamiast tego zmotywowała go presja, nie wiedział tylko czy w stu procentach leżała po jego stronie czy rzeczywiście jakaś jej część przyszła z zewnątrz. Przyjemniej było wierzyć, że sam spowodował problem i konsekwencje były wyłącznym rezultatem jego decyzji, nawet jeżeli rozum podpowiadał, że szesnastolatek nie powinien był w ogóle sięgać do takich rozwiązań.

No ale to nie ma znaczenia 一 obwieścił wreszcie z głębokim, ale brzmiącym na rezultat pogodzenia z obecnym stanem rzeczy westchnieniem. 一 Tak czy inaczej urodził im się w końcu syn i zrobiło się ciasno. Problem się rozwiązał, wyszło na zero. Chcesz zobaczyć na mnie inne kolory? 一 Nie chciał rozwijać tej myśli - tego podsumowania, które wybrzmiało gorzko, ale nie było ani świeże ani wybitnie dramatyczne - bo tłumaczyło wszystko co należało wiedzieć. Finał był oczywisty i dokładnie taki sam jak w przypadku wszystkich pozostałych historii mających zwykle podobny początek, różniły się jedynie wypełnieniem.
Milo obrócił głowę by przyjrzeć się Dylanowi z bliska, pytająco, z zawzięciem skubiąc dolną wargę zębami w próbie opanowania nieco bardziej podekscytowanego uśmiechu; kolejny ślad jaki miał zamiar mu wystawić do wglądu nie ciążył mu aż tak pod względem stojącej za nim historii, choć osobiście uważał, że jest równie brzydki. Zachęcony jednak reakcją na te białe plamy w obrębie ramion widocznie rozpędził się z oprowadzaniem Gauthiera po własnym ogródku.

Pewnie, że chcesz. Jest ohydna, ale sposób w jaki się jej nabawiłem jest całkiem cool. Czekaj, odklej się, mhmm, Dylan, kurwa, serio. Sio!
Nie łatwo było opędzić się od człowieka, który posiadał niezwykłą zdolność wnikania w przestrzeń osobistą bez krztyny wyrzutów sumienia i kleistość ośmiornicy.
odzyskawszy swobodę ruchu i przestrzeń osobistą, Milo zignorował fakt, że nie wyczerpał tematu Pillesterów do spodu; na jeden wieczór wystarczyło, teraz chciał odbić w inną stronę. Wyplątał się całkiem z bluzy i koszulki, rzucił nimi w stronę Gauthiera z uśmiechem mającym zapewniać o niewinności zamiarów, ale jedyne co narzucało się skojarzeniem na jego widok to coś zupełnie odwrotnego. Wewnętrzny gremlin miał dzisiaj wychodne.
Rivera zrolował sobie najpierw obie skarpetki i wyłożył się płasko na plecach, obiema dłońmi sięgając do paska i okrągłej klamry. Dwuminutowa zacięta walka z mechanizmem toczyła się mozolnie, Milo zdążył kilka razy zwątpić i zapieklić się na powrót, pod koniec, na krótko zanim udało mu się wreszcie uwolnić nawet parsknął z niedowierzania we własną słabość śmiechem.
Kilka loków obkleiło mu twarz kiedy rozpinał spodnie, biegnące wąskimi, smukłymi pasmami mięśnie brzucha spięły się gdy unosił biodra i Rivera aż sapnął cicho niezadowolony, że nawet pod koniec dnia musiał się z czymś miotać. Ale jeansy nie stanowiły dłużej problemu, luźno opuściły biodra odsłaniając... liliowe bokserki w kolorowe roboty, coś, co można było znaleźć albo na dziale dziecięcym albo w internecie, bo większość dorosłych mężczyzn raczej nie zdecydowałaby się na taki wybór.
Cóż. Milo z pewnością nie był jak większość.
Skopał spodnie poza obręb materaca zapominając o nich błyskawicznie, na chwilę obie swoje dłonie zaczepił w okolicach gumki swojej fenomenalnej, bajecznej bielizny i spojrzał na Gauthiera z takim samozadowoleniem, że musiał to doprawdy być jakiś większy kamień milowy w jego zasługach na rzecz normalności, a przy tym wciąż wyglądał, jakby był zaledwie o krok od kolejnej salwy śmiechu.
Diego z pewnością miał go ochotę wykopać przez okno.

Obserwujesz? 一 zapytał o oczywistość, bo chociaż znał odpowiedź na to pytanie i Dylan też o tym wiedział, chciał to po prostu usłyszeć. Podciągnął kolana by je ugiąć, złączył je i chwilę nimi kołysał to na lewo to na prawo. Czuł się zarazem dziwnie lekko i tak, jakby całe jego ciało było napięte, co w teorii było absurdalnym dualizmem, a w praktyce skutkowało drżeniem prawie wszystkich mięśni w jego ciele, co z kolei przekładało się również na znacznie bardziej spłycone oddechy. W innej sytuacji założyłby, że to z zimna. Teraz? Było mu i tak za gorąco.
Po krótkiej zabawie w wahadełko Milo wreszcie ulitował się i odchylił prawe udo na zewnątrz, prezentując co znajdowało się po jego wewnętrznej stronie, wysoko przy samej krawędzi nogawki liliowych bokserek.
Plama była wiśniowo-purpurowa i wyglądała, jakby mieszkała w tym miejscu od bardzo dawna. Podobnie jak te na ramionach, była nierówna na krawędziach i kształtem przypominała pręgę, jakby coś próbowało owinąć mu się wokół uda.

Słyszałeś kiedyś o aretuzach? 一 zapytał bardzo cicho, bynajmniej nie dlatego, że przypomniał sobie o obecności Camareny za ścianą, ale dlatego, że bez pełnego oddechu trudniej było mu przekroczyć granicę szeptu. 一 Jak byliśmy dzieciakami graliśmy w taką grę, jeszcze w Ensenadzie. Chcesz, żebym ci opowiedział?
Źrenice Milo znacząco zdominowały terytorium zwykle należne tęczówkom, a poskubywanie dolnej wargi nie wynikało już z nerwowości ale niecierpliwości. Wystarczył jeden rzut oka by ktoś tak obeznany z jego osobliwościami jak Dylan rozpoznał, że był podekscytowany i nie do końca potrafił to ukryć.

Zabawa polegała na tym, by wejść do wody kiedy pływały przy brzegu. Latem było ich sporo, na plażach zawsze pojawiały się zakazy, ale my znaliśmy takie miejsca, gdzie nikt nie patrzył. 一 Palcami sięgnął do luźnej nogawki bokserek i zatoczył kciukiem półokrąg w miejscu, w którym purpurowa pręga zawijała się wyżej, niknąc pod materiałem bielizny. 一 Miałem sześć lat i wszędzie chodziłem za starszymi braćmi, byłem... hmm, strasznym utrapieniem, naprawdę. I kilka razy dałem radę, nie stchórzyłem, ale raz się nie udało. 一 Jego klatka piersiowa drgnęła przy próbie zaczerpnięcia głębszego oddechu; wyglądał, jakby to słodko-gorzkie wspomnienie w jakiś sposób poruszało go całego, choć sam nie rozumiał jak i dlaczego. Odchylił nogę jeszcze dalej na zewnątrz i przymknął oczy w półuśmiechu; pośród tej plątaniny reakcji znalazło się również miejsce na dumę - kto by nie był?
Oparzenie aretuzy jest kurewsko bolesne, Pablo musiał mnie wyciągnąć z wody bo sam bym nie wyszedł. Goiło się ponad pół roku, miałem ochotę zdjąć sobie skórę.
O tym, że zmoczył się wtedy w wodzie nie wspomniał dla zachowania twarzy, bo przecież o takich szczegółach Dylan wiedzieć nie musiał.

Chcesz dotknąć?


Dylan Gauthier

It's beginning to look a lot like fuck this

: śr sty 14, 2026 9:15 pm
autor: Dylan Gauthier
Drobna zmarszczka mignęła mu na czole w wyrazie dezaprobaty tak całkowitego zbycia jego prób skomplementowania trzymanego na kolanach chłopaka. Nie irytował się na niego, bardziej na całą sytuację i wszystkich ludzi, którzy doprowadzili go do tego stanu, tak silnego zwątpienia w każdy szczery, pozytywny komentarz jaki padał z ust Dylana od kiedy się poznali. Frustrował go fakt, że nie mógł nic z tym zrobić, nie potrafił pstryknąć palcami i cofnąć czasu, być dla niego wsparciem, kiedy najbardziej by go potrzebował, ani jedną rozmową zmienić jego podejścia wyrobionego latami. Wyraz twarzy i spojrzenie, jakie wbił w łagodną krągłość jego policzka, wyrażały typ determinacji, z jakim podchodził do nauki rysunku, projektów na studiach i trenowania sztuczek karcianych wymagających metody prób i błędów, zaczynania od nowa i przede wszystkim cierpliwości. Miał jej momentami aż za dużo.
- Nie zamierzam. Zrzekłeś się spokoju już dawno temu - przypomniał mu, odpuszczając sobie wykłócenie się z nim by zaakceptował własne zalety i jedynie przechylając się by kolejny przelotny pocałunek przycisnąć tuż pod jego szczęką. Ledwo powstrzymał się przed ponownym przyssaniem do tego jednego punktu za uchem, by spróbować znowu wyciągnąć z niego ten sam dźwięk co przy regale, upominając się, że prowadzili w tej chwili nieco zbyt poważną rozmowę by ryzykować dostaniem przez łeb. Więc zamiast się wychylać, dał mu mówić, chowając w jego barku uśmiech wyrastający mu na twarzy na to małe zboczenie z tematu, na które sam nawet nie zwrócił uwagi, dopóki Milo ze śmiechem nie wrócił na tory. Lubił słuchać jego opowieści nawet jak prowadził wątek przez trzy linie fabularne, obskakiwał misje poboczne i parokrotnie gubił cel wypowiedzi. Pół świadomie objął go nieco ciaśniej by powstrzymać się przed gwałtownie pchającą mu się na język wiązanką w kierunku jego dawnej opiekunki, która dała mu przyzwolenie na czucie się jakby był niewystarczający.
- Nie brzmią jak ludzie, do których warto się upodabniać - ocenił zamiast tego, dość łagodnie by nie wzburzać atmosfery, nawet jeśli mentalnie wyklinał każdą jedną osobę przykładającą rękę do rzucania kłód pod jego nogi od najmłodszych lat życia. Każdą, która poległa w tak banalnym zadaniu, jakim było docenienie i pokochanie tego niesamowitego chłopca. Jemu nic w życiu nie przyszło tak łatwo.
Chciał się z nim nie zgodzić, podkreślić jak bardzo to miało znaczenie, jeśli wpłynęło na niego tak bardzo, jednak nagła zmiana tematu spełniła swoją rolę w wybijaniu go z rytmu. Nie uznał tej rozmowy za zakończonej, nie całkowicie, w końcu zawsze mogli wrócić do dalszego rozdrapywania ran, by następnym razem pomóc im się trochę lepiej zagoić, jednak nagły entuzjazm na jego twarzy i chwilowy kontakt wzrokowy pchnęły go do tylko jednej myśli.
- Mogę zrobić na tobie inne kolory - zaoferował w zamian, niby na żarty, chociaż zawsze chętny wprowadzić tę obietnicę w życie. Miał kilka różnych pomysłów, każdy lepszy od poprzedniego.
Był ciekaw co ten tak właściwie ma mu do pokazania, nawet jeśli nie na tyle by wypuścić go z objęć z własnej nieprzymuszonej woli, stąd kiedy ten zaczął się od niego opędzać i dał radę mu się wymknąć, z gardła Dylana wyrwał się dźwięk przypominający bardziej skomlącego psa niż dorosłego faceta. Złapał rzucony w swoim kierunku zwitek ubrań i w pierwszej chwili miał ochotę rozdzielić koszulkę od bluzy i złożyć je w kolejne niechlujne kosteczki, które mógłby rzucić obok materaca, jednak zrezygnował z dwóch pierwszych kroków planu, kiedy zawiesił wzrok na Milo wyłożonym na płasko i walczącym ze swoim paskiem. Momentalnie zaschło mu w ustach. Oglądał spektakl jak zaklęty, od kosmyków włosów wpadających mu do oczu, przez klatkę piersiową i spinające się pod skórą mięśnie, do zwykle zwinnych palców przegrywających walkę z banalnym zamkiem. Przez krótką chwilę nawet chciał mu pomóc, bawił się jednak zbyt dobrze by ingerować i zarówno ta wspaniałomyślność jak i cierpliwość została mu odpłacona widokiem najbardziej nietypowych bokserek, których w stu procentach mógł spodziewać się właśnie na nim. Zagryzł wargę w próbie opanowania rozbawionego, rozczulonego i zwyczajnie szczęśliwego uśmiechu. Czuł się jakby święta przyszły szybciej, a jego prezent rozpakowywał się sam.
Zgrzyt, momentalnie odbierający mu zdolności poznawcze, zdarzył się w momencie, gdy Rivera zapuścił palce za blisko jedynego skrawka materiału zakrywającego jego ciało, i trwał aż do pytania z opóźnieniem dobijającego się do umysłu Gauthiera. Jego mały problem sprzed kilkunastu minut zaczynał się pogarszać.
- Huh? Jasne, tak, oczywiście - wymamrotał bezmyślnie, odskakując wzrokiem od jego dłoni i ponownie znajdując jego twarz. Wypuścił powietrze nosem i przewrócił oczami na widok jego miny, lekko szturchając go stopą w łydkę w ramach upomnienia, chociaż kiedy cofał nogę, przezornie zgiął ją w kolanie i oparł na nim brodę. Spojrzał na ścianę, na pościel, na chwilę nawet w okno, chociaż jego spojrzenie jak magnes wróciło do bujającego się Milo, a później do kolorów, jakie ten chciał mu pokazać. Między zaskoczeniem intensywnością śladu, mentalnym wzdrygnięciem się na cokolwiek, co było jego źródłem i czystą fascynacją nowym odkryciem, przebiła się cicha świadomość, że właśnie o tym mówił Diego te kilka godzin wcześniej, jeszcze przy barze. Miał wrażenie, że miało to miejsce wieki temu, w innej rzeczywistości. Tak szybko jak o nim pomyślał, tak szybko również zapomniał, zbyt zajęty przybliżaniem się, by lepiej zobaczyć rozległą bliznę, i słuchaniem jak znalazła się na ciele jego chłopaka, by myśleć o typie zza ściany.
- Ta... jakby meduza? Niewiele - przyznał, ledwo kojarząc nazwę, a co dopiero, że bliskie spotkanie z nimi mogło skończyć się tak. Chwilowo oderwał wzrok od asymetrycznego kształtu, by rzucić krótkie spojrzenie na twarz mężczyzny, i od razu skinął głową, kiedy zobaczył wręcz wypływający z niego entuzjazm przy zadawaniu pytania. Chciałby o tym posłuchać nawet jakby ten nie wyglądał jakby miał za chwilę zacząć wibrować z ekscytacji, chociaż nie zamierzał narzekać na ten widok, zwłaszcza po kryzysach, jakie doprowadziły ich do tego momentu. Stąd też nie pożałował podjęcia tematu, nawet jeśli z każdym kolejnym słowem wypowiadanym przez mężczyznę, twarz Dylana wyrażała coraz głębszy szok.
- Ty... Czy wy... - uciął, nie potrafiąc znaleźć na szybko słów by dość elegancko ubrać w nie wszystko, o czym właśnie myślał. Zamknął usta i ponownie je otworzył, nieudolnie próbując opanować instynkt zjebania go, jakby ten genialny plan został stworzony przez niego i to w tej chwili, a nie prawie dwie dekady wstecz przez jego rodzeństwo. Wypuścił oddech, owiewając nim kolano Milo, dopiero w tym momencie zdając sobie sprawę z tego jak blisko tak właściwie się pochylił. - Mogę? - mruknął z nutą zaskoczenia w głosie, jako że ślad wyglądał żywo i jakby miał boleć przy najmniejszym dotyku. - Czujesz to jeszcze? Musisz się nią jakoś zajmować? - dopytał, korzystając z zaproszenia, przesiadając się trochę bliżej na materacu i praktycznie kładąc się między jego nogami by przesunąć opuszkami palców po krawędziach. Przebiegł językiem po przesuszonej wardze, czując jak lekki dreszcz przepływa w dół jego kręgosłupa na podrzucone przez mało pomocny umysł wyobrażenie o poziomie bólu jaki musiał wiązać się z tym doświadczeniem. - Warto było? - dorzucił jeszcze, podnosząc na niego zaciekawione spojrzenie przeplatane najzwyklejszym zmartwieniem. Jeśli tak wyglądała jedna z jego zabaw z dzieciństwa, bał się spytać o całą resztę.

Milo Rivera

It's beginning to look a lot like fuck this

: czw sty 15, 2026 1:00 am
autor: Milo Rivera
Kąciki jego ust drgnęły i uniosły się z gapiowatym rozkojarzeniem, bo po pierwsze - Milo nie miał pojęcia co Dylan rozumiał poprzez inne kolory ale nie wyglądał jakby zbierał się do protestu, a po drugie - zmęczenie i alkohol pomimo najlepszych chęci i ekscytacji w kuriozalny sposób zaczynało doprowadzać go do stanu, w którym łatwo tracił wątek.
Spojrzenie Gauthiera nie mogło się zdecydować, czy wolało podążać za jego kolanami czy palcami, co Milo odkrył dopiero po czasie, a tknięty tym nowum lekko przechylił głowę, ale nie zapytał. Miał na uwadze, że z jakiegoś powodu Dylan zawieszał na nim wzrok od czasu do czasu jednak nie zastanawiał się dotąd czy było to po prostu kontrolne określenie jego pozycji w danym momencie i przestrzeni czy stało za tym coś innego. Nie, żeby sam nie robił dosłownie tego samego; niekiedy Gauthier był wyjątkowo wdzięcznym obiektem obserwacyjnym i Rivera czuł wówczas, jak jego mózg zwykle orbitujący dwadzieścia cztery godziny na dobę pełną parą wokół wzorów, algorytmów, reguł syntaktycznych i innych fascynujących zagadnień wyłączał się na parę minut. Bardzo relaksujące doświadczenie, stosował w miarę regularnie.
Sí, tak jakby meduza 一 potwierdził ironicznie i gdyby przewracanie oczami pewnego dnia zakwalifikowało się na dyscyplinę olimpijską, Milo zdobyłby złoto. 一 Jestem pod wrażeniem twojej imponującej znajomości fauny morskiej.
Ty... Czy wy...

Zwariowaliśmy? 一 wszedł mu w słowo, z bezgłośnym śmiechem na wydechu, brzmiącym jak szczeknięcie. 一 Bardzo możliwe, a miej na uwadze, że to tylko jedna z naszych podwórkowych zabaw.
Nie zamierzał rozwijać przed nim pełnej listy tego wieczoru, ale obiecał sobie, że kiedyś ze złośliwą satysfakcją przeprowadzi go krok po kroku przez wszystkie punkty w ramach wspominkowego tournée. Na ten moment zamierzał puścić go spacerem wyłącznie po swoim udzie.
Noga drgnęła mu lekko, a udo domknęło się do środka na chwilę gdy oddech Dylana połaskotał go w odsłoniętą skórę, a jeszcze do niedawna bawiący się skrajem swoich ulubionych bokserek Milo na chwilę przestał i spojrzał na niego tak, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Tylko na krótki, niewiele znaczący moment, bo po mrugnięciu ocknął się i przypomniał, że sam zaproponował mu kontakt.

Jest... nie, tylko czasami 一 mruknął ciszej, dla własnego dobra wbijając wzrok w sufit ponad sobą. Cofnął też swoje ręce i po spleceniu palców w koszyczek nad głową przeciągnął się licząc, że ruch wybawi go od zażenowania; tak jak mu kiedyś wspomniał, kark nie był jedynym miejscem na jego ciele będącym w stanie wypłoszyć jego duszę ze skóry przy najdelikatniejszym dotyku. 一 Jest bardziej wrażliwe na temperaturę, ale od dawna nie boli. Co najwyżej piecze przy gorącym prysznicu, ale nie w sposób, który mógłbym zaklasyfikować jako nieprzyjemny. Raczej, hmm, stymulujący.
Wystarczyło parę stopni ponad standardowe trzydzieści sześć i sześć, a w miejscu, w którym palce Dylana śledziły kontur piwoniowo-pąsowego przebarwienia pojawiało się coś podobnego do oparzenia pokrzywą. Nic, czego nie dałoby się wytrzymać, szczególnie, że zwykle ustawało parę minut po ochłodzeniu. Musiał jedynie bardziej uważać w tym miejscu na słońce, ale w Toronto problem spadł z piedestału; bardziej dokuczliwy okazywał się mróz, Rivera zdecydowanie należał do wybrzeża.

Och, nie masz pojęcia jak bardzo było warto 一 wyrzucił z pełnym przekonaniem i niezbitą pewnością siebie na wydechu, szeptem, jakby zeznawał pod przysięgą. Obie dłonie złożył sobie na piersi płasko, szukając ratunku w prostej technice polegającej na podnoszeniu ich w równomiernym tempie na tyle wysoko, by udało mu się nabrać kilka głębszych oddechów.
W pewnym momencie Milo zmarszczył jednak brwi, choć oczy wciąż miał zamknięte; skrzywiły się również jego usta, za którymi uwiązł bardzo krótkie, zduszone fuknięcie mające początek gdzieś głęboko w piersi.

Wiesz, mam poza-...-aha, mam bardzo wrażliwe uda od... od tej strony, od, hmm, od środka? Jak ten, jak kark? Ta sama... ten sam problem, więc pomyślałem, że, aha, że może powinieneś wiedzieć? 一 wyrzucił z siebie po chwili brzęczącej w ustach ciszy, na jednym wydechu i nadal z zamkniętymi mocno oczami, jakby brak wizji wystarczył do oszukania samego siebie i utrzymania żenujących reakcji swojego ciała w ryzach.
A może powinien policzyć od tysiąca dwudziestu czterech w dół?
Albo uporządkować tablicę pierwiastków w głowie?
Policzyć toczące się przez cukier-puder churrosy?

Aloes! 一 rzucił nagle bez kontekstu, z nerwowym śmiechem w roli spóźnionego akompaniamentu. 一 Aloes pomaga, czasami, kiedy... yyyh, kiedy... za długo wystawiam się z tym na słońce? Kiedyś to okładałem tymi tam, co to jest? Liście? To są w ogóle liście? Galaretka? Kurwa, Dylan, koniec dotykania, uda to kark dwa zero.
I jakby dla potwierdzenia, Milo usiadł gwałtownie niemal zderzając się w nieprzemyślanym pędzie z Gauthierem ulokowanym mu wygodnie między nogami. Z podciągniętymi pod brodę kolanami spojrzał mu prosto w twarz - w oczy - początkowo bez jakiegokolwiek planu na to co dalej, z wypiekami plamiącymi mu policzki, skronie i zmarszczone czoło w barwie konkurującej z tą, której łatę nosił na prawym udzie. Po nagłym oprzytomnieniu, że obaj rozwarstwili się do bokserek (co uderzyło w niego z mocą zdolną wyrwać mu z płuc kolejny oddech) wyrzucił z siebie jeszcze jakieś histeryczne hmmm! i zaczął postukiwać palcami nierytmicznie we własne kolana.
Ale nie uciekł. Patrzył tylko dziko jak ktoś, kto miał za sobą niewiele interakcji twarzą w twarz w tak bieliźnianych okolicznościach i zdawał się pytać o dalszy kierunek.
Nie potrafił na dłużej zogniskować spojrzenia na jego bławatkowych, serdecznie ucieszonych oczach więc podążył za piegami dopiero teraz zauważając jak szczodrze natura sypnęła mu nimi po ramionach i klatce piersiowej, o twarzy nie wspominając bo właśnie uciekał od niej panicznie wzrokiem. Wędrował zatem od skupiska do skupiska w kompletnej ciszy, z palcami stóp podkulonymi pod siebie i ramionami owiniętymi ciasno wokół kolan, zaczynając... liczyć. Każdą jedną słoneczną plamkę.
To uziemiało go znacznie lepiej niż wyliczanie w myślach ciągu Fibonacciego. Poruszał przy tym bezgłośnie ustami siłą przyzwyczajenia: siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście...



Dylan Gauthier

It's beginning to look a lot like fuck this

: czw sty 15, 2026 10:22 pm
autor: Dylan Gauthier
Jeszcze nie tak dawno temu bez zająknięcia zarzekałby się o bezgranicznej chęci odkrywania szczegółów z życia Milo, jednak uchylenie rąbka, by odkryć pierwszą z listy jego zabaw z dzieciństwa, przeraziło go dostatecznie, aby był w stanie zrezygnować z tej konkretnej kategorii wiedzy. Od wyjścia z samolotu na tereny Kalifornii dowiedział się o Riverze dość sporo i to kompletnie nie w tym sensie, jakiego mógłby się spodziewać. Zamiast wstydliwych wydarzeń z dzieciństwa, pokazania do jakiego liceum chodzi, czy dowiedzenia się jaką potrawę najbardziej lubił jeść podczas przeziębienia, zyskał kolejno wizję jak ten wychodzi oknami i skacze po dachach, oraz jak bawi się w berka z groźnymi parzydełkowcami. Dla własnego zdrowia wolał nie wiedzieć więcej.
Kontrolnie podniósł wzrok na mężczyznę, gdy ten zaczął wiercić się i odprawiać rękami swoje rytuały, jednak skoro nie przestawał mówić, wziął to za zielone światło do kontynuacji własnej misji odkrywczej nowych terenów na jego ciele. Blizna, o ile nie popierał metody jej zdobycia i krzywił się za każdym razem jak dopuścił do siebie myśl o jej powstaniu, oraz sześciu miesiącach agonii, wyglądała intrygująco, wijąc się na skórze i znikając pod materiałem kolorowych bokserek. Po pierwszym przelocie palcami, Dylan przyjrzał się dokładniej purpurowym liniom, muskając je ostrożnie, a raz nawet łagodnie dociskając opuszkę do skóry by sprawdzić jak reagowała na nacisk. Czuł się trochę jak kiedy pochylony nad mikroskopem starał się wyłapać każdy najmniejszy szczegół w małym wszechświecie zawartym na powierzchni szkiełka.
- Okay... to dobrze. Ale raz ci starczy, nauczyłeś się, żeby więcej tego nie robić i trzymasz się z daleka od plaż z me-...aretuzami, hmm? - rzucił, nawet chętny do przyjęcia informacji, że wydarzenie nie było dla niego powodem do żalu względem młodszej wersji siebie, o ile mógł mieć pewność, że ten nie wbiegnie mu w środek kolejnej ławicy, kolonii, czy jakkolwiek nazywało się stado tych stworzeń. - Tak myślałem, grzeczny chłopiec - pochwalił i poklepał go dwoma palcami kawałek nad rozległym znamieniem. Pamiętał, oczywiście, że pamiętał, gdzie nigdy nie dostawał pozwolenia by pakować ręce i, chociaż ich mała wystawa sztuki naturalistycznej przejmowała większość jego uwagi, szybko eskalujące reakcje Milo stanowiły niełatwe do zignorowania urozmaicenie.
- Od tej strony? - upewnił się, podnosząc na niego niewinne spojrzenie z uśmiechem sugerującym coś całkowicie odwrotnego, kiedy głaskał jego udo kostką palca wskazującego. W ciągu ostatniej godziny, lub dowolnej jednostki czasu, który minął od kiedy wpakowali się na materac, przetasowali od nowa talię i Dylan właśnie sprawdzał ile kart był w stanie podejrzeć zanim wrócą do dalszej gry. Zasady się zmieniły, właściwie na życzenie samego Milo, a dowiedzenie się w jaki dokładnie sposób miały zacząć działać wymagało metody prób i błędów. Bardzo szybko jedną z tych prób okazała się potrzeba uniku by nie oberwać kolanem podczas gwałtownego zrywania się z miejsca. Prychnął pod nosem, strzepał z oczu grzywkę rozrzuconą w nagłej zmianie miejsca i zanotował sobie w głowie by po powrocie upewnić się, że mają w mieszkaniu aloes. Wbrew pozorom faktycznie cały czas go słuchał. Klęknął naprzeciwko niego i obiegł wzrokiem zwiniętą w sobie posturę, by upewnić się, że ten nie zamierzał czmychnąć z pokoju jak przepłoszony zając.
- I właśnie w takim momencie mógłbyś użyć swojego bezpiecznego słowa - podrzucił pomocnie, wciąż wyraźnie zadowolony z siebie i tego jak Rivera potykał się o słowa przez kilka drobnych muśnięć w udo. Zamierzał bawić się z tym faktem doskonale. Nie pchał mu się z powrotem w przestrzeń osobistą, przynajmniej nie od razu. Zaciekawiony faktem, że ten wyraźnie coś liczył, spuścił wzrok na własną klatkę piersiową by sprawdzić o co mogło chodzić i w pierwszej chwili doszedł do wniosku, że były to blizny, te drobne i słabo widoczne. Jednocześnie był prawie pewny, że nie miał ich aż tak wiele na tak niewielkim fragmencie ciała, więc po chwili drobny uśmiech wykwitł na jego twarzy wraz ze świadomością, że chodziło o to mniej traumatyczne znamiona.
- Trochę ci to zajmie - zauważył, chociaż nie wyglądał jakby zamierzał go powstrzymywać. Wręcz przeciwnie, przesiadł się z powrotem trochę bliżej i nawet lekko odchylił głowę na bok, by nie rzucać aż takiego cienia na swój bark. - Możesz ich dotknąć jak to ułatwi sprawę - dodał, bez dwóch zdań bardziej dla samego siebie niż dla niego. Skubnął zębami wnętrze swojego policzka, przyglądając się twarzy Milo w ponownej próbie odczytania jego myśli. Robił to często, starając się wyciągać wnioski z drobnych zmarszczek czy rumieńców, jakby te miały powiedzieć mu więcej niż ich właściciel zamierzał przekazać werbalnie.
- Chcesz się położyć? To był kurewsko długi dzień - podsumował w pewnym momencie i dopiero po wypowiedzeniu tych słów zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo prawdziwe były. Powinni się przespać, nawet jeśli sen znajdował się bardzo nisko na liście rzeczy, którymi faktycznie miał ochotę się teraz zająć. Na szczycie bez zmian znajdował się sam Milo. Mógłby zorganizować im resztę nocy, skorzystać z faktu, że ich ciuchy leżały porozrzucane na podłodze, jednak pod tym względem był aż za bardzo świadom obecności innych ludzi zarówno za ścianą, jak i gdzieś pod podłogą.

Milo Rivera