Cold sparks
: pn mar 02, 2026 2:37 pm
Jak dotąd Lian spotkał się z różnymi określeniami; nazywano go różnie - zeszłego wieczora był nawet Jebanym Grajkiem - ponadto wizerunkowo bliżej mu było raczej do tego drugiego bieguna, stąd wybór Daniela wywabił z niego ciche, ubawione prychnięcie. Przetarł sobie palcami prawe oko, wymruczał coś niewyraźnie i przez chwilę również przyglądał się różowemu trójkącikowi, który Moore połknął jak ostatnią deskę ratunku.
一 Ja cię nosić nie będę, więc no chyba będziesz 一 skwitował krótko, choć nie do końca szczerze. Był więcej niż pewny, że gdyby było trzeba zaniósłby go na drugi koniec miasta, o ile wcześniej zmęczenie nie obrałoby go z tej funkcjonalności. Na razie konsekwentnie rozpoznawał spore ubytki w zastosowaniach dla samego siebie i głęboko go te spostrzeżenia rozczarowywały, choć nie zaskakiwały.
一 Masz migreny? Jak często? 一 Poznał co najmniej kilka osób, które cyklicznie skarżyły się na bóle głowy, w tym matkę, dla której ćmienie w skroniach było ulubioną wymówką w sytuacjach, w jakich dla odmiany to ona mogłaby się czemuś przysłużyć. Lian zawsze wiedział, rozpoznawał ten dramatyczny wstęp w postaci powietrza wciąganego donośnie nosem, znajoma klamerka palców na nasadzie nosa zapowiadała spodziewane rozwinięcie i na sam koniec padało zwykle to samo: „ach, gdyby tylko nie ta głowa...!“ co oznaczało ni mniej ni więcej jak to, że niezależnie od rodzaju i rangi prośby, należało pogodzić się z odmową. Z drugiej strony, odmowa wyrażana w tak pośredni i niedotykający sedna przedstawianego problemu sposób drażniła go jeszcze bardziej; wolałby już usłyszeć pełne przekonania, konkretne „nie“ niż przyjmować taką marginalizację. W ostatnim czasie te matczyne uniki albo irytowały go tak, jak irytować mogła obijająca się o klosz lampy ćma, częściej w ogóle nie robiło to na nim wrażenia, choć nie zawsze tak było. Pamiętał, że kiedyś ta uporczywa tendencja do omijania wszystkiego, co nie wpisywało się w narrację i plan dotkliwie bolała.
Słowo Imitrex w zestawieniu z dość dojrzałym jak na wiek zapewnieniem o sięganiu po lek dopiero w akcie ostatecznej konieczności zmył jednak początkową, bardzo powierzchowną ocenę, a sam Lian spojrzał na niego trochę tak, jakby oczekiwał, że dla potwierdzenia z tyłu głowy wyrośnie mu metka z napisem „migrena.“
一 Alkohol zazwyczaj nie pomaga 一 podrzucił enigmatycznie, choć w tym jednym akurat miał pewność. 一 Nigdy nie miałem migreny, ale poznałem kiedyś dziewczynę z tym... zespół Hortona?
Nie napomknął, że znajomość nawiązała się w jednej z klinik, tej w Los Angeles, gdzie poza hojnym, farmakologicznym nawożeniem dostawali na śniadanie obrzydliwe smoothie w ramach detoksu, a dwa razy w tygodniu gość wyglądający na neo-hipisa prowadził kretyńskie warsztaty jogi.
一 Poza tym znam co najmniej tuzin takich, dla których byle ciśnieniówka urasta do rangi migreny i końca świata, ale tacy nie chodzą z disneyowskimi pudełeczkami na leki upchniętymi asekuracyjnie po kieszeniach.
O wiele prościej, co ciekawe, prowadziło mu się rozmowy gdy plątał się na granicy stanów kataleptycznych, bo zmęczenie widocznie dezaktywowało kilka nawykowo zakładanych filtrów i pozwalało mu wyrzucić z siebie więcej niż kilka słów na krzyż. Nie zawsze składnie, nie do końca oszczędnie na tyle, na ile mógłby sobie tego życzyć w lepszej kondycji, częściej na minus niż plus dla rozmówcy, bo poza ascetycznym podejściem do dzielenia się przemyśleniami u Liana wyostrzała się szczerość. Mógł zatem nie do końca świadomie rozdawać jak zbędny kwiatek do bukietu swoje uwagi, orientując się dopiero po paru godzinach czy nawet dniach - jak już porządnie odespał - ale jak dotąd nie zdarzyło się, by wraz z uświadomieniem przyszła refleksja w postaci skruchy. Większość osób z jakimi podzielił się swoim niewypiłowanym dla gładkości przekazu wrażeniem na ich temat zasługiwała na odrobinę prawdy bez jej pudrowania, nawet wtedy, gdy unosili się dumą i zaczynali kąsać w impulsywnym responsie.
一 I tak radzisz sobie całkiem nieźle jak na pierwszy raz 一 zauważył, gdy miseczka z niedojedzonym jogurtem została odepchnięta na bok, a Daniel podjął decyzję o krótkim spacerze na taras. 一 Trzymaj, sypniesz im trochę to przypłyną po więcej.
Emaliowany kubek z kolorową paszą został mu wręczony przed progiem, gdy Lian w potrzebie wolnych obu dłoni nie miał co z nim zrobić. Kliknięcie w zamku uprzedziło zaraz nadejście fali chłodnego, rześkiego powietrza i granica pomiędzy kuchnią a ogrodem zatarła się w progu.
Drewniany podest wgryzający się w lustrzaną połać oczka wodnego z prawej strony zarastały wysokie, puchate trawy pampasowe, które Lian obiecywał sobie od tygodnia schludnie przyciąć i podwiązać przed zimą, natomiast z lewej strony można było podejść kawałek dalej, prosto w trawę i jeszcze niewytyczoną ścieżkę w kępę piwonii zimujących na rabacie oraz kilku niewyraźnych przez poranne zamglenie drzew.
O tej porze wszystko było tak nierealnie ciche i zawieszone w pustce, że wydawało się jakby ogród wymknął się przez noc spod jakichkolwiek ram czasowych, wybierając wygodną, przyjazną stagnację.
一 To nie ja wczoraj przegiąłem z alkoholem, więc tak, jest... jest okay 一 upłycił odpowiedź, jednocześnie reagując i podnosząc tren z koca w porę, zanim zaplątał się w mechanizm u progu przesuwnych, szklanych drzwi i Daniel udusiłby się swoją nową peleryną. 一 Ale ujmująca troska, aż nie wiem co powiedzieć. 一 Uśmiechnął się do niego blado, wyraźnie wyzłośliwiając się dla własnego komfortu, bo chyba nie miał pojęcia jak prawidłowo zareagować na pytanie zadane z pobudek szlachetniejszych od zwyczajowej, niewymagającej szczerości kurtuazji.
Z rękami zaplecionymi ciasno na piersi, jako że chłód był tym dotkliwszy im bardziej zanurzony w wilgoci, Lian przystanął na brzegu tarasu i spojrzał w przejrzysty ekran wody pod powierzchnią której plątała się gęstwina kłączy lotosów, a ich płaskie, parasolkowate liście wychylały się ponad toń. Kątem oka dostrzegł kilka pomarańczowo-białych karpi pływających w okolicach szumiącej cicho, sztucznej kaskady niestrudzenie wypychającej wodę małym wodospadem, po tym jak zamkniętym obiegiem oczyszczał ją schowany w piramidce kamieni filtr.
一 Sypnij im garść, to przypłyną. To podobno przynosi szczęście i... aha, opowiedz mi o tych migrenach, tylko daj mi moment, wrócę po kawę.
Daniel Moore
一 Ja cię nosić nie będę, więc no chyba będziesz 一 skwitował krótko, choć nie do końca szczerze. Był więcej niż pewny, że gdyby było trzeba zaniósłby go na drugi koniec miasta, o ile wcześniej zmęczenie nie obrałoby go z tej funkcjonalności. Na razie konsekwentnie rozpoznawał spore ubytki w zastosowaniach dla samego siebie i głęboko go te spostrzeżenia rozczarowywały, choć nie zaskakiwały.
一 Masz migreny? Jak często? 一 Poznał co najmniej kilka osób, które cyklicznie skarżyły się na bóle głowy, w tym matkę, dla której ćmienie w skroniach było ulubioną wymówką w sytuacjach, w jakich dla odmiany to ona mogłaby się czemuś przysłużyć. Lian zawsze wiedział, rozpoznawał ten dramatyczny wstęp w postaci powietrza wciąganego donośnie nosem, znajoma klamerka palców na nasadzie nosa zapowiadała spodziewane rozwinięcie i na sam koniec padało zwykle to samo: „ach, gdyby tylko nie ta głowa...!“ co oznaczało ni mniej ni więcej jak to, że niezależnie od rodzaju i rangi prośby, należało pogodzić się z odmową. Z drugiej strony, odmowa wyrażana w tak pośredni i niedotykający sedna przedstawianego problemu sposób drażniła go jeszcze bardziej; wolałby już usłyszeć pełne przekonania, konkretne „nie“ niż przyjmować taką marginalizację. W ostatnim czasie te matczyne uniki albo irytowały go tak, jak irytować mogła obijająca się o klosz lampy ćma, częściej w ogóle nie robiło to na nim wrażenia, choć nie zawsze tak było. Pamiętał, że kiedyś ta uporczywa tendencja do omijania wszystkiego, co nie wpisywało się w narrację i plan dotkliwie bolała.
Słowo Imitrex w zestawieniu z dość dojrzałym jak na wiek zapewnieniem o sięganiu po lek dopiero w akcie ostatecznej konieczności zmył jednak początkową, bardzo powierzchowną ocenę, a sam Lian spojrzał na niego trochę tak, jakby oczekiwał, że dla potwierdzenia z tyłu głowy wyrośnie mu metka z napisem „migrena.“
一 Alkohol zazwyczaj nie pomaga 一 podrzucił enigmatycznie, choć w tym jednym akurat miał pewność. 一 Nigdy nie miałem migreny, ale poznałem kiedyś dziewczynę z tym... zespół Hortona?
Nie napomknął, że znajomość nawiązała się w jednej z klinik, tej w Los Angeles, gdzie poza hojnym, farmakologicznym nawożeniem dostawali na śniadanie obrzydliwe smoothie w ramach detoksu, a dwa razy w tygodniu gość wyglądający na neo-hipisa prowadził kretyńskie warsztaty jogi.
一 Poza tym znam co najmniej tuzin takich, dla których byle ciśnieniówka urasta do rangi migreny i końca świata, ale tacy nie chodzą z disneyowskimi pudełeczkami na leki upchniętymi asekuracyjnie po kieszeniach.
O wiele prościej, co ciekawe, prowadziło mu się rozmowy gdy plątał się na granicy stanów kataleptycznych, bo zmęczenie widocznie dezaktywowało kilka nawykowo zakładanych filtrów i pozwalało mu wyrzucić z siebie więcej niż kilka słów na krzyż. Nie zawsze składnie, nie do końca oszczędnie na tyle, na ile mógłby sobie tego życzyć w lepszej kondycji, częściej na minus niż plus dla rozmówcy, bo poza ascetycznym podejściem do dzielenia się przemyśleniami u Liana wyostrzała się szczerość. Mógł zatem nie do końca świadomie rozdawać jak zbędny kwiatek do bukietu swoje uwagi, orientując się dopiero po paru godzinach czy nawet dniach - jak już porządnie odespał - ale jak dotąd nie zdarzyło się, by wraz z uświadomieniem przyszła refleksja w postaci skruchy. Większość osób z jakimi podzielił się swoim niewypiłowanym dla gładkości przekazu wrażeniem na ich temat zasługiwała na odrobinę prawdy bez jej pudrowania, nawet wtedy, gdy unosili się dumą i zaczynali kąsać w impulsywnym responsie.
一 I tak radzisz sobie całkiem nieźle jak na pierwszy raz 一 zauważył, gdy miseczka z niedojedzonym jogurtem została odepchnięta na bok, a Daniel podjął decyzję o krótkim spacerze na taras. 一 Trzymaj, sypniesz im trochę to przypłyną po więcej.
Emaliowany kubek z kolorową paszą został mu wręczony przed progiem, gdy Lian w potrzebie wolnych obu dłoni nie miał co z nim zrobić. Kliknięcie w zamku uprzedziło zaraz nadejście fali chłodnego, rześkiego powietrza i granica pomiędzy kuchnią a ogrodem zatarła się w progu.
Drewniany podest wgryzający się w lustrzaną połać oczka wodnego z prawej strony zarastały wysokie, puchate trawy pampasowe, które Lian obiecywał sobie od tygodnia schludnie przyciąć i podwiązać przed zimą, natomiast z lewej strony można było podejść kawałek dalej, prosto w trawę i jeszcze niewytyczoną ścieżkę w kępę piwonii zimujących na rabacie oraz kilku niewyraźnych przez poranne zamglenie drzew.
O tej porze wszystko było tak nierealnie ciche i zawieszone w pustce, że wydawało się jakby ogród wymknął się przez noc spod jakichkolwiek ram czasowych, wybierając wygodną, przyjazną stagnację.
一 To nie ja wczoraj przegiąłem z alkoholem, więc tak, jest... jest okay 一 upłycił odpowiedź, jednocześnie reagując i podnosząc tren z koca w porę, zanim zaplątał się w mechanizm u progu przesuwnych, szklanych drzwi i Daniel udusiłby się swoją nową peleryną. 一 Ale ujmująca troska, aż nie wiem co powiedzieć. 一 Uśmiechnął się do niego blado, wyraźnie wyzłośliwiając się dla własnego komfortu, bo chyba nie miał pojęcia jak prawidłowo zareagować na pytanie zadane z pobudek szlachetniejszych od zwyczajowej, niewymagającej szczerości kurtuazji.
Z rękami zaplecionymi ciasno na piersi, jako że chłód był tym dotkliwszy im bardziej zanurzony w wilgoci, Lian przystanął na brzegu tarasu i spojrzał w przejrzysty ekran wody pod powierzchnią której plątała się gęstwina kłączy lotosów, a ich płaskie, parasolkowate liście wychylały się ponad toń. Kątem oka dostrzegł kilka pomarańczowo-białych karpi pływających w okolicach szumiącej cicho, sztucznej kaskady niestrudzenie wypychającej wodę małym wodospadem, po tym jak zamkniętym obiegiem oczyszczał ją schowany w piramidce kamieni filtr.
一 Sypnij im garść, to przypłyną. To podobno przynosi szczęście i... aha, opowiedz mi o tych migrenach, tylko daj mi moment, wrócę po kawę.
Daniel Moore