Fase de transición
: sob mar 14, 2026 7:45 pm
Cóż, może to i lepiej, że Sergio nie potrafił zobaczyć w Salazarze bandziora - on sam nigdy się za bandziora nie uważał, nie myślał też o swoim bracie jako o przestępcy; ot, po prostu tak zostali wychowani, więc to robili - kradli, bo to umieli najlepiej. Kradli, bo do takiego życia przygotował ich ojciec. I kradli dlatego, że to lubili, że sprawiało im to przyjemność i że czuli się wtedy niepokonani, jasne, ale to wszystko nie sprawiało, że nagle ze zwykłych ludzi stawali się potworami.
Domyślał się jednak, że dla Sergio to wszystko faktycznie było na tyle nowe i na tyle niespodziewane, że zapewne musiał sobie najpierw poukładać to wszystko w głowie, zanim tak naprawdę będzie pewien tego, co w związku z tym czuje i co myśli. Nic dziwnego, że póki co opowieść Sergio wydawała mu się abstrakcyjna; zapewne gdyby Sal nie był przyzwyczajony do takiego świata i takiego życia i gdyby ktoś jemu opowiadał taką samą historię, to również nie do końca byłby w stanie to wszystko przyjąć do wiadomości.
Poczuł nieprzyjemne ukłucie w piersi, gdy usłyszał, że Santiago wychował sobie wspólnika. Zrobiło mu się w jednej chwili gorąco, w drugiej już niemal lodowato zimno, ale nie skomentował tego póki co.
- Nie wiem czy zdolny to odpowiednie słowo. Ja bym powiedział, że musi być szczęściarzem. On - raczej powiedziałby, że miał wyjątkowego pecha, skoro został ranny, ale udało mu się to przeżyć i stamtąd wyczołgać. - wzruszył lekko ramionami, przywołując na twarz nieco wymuszony uśmiech. Widział, że Sergio starał się jakoś rozluźnić atmosferę, ale póki co jeszcze był spięty; temat nie był dla niego łatwy o tyle, że opowiadał mężowi o czymś, o czym nigdy wcześniej mu nie mówił, o czym właściwie nikomu nie mówił i nie był jeszcze przyzwyczajony do dzielenia się tą częścią swojego życia, po prostu. Wtulił się jednak w jego bok, gdy Sergio objął go ramieniem i przytulił do siebie, swój policzek przytulając do jego ramienia; potrzebował teraz jego bliskości i cieszył się, że mimo tematu, mimo zaskoczenia i mieszanki nieprzyjemnych uczuć, która pewnie wciąż kotłowała się w Sergio, ten nadal miał ochotę go do siebie tulić. To było dla niego w tym momencie najważniejsze: że mimo wszystko go nie stracił.
- Nie wiem czy żałuje, to chyba nie jest odpowiednie słowo. Wcześniej... żałowałem, że mnie z nimi nie było, bo byłem przekonany, że może jakoś mógłbym pomóc. Alvaro wyperswadował mi to jakiś rok temu, gdy rozmawialiśmy i gdy mi się wyrwało, że jakbym tam był, to może wszystko potoczyłoby się inaczej. Pamiętam, że gadaliśmy wtedy na kamerce, pamiętam jak pociemniały mu oczy i jak warczał, gdy się odezwał. Powiedział, żebym nie pierdolił głupot, bo on był na miejscu, był w tym pierdolonym tunelu, zaprojektował cały ten skok, a i tak nie był w stanie uratować jedynej osoby, którą kiedykolwiek kochał. - westchnął ciężko i przetarł twarz dłonią, próbując się w ten sposób uspokoić i nie rozpłakać; wyjątkowo ciężko wracało mu się do tych momentów, do tych wspomnień, do zniszczonego psychicznie Alvaro.
- I to nie tak, że Santiago wychował go sobie na wspólnika, nie mów tak i nawet tak nie myśl. - pokręcił głową. - Santiago nigdy nie chciał go w to wciągać, przez parę lat Alvaro nawet nie wiedział czym się zajmuje Tiago, czym ja się zajmowałem... To naprawdę nigdy nie był cel Santiago, wręcz przeciwnie: robił wszystko, żeby go odepchnąć i zniechęcić do kradzieży, żeby nie pakował się w to gówno. - przełknął ślinę. - Ale on szybko w to wsiąkł i szybko to pokochał. Gdy poszedł na studia zaczął kraść z jakąś grupą... Santiago nieźle go opierdolił, gdy się dowiedział, ale to nie zmieniło decyzji Alvaro, bo on i tak chciał to robić. W końcu, jak już skończył te studia i wrócił do domu, to Santiago zgodził się, żeby Alvaro pomagał mu w planowaniu, ale nie brał go jeszcze na same akcje. No i... potem, gdy już zaczęli razem planować, gdy siedzieli nad tymi mapami całymi godzinami, dniami i tygodniami, gdy się na nich patrzyło... - pociągnął nosem. - Chyba nigdy nie widziałem u nikogo takiego porozumienia dusz, wiesz? No, poza nami, oczywiście. - uśmiechnął się smutno i musnął nosem policzek męża. - Alvaro siedziałby nad obliczeniami tak długo i tak długo łamałby przy tym wszystkie prawa fizyki, żeby tylko uzyskać efekt, który obaj chcieli. Byli piękni w tym swoim planowaniu rzeczy niemożliwych. I wiem, że obaj oddaliby wszystko, żeby przeżyć razem jeszcze choćby jeden napad. - przy ostatnich słowach głos mu się załamał, więc sięgnął znów ustami do kubka z herbatą, żeby to jakoś zakamuflować. Czuł, że musi zrobić przerwę, bo inaczej się poryczy i tyle z tego będzie.
Santiago de la Serna
Domyślał się jednak, że dla Sergio to wszystko faktycznie było na tyle nowe i na tyle niespodziewane, że zapewne musiał sobie najpierw poukładać to wszystko w głowie, zanim tak naprawdę będzie pewien tego, co w związku z tym czuje i co myśli. Nic dziwnego, że póki co opowieść Sergio wydawała mu się abstrakcyjna; zapewne gdyby Sal nie był przyzwyczajony do takiego świata i takiego życia i gdyby ktoś jemu opowiadał taką samą historię, to również nie do końca byłby w stanie to wszystko przyjąć do wiadomości.
Poczuł nieprzyjemne ukłucie w piersi, gdy usłyszał, że Santiago wychował sobie wspólnika. Zrobiło mu się w jednej chwili gorąco, w drugiej już niemal lodowato zimno, ale nie skomentował tego póki co.
- Nie wiem czy zdolny to odpowiednie słowo. Ja bym powiedział, że musi być szczęściarzem. On - raczej powiedziałby, że miał wyjątkowego pecha, skoro został ranny, ale udało mu się to przeżyć i stamtąd wyczołgać. - wzruszył lekko ramionami, przywołując na twarz nieco wymuszony uśmiech. Widział, że Sergio starał się jakoś rozluźnić atmosferę, ale póki co jeszcze był spięty; temat nie był dla niego łatwy o tyle, że opowiadał mężowi o czymś, o czym nigdy wcześniej mu nie mówił, o czym właściwie nikomu nie mówił i nie był jeszcze przyzwyczajony do dzielenia się tą częścią swojego życia, po prostu. Wtulił się jednak w jego bok, gdy Sergio objął go ramieniem i przytulił do siebie, swój policzek przytulając do jego ramienia; potrzebował teraz jego bliskości i cieszył się, że mimo tematu, mimo zaskoczenia i mieszanki nieprzyjemnych uczuć, która pewnie wciąż kotłowała się w Sergio, ten nadal miał ochotę go do siebie tulić. To było dla niego w tym momencie najważniejsze: że mimo wszystko go nie stracił.
- Nie wiem czy żałuje, to chyba nie jest odpowiednie słowo. Wcześniej... żałowałem, że mnie z nimi nie było, bo byłem przekonany, że może jakoś mógłbym pomóc. Alvaro wyperswadował mi to jakiś rok temu, gdy rozmawialiśmy i gdy mi się wyrwało, że jakbym tam był, to może wszystko potoczyłoby się inaczej. Pamiętam, że gadaliśmy wtedy na kamerce, pamiętam jak pociemniały mu oczy i jak warczał, gdy się odezwał. Powiedział, żebym nie pierdolił głupot, bo on był na miejscu, był w tym pierdolonym tunelu, zaprojektował cały ten skok, a i tak nie był w stanie uratować jedynej osoby, którą kiedykolwiek kochał. - westchnął ciężko i przetarł twarz dłonią, próbując się w ten sposób uspokoić i nie rozpłakać; wyjątkowo ciężko wracało mu się do tych momentów, do tych wspomnień, do zniszczonego psychicznie Alvaro.
- I to nie tak, że Santiago wychował go sobie na wspólnika, nie mów tak i nawet tak nie myśl. - pokręcił głową. - Santiago nigdy nie chciał go w to wciągać, przez parę lat Alvaro nawet nie wiedział czym się zajmuje Tiago, czym ja się zajmowałem... To naprawdę nigdy nie był cel Santiago, wręcz przeciwnie: robił wszystko, żeby go odepchnąć i zniechęcić do kradzieży, żeby nie pakował się w to gówno. - przełknął ślinę. - Ale on szybko w to wsiąkł i szybko to pokochał. Gdy poszedł na studia zaczął kraść z jakąś grupą... Santiago nieźle go opierdolił, gdy się dowiedział, ale to nie zmieniło decyzji Alvaro, bo on i tak chciał to robić. W końcu, jak już skończył te studia i wrócił do domu, to Santiago zgodził się, żeby Alvaro pomagał mu w planowaniu, ale nie brał go jeszcze na same akcje. No i... potem, gdy już zaczęli razem planować, gdy siedzieli nad tymi mapami całymi godzinami, dniami i tygodniami, gdy się na nich patrzyło... - pociągnął nosem. - Chyba nigdy nie widziałem u nikogo takiego porozumienia dusz, wiesz? No, poza nami, oczywiście. - uśmiechnął się smutno i musnął nosem policzek męża. - Alvaro siedziałby nad obliczeniami tak długo i tak długo łamałby przy tym wszystkie prawa fizyki, żeby tylko uzyskać efekt, który obaj chcieli. Byli piękni w tym swoim planowaniu rzeczy niemożliwych. I wiem, że obaj oddaliby wszystko, żeby przeżyć razem jeszcze choćby jeden napad. - przy ostatnich słowach głos mu się załamał, więc sięgnął znów ustami do kubka z herbatą, żeby to jakoś zakamuflować. Czuł, że musi zrobić przerwę, bo inaczej się poryczy i tyle z tego będzie.
Santiago de la Serna