When you smile I melt inside
: sob mar 21, 2026 4:35 pm
Nauczony odpowiadać na komplementy lekkim pochyleniem głowy - ale bez słowa - poszedł za odruchem, pozwalając by automatyzm zdecydował za niego.
Dzięki temu zakłopotanie nie było aż tak widoczne, a chociaż na ogół liczył się z tym, że większość przychylnych komentarzy jakie kierowano w jego stronę wynikała z czystej kurtuazji albo interesowności, tym razem czuł, że chodziło o coś innego. I dlatego nie miał pojęcia jak zareagować, ani jak sobie tę uwagę ułożyć, żeby nie wydawała się aż tak obca.
Na krótko przed dramatycznym potknięciem Lian zdążył jeszcze zauważyć, że Daniel uśmiechał się tego dnia również nieco inaczej, częściej i bez nerwowego chowania się za swetrem albo kołnierzem.
一 I właśnie to mnie martwi 一 przemruknął pod nosem, tak samo świadomy, że gdyby nie udało mu się w porę złapać równowagi, prawdopodobnie obydwaj zakończyliby ten dzień z porcją nowych siniaków. 一 Wolałbym nie połamać cię na pierwszej randce bo mam już kilka nowych pomysłów na następne, a SOR nie jest na liście.
Bo to, że po oceanarium Lian zdążył zaplanować inne opcje oraz kolejne okazje do spotkań było faktem, którym dopiero teraz przyszło mu do głowy podzielić się z Danielem. Kiedy rozważał swoje możliwości jeszcze przed spotkaniem zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy nie odwiedził wielu miejsc choć wizytował na każdym kontynencie poza Afryką. Po mozolnym procesie dojrzewania tego mankamentu ze stadium problemu do fazy nowego potencjału Lian zaczął tworzyć listę możliwych kierunków i na wyczucie dostawiał do nich Moore'a jakby tworzył zaimprowizowany kolaż.
Ze wszystkich na jakie wpadł, Daniel widocznie najlepiej prezentował mu się na tle błękitów, z rybami oraz rafą koralową przypiętą po bokach dla poruszenia zastanej wyobraźni.
Przy pstrokatym akwarium z krewetkami w każdym kolorze tęczy nie poświęcił zbyt wiele czasu kolonii skorupiaków, zamiast tego wolał obserwować jak głowa Moore'a zbliża się niebezpiecznie do przedniej szyby zbiornika.
一 Z pewnością nie jestem rybą 一 skomentował sucho, pijąc do dość oczywistego upodobania do monokoloru. 一 Czyli jak to właściwie jest? Widzą jakby... więcej?
Łagodnie zaciekawionym spojrzeniem smagnął drepczące po dnie krewetki i to był błąd, bo Daniel wymknął mu się spod kurateli gwarantowanej pozostawaniem w zasięgu wzroku. Ledwo zdążył zlokalizować błękitno-zielone stworzonko robiące podkop w drobnym żwirze, a usłyszał głuche, znajome stuknięcie z prawej strony.
一 Widzę jak obijasz się o wszystko jak ćma o klosz lampy 一 odparł z westchnieniem pod koniec, a wypuszczane ciężko powietrze poruszyło skrzydełkami jego nosa. 一 Nic ci nie jest?
Wykręcił się nieelegancko bokiem do ferajny krewetek by móc odrobinę zrekonstruować układ niektórych nieposłusznie plączących się loków, z których kilka zdawało się czekać na okazję by wpaść mu do oczu. Opuszką palca wskazującego w skupieniu zagarnął wszystkie za uszy, przy czym ani razu nie przerwał bezpośredniego kontaktu, jakby skupiał się nie na włosach, a na wyrysowywaniu mu jakiegoś zawiłego wzroku na czole i skroniach. A potem delikatnie aczkolwiek w znaczącym akcencie stuknął go bardzo delikatnie w sam środek, pomiędzy brwiami, ni to nawiązując do tendencji Daniela do zderzania się z otoczeniem głową, ni w celu zaskarbienia sobie jego ponownej uwagi.
一 Ta różowa 一 wypalił bez zastanowienia, z pełną powagą na jaką było go stać, co więcej, całkiem szczerze. 一 Zaraz obok twojej.
Ale zamiast pozwolić mu od razu zabawić się w nową wersję gry Where is Waldo Lian jeszcze przez parę sekund uparcie utrzymywał z nim kontakt wzrokowy, mimo że jego dłoń dała wreszcie spokój kapryśnym loczkom.
Nieco dłuższa obserwacja zbiornika - gdy już odpuścił sobie dręczenie Daniela walką na spojrzenia - pozwoliła mu odnaleźć rawki, mniej więcej w tym samym momencie w którym usłyszał entuzjastyczne „O właśnie“.
Nie pierwszy raz tego dnia Moore ciągnął go gdzieś za sobą, zmuszając do podążania w wybranym przez niego kierunku jak zjawę, która przyczepiła się złośliwie bogu ducha winnej duszy, ale ani razu nie zaprotestował. Właściwie, gdy dał temu jedną czy dwie swobodne myśli, Lian zauważył, że trzymanie się każdego jego kroku jak wierny cień zaczynało mu się podobać.
Na chwilę rozsupłał ich dłonie, a zanim Moore zdążyłby zeźlić się i zacząć narzekać, Mei stanął sobie spokojnie za jego plecami, oburącz chwycił go za ramiona i oparł brodę na czubku jego głowy, chłonąc to niezwykle uzależniające ciepło oraz w oczywisty sposób ograniczając jego ruchliwość. Mimo to wciąż był w stanie wyczuć każde drgnięcie i każdy przechył, bo ewidentnie ciało Daniela nie było zdolne do wystania w kompletnym bezruchu.
Pamiętał jak raz w życiu pozwolono mu potrzymać przez chwilę królika i z jakiegoś powodu uderzyło to w niego teraz, po wielu latach, w cichym oceanarium w Toronto.
Wówczas odrobinę niepokoiła go kruchość zwierzęcia, jego zastanawiający upór w pozostawaniu w jednej pozycji, pomimo że przy złożeniu rąk Lian czuł w nich to płoche, ciepłe drżenie i napięcie - nie wiedział tylko czy swoje czy królicze. Stan niepewności przybrudził to pozytywne doświadczenie, bo nie będąc w stanie przewidzieć czy i kiedy nadejdzie skok ani nie znając sposobów obchodzenia się z czymś tak filigranowym i podatnym na uszkodzenia, mógł jedynie próbować nacieszyć się tą kulką miękkości na zapas i zawczasu żałować, że w końcu miała od niego uciec.
To był tylko przystanek w Dijon, w drodze do Paryża na koncert bożonarodzeniowy, a on miał wówczas czternaście lat.
一 Nie jestem zbyt ciężki? 一 zapytał bardzo ogólnikowo, dla jasności jednak ścisnął go porozumiewawczo palcami w ramionach. Jego oddech mieszał się z lokami łaskoczącymi go w szczękę i nos, bo nie potrafił odmówić sobie przyjemności spędzenia wśród nich tych kilku wykradzionych momentów.
Moore pachniał ciepłem, czymś czego nie określała żadna znana mu nuta obecna w nawet najdroższych perfumach i dla Liana (dla którego to abstrakcyjne skojarzenie również było tak nieprecyzyjne, że aż wywołało konsternację) po prostu pachniał jak dom.
Lub, do czego zdążył dotrzeć kiedy znów na chwilę się zawiesił, przypominało mu to powrót do rozgrzanego, zalanego światłem i zapachem kolacji mieszkania, gdy zbyt długo przebywało się zimą na zewnątrz.
一 Możemy tak chwilę zostać? Opowiedz mi o rawkach. 一 Sam nie przeczytał z tablicy informacyjnej nic poza tytułem i nazwą gatunkową, zdążył jednak poznać Daniela wystarczająco dobrze by wiedzieć, że on sobie tej przyjemności nie odmówił.
Daniel Moore
Dzięki temu zakłopotanie nie było aż tak widoczne, a chociaż na ogół liczył się z tym, że większość przychylnych komentarzy jakie kierowano w jego stronę wynikała z czystej kurtuazji albo interesowności, tym razem czuł, że chodziło o coś innego. I dlatego nie miał pojęcia jak zareagować, ani jak sobie tę uwagę ułożyć, żeby nie wydawała się aż tak obca.
Na krótko przed dramatycznym potknięciem Lian zdążył jeszcze zauważyć, że Daniel uśmiechał się tego dnia również nieco inaczej, częściej i bez nerwowego chowania się za swetrem albo kołnierzem.
一 I właśnie to mnie martwi 一 przemruknął pod nosem, tak samo świadomy, że gdyby nie udało mu się w porę złapać równowagi, prawdopodobnie obydwaj zakończyliby ten dzień z porcją nowych siniaków. 一 Wolałbym nie połamać cię na pierwszej randce bo mam już kilka nowych pomysłów na następne, a SOR nie jest na liście.
Bo to, że po oceanarium Lian zdążył zaplanować inne opcje oraz kolejne okazje do spotkań było faktem, którym dopiero teraz przyszło mu do głowy podzielić się z Danielem. Kiedy rozważał swoje możliwości jeszcze przed spotkaniem zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy nie odwiedził wielu miejsc choć wizytował na każdym kontynencie poza Afryką. Po mozolnym procesie dojrzewania tego mankamentu ze stadium problemu do fazy nowego potencjału Lian zaczął tworzyć listę możliwych kierunków i na wyczucie dostawiał do nich Moore'a jakby tworzył zaimprowizowany kolaż.
Ze wszystkich na jakie wpadł, Daniel widocznie najlepiej prezentował mu się na tle błękitów, z rybami oraz rafą koralową przypiętą po bokach dla poruszenia zastanej wyobraźni.
Przy pstrokatym akwarium z krewetkami w każdym kolorze tęczy nie poświęcił zbyt wiele czasu kolonii skorupiaków, zamiast tego wolał obserwować jak głowa Moore'a zbliża się niebezpiecznie do przedniej szyby zbiornika.
一 Z pewnością nie jestem rybą 一 skomentował sucho, pijąc do dość oczywistego upodobania do monokoloru. 一 Czyli jak to właściwie jest? Widzą jakby... więcej?
Łagodnie zaciekawionym spojrzeniem smagnął drepczące po dnie krewetki i to był błąd, bo Daniel wymknął mu się spod kurateli gwarantowanej pozostawaniem w zasięgu wzroku. Ledwo zdążył zlokalizować błękitno-zielone stworzonko robiące podkop w drobnym żwirze, a usłyszał głuche, znajome stuknięcie z prawej strony.
一 Widzę jak obijasz się o wszystko jak ćma o klosz lampy 一 odparł z westchnieniem pod koniec, a wypuszczane ciężko powietrze poruszyło skrzydełkami jego nosa. 一 Nic ci nie jest?
Wykręcił się nieelegancko bokiem do ferajny krewetek by móc odrobinę zrekonstruować układ niektórych nieposłusznie plączących się loków, z których kilka zdawało się czekać na okazję by wpaść mu do oczu. Opuszką palca wskazującego w skupieniu zagarnął wszystkie za uszy, przy czym ani razu nie przerwał bezpośredniego kontaktu, jakby skupiał się nie na włosach, a na wyrysowywaniu mu jakiegoś zawiłego wzroku na czole i skroniach. A potem delikatnie aczkolwiek w znaczącym akcencie stuknął go bardzo delikatnie w sam środek, pomiędzy brwiami, ni to nawiązując do tendencji Daniela do zderzania się z otoczeniem głową, ni w celu zaskarbienia sobie jego ponownej uwagi.
一 Ta różowa 一 wypalił bez zastanowienia, z pełną powagą na jaką było go stać, co więcej, całkiem szczerze. 一 Zaraz obok twojej.
Ale zamiast pozwolić mu od razu zabawić się w nową wersję gry Where is Waldo Lian jeszcze przez parę sekund uparcie utrzymywał z nim kontakt wzrokowy, mimo że jego dłoń dała wreszcie spokój kapryśnym loczkom.
Nieco dłuższa obserwacja zbiornika - gdy już odpuścił sobie dręczenie Daniela walką na spojrzenia - pozwoliła mu odnaleźć rawki, mniej więcej w tym samym momencie w którym usłyszał entuzjastyczne „O właśnie“.
Nie pierwszy raz tego dnia Moore ciągnął go gdzieś za sobą, zmuszając do podążania w wybranym przez niego kierunku jak zjawę, która przyczepiła się złośliwie bogu ducha winnej duszy, ale ani razu nie zaprotestował. Właściwie, gdy dał temu jedną czy dwie swobodne myśli, Lian zauważył, że trzymanie się każdego jego kroku jak wierny cień zaczynało mu się podobać.
Na chwilę rozsupłał ich dłonie, a zanim Moore zdążyłby zeźlić się i zacząć narzekać, Mei stanął sobie spokojnie za jego plecami, oburącz chwycił go za ramiona i oparł brodę na czubku jego głowy, chłonąc to niezwykle uzależniające ciepło oraz w oczywisty sposób ograniczając jego ruchliwość. Mimo to wciąż był w stanie wyczuć każde drgnięcie i każdy przechył, bo ewidentnie ciało Daniela nie było zdolne do wystania w kompletnym bezruchu.
Pamiętał jak raz w życiu pozwolono mu potrzymać przez chwilę królika i z jakiegoś powodu uderzyło to w niego teraz, po wielu latach, w cichym oceanarium w Toronto.
Wówczas odrobinę niepokoiła go kruchość zwierzęcia, jego zastanawiający upór w pozostawaniu w jednej pozycji, pomimo że przy złożeniu rąk Lian czuł w nich to płoche, ciepłe drżenie i napięcie - nie wiedział tylko czy swoje czy królicze. Stan niepewności przybrudził to pozytywne doświadczenie, bo nie będąc w stanie przewidzieć czy i kiedy nadejdzie skok ani nie znając sposobów obchodzenia się z czymś tak filigranowym i podatnym na uszkodzenia, mógł jedynie próbować nacieszyć się tą kulką miękkości na zapas i zawczasu żałować, że w końcu miała od niego uciec.
To był tylko przystanek w Dijon, w drodze do Paryża na koncert bożonarodzeniowy, a on miał wówczas czternaście lat.
一 Nie jestem zbyt ciężki? 一 zapytał bardzo ogólnikowo, dla jasności jednak ścisnął go porozumiewawczo palcami w ramionach. Jego oddech mieszał się z lokami łaskoczącymi go w szczękę i nos, bo nie potrafił odmówić sobie przyjemności spędzenia wśród nich tych kilku wykradzionych momentów.
Moore pachniał ciepłem, czymś czego nie określała żadna znana mu nuta obecna w nawet najdroższych perfumach i dla Liana (dla którego to abstrakcyjne skojarzenie również było tak nieprecyzyjne, że aż wywołało konsternację) po prostu pachniał jak dom.
Lub, do czego zdążył dotrzeć kiedy znów na chwilę się zawiesił, przypominało mu to powrót do rozgrzanego, zalanego światłem i zapachem kolacji mieszkania, gdy zbyt długo przebywało się zimą na zewnątrz.
一 Możemy tak chwilę zostać? Opowiedz mi o rawkach. 一 Sam nie przeczytał z tablicy informacyjnej nic poza tytułem i nazwą gatunkową, zdążył jednak poznać Daniela wystarczająco dobrze by wiedzieć, że on sobie tej przyjemności nie odmówił.
Daniel Moore