spare a light?
: sob sie 08, 2026 7:02 pm
Sceptycznie zmarszczył brwi, słysząc tę jej teorię o szczurach rządzących gastronomią. Bo… nie, coś tu się jednak dość mocno nie zgadzało, a samo założenie, że gryzonie mogłyby jednak znacznie częściej lądować w czyichś daniach niż pod czapkami kucharzy, wciąż jakoś zdawała się bardziej przekonująca.
– Co za bzdura… – wywrócił oczami, ostatecznie zerkając na nią wzrokiem, który jasno mówił, że nie wierzył w ani jedno jej słowo. – Przecież kanadyjskie szczury na pewno nie znają nawet arabskiego. A on – wskazał niezbyt dyskretnie na gościa przygotowującego ich kebaby – jakoś nie za bardzo zna angielski. Niby jak mieliby się dogadać?
No oczywiście. Bo to właśnie był jedyny szczegół, który mógł w całej tej teorii zgrzytać – bariera językowa. Gdyby nie to, całość pewnie brzmiałaby nawet całkiem rozsądnie i może nawet Dante byłby skłonny w to uwierzyć. Chociaż… nie, jednak coś jeszcze musiało mu się nie zgadzać, co uświadomił sobie, gdy raz jeszcze rzucił okiem w stronę Araba.
– No i on nawet nie ma czapki. Gdzie ten szczur miałby się chować…? – bo przecież jeśli dobrze pamiętał, to we wspomnianej przez nią animacji, uzdolniony kulinarnie szczur rzeczywiście chował się pod tą dziwaczną kucharską czapką. Tymczasem facet, dzięki któremu mieli nie umrzeć tej nocy z głodu, żadnego nakrycia głowy nie miał. Ani nawet na tyle bujnego owłosienia, żeby można było uznać, że jakiś gryzoń chował się gdzieś pod jego włosami. Tym bardziej należało więc uznać teorię Eriki za kompletnie absurdalną i niemającą żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości.
Z kolei wspomniana przez nią pizza z brzoskwiniami, czy innymi truskawkami… Tak, to zdecydowanie było już zbyt pojebane i chyba dość jasno mogła to wyrażać zdegustowana mina Dantego. Zwłaszcza, że aż trudno było uwierzyć, że ktokolwiek faktycznie mógłby mieć aż tak idiotyczne pomysły – i to idiotyczne nawet w jego opinii, a to już było coś! – żeby jeść coś podobnego…
– Ok, tego chyba nie chciałem wiedzieć… – skrzywił się, mimowolnie wyobrażając sobie, jak taka kulinarna abominacja musiała smakować. W dodatku nie mogąc powstrzymać się przed tym, by przynajmniej przez moment nie zastanowić się, czy dodatkowo istnieli ludzie dość chorzy, żeby taką owocową pizzę jeść na przykład z sosem czosnkowym, czy nawet keczupem… I pomyśleć, że jeszcze tych pięć minut temu naprawdę był w stanie uznać, że to właśnie pizza z ananasem powinna uchodzić za jedną z większych kulinarnych zbrodni…
Za to chyba nawet te niezbyt wesołe okoliczności związane ze zgubieniem portfela nie mogły powstrzymać go przed parsknięciem śmiechem w reakcji na jej kolejne słowa. Albo może jednak chodziło tu bardziej o zadowolenie związane z tym, że nawet mimo braku możliwości zapłacenia za siebie, mógł mimo wszystko nie paść tu z głodu. Ale w konkretne powody tego uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy może lepiej byłoby nie wnikać.
– Jak to? Spędzanie czasu w moim towarzystwie to nie są wystarczające benefity? – w porządku, całe to rzekome oburzenie nie wypadło pewnie zbyt przekonująco, ale… chyba nie musiało. – No i podzieliłem się z tobą skrętem. To już nawet więcej niż samo towarzystwo!
A także nie zostawił jej na pastwę dresów, gdy już nadziali się na nich na ulicy. Chociaż… to raczej ona wróciła się po niego, kiedy już miał dostać wpierdol od paru z nich, o czym najwyraźniej przypomniało mu się w porę, by tego argumentu nie wywlekać jednak na światło dzienne. Albo raczej nocne. Pochodzące z tej irytująco mrugającej świetlówki, która rozjaśniała wnętrze lokalu z kebabem…
– Chyba… – odruchowo wsunął rękę do kieszeni, starając się przypomnieć sobie, czy faktycznie mógł mieć przy sobie portfel, kiedy próbował tych średnio udanych negocjacji z dresami. – …nie. Chociaż… nie, chyba faktycznie nie.
Wciąż wprawdzie nie był do końca przekonany co do słuszności tej odpowiedzi, ale Arab informujący ich o gotowym jedzeniu, całkiem skutecznie przerwał ewentualne dalsze rozważania i próby przypomnienia sobie, kiedy ostatni raz miał okazję widzieć swój portfel. Prawie na pewno nie wyciągał go z kieszeni przy dresach, upewniając się w tamtym momencie jedynie co do niezbyt satysfakcjonującej zawartości paczki ze skrętami. Czyli wciąż była jakaś nadzieja, że to jednak nie do nich musieliby się wrócić, żeby go odzyskać…
– Czyli co… wycieczka do klubu? – zerknął na Erikę, kiedy już obydwoje otrzymali zakupione przez nią kebaby. – Jak znajdzie się tam mój portfel, może nawet będę mógł kupić ci drinka.
Albo oddać ten majątek, który musiała przeznaczyć na jego kebaba. Chociaż tego najwyraźniej nie zamierzał proponować na głos, być może wychodząc z założenia, że kiedyś może rzeczywiście to jemu uda się wreszcie kupić jakieś żarcie dla nich obojga.
Erika Lindberg
– Co za bzdura… – wywrócił oczami, ostatecznie zerkając na nią wzrokiem, który jasno mówił, że nie wierzył w ani jedno jej słowo. – Przecież kanadyjskie szczury na pewno nie znają nawet arabskiego. A on – wskazał niezbyt dyskretnie na gościa przygotowującego ich kebaby – jakoś nie za bardzo zna angielski. Niby jak mieliby się dogadać?
No oczywiście. Bo to właśnie był jedyny szczegół, który mógł w całej tej teorii zgrzytać – bariera językowa. Gdyby nie to, całość pewnie brzmiałaby nawet całkiem rozsądnie i może nawet Dante byłby skłonny w to uwierzyć. Chociaż… nie, jednak coś jeszcze musiało mu się nie zgadzać, co uświadomił sobie, gdy raz jeszcze rzucił okiem w stronę Araba.
– No i on nawet nie ma czapki. Gdzie ten szczur miałby się chować…? – bo przecież jeśli dobrze pamiętał, to we wspomnianej przez nią animacji, uzdolniony kulinarnie szczur rzeczywiście chował się pod tą dziwaczną kucharską czapką. Tymczasem facet, dzięki któremu mieli nie umrzeć tej nocy z głodu, żadnego nakrycia głowy nie miał. Ani nawet na tyle bujnego owłosienia, żeby można było uznać, że jakiś gryzoń chował się gdzieś pod jego włosami. Tym bardziej należało więc uznać teorię Eriki za kompletnie absurdalną i niemającą żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości.
Z kolei wspomniana przez nią pizza z brzoskwiniami, czy innymi truskawkami… Tak, to zdecydowanie było już zbyt pojebane i chyba dość jasno mogła to wyrażać zdegustowana mina Dantego. Zwłaszcza, że aż trudno było uwierzyć, że ktokolwiek faktycznie mógłby mieć aż tak idiotyczne pomysły – i to idiotyczne nawet w jego opinii, a to już było coś! – żeby jeść coś podobnego…
– Ok, tego chyba nie chciałem wiedzieć… – skrzywił się, mimowolnie wyobrażając sobie, jak taka kulinarna abominacja musiała smakować. W dodatku nie mogąc powstrzymać się przed tym, by przynajmniej przez moment nie zastanowić się, czy dodatkowo istnieli ludzie dość chorzy, żeby taką owocową pizzę jeść na przykład z sosem czosnkowym, czy nawet keczupem… I pomyśleć, że jeszcze tych pięć minut temu naprawdę był w stanie uznać, że to właśnie pizza z ananasem powinna uchodzić za jedną z większych kulinarnych zbrodni…
Za to chyba nawet te niezbyt wesołe okoliczności związane ze zgubieniem portfela nie mogły powstrzymać go przed parsknięciem śmiechem w reakcji na jej kolejne słowa. Albo może jednak chodziło tu bardziej o zadowolenie związane z tym, że nawet mimo braku możliwości zapłacenia za siebie, mógł mimo wszystko nie paść tu z głodu. Ale w konkretne powody tego uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy może lepiej byłoby nie wnikać.
– Jak to? Spędzanie czasu w moim towarzystwie to nie są wystarczające benefity? – w porządku, całe to rzekome oburzenie nie wypadło pewnie zbyt przekonująco, ale… chyba nie musiało. – No i podzieliłem się z tobą skrętem. To już nawet więcej niż samo towarzystwo!
A także nie zostawił jej na pastwę dresów, gdy już nadziali się na nich na ulicy. Chociaż… to raczej ona wróciła się po niego, kiedy już miał dostać wpierdol od paru z nich, o czym najwyraźniej przypomniało mu się w porę, by tego argumentu nie wywlekać jednak na światło dzienne. Albo raczej nocne. Pochodzące z tej irytująco mrugającej świetlówki, która rozjaśniała wnętrze lokalu z kebabem…
– Chyba… – odruchowo wsunął rękę do kieszeni, starając się przypomnieć sobie, czy faktycznie mógł mieć przy sobie portfel, kiedy próbował tych średnio udanych negocjacji z dresami. – …nie. Chociaż… nie, chyba faktycznie nie.
Wciąż wprawdzie nie był do końca przekonany co do słuszności tej odpowiedzi, ale Arab informujący ich o gotowym jedzeniu, całkiem skutecznie przerwał ewentualne dalsze rozważania i próby przypomnienia sobie, kiedy ostatni raz miał okazję widzieć swój portfel. Prawie na pewno nie wyciągał go z kieszeni przy dresach, upewniając się w tamtym momencie jedynie co do niezbyt satysfakcjonującej zawartości paczki ze skrętami. Czyli wciąż była jakaś nadzieja, że to jednak nie do nich musieliby się wrócić, żeby go odzyskać…
– Czyli co… wycieczka do klubu? – zerknął na Erikę, kiedy już obydwoje otrzymali zakupione przez nią kebaby. – Jak znajdzie się tam mój portfel, może nawet będę mógł kupić ci drinka.
Albo oddać ten majątek, który musiała przeznaczyć na jego kebaba. Chociaż tego najwyraźniej nie zamierzał proponować na głos, być może wychodząc z założenia, że kiedyś może rzeczywiście to jemu uda się wreszcie kupić jakieś żarcie dla nich obojga.
Erika Lindberg