Strona 4 z 5

old ghosts came hunting

: czw mar 05, 2026 2:15 pm
autor: Valkyrae Callahan
  Nie chciała się poddać. Nawet w momencie, w którym jej ciało zaczęło odmawiać współpracy, a świadomość rozjeżdżała się na granicy wyczerpania, jej umysł wciąż próbował utrzymać kontrolę nad tym, co działo się wokół niej. Nie miała już jednak żadnych zasobów, które mogłaby jeszcze wykorzystać. Jej orrganizm, osiągnął granicę swoich możliwości. I zgasł.
  Nie miała więc pojęcia, co działo się później.
  Nie wiedziała, przez jaką walkę z własnym ciałem przechodził Damon, niosąc ją przez śnieg, i nie wiedziała ile kosztował go każdy kolejny krok. Ani jak bardzo rana na udzie zaczynała odmawiać współpracy w momencie, w którym adrenalina przestawała działać. Gdy ostatecznie znalazł schronienie i ułożył ją na podłodze starej chaty, jej ciało pozostało w tej samej bezwładnej pozycji, w której ją położył. Nie reagowała, nie poruszała się, nie była nawet w stanie odczuć zimna.
  Minęło trochę czasu, zanim jej świadomość zaczęła wrać.
  Najpierw pojawiło się uczucie chłodu przenikającego przez ubranie, potem powolny powrót napięcia w mięśniach i bólu, który rozlał się po całym organizmie, kiedy układ nerwowy zaczął znowu pracować normalnie. Przez kilka pierwszych sekund nie potrafiła jeszcze zrozumieć gdzie jest, ani co właściwie się wydarzyło. Otworzyła oczy powoli, jak ktoś, kto próbuje dostosować wzrok do słabego światła, i przez moment widziała jedynie rozmazane cienie
  A potem wróciło wszystko, w jednym momencie, nagle.
  Podniosła się gwałtownie, gdy nagle spadły na nią wspomnienia wypadku. Samochódu, utraty kontroli, uderzenie, staczania się. Jej ciało zareagowało instynktownie. Zanim zdążyła przeanalizować gdzie dokładnie się znajduje, jej wzrok zaczął szukać Damona. Znalazła go niemal od razu i wystarczyła chwila, by zrozumieć, że coś jest nie tak. Że wszystko bardzo jest nie tak.
  Jako ratownik medyczny była przyzwyczajona do odczytywania sygnałów organizmu szybciej, niż inni potrafili je nawet zauważyć. Kolor jego skóry był dla niej zbyt jasny, niemal kredowy w porównaniu z tym, jak wyglądał wcześniej. Nie był żółty. Sposób w jaki siedział oparty o ścianę wskazywał na wyraźne osłabienie, a spojrzenie, które zawsze pamiętała jako to ostre i czujne, teraz wydawało się nieco zamglone. Jego oddech był inny. Płytki i nienaturalny.
  W jej głowie szybko pojawił się wynik tego równania. Byli o krok przed wstrząsem hipowolemicznym. I ledwie o dwa od tragedii.
  Opatrunek, który założyła wcześniej, miał jedynie kupić czas, a nie rozwiązać problemu. Wiedziała to od początku, mówiła to od początku.
  Zaczęła odczuwać… strach. Damon był w tej chwili wszystkim, co miała. Absolutnie wszystkim. I jedynym. Jedyną osobą, która nie zniknęła z jej życia tak jak inni, jedyną jej stałą w rzeczywistości, w której od dawna była przekonana, że prędzej czy później każdy ją zostawi.
  Nawet we Włoszech nie była tak przerażona. We Włoszech nie był jej. Był jej bliski, ale teraz był znacznie, znacznie bliższy.
  Przesunęła się bliżej, natychmiast sięgając do jego uda. Jej palce odnalazły materiał opatrunku, który wcześniej sama tam założyła, sprawdzając jak bardzo przesiąknięty był jego krwią. Tę samą kurtkę, którą on okrywał ją, a która teraz leżała zsunięta na ziemi, okutała jego ciało. Nie wiedziała, że technologia trzyma jego ciało w odpowiedniej temperaturze. Odpowiednio grzejąc.
  — Damon — odezwała się słabo, przenosząc spojrzenie z mokrego, zmrożonego opatrunku na jego zasnute mgłą źrenice. — Patrz na mnie.
Przesunęła się jeszcze bliżej, niemal na kolana, jedną ręką dociskając opatrunek mocniej niż wcześniej, drugą rozrywając materiał w miejscu, w którym nasiąkł krwią najbardziej. Jego rany pod nią dalej pracowały. Nie pulsowały, co znaczyło, że tętnica wciąż była nietknięta, ale krew sączyła się powoli i konsekwentnie. Zacisnęła zęby i bez wahania, drżącymi – bardziej od zdenerwowania niż własnego wycieńczenia – wepchnęła materiał głębiej w rany, wzmacniając tamponadę, którą wcześniej zrobiła w koszarach.
  Potrzebowała zatrzymać krwawienie na tyle, by kupić mu jeszcze trochę czasu. Wiedziała, że to rozwiązanie bardzo, ale to bardzo tymczasowe. I nie wiedziała czy na odpowiedni czas. Nie wiedziała jaki jest plan i czy w ogóle jakiś jest.
  Utrzymując mocny ucisk, przeniosła spojrzenie z rany na jego twarz, obserwując każdy szczegół. Jego kolor skóry, sposób w jaki oddychał, reakcję źrenic. Wciąż zaciskała zęby mocno, a to też nie z frustracji, ale jak gdyby miało pomóc jej, aby się nie rozsypać.
  Chciała o coś zapytać. Poprosić. Ale nie potrafiła zdobyć się na odwagę, by spytać czy jej nie zostawi. Powiedzenie tego nie było trudne dlatego, że obawiała się odpowiedzi. Było trudne, bo wypowiedzenie na głos pytania, byłoby jak przyznanie, że gdzieś na pewnym etapie zaczynała wierzyć, że to wcale nie tak, że wszyscy w końcu od niej odejdą. A przecież od początku była o tym święcie przekonana. Bo odchodzili.
  Jeśli nie przez wybór, to przez śmierć.
  — Co zjemy jak już wrócimy? — spytała, starając się utrzymać stabilny głos. Aby nie zadrżał pod emocjami. Zapytała by pobudzić go. Do głupiego dialogu, aby cały czas przy niej świadomie był, kiedy ona bardzo mocno uciskała jego rany. — Na co masz ochotę?

Damon Tae

old ghosts came hunting

: czw mar 05, 2026 4:04 pm
autor: Damon Tae
Czuwał przy niej. Niczym pieprzony pies. Nie chciał odlatywać, chociaż czuł jak słaby był. Mięśnie go bolały, tak samo jak wszystkie stawy i kości. Bolał go każdy nerw, który znajdował się w ciele. Każda komórka, która zaczęła dawać o sobie znać w momencie jak adrenalina opadła. I chociaż jego ciało było na granicy, to psychicznie nie pozwalał sobie na to, aby zasnąć. Nie, dopóki ona była nieprzytomna.
Przez cały ten czas ją monitorował. Znajdował się tuż obok, więc widział jak jej klatka piersiowa ostrożnie się porusza, a blada skóra nabiera kolorów. Był pewien, że nie umiera, a jednak zamierzał warować, dopóki nie była przytomna. Nie miał pojęcia czy ktoś ich tu znajdzie teraz czy za chwilę, ale chociaż był słaby, to rękę miał na spuście broni, którą wyciągnął. Obserwował ją oraz drzwi, jakby te za chwilę miały się otworzyć. Wiedział, że czas reakcji miał opóźniony, a jednak zamierzał do końca walczyć o jej bezpieczeństwo.
Czas w takich miejscach robił się dziwny. Rozciągał się nieprzyjemnie. Słyszał jak zamieć wyła na zewnątrz. Jak śnieg uderzał w ściany drewnianej chaty. Nie wiedział jak długo tu już byli, ale niestrudzenie jego wzrok przesuwał się do drzwi, potem okna i z powrotem na Sennę. I tak cały czas. Niestrudzenie.
Ciało go zdradzało. Noga pulsowała gorącym bólem, który rozlewał się po ciele. Czuł wilgoć pod opatrunkiem. Ramiona miał ciężkie jak z jakiegoś ołowiu, a mimo to nie pozwalał oczom na odpoczynek. Nie pozwalał im się zamknąć. Tylko raz głowa opadła mu na moment na pierś, ale natychmiast się ocknął, by znów spojrzeć na drzwi.
Wtedy usłyszał jak się zrywa. Jego zamglone spojrzenie przeniosło się powoli na jej przytomną sylwetkę. Jej ruchy wydawały się być w zwolnionym tempie, a mimo to czuł wewnętrznie dziwne poczucie ulgi. Bo skoro się obudziła, to znaczy, że jej organizm był na tyle stabilny, aby pozwolić sobie na działanie.
Żyjesz — stwierdził słabo, dalej siedząc na swoim miejscu niczym pies pilnujący swojego miejsca.
Przeciągnął po niej spojrzeniem, lustrując wszystkie odstępstwa od normy. Pozwalał jej na wszystko, co zamierzała zrobić. Wzrok mu uciekał, a powieki się kleiły, bo teraz, gdy już uderzyła go świadomość, że żyje i jest silna, umysł zaczął odpuszczać.
Patrz na mnie.
Z trudem podniósł na nią spojrzenie. Obserwował ją, to jak działała, jak w zwolnionym tempie, trzymając się ostatkami własnej silnej woli. Nie patrzył jej na ręce, ale na twarz. Na emocje, które się na niej malowały. W tym stanie wydawał się nie czuć już tak bardzo bólu. Nie rozróżniał czy bardziej cierpi przez nogę czy coś innego. Odczucia zlewały się w jedno, a on zatrzymał wzrok na jej twarzy, jakby to miała być jego kotwica z rzeczywistością.
Czuł po sobie, że był blisko własnego upadku.
Co zjemy jak wrócimy? Na co masz ochotę?
Pizzę — stwierdził krótko. Jakby miał wybrać swój ostatni posiłek, to byłby to właśnie ten, o ironio, włoski wyrób. — Albo dwie. — Odkąd posmakował jej w Kanadzie, stała się jednym z jego ulubionych dań. Może i nie było to nic wykwintnego, ale on nie był żadnym smakoszem. Był człowiekiem z Korei Północnej, który nie gardził żadnym jedzeniem.
Odpływał. Czuł to. Czuł jak słabnie, a jego serce zwalnia, a jednak ostatkami sił trzymał się własnej świadomości, aby odpaść. Teraz, gdy była przytomna nie musiał tak przy niej warować. Nawet jeśli chciał przy niej siedzieć i jej strzec dopóki nie będzie w pełni bezpieczna.
Senna — mruknął, a jego głos ledwo przebił się przez szalejący na zewnątrz wiatr.
Ręką sięgnął do jednej z kieszeni, aby wyciągnąć zieloną strzykawkę.
To opioidy, weź je — powiedział, przesuwając je słabo po ziemi w jej stronę. Mogły jej się przydać. — Mam też nośnik łączności. Połączy cię z Gadżet, ona cię stąd wydostanie. — Bo wierzył, że jeśli on odpadnie, to jego nowi znajomi dokończą misję wydostania Amerykanki z tego piekła. — Weźmiesz mój kombinezon. Trzyma stałą temperaturę niezależnie od pogody. — Był świadomy, że nie zostało mu wiele czasu, dlatego musiał go wykorzystać najlepiej jak mógł, aby dać jej instrukcje oraz sprzęt, który pozwoli jej przetrwać. Była wojskową. Pokładał w niej nadzieję, że znajdzie w sobie kolejną dawkę siły, aby się stąd wydostać. Jak nie dla siebie, to chociażby dla niego. Aby to wszystko nie poszło na marne. — Ma też lokalizator, znajdą cię — dodał, sięgając słabo drugą dłonią do jej palców, które uciskały jego rany. — Jak zamieć ustanie, musisz dotrzeć do punktu przygranicznego, albo gdziekolwiek indziej, daleko stąd. Gadżet cię poprowadzi — dodał, a jego głos był coraz słabszy, a mimo to nie spuszczał z niej swojego spojrzenia.
Był ranny, wykrwawiony i na granicy przytomności.
A nawet teraz, gdyby ktoś spróbował wejść przez drzwi tej cholernej chatki, zdążyłby pociągnąć za spust, czyniąc ostatnią powinność. Wykonując obowiązki do końca.

Valkyrae Callahan

old ghosts came hunting

: czw mar 05, 2026 6:55 pm
autor: Valkyrae Callahan
  Wystarczyła jej chwila, aby zrozumieć w jakim był stanie. Kolor skóry zbyt jasny nawet jak na niego, spojrzenie przygaszone, oddech płytszy niż wcześniej i opatrunek, który pod jej palcami był już ciężki od krwi. To nie była tylko rana. To był organizm, który zaczynał przegrywać z utratą krwi i wyczerpaniem. A potem pojawiła się druga myśl, znacznie prostsza i znacznie gorsza. Rozejrzenie się po wnętrzu chaty wystarczyło, by zrozumieć, że nie byli już nawet w pobliżu samochodu. Musiał więc ją tu przynieść. W tym stanie. Przez zamieć. Z tą nogą. A więc wyglądał tak przez nią. Nie tylko przez rany. Przez nią.
  To przeświadczenie osiadło w niej ciężko. Serce skurczyło się boleśnie w jej klatce piersiowej, a napięcie było wyczuwalne w drżeniu jej dłoni.
  — Postawię ci nawet trzy — odpowiedziała niemal od razu, z miękkością w głosie, o którą nie podejrzewałaby samej siebie.
  Jej dłonie w tym czasie pozostawały przy jego udzie. Materiał, który wcześniej tam wcisnęła, był już ciężki, nasiąknięty i zimny przy powierzchni, ale wciąż ciepły głębiej, tam gdzie rana dalej pracowała. Bez odrywania spojrzenia od rany rozwiązała węzeł, który wcześniej sama zaciągnęła, i odsunęła materiał, sprawdzając jak bardzo przesiąkł krwią. Mięśnie uda dalej pracowały pod jej palcami, reagując na każdy jego ruch, każdy oddech, a z głębi rozciętych tkanek sączyły się kolejne ciemne smugi.
  W tym czasie słyszała go. Zaczęła wychwytywać coś absurdalnego w jego słowach. Damon był mądry, był cholernie bystry, a na pewno nie był dramatyczny. Więc kiedy zaczął mówić coś, co niemal od razu wskazywało na to, że się poddawał, jej trzewia zacisnęły się mocno. Aż zabolało.
  Zerwała fragment materiału z własnej, a raczej zdjętej z nieboszczyka, koszulki, zwinęła go w ciasny wałek i przygotowała nową tamponadę.
  — Przestań — powiedziała w tym samym czasie, gdy Damon kontynuował wydawanie sprzętu. Ale on nie przestał. Dalej mówił. I dalej wydawał jej sprzęt, jak gdyby do świtu miałoby go faktycznie nie być.
  To nie był scenariusz, który brała pod uwagę.
  Kolejny zwitek materiały zniknął w jego ranie. Ten znacznie gwałtowniej i z niepotrzebnymi nerwami, co mogło zaboleć. Sam zabieg nie był przyjemny i bez tego, ale gdy w grę wchodziła frustracja, wywołana emocjami, to całość składała się w jeszcze mniej przyjemne doznania.
  Ale mimo to on dalej opowiadał jej o tym. O jakiejś osobie o dziwnym pseudonimie. O tym, że mają zabrać ją. . Nie ich.
  — Damon, przestań — warknęła, na pograniczu złości i bezsilności, wpychając kolejny rulon w ranę.
Absolutnie nie chciała tego słuchać. Nie chciała, aby ją odprawiał, jak na misję, na którą miałaby wyruszyć sama. Nie uwzględniała w ogóle takiego scenariusza.
Damon był wszystkim, co miała. I jedynym co miała. Był szpilą, która trzymała ją w rzeczywistości i nie pozwalała całkowicie spaść. Był powodem, dla którego w ogóle jeszcze tu była. Gdyby miał teraz tutaj umrzeć, byłaby zaraz po nim. Nie byłaby w stanie dźwignąć kolejnej straty, kolejnej osoby, która ją zostawiła. Na pewno nie wtedy, kiedy powoli zaczęła się otwierać na możliwość, że może wcale nie jest aż tak przeklęta. Że może ktoś tak naprawdę zostanie.
  Zacisnęła zęby, próbując pohamować własne emocje. To był idealny przykład, czemu medyków i w zasadzie wszystkich z zawodów tego typu, odsuwano od pracy z rodziną i bliskimi. Miała przed sobą już wiele osób, które były w dramatycznym stanie i żegnały się, ale żadna jej nie obchodziła. I żadna nie wpływała na jej działania.
  — Połóż się.
  Zsunęła go, pewnie mimo jego oporu, z pozycji opartej o ścianę, aż jego plecy zetknęły się z deskami podłogi. Wysunęła też z jego dłoni broń – teraz ona miała chwyt stabilniejszy niż on. Może była nawet silniejsza.
  Dopiero wtedy wróciła natychmiast do jego uda.
  Owinęła go mocniej resztką materiału, na korpusie mając już tylko starą szmatę, która była jej więzienną sukienką, drugą sięgnęła po pasek z jego oporządzenia i przeciągnęła go wyżej na udzie, powyżej miejsca ran, zaciągając go powoli, ale bez litości. Poczułą jak materiał napiął się pod jej palcami, jego mięśnie stwardniały pod opaską, a ona zatrzymała się dopiero wtedy, gdy była pewna, że ucisk jest wystarczający, by spowolnić to co działo. Nie zakładała opasek uciskowych na takie krwawienie. Nie w warunkach normalnych, bo ryzykowała utratą kończyny, ale teraz nie miała wyboru.
  — Wyjdziesz stąd ze mną — odpowiedziała stanowczo, jak gdyby to miało zmienić rzeczywistość, sięgając palcami, mokrymi od jego własnej krwi, do jego policzka. Drugą dłonią poprawiła kurtkę na nim, przykrywając go szczelniej.
  Dopiero potem zsunęła się, by położyć na boku, tuż obok niego, przyciskając się do niego na całej swojej długości. Oparła dłoń z odbezpieczoną już bronią, o jego klatkę piersiową. Tak, aby miał poczucie, że ma ją w zasięgu. Żeby chociaż trochę uspokoiło to jego syndrom psa stróżującego.
  Czuła jak sama drży. I nie potrafiła stwierdzić czy bardziej z osłabienia, czy ze strachu. Z obawy przed tym, na co on wydawał się być gotowy. I na co próbował przygotować i ją.

Damon Tae

old ghosts came hunting

: czw mar 05, 2026 7:59 pm
autor: Damon Tae
Nie mógł się nazwać człowiekiem, który dramatyzował. Nie zwykł też bać się śmieci. Zawsze wiedział, że umrze w walce, od postrzału, od noża, od ran zadanych przez przeciwnika. Nie marzył o umieraniu ze starości, z wielką rodziną dookoła, bo wiedział, że nie jest to mu przeznaczone. Z jego stylem życia, z jego pracą i wrogami nie mógł liczyć na spokojne, stateczne życie. Nie wiedział ile czasu miał w rzeczywistości, ale potrafił po sobie poznać na jakiej granicy był. Wiele razy był w gównie i wiele razy otarł się o kostuchę, ale jeszcze nigdy nie była ona aż tak wyczuwalna. Jej oddech niemalże czuł na swoim własnym karku.
Ale nie bał się. Zamierzał działać i dokończyć to, co zaczął.
Brzmiało jakby się z nią żegnał, ale on chciał ją przygotować na to, co mogło nadejść. Powiedzieć jakie ma opcje, jaki sprzęt do wykorzystania. Trochę tego było i wszystko mogło jej się przydać, kiedy stanie się ciężarem, którego nie powinna ze sobą targać. Była silna, ale nie na tyle, aby przeciągnąć jego prawie stu kilogramowe, bezwładne ciało po śniegu, przez niewiadomo ile kilometrów.
A oni chcieli jego, nie ją.
Nie wiedział ile krwi stracił, ale odkąd wyruszyli z jej więzienia, aż do miejsca w którym się znaleźli, musiał włożyć dużo siły oraz wysiłku w każdy krok. Może gdyby leżał z tamponadą i się nie nadwyrężał, to nie traciłby krwi w takim tempie. Materiał szybko przesiąkał, przez co posoka zaczęła wchłaniać się w materiał kombinezonu, który utrzymywał ciepłotę jego ciała na odpowiednim poziomie. Gdyby nie śnieżna zamieć, mogliby ich znaleźć po śladach krwi, które zostawił za sobą.
Mogli to zrobić. I zrobią prędzej czy później. Dlatego musiał ją przygotować, póki miał siłę mówić. Póki był w stanie utrzymać przytomność, bo wiedział, że jak zaśnie, to się nie obudzi. Wpierw przez wyczerpanie organizmu, a potem przez poddanie się jego serca.
Bo pomoc mogła nie przylecieć odpowiednio szybko.
To była kolejna prawda, której nie chciała słyszeć.
Połóż się.
Nie miał siły się z nią kłócić. Zacisnął mocniej zęby, gdy układała go na plecach. Jego spojrzenie w tym czasie utkwione było w drewnianych drzwiach uginających się pod mocą wiatru. Ostatnim przypływem siły mocniej zacisnął palce na broni, zanim nie wysunęła mu jej z ręki.
Oddychał płytko, a każdy kolejny dech powodował nieprzyjemny dyskomfort. Możliwe, że żebra także miał pęknięte, jak nie od walki z rywalem, to od wypadku. Skrzywił się mocniej, gdy zacisnęła pasek na jego udzie. To znaczyło, że jeszcze czuł. Że nerwy w nodze działały, chociaż wydawało mu się, że traci czucie absolutnie wszędzie.
Robiła wszystko co mogła.
Wyjdziesz stąd ze mną.
Pewnie, że wyjdę — powiedział, a jego kącik ust drgnął w niemalże niewidocznym smirku. Nawet jeśli wyjedzie stąd jako zwłoki, to opuści pieprzoną Koreę Północną.
Jak nie ciałem, to duchem.
Słabo owinął ją swoim ramieniem. W odruchu, jakby to miał być ostatni gest jaki wykona. Drugą rękę położył na jej dłoń, tą samą, która trzymała broń na jego klatce piersiowej. Zakrwawiony policzek oparł na czubku jej głowy.
Powiedziałem ci już, Senna… ja zawsze wracam — mruknął słabo, zanim przegrał walkę z wycieńczeniem i utratą krwi.
To wtedy wszystko ucichło.

Valkyrae Callahan

old ghosts came hunting

: czw mar 05, 2026 10:47 pm
autor: Valkyrae Callahan
  Nie była osobą, która przywiązywała się łatwo, podobnie jak i on. Właściwie przez większą część życia była przekonana, że ta część jej po prostu nie dotyczyła. Ludzie pojawiali się i znikali, czasami szybciej, niż zdążyła przyzwyczaić się do ich obecności, a ona z czasem nauczyła się traktować to jako coś naturalnego. Nie inwestować zbyt wiele. Nie oczekiwać zbyt dużo.
  Nie sądziła, że kiedykolwiek to się zmieni. A już na pewno, zapytana wcześniej, nie powiedziałaby, że zaakceptuje kogoś takiego jak on.
  Zwłaszcza na początku tej relacji. Był trudny, bezczelny, wręcz nie do zniesienia. Z jego charakterem i sposobem bycia wydawał się ostatnią osobą, przy której ktokolwiek rozsądny chciałby zatrzymać się na dłużej. Sam zresztą robił wszystko, by utrzymać ludzi na dystans. A jednak z jakiegoś powodu to właśnie on, powoli i niemal niezauważalnie, stał się jedyną stałą w jej życiu. Był tym pożarem, który może i był groźny, bo był w stanie pochłonąć wszystko na swojej drodze; ale jednocześnie takim, który dawał ciepło. Nie troskę, nie czułość, ale poczucie bezpieczeństwa.
  Jej serce, raz kolejny, skurczyło się boleśnie, gdy poczuła jego ramię wokół jej pleców. Jego dłoń, która przykryła jej własną na broni, była wciąż ciepła. A kiedy jego policzek oparł się o czubek jej głowy, przez ułamek sekundy poczuła się po prostu: dobrze. Dobrze, bo przy nim.
  Gdyby nie brutalna świadomość tego, jak bardzo było źle. Gdyby nie pamięć ostatnich dni i głęboka rysa w psychice, którą zostawił po sobie pobyt w Korei Północnej, mogłaby na moment uwierzyć, że wszystko było w porządku. Że nie leżeli na zimnej podłodze rozpadającej się chaty gdzieś na kompletnym odludziu. Że nie znajdowali się w środku zamieci śnieżnej, kilka godzin drogi od granicy jednego z najbardziej zamkniętych krajów świata.
  Skupiła się na jego słowach. Na tym flagowym twierdzeniu, że on zawsze wraca. I najgorsze było to, że do tej pory nie miała okazji zarzucić mu tego, jako nieprawdy. Znikał czasem na dni, na tygodnie, a mimo to zawsze w końcu pojawiał się z powrotem.
  Chciała nawet coś odpowiedzieć. Rzucić czymś absurdalnie lekkim; może charakterystyczną dla nich, miękką zaczepką, ale… Poczuła, tę dziwną bezwładność. W ramieniu, którym ją obejmował i w tej dłoni, którą miała na swojej. W tej twarzy, którą miała opartą o siebie.
  — Damon. — Przeniosła spojrzenie na niego, dźwigając się na łokciu. A Koreańczyk nie zareagował. Jej wzrok automatycznie przesunął się na jego twarz. — Damon — powtórzyła, podnosząc się już całkiem do siadu. Wysunęła dłoń z bronią spod jego bezwładnej ręki i odłożyła pistolet na ziemię. Potrząsnęła mężczyzną znacznie mocniej, a kolejny brak reakcji sprawił, że jej serce uderzyło jej w klatce piersiowej mocniej, a głowa natychmiast przeskoczyła z emocji w tryb pracy.
  Dłoń powędrowała do jego szyi, dwa palce odnalazły tętnicę. Puls był wyczuwalny, ale słaby i wyraźnie spowolniony. Zbyt słaby jak na jego normalne parametry. Pochyliła się nad nim, jedną dłonią odchylając jego głowę lekko do tyłu, drugą stabilizując kark, sprawdzając drożność dróg oddechowych. Oddychał samodzielnie, choć słabo. To była dobra wiadomość, jedna z niewielu na teraz. A w zasadzie jedyna.
  — Tae. — Nie była pewna czy to panika czy nerwy. Ale coś sprawiło, że jej głos zadrżał. Szarpnęła nim znów mocniej. Uszczypnęła go. Robiła wszystko to, co było w jej procedurach. Co robiła zawsze, kiedy pacjenci odpływali. Ale tutaj nie przynosiło to skutku. Uderzyła go otwartą dłonią w policzek. Nie delikatnie, nie poklepywała go. Jej ręka spadła na jego nieprzytomny pysk z trzaskiem.
  Ale nawet to przyniosło brak reakcji.
  Zaklęła pod nosem w stresie.
  Drugie uderzenie było mocniejsze. Jego głowa odchyliła się nawet w bok pod jego wpływem, ale jego powieki nawet nie drgnęły.
  Zacisnęła zęby, czując jak napięcie zaczyna rozchodzić się po całym jej ciele. Upominała się, że to nie był moment na panikę. Jeśli pozwoliłaby sobie teraz na emocje, przegrałaby tę walkę zanim w ogóle zaczęła.
  — Kurwa. — Jej głos drżał mocniej i nawet nie była w stanie tego kontrolować. Może nawet sama tego nie słyszała. Wyrzucała z siebie przekleństwa, jak gdyby te miały ująć jej frustracji i jakkolwiek pomóc odwrócić sytuację.
  Nawet kiedy wyciągnęła go po piekle we włoskiej rzeźni, nie bała się o niego tak samo, jak teraz.
  — Damon.
  Trzeci, a może nawaet i czwarty raz dała mu po pysku już chyba w czystej desperacji. Choć z każdym razem z coraz mniejszą siłą. Choć jako ratownik medyczny miała niemal wkodowane, aby nigdy się nie poddawać i zawsze walczyć o pacjenta, kiedy jeszcze jest sens walczyć – kiedy jeszcze nie ma nieodwracalnych oznak śmierci – to chyba jej ciało, jej psychika, zaczynały być zmęczone. Ta druga zaczynała się poddawać.
  Czuła napięcie we własnych ramionach, czuła drżenie własnych mięśni, kiedy podnosiła rękę po raz szósty, by go uderzyć. Czuła, jak bardzo nie ma siły. I to nie z perspektywy fizycznych aspektów.
  — Nie zostawiaj mnie. — Chyba sama nie była świadoma swoich słów. Wcześniej cisnęły jej się na wargi, a jednak nie potrafiły jej przejść przez gardło. Jakby nie potrafiła otwarcie poprosić o coś, o co nigdy tak naprawdę dotąd nie prosiła. Bo nie miała odwagi prosić; bo była nauczona, że nikt nie zostaje. Ale teraz? Teraz była w autentycznej rozsypce.
  Była ratownikiem medycznym i wiedziała, jak zły to był stan. Kiedy wiedziało się, że nie miało się zaplecza medycznego za paroma zakrętami, które zwykle pokonywała rozpędzona karetka.


Damon Tae

old ghosts came hunting

: pt mar 06, 2026 9:32 am
autor: Damon Tae
To się stało wbrew jego woli. Jego organizm po prostu zaczął się wyłączać.
Do tego momentu trzymała go przede wszystkim psychika. Świadomość, że musiał przy niej wartować dopóki nie będzie na tyle silna, aby samej brnąć przez śnieżne zaspy, gdy nadejdzie odpowiednia chwila. Siedział i czuwał, bo musiał. Bo chciał ją chronić, nawet jeśli nie miał tyle siły co ledwie kilka godzin temu. Ból fizyczny zwykle nie był przeszkodą w wykonywaniu obowiązków, ale pewnych barier biologicznych nie był w stanie przeskoczyć. Nawet najlepsze wyszkolenie nie dawało takich umiejętności.
Nie słyszał jej. Nie czuł jej prób obudzenia go. Ani potrząsań, ani uszczypnięć, ani nawet pierwszych ciosów prosto w twarz, które miały go pobudzić. Jak jego umysł się wyłączył, tak wydawało się, że już nic go nie wybudzi, dopóki nie znajdą się w miejscu z odpowiednim sprzętem medycznym. A to w ich sytuacji… było mało prawdopodobne.
Nie chciał jej porzucać. Ale jak raz, nie miał wystarczająco siły.
Nie wiedząc kiedy, jej głos zaczął przebijać się przez jego zaciemniony osłabieniem umysł. Zaczął słyszeć, ale nie mógł zareagować. Gdy jego głowa przechyliła się na bok pod siłą kolejnego ciosu, mięsień na jego twarzy zadrżał krótko, podskórnie. Nie mogła tego widzieć, ale to był już pierwszy sygnał, że cokolwiek robiła - działało.
Była jak latarnia morska, która prowadziła go przez tą pieprzoną ciemność prosto do domu.
Jej przygłuszone słowa, krótkie i pojedyncze, odbijały się echem w jego uszach. Niedługo potem zaczął czuć na nowo. Raz, potem kolejny. Drgnął niezauważalnie, a jego serce się rozbudziło przez przypływ nowych bodźców, które pobudziły jego organizm do pracy.
Szósty cios już nie nadszedł. Wymuszając na sobie ruch, podniósł rękę, aby schwycić ją za nadgarstek w momencie, gdy znowu zamierzała go uderzyć. Zatrzymał ją, a jego kciuk przejechał ostrożnie po jej odkrytej, delikatnej skórze.
Nie zostawiaj mnie.
Nie zostawiam — słaby głos odbił się od drewnianych ścian chatki. Głos, który informował, że jej się udało. Wybudziła go, albo raczej, zawróciła ze ścieżki do pieprzonej nicości w odpowiednim momencie.
Otworzył oczy, aby na nią spojrzeć. Spotkał się z jej wzrokiem, lustrując wszystkie emocje, które się w nich odbijały. Nawet teraz pod palcami czuł jak ręka się jej trzęsie. Widział jej strach, który malował się na twarzy z jego powodu.
Przesunął raz jeszcze palcem po jej nadgarstku w uspokajającym geście, sięgając drugą ręką do jej policzka.
Jestem — powiedział raz jeszcze, chociaż każda sylaba przychodziła mu z dziwnym wysiłkiem. Był wytrzymałym skurwysynem, ale jeszcze nigdy nie znajdował się na takim skraju wytrzymałości. Musiał jednak raz jeszcze zaangażować swoją silną wolę, jeśli chciał przetrwać tę noc.
Nie mógł zasnąć. Nawet jeśli cały jego organizm krzyczał o sen.
Zjechał ostrożnie dłonią z jej twarzy do jej pleców, aby raz jeszcze ją do siebie przyciągnąć.
Wróciłem. — Przesuwał ręką powoli po jej grzbiecie, jakby w ten sposób chciał ją zapewnić, że nigdzie się nie wybiera, chociaż wiedział, że walka z własnym organizmem potrafiła być zdradziecka.
Pogoda na zewnątrz dalej szalała. Wiatr obijał się od drewniane ściany starej chatki, a śnieg dosypywał kolejne centymetry warstw. Nie wiedział która jest godzina, ale domyślał się, że dopóki pogoda się nie polepszy, to nikt tu nie wyląduje, zwłaszcza, że znajdowali się cholernie daleko od pieprzonej granicy. Jeśli nie odzyska sił chociaż na chwilę, to naprawdę będzie musiała go tu porzucić, aby samej wydobyć się z Północy.
A jeśli znajdą ich jako pierwsi, to będzie walczyć do usranej śmierci, aby kupić jej czas.
Zmuszając swoje ciało do ruchu, sięgnął po odłożoną przez nią broń i z powrotem wciągnął ją na swoją klatkę piersiową, aby mieć rękę na pulsie, w razie konieczności.
Jak wrócimy, jedziemy na wakacje — wyrzucił z siebie, nie zaprzestając gładzić jej pleców. —Gdzie chcesz jechać? — spytał, wymuszając na sobie siłę do działania, rozmowy. Wzrok jednak przez ten czas miał skupiony na zamkniętych drzwiach. Przez jęczenie drewna od siły wiatru, a także przez szalejącą wichurę nie miał możliwości usłyszeć kroków w śniegu, ani rozmów. Musiał być więc gotowy na ewentualny strzał, jeśli ktoś nieproszony zdecyduje się przekroczyć próg.
Nawet jeśli miałby być ostatni w jego życiu.

Valkyrae Callahan

old ghosts came hunting

: pt mar 06, 2026 1:15 pm
autor: Valkyrae Callahan
  Nie powinna była reagować w ten sposób. Ratownicy medyczni nie byli szkoleni do tego, żeby tracić kontrolę w kryzysie. Ich zadaniem było zachować ją właśnie wtedy, kiedy wszyscy inni ją tracili. Dlatego właśnie nie wysyłano ich do pomocy własnym bliskim. Do ludzi, których życie przestawało być jedynie tym przypadkiem medycznym, a zaczynało mieć znaczenie osobiste. W takich sytuacjach procedury przestawały być tylko procedurami. Zaczynały mieszać się z czymś znacznie trudniejszym do opanowania. Teraz to odczuwała na samej sobie. I właśnie dlatego jej ręce drżały, kiedy kolejny raz unosiła dłoń nad jego twarzą.
  Moment, w którym jego palce zacisnęły się wokół jej nadgarstka, był tak słaby ale jednocześnie wystarczający, by ją zatrzymać. Impuls, który popłynął z jego dłoni wzdłuż jej przedramienia, rozlał się po całym ciele tak gwałtownie, że na moment odebrał jej siłę. Poczuła ulgę w całej sobie. Poczuła ją w ramionach, w klatce piersiowej, w gardle, które przez cały czas było brutalnie zaciśnięte przez niewidzialną siłę.
  Nie zostawiam.
 Jego głos był słaby, a przezto daleki od tego, do którego była przyzwyczajona. Ale był jego, to rozpoznała bezbłędnie. I sam ten fakt wystarczył, żeby napięcie w jej ciele zaczęło się rozpuszczać, choć jej mięśnie dalej drżały. Poczuła ruch jego kciuka na skórze nadgarstka. A kiedy jego druga dłoń dotknęła jej policzka, przez ułamek sekundy przymknęła oczy, na ułamek ekundy odcinając się od tej brutalnej rzeczywistości. Na ułamek sekundy mogąc zapomnieć, że było źle.
  Kiedy przyciągnął ją do siebie ponownie, ona nie protestowała. Przysunęła się bliżej niemal automatycznie, już instynktownie szukając i lgnąc do jego bliskości. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, jak ona bardzo drży. I to nie z zimna.
  Wróciłem.
  Zacisnęła szczękę, próbując zwalczyć w sobie gorycz, która w niej wezbrała na te słowa. I na całość tej sytuacji. Na całość tego, czym byli.
  — To może przestań w końcu wracać. — Nawet jeśli faktycznie robił to zawsze, tak jak mówił. — Tylko chociaż raz zostań.
  Wiedziała, że prosiła go o niemożliwe, że w tym momencie nie miał nad tym żadnej kontroli.
  Jej ciało przez cały ten czas funkcjonowało dalej w trybie pracy. Słuchała jego oddechu, nawet liczyła uderzenia jego serca, które czuła na jego klatce piersiowej. To, co wydarzyło się przez ostatnie kilka dni wciąż nie miało teraz znaczenia. Na pewno nie teraz, kiedy czuwała nad nim. Ale to wcale nie znaczyło, że całkiem przestało istnieć. Że ta rysa, wręcz ogromna zadra, nagle się zasklepiła i nie będzie jej nawiedzała, kiedy wszystko opadnie.
  Kiedy usłyszała jego deklarację, podniosła na niego spojrzenie, zsuwając je spokojnie po jego twarzy.
  — Islandia — odpowiedziała bez większego zastanowienia. — Dalej jest sezon na zorzę.
  Pewnie nie był to szczególnie popularny kierunek na wymarzone wakacje. Większość ludzi myślała raczej o plażach, słońcu i miejscach, w których można było zapomnieć o zimnie. Jej oczekiwania nigdy nie były jednak szczególnie wygórowane, a tak naprawdę, w zasadzie nigdy nie myślała o wakacjach. Jej życie od początku skupiało się raczej na walce i przetrwaniu. Jeśli nie w wojsku, to w nowych, kanadyjskich realiach.
  Niemniej prawda była taka, że nawet teraz nie myślała o tej całej Islandii.
  Myślała o tym, co będzie później. Bo jeśli naprawdę uda im się stąd wyjść, nie zamierzała wracać do mieszkania, które jeszcze kilka dni temu nazywała domem. To właśnie stamtąd została zabrana i to tam zaczęła się droga do miejsca, które zamieniło się w jej osobiste piekło. Nie potrafiła już patrzeć na to miejsce tak samo. Jak na dom. Nie potrafiłaby tam zostać sama.
  Bo Damon znów by odszedł, aby później wrócić. Na swoje misje, do swojej pracy dla Giovanniego. I zostawiłby ją tam. Bo przecież o to, żeby zabrał ją ze sobą, nie zamierzała już nigdy prosić. Raz już odpowiedział jej ‘nie’, a ona nie zamierzała się kłócić. Nigdy się nie kłóciła z jego postanowieniami, pozwalając mu decydować o tym, jak będzie wyglądała ich relacja. Na jak wiele jej pozwoli. Wycofywała się, gdy tego chciał. Czy to znaczyło, że wewnętrznie się z tym zgadzała? Nie. Ale nie robiła problemu.
  Bo nie chciała tym problemem być.

old ghosts came hunting

: pt mar 06, 2026 4:00 pm
autor: Damon Tae
Kącik ust mu drgnął ledwo wyraźnie na jej odpowiedź. Nie przestawał powoli, leniwie wręcz gładzić ręką jej pleców w uspokajającym geście, zapewniając ją tym samym, że wciąż oddycha. I jest świadomy tego co się działo. Chciałby jej obiecać, że zostanie tak, jak normalny partner powinien, ale nie mógł. Nigdy nie mógł jej tego obiecać i prawdopodobnie nigdy też nie będzie mógł. Ze względu na to kim był, jaki był i jaką miał pracę, nie mógł tak po prostu usiąść i być. Nie umiał mieć statecznej, normalnej roboty za biurkiem czy w innej firmie.
I nie mógł jej zabierać, bo było to niebezpieczne.
Sęk w tym, że wychodziło na to, że jak ją zostawiał, to też nie była bezpieczna.
Staram się — odpowiedział jej. I było to szczere. Nie zwykł jej kłamać, ale też nie mówił całej prawdy, omijając poszczególne aspekty jego życia. Zwłaszcza na początku ich znajomości. Teraz, na tym etapie, nie miał przed nią sekretów. Musiał tylko jej w pełni zaufać.
A to zajęło sporo czasu.
Nie wiedział czy się stąd wydostaną. Nie wiedział czy opuszczą Koreę we dwójkę, ale na pewno zamierzał dopilnować tego, aby wydostać stąd chociaż ją. Był zdania, że sobie poradzi niezależnie od tego w jaki syf ponownie się wpakuje. Zdawał sobie jednak sprawę, że po ścieżce trupów jaką po sobie po raz kolejny zostawił, tym razem wyrok będzie jeden.
Dyktator nie był zbyt litościwy dla zdrajców.
Islandia. Z jakiegoś powodu nawet go to nie zaskoczyło. Sam nie widział wiele, bo przez większość swojego życia nie podróżował. Nie zwiedzał. Nie podziwiał widoków i starych budynków, które miały być pozostałością po dawnych dziejach. Nie miał wakacji. Nie zależało mu też na tym, aby zobaczyć jak najwięcej świata. Dlatego też niezależnie od tego jaki kierunek by wybrała, zamierzał się tam udać.
Mogło to być nawet miasto obok Toronto.
W takim razie Islandia — powiedział bez grama sprzeciwu, tylko na moment przymykając oczy, czując jak ciężkie są jego powieki. — Weźmiemy jakąś chatkę pośrodku niczego. — Trochę taką jak tutaj, ale z lepszymi warunkami. Z podwójnym łóżkiem, ogromnym kominkiem, wielką balią z wodą na tarasie, skąd będą mogli oglądać cholerną zorzę. Bo im się należało.
Nawet jeśli nie potrzebował żadnych udogodnień, to chciał tego dla niej.
Nigdy nie widziałem zorzy — przyznał. W zasadzie nie widział wielu rzeczy. Nie był nawet w głupim parku rozrywki, a co dopiero mówić o zorzach czy innych cudach natury. Nie widział pustyń, pięknych lazurowych wybrzeż, magicznych zabytków czy innych rzeczy, które warte były doświadczenia. Dlatego też nie było ciężko pokazać mu coś, czego nie widział.
Mógł się za to pochwalić kogo nie miał na sumieniu.
Co jeszcze chcesz zobaczyć? — zapytał, podtrzymując temat. Skupiał się na rozmowie, dzięki czemu starał się rozbudzić swój słaby organizm.
Sam nie miał miejsc do których chciałby pojechać, więc ją obarczał planem wycieczki, jakby faktycznie miało i mogło do niej dojść. W takim przekonaniu w końcu lepiej było aktualnie funkcjonować, niż raz jeszcze przypominać jej jaki ma sprzęt w razie… konieczności. Wierzył też przy tym, że jak raz o tym wspomniał, to będzie pamiętać czego użyć, jeśli sprawy zaczną się komplikować.
Ale do tego czasu, lepiej było porozmawiać o wakacjach. To była przyjemna wizja.

Giovanni Salvatore

old ghosts came hunting

: pt mar 06, 2026 6:30 pm
autor: Valkyrae Callahan
 Wiedziała, że się starał. Znała go już wystarczająco długo, by wiedzieć, jak funkcjonował. Był twardym skurwysynem, upartym do granic absurdu i zbudowanym z jakiejś dziwnej, nieludzkiej wręcz mieszanki siły woli i przyzwyczajenia do bólu. Widział rzeczy, które innych ludzi łamały i mimo to dalej parł naprzód. Tyle że nawet on miał swoje granice. Nawet jego ciało miało moment, w którym zaczynało odmawiać posłuszeństwa, a ona teraz czuła to aż nazbyt wyraźnie. Jego puls był wolniejszy, oddech wciąż widocznie płytszy, a mięśnie napięte nie z bólu. Balansował na krawędzi i nawet jeśli wiedziała, że będzie walczył do samego końca – tak jak zawsze, tak jak go poznała i zapamiętała – to nie zmieniało faktu, że ciało nie zawsze słuchało woli.
  I nie brała pod uwagę ewentualności, w której opuszcza Koreę sama. Kiedy go poznała, sama była już blisko własnej granicy. Blisko momentu, w którym się poddawała, bo nie miała już nic, co trzymałoby ją po tej stronie. A to on – ze swoim paskudnym charakterem, brutalną szczerością i niezłomną lojalnością – wciągnął ją wtedy z powrotem. Jeśli jego by zabrakło, to wszystko, co ją w tym świecie jeszcze trzymało, też by zniknęło.
  — Campera. Islandię trzeba objechać — odpowiedziała po chwili. Na moment jednak uwierzyła, że takie snucie planów może mieć sens. Że to nie jest tylko rozmowa prowadzona po to, żeby nie myśleć o tym, gdzie naprawdę byli. I aby on pozostawał przytomny — Ja też nigdy jej nie widziałam — dodała.
  Tak naprawdę to nie miała szczególnego parcia na cuda świata. Ani też nie była jedną z tych osób, które marzyły o podróżach czy odhaczaniu kolejnych miejsc na mapie. Zorza była jednak czymś innym. Bo była akurat czymś, co istniało gdzieś pomiędzy fizyką a czymś niemal nierealnym.
  Milczała jednak chwilę po jego pytaniu. Wsłuchiwała się w głośne wycie wiatru za ścianami i kontrastujący z nim, cichy oddech, który należał do niego.
  — Ciebie, jak próbujesz zrobić obiad — odpowiedziała w końcu, a cień uśmiechu przemknął przez jej twarz. Nie było jednak w nim radości czy rozbawienia. Bardziej ukłon w stronę wypowiedzianego absurdu. — Jak się wkurzasz, bo coś przypalasz. Jak udajesz, że wcale nic nie spieprzyłeś. Jak potem próbujesz naprawić coś, czego nie da się naprawić. Albo przynajmniej udajesz, że wiesz jak to naprawić. Jak udajesz, że nie jesteś zmęczony.
  Wymieniała rzeczy banalne, zupełnie zwyczajne, a dla niej tak istotne. Nie dlatego, że jeszcze nigdy nie zrobił jej jedzenia. Dlatego, że on był uwzględniony w tym planie. I nie potrzebowała niczego wielkiego, aby osadzić się w rzeczywistości.
  Podniosła rękę i sięgnęła do jego twarzy. Ułożyła dłoń na jego policzku, gładząc go spokojnym ruchem. Potem zgarnęła z jego czoła pasmo posklejanych potem i krwią włosów, by znów osiąść dłonią na jego policzku.
  Podparła się na łokciu stabilnij i uniosła trochę wyżej nad nim, żeby móc spojrzeć mu prosto w oczy.
  — Chcę zobaczyć, jak mi udowadniasz, że naprawdę mnie nie zostawisz.
  Nie planowała powiedzieć tego w ten sposób. Nie miało to być żadne wyznanie ani moment wielkich słów. Jej głos jednak zadrżał lekko na końcówce, łamiąc się na tak prostych sylabach
  Patrzyła mu w oczy przez dłuższą chwilę, nie odwracając wzroku. I przez moment czuła się tak absurdalnie krucha, jak mała, bezbronna dziewczynka, która nagle zrozumiała, jak bardzo była przerażona wizją, że zostanie tutaj sama. To było tak bardzo sprzeczne z nią samą. Zawsze, od samego niemal początku, przecież była sama. Zawsze goniła za czymś, za kimś. Ale zawsze sama. Sama sobie radziła – uczyła się, walczyła, szkoliła i żyła. Mieszkała, pracowała. A teraz?
  — Nie chcę być bez ciebie — przyznała cicho, być może za cicho, aby usłyszeć ją wśród wyjącej zawieruchy. Nie będę nawet tak potrafiła, zachowała niewypowiedziane. Nie przez zaciśnięte emocją gardło. Świadomością i rozsądkiem, które nie pozwalały obarczać go samą sobą. Oficjalnie zrzucać na niego odpowiedzialności za nią.

Damon Tae

old ghosts came hunting

: pt mar 06, 2026 9:06 pm
autor: Damon Tae
Campera? — powtórzył zaciekawiony. Wiedział co to. Odkąd opuścił zacofaną Północ, trochę się już nauczył dowiedzieć o świecie. Doświadczał coraz nowych rzeczy, poznawał nowoczesność, której nie było u niego w państwie i oglądał filmy, które dla niego wcześniej były materiałem zakazanym. Camper wielokrotnie się przewijał w różnych motywach, plus dowiadywał się o nim, gdy przygotowywał się do jeden z kilku misji, które miały miejsce dawno temu, więc nawet jeśli był zacofany… to się szybko uczył. Gorzej mu szło w stosunkach międzyludzkich. — To będzie ciekawy wyjazd. — O ile w ogóle do niego dojdzie.
Ale plan zakładał, że obydwoje stąd wyjdą. Mniej lub bardziej poharatani, ale ostatecznie żywi.
Prychnął na jej kolejną odpowiedź, a ten ruch wywołał ból w klatce piersiowej i mięśniach grzbietu.
Jeszcze bym cię zaskoczył, moim ryżem z resztek. — Może nigdy nie gotował i jego zdolności kulinarne ograniczały się do… w zasadzie nie umiał niczego przyrządzić, poza zagotowaniem wody i zalaniem nią jakiejś zupki na szybko. No, może gdzieś tam byłaby jeszcze zdolność ugotowania ryżu, ale to by było na tyle.
Jeśli to jednak przeżyją, to zrobi jej obiad od podstaw. I porem będzie musiała go zjeść. Oby tylko nie pomyślała, że to będzie zamach na jej życie, ale w końcu sama tego chciała. Masochistka.
Rozmawianie o czymś tak błahym było dobrą odskocznią. Pozwalało się skupić na małostkowych, przyziemnych rzeczach. O Kanadzie, a nie o tym syfie, który miał miejsce. Ale nawet jeśli wydawało się, że jego myśli krążyły przede wszystkim na wakacjach czy ich życiu po powrocie, to nie tracił czujności. Jego zmysły były przytępione, a czas reakcji opóźniony, ale instynkt psa obronnego wciąż działał. Rękę dalej miał na broni, a palec odruchowo ułożony na spuście. Nawet jeśli nie wyglądał i gadał o pierdołach, to był w gotowości do obrony.
Miał to już we krwi. I nie dało się tego wyplenić.
Podniósł na nią spojrzenie w momencie jak poczuł, że się podnosi. Instynktownie wtulił policzek w jej dłoń, która do niego przylgnęła.
Chcę zobaczyć, jak mi udowadniasz, że naprawdę mnie nie zostawisz.
Senna — mruknął słabo jej imię, nie bardzo wiedząc co jej powiedzieć. Coś nieprzyjemnego targnęło jego ospałym serduchem. Mało co go ruszało. W zasadzie wiele razy zastanawiał się czy jego sumienie w ogóle działało, czy już całkiem obumarło od grzechów, które nosił. Nie ruszała go śmierć dorosłych, ani dzieci. Nie ruszała go skrajna bieda, błaganie litości, płacz i skomlenie. Brew mu by nie drgnęła, jeśli ktoś kopnąłby szczeniaka.
A jednak załamanie w jej głosie i ból w oczach sprawiły, że coś go w środku ukuło.
Nie chcę być bez ciebie.
Nie umiał opisać tego uczucia. To był ból? A może coś innego, bliżej nieopisanego. Było to jednak coś na tyle silnego, że nie umiał tego zignorować. Nie chciał zignorować.
Sięgnął do jej dłoni przy swoim policzku, aby ją ująć.
W porządku — powiedział w końcu, nie spuszczając nawet na moment spojrzenia z jej ciemnych oczu. — Będę walczyć — obiecał. — Ale chcę, abyś ty też walczyła — dodał, przesuwając ostrożnie kciukiem po jej knykciach. — Nie tylko teraz, Senna. — Bo to, że teraz walczyła, to była inna para kaloszy. Teraz obydwoje musieli wzbić się na wyżyny swojej wytrzymałości oraz siły, aby przetrwać to pieprzone piekło.
A i tak mieli przed sobą całą noc w chatce, w trakcie burzy śnieżnej. Byłoby całkiem romantycznie, gdyby nie to, że byli w Korei Północnej, gdzie na nich polowano, po tym jak uciekli z miejsca, gdzie Senna była torturowana i gnębiona w najgorsze możliwe sposoby. A Damon aktualnie się wykrwawiał.
I może straci nogę przez opaskę uciskową.
Sięgnął drugą dłonią do jej podbródka, aby ująć go w swoje dwa, zakrwawione palce.
Dlaczego nie powiedziałaś, że chorujesz?

Valkyrae Callahan