Real love will last forever
: pn mar 09, 2026 11:55 pm
Odprowadził go wzrokiem, gdy Santiago oddalił się w pośpiechu, nie bardzo wiedząc co się dzieje. Czuł się teraz zagubiony, za bardzo odsłonięty - w takich aspektach, w których niekoniecznie chciał się pokazywać Kocurowi, bo ten miał przecież swoje problemy i nie powinien jeszcze dodatkowo martwić się o Palermo. Na moment ukrył twarz w dłoni, biorąc głębszy oddech, ale cofnął rękę, słysząc, że mężczyzna wraca i usiadł znów tak, jak siedział jeszcze przed chwilą, wsparty nieco o oparcie kanapy, z kieliszkiem wina w dłoni i z tym rodzajem teatralnej nonszalancji w postawie, który był charakterystyczny bardziej dla Santiago, niż dla niego. Spojrzał na stawianego przed Tiago na stoliku laptopa, odruchowo przełykając ślinę, jakby spodziewał się najgorszego, chociaż nie wiedział czym mogłoby być to najgorsze.
- ¿Debería elegir al más guapo o qué? - rzucił z lekkim sarkazmem, uśmiechnięty, jednak uśmiech ten w tym momencie nie docierał do jego oczu: te wciąż pozostawały wystraszone, jasne i niespokojnie błyszczące, trochę przywodząc na myśl tego niepewnego, lekko wystraszonego dzieciaka z podrzędnego lokalu w Buenos Aires, którego de la Serna poznał dwadzieścia sześć lat wcześniej. Wtedy też maskował się podobnie, również uśmiechem, flirtem, podrywem i swego rodzaju przegięciem, jak pewnie część mogła by to nazwać.
- Ninguno de ellos es tan guapo como tú, pero supongamos que éste está bien. - oświadczył w końcu, wskazując na jednego z lekarzy małym paluszkiem u wolnej dłoni; popukał lekko w ekran, żeby nie było wątpliwości, którego wskazuje, po czym znów oparł się o kanapę i westchnął cicho. Jego myśli zaczęły niespokojnie krążyć wokół tego, że może to faktycznie problemy z sercem, a przecież nie chciał mieć chorego serca, miał dopiero czterdzieści lat i nie uśmiechało mu się chodzenie po kardiologach i badanie tego konkretnego organu nie wiadomo jak często. Z drugiej strony: ból nawiedzał go coraz częściej i choć po chwili przechodził, to jednak i tak utrzymywał się dłużej, niż na początku (te kilka miesięcy wcześniej), a już sam fakt, że był silniejszy i częstszy, niż początkowo wprawiał go w nieprzyjemne myśli.
- No digas esas cosas, bo realmente voy a empezar a esperar que entres conmigo al médico i me des la mano. - uśmiechnął się do niego niepewnie, z tym rodzajem słodkiej bezbronności, którą pokazywał chyba tylko jemu na całym bożym świecie. Popatrzył na jego dłoń na swoim kolanie i po chwili wahania przykrył ją swoją dłonią, ściskając mocno, niemal rozpaczliwie, mimo że wciąż próbował zachować spokój.
Santiago de la Serna
- ¿Debería elegir al más guapo o qué? - rzucił z lekkim sarkazmem, uśmiechnięty, jednak uśmiech ten w tym momencie nie docierał do jego oczu: te wciąż pozostawały wystraszone, jasne i niespokojnie błyszczące, trochę przywodząc na myśl tego niepewnego, lekko wystraszonego dzieciaka z podrzędnego lokalu w Buenos Aires, którego de la Serna poznał dwadzieścia sześć lat wcześniej. Wtedy też maskował się podobnie, również uśmiechem, flirtem, podrywem i swego rodzaju przegięciem, jak pewnie część mogła by to nazwać.
- Ninguno de ellos es tan guapo como tú, pero supongamos que éste está bien. - oświadczył w końcu, wskazując na jednego z lekarzy małym paluszkiem u wolnej dłoni; popukał lekko w ekran, żeby nie było wątpliwości, którego wskazuje, po czym znów oparł się o kanapę i westchnął cicho. Jego myśli zaczęły niespokojnie krążyć wokół tego, że może to faktycznie problemy z sercem, a przecież nie chciał mieć chorego serca, miał dopiero czterdzieści lat i nie uśmiechało mu się chodzenie po kardiologach i badanie tego konkretnego organu nie wiadomo jak często. Z drugiej strony: ból nawiedzał go coraz częściej i choć po chwili przechodził, to jednak i tak utrzymywał się dłużej, niż na początku (te kilka miesięcy wcześniej), a już sam fakt, że był silniejszy i częstszy, niż początkowo wprawiał go w nieprzyjemne myśli.
- No digas esas cosas, bo realmente voy a empezar a esperar que entres conmigo al médico i me des la mano. - uśmiechnął się do niego niepewnie, z tym rodzajem słodkiej bezbronności, którą pokazywał chyba tylko jemu na całym bożym świecie. Popatrzył na jego dłoń na swoim kolanie i po chwili wahania przykrył ją swoją dłonią, ściskając mocno, niemal rozpaczliwie, mimo że wciąż próbował zachować spokój.
Santiago de la Serna