We gon' sip Bacardí like it's your birthday
: czw sty 22, 2026 6:01 pm
Dobrze, że April nie zdawała sobie sprawy, jak długa była lista potencjalnych kandydatek. Formalnie rzecz biorąc mogłaby zawierać wszystkie nieheteronormatywne kobiety z Kanady i okolic, bo w sumie czemu nie? Mogła zadawać się z każdym i podejmować dowolne decyzje. Gdyby zapytała April o zdanie, to przynajmniej otrzymałaby porządne rady. Powiedziałaby jej, że informatyczka to idiotyczny pomysł, bo nie powinna ciągnąć za sobą traum, bo im obu stworzy jakieś nowe PTSD, a to słaba opcja na melanż. Powiedziałaby też, że strażaczka to cepowaty wybór, bo w pracy, to ona się powinna pracą zajmować, a nie babami – miała zbyt odpowiedzialną funkcję. Powiedziałaby niewątpliwie, że niemądrze byłoby zapraszać Iris, bo ma na pewno lepsze rzeczy do roboty. Powiedziałaby na bank, że wypad z Abby brzmi jak bezsensowna decyzja, bo przecież ona jest kompletnie niepoważna i wpakują się przez nią w jakieś kłopoty. Ale Teddy jej nie zapytała, więc niczego jej nie powie.
Chciała dbać o pielęgnowanie ich wyjątkowych wspomnień. Teddy załatwiła przecież kapsułę czasu, ona też musiała się zaangażować. Z każdym kolejnym dniem pamięć będzie im ulatywać coraz szybciej. Na początku w ogóle tego nie odczują, ale jak wreszcie zaczną to zauważać, to będzie za późno, by nadrabiać takie rzeczy. Lepiej było wspominać na zapas, żeby wspomnienia były w głowie w gargantuicznej liczbie. Z takiego zbioru mniej boli, jak uleci, bo nadal zostaje dużo. Dobrze było też tworzyć całkiem nowe. Ta miniaturowa impreza urodzinowa na pewno na długo zadomowi się w jej pamięci. Jeżeli miałaby kiedyś zostać wypchnięta, to tylko przez jakąś lepszą.
— I to wszystko specjalnie dla ciebie. Taki dodatkowy prezent? — zaproponowała, cicho, głaszcząc kciukiem jej policzek. Nadal czuła, że trzy do jednego nie były uczciwą proporcją. Nie miała jej niestety do zaoferowania nic materialnego. Wręcz przeciwnie! Zamiast coś dać – pozbyła się. Majtek. Ale przecież w życiu nie przyszłoby jej do głowy, by to zrobić, gdyby spędzała czas z kimkolwiek innym. Nie miała w zwyczaju robić tego sama dla siebie (co pewnie byłoby dla Darling szokiem, biorąc pod uwagę, za jak puszczalską ją ma). Nikt też nie miał takiej łatwości w sprawianiu, żeby była tak mokra.
Przymknęła oczy, rozkoszując się dotykiem jej dłoni na plecach. Mogłaby tak leżeć godzinami. Albo i dłużej. Właściwie to mogłaby już się stąd nie podnosić, o ile będzie ją nadal dotykać. Uśmiechnęła się słysząc uwagę. Jabłka z cynamonem. Mogła z tym żyć. To zasługa proszku do prania? Szamponu do włosów? A może tak po prostu działa amortencja? Nie wiadomo. Finch nie czyta składów takich łazienkowych eliksirów.
— Dobrze, że pachnę czymś, co lubisz. — Wciągnęła mocniej powietrze, jakby chciała dokładniej sprawdzić, czym pachniała Teddy. Oczywiście nie musiała tak pajacować. Była w nią wtulona na tyle mocno, że zapach zdążył ją już dokładnie otulić.
— A ty pachniesz mną... Czyli czymś co ja lubię. — Not a joke, just a fact. Codzienny zapach ciała Darling mieszał się z jej dzisiejszymi perfumami i tym nieszczęsnym proszkiem April. Bardzo jej się ta mieszanka podobała. Nie rozumiała, czemu nie mogła pachnieć tak częściej. Pocwałowała ja delikatnie w szyję. I znowu. I jeszcze raz. Bardzo powoli przemierzała szlak z powrotem w stronę jej ucha.
teddy darling
Chciała dbać o pielęgnowanie ich wyjątkowych wspomnień. Teddy załatwiła przecież kapsułę czasu, ona też musiała się zaangażować. Z każdym kolejnym dniem pamięć będzie im ulatywać coraz szybciej. Na początku w ogóle tego nie odczują, ale jak wreszcie zaczną to zauważać, to będzie za późno, by nadrabiać takie rzeczy. Lepiej było wspominać na zapas, żeby wspomnienia były w głowie w gargantuicznej liczbie. Z takiego zbioru mniej boli, jak uleci, bo nadal zostaje dużo. Dobrze było też tworzyć całkiem nowe. Ta miniaturowa impreza urodzinowa na pewno na długo zadomowi się w jej pamięci. Jeżeli miałaby kiedyś zostać wypchnięta, to tylko przez jakąś lepszą.
— I to wszystko specjalnie dla ciebie. Taki dodatkowy prezent? — zaproponowała, cicho, głaszcząc kciukiem jej policzek. Nadal czuła, że trzy do jednego nie były uczciwą proporcją. Nie miała jej niestety do zaoferowania nic materialnego. Wręcz przeciwnie! Zamiast coś dać – pozbyła się. Majtek. Ale przecież w życiu nie przyszłoby jej do głowy, by to zrobić, gdyby spędzała czas z kimkolwiek innym. Nie miała w zwyczaju robić tego sama dla siebie (co pewnie byłoby dla Darling szokiem, biorąc pod uwagę, za jak puszczalską ją ma). Nikt też nie miał takiej łatwości w sprawianiu, żeby była tak mokra.
Przymknęła oczy, rozkoszując się dotykiem jej dłoni na plecach. Mogłaby tak leżeć godzinami. Albo i dłużej. Właściwie to mogłaby już się stąd nie podnosić, o ile będzie ją nadal dotykać. Uśmiechnęła się słysząc uwagę. Jabłka z cynamonem. Mogła z tym żyć. To zasługa proszku do prania? Szamponu do włosów? A może tak po prostu działa amortencja? Nie wiadomo. Finch nie czyta składów takich łazienkowych eliksirów.
— Dobrze, że pachnę czymś, co lubisz. — Wciągnęła mocniej powietrze, jakby chciała dokładniej sprawdzić, czym pachniała Teddy. Oczywiście nie musiała tak pajacować. Była w nią wtulona na tyle mocno, że zapach zdążył ją już dokładnie otulić.
— A ty pachniesz mną... Czyli czymś co ja lubię. — Not a joke, just a fact. Codzienny zapach ciała Darling mieszał się z jej dzisiejszymi perfumami i tym nieszczęsnym proszkiem April. Bardzo jej się ta mieszanka podobała. Nie rozumiała, czemu nie mogła pachnieć tak częściej. Pocwałowała ja delikatnie w szyję. I znowu. I jeszcze raz. Bardzo powoli przemierzała szlak z powrotem w stronę jej ucha.
teddy darling