tentazione Italiana
: czw mar 26, 2026 10:01 pm
Matheo Bachmann
— Też daję sobie radę z takimi wielkoludami — stwierdziła z przedziwnym uśmiechem na twarzy. W kostnicy miała specjalne urządzenia, które pomagały jej w przenoszeniu gigantów. Chociaż wielkolud, czy gigant to całkiem nieprzyjemne słowo, Cynthia wolałaby nazwać Theo wysokim przystojniakiem z niebieskimi oczyma. Pewnie skusiłaby się, żeby usiąść mu na plecach jako obciążenie. Nigdy jak dotąd tak bardzo żywe ciało jej nie fascynowało. Czy to czuli lekarza osób, które nie były trupami? — próbować i sprawdzać się zawsze możesz — czasami rany były nie do przeskoczenia. Kontuzje wpływały na ludzkie ciało bardziej niż można byłoby się tego spodziewać. Czasami strach wydawał się być dobry, wtedy człowiek zdawał sobie sprawę, co go ogranicza.
— Zapamiętam. — stwierdziła krótko, a w jej głowie pojawiła się jedna osoba. Cassian. Zaręczyli się, planowali wspólne życie, ale kiedy jej życiu nic nie groziło, zostawił ją. Różnili się między sobą, a jednak mieli podobny błękit tęczówek. Chciała móc wierzyć w każde słowo Bachmanna, jednak mały skrzat krzyczał jej na prawo i lewo, że jednak na niego nie zasługuje. Co miałaby mu powiedzieć? Kłamiesz, nie masz racji? Choć Theo był przy niej, udowadniał jej na każdym kroku, że jego słowa miały prawdziwą wagę, to jednak nie potrafiła zachować się normalnie. Może dobrze, że odwracał jej odwagę od własnych myśli. Te namiętne pocałunki na jej ramieniu skutecznie sprawiały, że zapominała o bożym świecie, a przede wszystkim o problemach chodzących po jej głowie.
— Rozumiem... jaka jest różnica czasowa? — zagadnęła, zastanawiając się przez moment, gdzie leżała Norwegia. Nigdy tam nie była, właściwie rzadko kiedy wyjeżdżała poza granice Kanady — brzmi jak dobra współpraca — wymruczała, słysząc o wybieraniu wina. W tym mogła naprawdę się sprawdzić. Niekoniecznie dobrałaby odpowiedni rodzaj alkoholu do posiłku, ale może skradłaby kilka lekcji od Theo. Tylko czy byłaby w stanie? Jedno płynne przesunięcie dłońmi po jej ciele, a już cała drżała. Kolejna tortura nazywana grą wstępną właśnie się rozpoczynała. Normalnie potrafiła czekać, ale Matheo wzbudzał w niej przedziwne uczucie, którego nie była w stanie jasno nazwać.
— To pojechalibyśmy tam sami? — dopytała, unosząc na niego swoje spojrzenie — i nie zobaczylibyśmy twojej rodziny? — dopytała, kładąc po głowę na ramieniu — to... mogę się zastanowić — przymknęła oczy i była gotowa całkowicie oddać się chwili. Dać jej popłynąć własnym życiem. Pewnie zanurzyłaby się bez pamięci w jego pieszczotach, gdyby nie dźwięk telefonu z dołu mieszkania.
— Moment — zagadnęła, szybko wstając i praktycznie zbiegając na dół. Szybko znalazła własny telefon, a kiedy tylko Bachmann wychylił się z sypialni, musiała mu to oświadczyć — muszę jechać... — nabrała głębokiego oddechu, starając się wszystko sobie poukładać w głowie. Ledwo zaczynała się relaksować, a ktoś postanowił im przeszkodzić — nie będzie mnie kilka godzin — stwierdziła, wpatrując się w Bachmanna i wzdychając ciężko — muszę pojechać na obdukcję kobiety — to chyba było najgorsze. Do martwego może nawet by się uśmiechnęła, ale raz na jakiś czas trafiał się jej żywy pacjent. Dodatkowo całkowicie straumatyzowany.
— Poczekasz? — spytała, jeszcze moment wahając się przed wyjściem. Nie za każdym razem trafiali się jej martwi, a tego typu sprawy... należały do bardzo delikatnych.
— Też daję sobie radę z takimi wielkoludami — stwierdziła z przedziwnym uśmiechem na twarzy. W kostnicy miała specjalne urządzenia, które pomagały jej w przenoszeniu gigantów. Chociaż wielkolud, czy gigant to całkiem nieprzyjemne słowo, Cynthia wolałaby nazwać Theo wysokim przystojniakiem z niebieskimi oczyma. Pewnie skusiłaby się, żeby usiąść mu na plecach jako obciążenie. Nigdy jak dotąd tak bardzo żywe ciało jej nie fascynowało. Czy to czuli lekarza osób, które nie były trupami? — próbować i sprawdzać się zawsze możesz — czasami rany były nie do przeskoczenia. Kontuzje wpływały na ludzkie ciało bardziej niż można byłoby się tego spodziewać. Czasami strach wydawał się być dobry, wtedy człowiek zdawał sobie sprawę, co go ogranicza.
— Zapamiętam. — stwierdziła krótko, a w jej głowie pojawiła się jedna osoba. Cassian. Zaręczyli się, planowali wspólne życie, ale kiedy jej życiu nic nie groziło, zostawił ją. Różnili się między sobą, a jednak mieli podobny błękit tęczówek. Chciała móc wierzyć w każde słowo Bachmanna, jednak mały skrzat krzyczał jej na prawo i lewo, że jednak na niego nie zasługuje. Co miałaby mu powiedzieć? Kłamiesz, nie masz racji? Choć Theo był przy niej, udowadniał jej na każdym kroku, że jego słowa miały prawdziwą wagę, to jednak nie potrafiła zachować się normalnie. Może dobrze, że odwracał jej odwagę od własnych myśli. Te namiętne pocałunki na jej ramieniu skutecznie sprawiały, że zapominała o bożym świecie, a przede wszystkim o problemach chodzących po jej głowie.
— Rozumiem... jaka jest różnica czasowa? — zagadnęła, zastanawiając się przez moment, gdzie leżała Norwegia. Nigdy tam nie była, właściwie rzadko kiedy wyjeżdżała poza granice Kanady — brzmi jak dobra współpraca — wymruczała, słysząc o wybieraniu wina. W tym mogła naprawdę się sprawdzić. Niekoniecznie dobrałaby odpowiedni rodzaj alkoholu do posiłku, ale może skradłaby kilka lekcji od Theo. Tylko czy byłaby w stanie? Jedno płynne przesunięcie dłońmi po jej ciele, a już cała drżała. Kolejna tortura nazywana grą wstępną właśnie się rozpoczynała. Normalnie potrafiła czekać, ale Matheo wzbudzał w niej przedziwne uczucie, którego nie była w stanie jasno nazwać.
— To pojechalibyśmy tam sami? — dopytała, unosząc na niego swoje spojrzenie — i nie zobaczylibyśmy twojej rodziny? — dopytała, kładąc po głowę na ramieniu — to... mogę się zastanowić — przymknęła oczy i była gotowa całkowicie oddać się chwili. Dać jej popłynąć własnym życiem. Pewnie zanurzyłaby się bez pamięci w jego pieszczotach, gdyby nie dźwięk telefonu z dołu mieszkania.
— Moment — zagadnęła, szybko wstając i praktycznie zbiegając na dół. Szybko znalazła własny telefon, a kiedy tylko Bachmann wychylił się z sypialni, musiała mu to oświadczyć — muszę jechać... — nabrała głębokiego oddechu, starając się wszystko sobie poukładać w głowie. Ledwo zaczynała się relaksować, a ktoś postanowił im przeszkodzić — nie będzie mnie kilka godzin — stwierdziła, wpatrując się w Bachmanna i wzdychając ciężko — muszę pojechać na obdukcję kobiety — to chyba było najgorsze. Do martwego może nawet by się uśmiechnęła, ale raz na jakiś czas trafiał się jej żywy pacjent. Dodatkowo całkowicie straumatyzowany.
— Poczekasz? — spytała, jeszcze moment wahając się przed wyjściem. Nie za każdym razem trafiali się jej martwi, a tego typu sprawy... należały do bardzo delikatnych.