come out and play
: sob cze 27, 2026 7:03 pm
Serce stanęło mu dęba!
A może raczej włosy?
Może jeszcze coś innego.
Facet, który zabrał mu plecak wziął go kompletnie z zaskoczenia. Bez-czel-nie wykorzystał moment, kiedy Lucas był zupełnie bezbronny – zamknięty ustami z Caldwell, poddając się tym przeszywającym przez kręgosłup dreszczom i otumaniony przyśpieszonym biciem serca, który wywoływała jej bliskość. Zafiksowany na smaku jej ust i dotyku, który błądził gdzieś po jego karku. Do momentu, aż poczuł, że nie ma plecaka. Może gdyby nie był zjarany, miałby jakąś szybszą reakcję, ale zanim Lucas oderwał się od Indie i namierzył wzrokiem faceta, typ już dawno zdążył zniknąć w tłumie. Dlatego liczył na to, że chociaż ona widziała, w którym kierunku się ulotnił.
– Chyba?! – powtórzył po niej, robiąc wielkie oczy. – No przecież stałaś przodem, to nie patrzyłaś? – tak, na pewno kurwa. Całowała go z otwartymi oczami, gdyby przypadkiem jakiś typ chciał go okraść. To jak on czasami nawijał od rzeczy, to naprawdę było niesamowite. Pokręcił głową z dezaprobatą dla ś l e p o t y Caldwell, po czym dał się pociągnąć w tym chyba właściwym kierunku.
Ludzi było od groma. Pełno. Do każdej budki ciągnęły się kolejki, dzieciaki biegały między nogami, a raz po raz oni również o kogoś się obijali. Ciężko było upatrzeć tu kogokolwiek, a już tym bardziej faceta w kapturze.
– Nie no jakie czekaj? Jakie czekaj?! – spojrzał na nią jak na wariatkę i otworzył szerzej oczy. Na co on miał czekać? Aż mu ten typ zawędzi wszystkie rzeczy? Przecież on tam miał mega ważne przedmioty, w tym klucze do kina i schowka, które miał dzisiaj oddać managerce, bo mówiła mu, że to już ostatnia sztuka, a do tego… – Telefon? – poklepał się szybko bo gaciach. Pierwsze z przodu, a zaraz potem z tyłu. Serce już miał na wysokości gardła, ale w ostatniej kieszonce wyczuł coś wypukłego i odetchnął z ulgą. – Telefon mam – wyciągnął go i pokazał Caldwell. Tylko co mu po telefonie? Na policję miał zadzwonić? Przecież i tak nikt nie weźmie go na poważnie, tym bardziej, że byli na festynie, w obcym mieście. Tu nawet nie było kamer, jakiegokolwiek punktu zaczepnego.
– Ja pierdole – westchnął ciężko, przeczesując włosy, czując, jak rezygnacja powoli zalewa jego ciało. Jeszcze próbował rozejrzeć się, dostrzec cokolwiek wokół tych wszystkich ludzi, ale oczywiście na nic. – Nie no, bez sensu – czy to los go pokarał? Charlotte rzuciła na niego jakąś klątwę? Wcale by się nie zdziwił. W końcu jej matka podobno wróżyła z tarota. Może zrobiły mu jakąś laleczkę voodoo i zadźgała ją szpilkami, a teraz Lucasa spotkała kara za świntuszenie z Indie.
Przysiadł na pierwszym, lepszym murku kompletnie zrezygnowany i już chciał wyciągnać rękę do Caldwell, poszukać u niej jakiegoś pokrzepienia albo chociaż zalążku planu co dalej, tylko wtedy, gdzieś z tyłu tuż przy wejściu na kolejkę strachu, jakaś baba się wydarła.
– Ale gdzie pan się wciska bez biletu?! – warknęła głośno. – I rzeczy zostawiamy w szafkach! Bez żadnych plecaków – dodała ostro, a Miller tylko podniósł wzrok na Caldwell. Może los ich jednak tak bardzo nie nienawidził?
Indie Caldwell
A może raczej włosy?
Facet, który zabrał mu plecak wziął go kompletnie z zaskoczenia. Bez-czel-nie wykorzystał moment, kiedy Lucas był zupełnie bezbronny – zamknięty ustami z Caldwell, poddając się tym przeszywającym przez kręgosłup dreszczom i otumaniony przyśpieszonym biciem serca, który wywoływała jej bliskość. Zafiksowany na smaku jej ust i dotyku, który błądził gdzieś po jego karku. Do momentu, aż poczuł, że nie ma plecaka. Może gdyby nie był zjarany, miałby jakąś szybszą reakcję, ale zanim Lucas oderwał się od Indie i namierzył wzrokiem faceta, typ już dawno zdążył zniknąć w tłumie. Dlatego liczył na to, że chociaż ona widziała, w którym kierunku się ulotnił.
– Chyba?! – powtórzył po niej, robiąc wielkie oczy. – No przecież stałaś przodem, to nie patrzyłaś? – tak, na pewno kurwa. Całowała go z otwartymi oczami, gdyby przypadkiem jakiś typ chciał go okraść. To jak on czasami nawijał od rzeczy, to naprawdę było niesamowite. Pokręcił głową z dezaprobatą dla ś l e p o t y Caldwell, po czym dał się pociągnąć w tym chyba właściwym kierunku.
Ludzi było od groma. Pełno. Do każdej budki ciągnęły się kolejki, dzieciaki biegały między nogami, a raz po raz oni również o kogoś się obijali. Ciężko było upatrzeć tu kogokolwiek, a już tym bardziej faceta w kapturze.
– Nie no jakie czekaj? Jakie czekaj?! – spojrzał na nią jak na wariatkę i otworzył szerzej oczy. Na co on miał czekać? Aż mu ten typ zawędzi wszystkie rzeczy? Przecież on tam miał mega ważne przedmioty, w tym klucze do kina i schowka, które miał dzisiaj oddać managerce, bo mówiła mu, że to już ostatnia sztuka, a do tego… – Telefon? – poklepał się szybko bo gaciach. Pierwsze z przodu, a zaraz potem z tyłu. Serce już miał na wysokości gardła, ale w ostatniej kieszonce wyczuł coś wypukłego i odetchnął z ulgą. – Telefon mam – wyciągnął go i pokazał Caldwell. Tylko co mu po telefonie? Na policję miał zadzwonić? Przecież i tak nikt nie weźmie go na poważnie, tym bardziej, że byli na festynie, w obcym mieście. Tu nawet nie było kamer, jakiegokolwiek punktu zaczepnego.
– Ja pierdole – westchnął ciężko, przeczesując włosy, czując, jak rezygnacja powoli zalewa jego ciało. Jeszcze próbował rozejrzeć się, dostrzec cokolwiek wokół tych wszystkich ludzi, ale oczywiście na nic. – Nie no, bez sensu – czy to los go pokarał? Charlotte rzuciła na niego jakąś klątwę? Wcale by się nie zdziwił. W końcu jej matka podobno wróżyła z tarota. Może zrobiły mu jakąś laleczkę voodoo i zadźgała ją szpilkami, a teraz Lucasa spotkała kara za świntuszenie z Indie.
Przysiadł na pierwszym, lepszym murku kompletnie zrezygnowany i już chciał wyciągnać rękę do Caldwell, poszukać u niej jakiegoś pokrzepienia albo chociaż zalążku planu co dalej, tylko wtedy, gdzieś z tyłu tuż przy wejściu na kolejkę strachu, jakaś baba się wydarła.
– Ale gdzie pan się wciska bez biletu?! – warknęła głośno. – I rzeczy zostawiamy w szafkach! Bez żadnych plecaków – dodała ostro, a Miller tylko podniósł wzrok na Caldwell. Może los ich jednak tak bardzo nie nienawidził?
Indie Caldwell