Nie znała prawdy i może właśnie dlatego wszystko wydawało jej się tak proste, tak możliwe do poukładania. W jej świecie istniał tylko jeden powód, który był w stanie tłumaczyć to zawahanie, ten strach i nagłą potrzebę wycofania się w momencie, w którym wszystko zaczynało mieć sens.
Jej imię nie padło, ale było obecne między nimi, ciche i uparte jak cień, którego nie sposób było zignorować. To co po niej zostało, nie było tylko wspomnieniem - było raną, która nigdy się nie zagoiła do końca, miejscem, w którym coś zostało wyrwane i już nigdy nie wróciło na swoje miejsce. Margo widziała to w nim od początku, w tych momentach, kiedy milkł nagle, kiedy jego spojrzenie uciekało gdzieś dalej poza nią. I choć nie rozumiała wszystkiego, rozumiała wystarczająco dużo, by wiedzieć, że to właśnie tam leżała odpowiedź. Była o tym
jakże błędnie przekonana.
Dlatego nie walczyła z tym. Nie próbowała tego rozbijać ani podważać; mogła obiecać mu wszystko i wiedziała, że nie byłyby to słowa rzucone na wiatr. Dla niego byłaby w stanie zrobić więcej niż kiedykolwiek przypuszczała, że zrobi dla kogokolwiek. Oddałaby mu każdą część siebie bez zawahania, swoją dumę, swoją potrzebę kontroli, swoją niezależność, którą zawsze nosiła jak zbroję. Przy nim nie była potrzebna, chciała ją zdjąć. Chciała mu zaufać w sposób absolutny, pozwolić mu prowadzić, nie dlatego, że była słabsza, ale dlatego, że wiedziała, że on nigdy nie spróbuje jej tego odebrać.
Spojrzała na niego inaczej niż wcześniej, spokojniej i ciszej; westchnęła lekko, jakby to wszystko było jednocześnie oczywiste i niewyobrażalnie trudne. Wyciągnęła do niego dłoń i tym razem nie zatrzymała się w połowie drogi. Jej palce odnalazły jego przedramię, przesuwając się po nim powoli, miękko, niemal uspokajająco, tym jednym gestem ściągając z niego cały ciężar, który sam na siebie nakładał.
- Nic nie stoi nam na przeszkodzie - powiedziała z tą samą pewnością, którą niosła w sobie od dawna.
- Mówiłam ci to już. Chcę dokładnie tego - ciebie, takiego jaki jesteś - nie było w tym ani cienia wahania. Ani jednego miejsca, w którym mogłoby się to zachwiać. A jednak pod tą pewnością kryło się coś jeszcze - delikatne zmęczenie, ledwie zauważalna nuta rezygnacji, bo czuła, że choćby powiedziała to jeszcze sto razy, choćby oddała mu wszystko, co miała, to wciąż mogło nie wystarczyć.
Widząc jak coś w nim mięknie, znika ta charakterystyczna pewność, jak zostaje tylko człowiek - bez maski, bez codziennej buty, poczuła jak jej własne serce ściska się jeszcze mocniej. Przysunęła się bliżej, skracając dystans, który pojawił się między nimi tylko na chwilę. Jej dłoń przesunęła się wyżej, a potem pochyliła się i pocałowała go delikatnie i przelotnie, ale wystarczająco, by w tym geście zapisana była jej obecność, pewność i obietnica, że nigdzie się nie wybiera.
- Nie możesz mnie stracić - szepnęła cicho, opierając czoło o jego skroń na ułamek sekundy.
- Nie wiem, dlaczego tak uważasz, ale n i e m o ż e s z - nie była to deklaracja rzucona w emocjach. Jej słowa wynikały z przekonania, które nosiła w sobie od dawna.
Przymknęła oczy na chwilę, zatrzymując się w tym jednym, cichym momencie, w którym jego dotyk był jedyną rzeczą, na której potrafiła się skupić. Analizowała każde jego słowo, próbowała znaleźć w nich sens, który by ją uspokoił, ale
nie potrafiła. Im bardziej się nad tym zastanawiała, tym mniej rozumiała.
Otworzyła oczy i spojrzała na niego znowu, uważnie, jakby szukała odpowiedzi w jego twarzy.
- Czego miałabym ci nie wybaczyć? - zapytała cicho, szczerze, bez żadnej obrony.
- Co takiego miałoby się wydarzyć, że już teraz zakładasz najgorsze? - jej palce znowu odnalazły jego dłoń, splatając się z nią naturalnie, jakby robiła to od zawsze. Uniosła ją lekko i musnęła ustami nadgarstek dokładnie w tym miejscu, gdzie pod skórą wyraźnie wyczuwała rytm jego serca - szybki, żywy i p r a w d z i w y.
Była tylko jedna rzecz, która mogłaby ich naprawdę zniszczyć -
zdrada. Nie spodziewała się jak blisko prawdy była, jak bardzo Rhys zdradzał ją każdego dnia otwierając oczy rano, choć nie fizycznie, to prawdopodobnie jeszcze bardziej boleśnie, niszcząc każdy fundament na którym zbudowali tę relacje..
- Łamiesz mi teraz serce i nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy - jej głos był spokojny i miękki kiedy uśmiechnęła się smutno. Na moment zamilkła, bo kolejna myśl była trudniejsza do powiedzenia niż wszystko inne.
- Kocham cię, a ty bardzo nie chcesz mi na to pozwolić - nie uciekła spojrzeniem. Pozostawiła je na nim, spokojne i otwarte, bo dla niej to, co właśnie powiedziała, było czymś oczywistym, czymś, co istniało między nimi od dawna, tylko teraz w końcu zostało nazwane.
Rhys Madden