Strona 4 z 8

Jeźdźcy Apokalipsy

: sob mar 21, 2026 10:21 pm
autor: Sergio Martinez
Sergio pękało serce, kiedy widział te wszystkie emocje Alvaro, kiedy słyszał jego łamiący się głos i wszystko, co mówił. Wiedział, że nie powinien się angażować w pracy, nie powinien odczuwać emocji pacjentów - ale Alvaro nie był jego pacjentem, nawet, jeśli w tym momencie tak to wyglądało; a Sergio nie był w pracy Siedział przy stole z przyjacielem i próbował mu pomóc poukładać związek, który - jak teraz było widać - zdecydowanie nie był łatwy, bo tworzyły go dwie pogruchotane psychicznie osoby, które w dodatku nie miały jeszcze czasu na dotarcie się, za to miały swoje wieloletnie przyzwyczajenia, przekonania i naleciałości, które bardzo trudno będzie im ze sobą zgrać. Ale Martinez naprawdę życzył im jak najlepiej i chciał, żeby ułożyli sobie to życie i byli wreszcie szczęśliwi.
Z wdzięcznością powitał dolewkę wina, bo podczas tej rozmowy również dość szybko wypił to, co dostał wcześniej od męża i gdy teraz zobaczył czerwony płyn ponownie w swoim kieliszku, uświadomił sobie, jak bardzo mu go brakowało w tym momencie. Upił łyk i odstawił szkło na stół, patrząc na Salvatierrę.
- Myślę, że skoro do tego doszedłeś, to powinieneś mu to powiedzieć. Niekoniecznie dokładnie w tym momencie, ale powinieneś powiedzieć - powiedział po chwili zduszonym głosem. Z pewnym zaskoczeniem odkrył, że gardło mu się ścisnęło od emocji współodczuwanych z Argentyńczykiem - I... sądzę, że jeśli będziesz miał jeszcze do niego pretensje, o cokolwiek, to mu o tym mów. Tylko - mów, a nie złość się na niego i ironizuj. Kiedy wyszedłeś, on wyglądał na zaskoczonego i nie wiedzącego, o co ci chodzi. Zresztą to powiedział. Komunikuj jasno, co cię boli, byle bez złości, bo jeśli nie będziecie ze sobą spokojnie rozmawiać, to nie może z tego wyniknąć nic dobrego. Rozwiązujcie problemy wspólnie, bez walki, tylko współpracując. Obu wam na sobie bardzo zależy, nie zniszczcie tego sobie swoim wybuchowym temperamentem.
Spojrzał w stronę tarasu, gdzie Tiago stał teraz z pochylona głową, paląc chyba już drugiego papierosa. Sergio przesunął dłoń z ramienia męża na jego kark i zaczął go delikatnie masować. Miał wrażenie, że powoli atmosfera się oczyszcza, że ta rozmowa dużo dała przede wszystkim Alvaro, ale zapewne im wszystkim trzem. Może kiedy Tiago wróci wreszcie do środka, to będzie się dało faktycznie miło spędzić resztę wieczoru - właściwie wiele tu zależało przede wszystkim właśnie od de la Serny, od tego czy zdołał się uspokoić na tym tarasie i od tego, ile tak naprawdę słyszał z tej rozmowy.
Sergio odetchnął i zabrał się w końcu za jedzenie, bo do tej pory, w całym tym zamieszaniu, miał ściśnięty żołądek, ale gdy zdawało się, że wszystko idzie ku lepszemu zapragnął w końcu spróbować tego, co "ten dupek" dla nich ugotował. Musiał przyznać, że faktycznie było pyszne - facet miał przynajmniej jedną dobrą cechę.
No, dobrze, Sergio doskonale wiedział, że miał ich więcej. Właściwie teraz, po tym wszystkim, co powiedział Salvatierra, Martinez był mniej cięty na Kocura, a bardziej mu współczuł.

Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Santiago de la Serna

Jeźdźcy Apokalipsy

: sob mar 21, 2026 10:53 pm
autor: Salazar Martinez
Salazar faktycznie uspokoił się po tym, jak mąż najpierw zwrócił mu uwagę na to, żeby przestał atakować Alvaro, a potem jeszcze usadził go gestem na krześle i wreszcie ułożył mu dłoń na ramieniu, trzymając go w ten sposób dłuższy czas, właściwie podczas całej opowieści Alvaro.
Szybko pożałował swojego wybuchu - domyślał się, z czego on wynikał, czyli z chęci chronienia młodszego brata przed całym złem tego świata, najwyraźniej łącznie z jego przyjacielem. On również chętnie sięgnął po wypełniony winem kieliszek, wciąż nie przeszkadzając im w rozmowie i wciąż pozwalając, by Salvatierra opowiedział o wszystkim, co leżało mu na sercu.
To był jeden z takich momentów, w których Salazar był naprawdę dumny z Sergio; uważał, że dobrze sobie poradził, dając Alvaro wsparcie, którego ten teraz potrzebował, a jednocześnie nie zachowując się jak typowy psycholog - co w sumie mogłoby spłoszyć ich przyjaciela, bo nie każdy człowiek jest gotowy na to, żeby przyjąć pomoc, nawet jeśli jej potrzebuje. Sergio prowadził rozmowę w taki sposób, w jaki rozmawia się z przyjacielem, którego chce się zrozumieć, a nie z pacjentem/klientem, któremu odlicza się czas do wyjścia z gabinetu.
Przymknął na chwilę oczy, gdy poczuł dłoń męża na karku, po czym otworzył oczy i popatrzył na niego z iskierkami miłości i delikatnym uśmiechem na ustach, kładąc mu głowę na ramieniu; nie przeszkadzała mu w tym obecność Alvaro, bo ten też był gejem, to po pierwsze, po drugie - najwyraźniej był w związku z jego bratem, a po trzecie... no, wszyscy znali się chyba na tyle długo i na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że w tym gronie raczej nie należało spodziewać się rozbitego nosa w "podziękowaniu" za to, że rozsiewa się gejozę po świecie, prawda?
- Przepraszam cię, Alvaro, wiesz, że wcale tak nie myślę - odezwał się po chwili, podnosząc głowę z ramienia ukochanego i kładąc dłoń na środku blatu, w taki sposób, żeby Salvatierra miał możliwość odwzajemnić gest, jeśli tylko będzie chciał. Ku uldze Salazara - najwyraźniej miał, bo chwilę później inżynier przykrył jego dłoń swoją własną dłonią, ściskając ją krótko, ale dość mocno.
- A ty, mój profesorku- zwrócił się po chwili do męża; nazywał go tak czasami właściwie odkąd Sergio zaczął nosić okulary, lata temu. - Dziękuję ci za bycie głosem rozsądku. - pogłaskał go czule po policzku i również sięgnął po sztućce i talerz, praktycznie w tym samym czasie, w którym za jedzenie zabrał się wreszcie ALvaro.

Santiago de la Serna Alvaro Salvatierra Sergio Martinez

Jeźdźcy Apokalipsy

: sob mar 21, 2026 11:29 pm
autor: Santiago de la Serna
Do Santiago docierała ta rozmowa - nie w całości, nie wszystko zdołał usłyszeć, zwłaszcza kiedy ktoś ściszał głos, ale najważniejsze elementy słyszał i rzeczywiście to co mówił Alvaro, powoli go trochę uspokoiło. Nie całkiem - ale przypuszczał, że do całkowitego uspokojenia tak czy inaczej będzie potrzebował rozmowy z Salvatierrą. Jemu jednak też w kilku momentach pękło serce, kiedy słyszał to wszystko. Wiedział, że Alvaro na nim zależy, że go kocha, jednak rzeczywiście zaczął mieć wątpliwości co do tego, czy to jest miłość do niego, czy do takiego Tiago, jakiego Alvaro chciał widzieć, skoro dwa razy zrobił mu awanturę o ukrywanie emocji i zaczęło się to po ich wejściu w związek - Santiago zastanawiał się, czy przypadkiem nie chodziło o to, że teraz młody daje sobie prawo do tego, żeby go zmienić, ulepić na swoją modłę, że będzie go trenował do bycia dobrym mężem, jakiego sobie chłopak wymarzył. I w coś takiego zdecydowanie nie chciał się pakować - bo był skłonny starać się dla niego zmienić, zresztą próbował to robić; ale nie za wszelką cenę i nie nagle. Nie był w stanie zmienić się nagle i zacząć okazywać wszystkich swoich uczuć i słabości; jak również - nie był w stanie okazywać ich każdemu. Kiedy wyszedł na papierosa, poważnie zastanawiał się nad rozmową o rozstaniu, jeśli to by miało tak wyglądać. Zdawał sobie sprawę z tego, że obaj by to bardzo źle przeżyli, ale jednocześnie nie miał sił na tego typu walki. Zaczynał już sądzić, że faktycznie zupełnie nie nadaje się do jakichkolwiek związków - nawet tych, które zdawały się być na z góry wygranej pozycji, bo przecież miłość trwała latami, a nawet dziesięcioleciami. Nawet tu szybko okazało się, że jednak się nie nadaje, że jest za bardzo sobą i to jest nie do zniesienia. Wściekłość powoli przerodziła się w nim w rozpacz, przyszły mu do głowy myśli o tym, żeby po prostu definitywnie zakończyć to wszystko i nie sprawiać nikomu więcej kłopotu swoją osobą. Zaczął żałować, że nie zrobił tego wcześniej, zanim ktokolwiek dowiedział się o jego dalszej egzystencji - pluł sobie w brodę, że nie miał do tego siły wcześniej i musiał po raz kolejny namieszać w życiu ludzi, których kochał po prostu samym tym, że istniał.
Nie chciał umierać, bał się tego, ale jednocześnie w tym momencie wiedział, że to już długo nie potrwa, że tylko będzie słabł (chyba, że ta fantastyczna terapia zadziała - tylko po co?); ale teraz też nie chciał już dłużej żyć.
Stał, gapiąc się w niebo, w odległe światła miasta, w światło latarni wokół którego zbierały się pierwsze w tym roku owady i żegnał się z tym wszystkim, powoli dojrzewając do tego, żeby po prostu zniknąć w odpowiednim momencie, tak, żeby przynajmniej tym nie sprawić nikomu kłopotu.
Przemknęło mu przez głowę, że takie myśli oznaczają użalanie się nad sobą, że nie ma prawa tak myśleć, nie ma prawa odczuwać tego bólu, ale z drugiej strony dosłownie nie widział dla siebie jakiejkolwiek przyszłości i jej sensu, skoro był takim wrzodem na tyłku i skoro nie umiał nawet utrzymać związku z kimś, kto kochał go od lat, a chwilę po wejściu wreszcie w związek jednak miał go wyżej uszu. I owszem, słyszał to, co mówił Alvaro - że go kocha, że mu zależy; ale to łamało Santiago jeszcze bardziej, bo czuł, że na to nie zasługuje, skoro jednocześnie tak bardzo wyprowadza Salvatierrę z równowagi swoją osobowością.
Po chwili odwrócił lekko głowę w stronę salonu, gdy usłyszał, że być może to jego maskowanie tak bardzo zaczęło denerwować Alvaro, bo wcześniej Tiago udawał, że nie żyje - i to było dla Kocura jak olśnienie. Tak, może o to chodziło, skoro Alvaro sam to powiedział. Czyli tak naprawdę sedno nie tkwiło w samym ukrywaniu uczuć i emocji jako takim, tylko w strachu, co może się za nimi kryć, skoro już raz nikt nie zauważył u niego myśli samobójczych i tego, że jest chory.
Łzy stanęły mu w oczach, kiedy usłyszał, jak Alvaro mówi, że Tiago chciałby, żeby chłopak zapamiętał go takim, jakim był kiedyś, żeby pamiętał tę studniówkę i żeby nie miał nigdy przed oczami widoku tego, jak Kocur upada. Tak, tego chciał, ale już nie cofnie tego widoku sprzed oczu Palermo. I tak bardzo chciałby wrócić teraz do tamtych czasów, do tej studniówki, do momentu, jak wszedł do sali ubrany w swój najlepszy smoking, jak zatańczył z tym dzieciakiem, jak cała sala się na nich gapiła...
Odetchnął głęboko kilka razy, starając się powstrzymać te łzy, które na szczęście nie były na tyle silne, żeby móc wypłynąć z jego oczu - może więc kiedy wróci do salonu, nikt nawet nie zauważy śladu po nich. Chociaż nie był tego wcale taki pewien, bo gardło też ścisnęło mu się kilka razy na tyle mocno, że nie mógł złapać tchu przez jakiś czas. Wreszcie jednak rzucił niedopałek do popielniczki, przetarł twarz dłońmi, znów odetchnął i wrócił do środka. Usiadł ciężko obok Alvaro i napił się wina, mając nadzieję, że jego oczy nie są zaczerwienione i wilgotne (były). Nie bardzo wiedział, co powiedzieć, obawiał się również na kogokolwiek spojrzeć. Nie był pewien, czy jeśli teraz spróbuje zmienić temat, to znów nie zrobi czegoś, co kogoś innego może rozwścieczyć, więc siedział, patrząc w wino w swoim obracanym w palcach kieliszku, odchylony na oparcie krzesła, z jedną ręką zarzuconą poza nie.
- Chciałbym móc nie wyrzucać z siebie wszystkiego - zaczął wreszcie ochrypłym głosem, wciąż nie podnosząc wzroku z kieliszka - Mogę? Jest to dla mnie trudne, nie chcę okazywać słabości i teraz, kiedy to mówię, czuję, że już i tak dostatecznie ją okazuję.

Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez

Jeźdźcy Apokalipsy

: ndz mar 22, 2026 12:24 pm
autor: Alvaro Salvatierra
Alvaro również nie odbierał tego jako rozmowy z psychologiem, choć de facto po części tym właśnie ta rozmowa była; dla niego po prostu była to rozmowa z kimś, kogo chyba uważał za swojego przyjaciela, nawet jeśli zwykle mieszkali daleko od siebie i nie widywali się zbyt często. Salazara zresztą też uważał za swojego przyjaciela, a to, że chwilę temu na niego naskoczył nie zmieniało tego faktu. Salvatierra nie zamierzał chować zbyt długo urazy, w ogóle nie zwykł tego robić na dłuższą metę i dość szybko wybaczał różne rzeczy różnym osobom. Tak czy inaczej, na rozmowę z psychologiem prawdopodobnie by się nie zdecydował, a rozmowa z Sergio wyniknęła głównie z tego, że ten wydawał się szczerze zatroskany, a Palermo z kolei był na granicy wytrzymałości i potrzebował się komuś wygadać. I dobrze, że to zrobił, bo dzięki tej wymianie zdań doszedł do paru rzeczy, zrozumiał co niego i chyba teraz trochę mniej nienawidził samego siebie i swojej głowy.
Gdy Salazar położył dłoń na blacie, wyciągając ją w jego stronę, Alvaro pokręcił głową i uśmiechnął się lekko pod nosem, po czym przykrył jego rękę swoją, ściskając ją.
- Estúpido - mruknął pod nosem, wciąż jednak uśmiechnięty.
Czuł ulgę. Teoretycznie nie zrobił nic takiego, nic wielkiego się nie wydarzyło, bo była to tylko zwykła rozmowa między przyjaciółmi, ale poukładała mu sporo w głowie. Po chwili zastanowienia wyciągnął drugą rękę i położył ją na przedramieniu Sergio, uśmiechając się do niego ciepło.
- Gracias, hermanito.
W końcu puścił ich obu, pozwalając tym samym, by zabrali się za jedzenie, co sam również uczynił. Teraz jadło mu się jakoś... lżej. Oderwał się od indyka dopiero w momencie, gdy Santiago wrócił z papierosa i usiadł na swoim miejscu. Wciąż trzymał widelec w dłoni, ale skupił wzrok na swoim przyjacielu, mając przy okazji wrażenie, że w oczekiwaniu na to, co ten powie, na moment zatrzymało mu się serce. Zauważył te wilgotne i czerwone oczy, zapewne podobne teraz do jego własnych, ale nie zamierzał tego komentować.
- Możesz - odpowiedział tylko krótko, znów powstrzymując się przed dotknięciem go; wykonał co prawda gest, jakby chciał odgarnąć mu kosmyk włosów z oczu, ale cofnął rękę w porę przed tym, jak go faktycznie dotknął. Odchrząknął krótko i sięgnął po swój kieliszek, chyba głównie po to, żeby zająć czymś usta i ręce, żeby aż tak nie ciągnęło go do kontaktu fizycznego. Wiedział, że z tym też ma jakiś problem, bo czasem czuł, że wręcz musi być jak najbliżej Santiago, że musi czuć go przy sobie, dotykać jego skóry, obejmować go... zupełnie jakby potrzebował tego, jako formy zapewnienia, że ten jest obok i nie zniknie.

Santiago de la Serna Salazar Martinez Sergio Martinez

Jeźdźcy Apokalipsy

: ndz mar 22, 2026 12:40 pm
autor: Sergio Martinez
Sergio uśmiechnął się połową ust, kiedy Salazar mu podziękował za "bycie głosem rozsądku".
- Nie sądzę, że to głos rozsądku, tylko po prostu rozmowa - odpowiedział i posłał ciepły uśmiech Alvaro.
Zerknął na złączone dłonie męża i chłopaka i jego uśmiech się poszerzył.
- Grzeczni chłopcy - skomentował, a w jego głosie słychać było żart. Atmosfera bezsprzecznie się oczyściła, Sergio czuł się, jakby z serca, głosy i ramion zdjęto mu ogromny ciężar - a skoro on tak się czuł mimo, że sytuacja teoretycznie nie dotyczyła jego, to co dopiero musiał czuć teraz Alvaro? Choć z drugiej strony być może on jeszcze nie czuł się tak całkowicie uwolniony do tego ciężaru, bo wciąż nie odbyła się żadna rozmowa z Santiago. To jeszcze ich czekało i wisiało nad nimi jak czarna chmura gradowa - ale Sergio sądził, że przynajmniej dzięki temu, co zostało powiedziane pod nieobecność Tiago, pomoże im łatwiej tę sytuację rozwiązać.
Gdy Alvaro dotknął jego przedramienia, Martinez przykrył ją swoją dłonią, chcąc mu w ten sposób okazać wsparcie i dać do zrozumienia, że Alvaro może mu się wygadać, jeśli będzie tego potrzebował.
- Siempre - odpowiedział na jego podziękowanie.
Trochę się spiął, kiedy Santiago wrócił z papierosa - nie był pewien co teraz siedziało mu w głowie i ile słyszał z całej tej rozmowy, nie był pewien, w jakim nastroju de la Serna wrócił, a znając go, mógł nadal być bojowo nastawiony. Ostatecznie bywało, że darł się, czasem rzucał rzeczami... Dobrze, że przynajmniej Martinez nie widział go, kiedy Tiago dowodził napadami i potrafił tak się wkurzyć na kogoś, że do niego celował z broni.
Kiedy mężczyzna się odezwał i powiedział, że nie chce nic z siebie wyrzucać, bo to dla niego trudne, Sergio kiwnął głową.
- Możesz - zgodził się z Alvaro - Choć przyznam, że moim zdaniem wciąż lepiej rozwiązać tę sprawę teraz, żeby nad wami nie wisiała. A to, że masz jakieś słabości, nie świadczy o tobie ani dobrze, ani źle. To, że coś cię zabolało, nie jest słabością. Lepiej jest się komuś wygadać i wyrzucić z siebie to, co leży na sercu, niż tłumić to w sobie i upychać wciąż i wciąż w jakiejś szufladce na dnie. Ona ma ograniczoną pojemność i kiedyś wszystko się z niej wysypuje, najczęściej w najmniej oczekiwanym i najmniej odpowiednim momencie. I kiedy się wysypie, to może działać jak tsunami i zmieść wszystko z powierzchni Ziemi. Zastanów się nad tym, Tiago. Ale tak, możesz nic nie wyrzucać, możesz schować przed nami swoje emocje, jeśli tak wolisz, nie będę cię do niczego zmuszać.
Rzeczywiście nie chciał go do niczego zmuszać ani namawiać - w całej tej przemowie chodziło mu wyłącznie o to, żeby Santiago zrozumiał, że ma prawo odczuwać różne rzeczy i ma prawo o nich mówić.

Santiago de la Serna Salazar Martinez Alvaro Salvatierra

Jeźdźcy Apokalipsy

: ndz mar 22, 2026 1:10 pm
autor: Salazar Martinez
Salazar parsknął śmiechem, słysząc, że on i Alvaro to "grzeczni chłopcy", ale postanowił tego nie komentować; posłał jedynie mężowi niby zirytowane, ale w rzeczywistości raczej rozbawione spojrzenie, odwzajemniając gest Salvatierry i ściskając jego dłoń.
On również niemalże fizycznie poczuł jak coś ciężkiego spada mu z serca i żołądka, ale też z ramion, z karku i ogólnie z całego ciała, które do tej pory pozostawało napięte. Jemu też udzielił się ból Alvaro, gdy ten opowiadał, podobnie jak jego mężowi. Na pewno miało na to wpływ to, że znał Alvaro od wielu lat, bo na pewno ponad dwadzieścia - bliżej trzydziestu właściwie, można więc powiedzieć, że chłopak był w jego życiu praktycznie od swojego dzieciństwa i połowę życia Salazara, więc był z nim zżyty, przywiązany do niego i traktował go trochę jak swojego młodszego brata.
Mimo bólu, który współodczuwał razem z nim podczas jego opowieści, cieszył się, że Palermo wyrzucił to z siebie i uważał, że tak będzie dla niego lepiej - że teraz będzie w stanie poukładać sobie w głowie pewne kwestie i nawet jeśli jego uparty jak osioł braciszek wciąż będzie zamknięty w sobie i nie będzie dopuszczał żadnych ludzkich odruchów do siebie, to przynajmniej Alvaro będzie to wszystko lepiej znosił i może dzięki temu nie rozstaną się, nie trzasną sobie drzwiami przed nosem i nie pokłócą się na śmierć. Nie chciał tego, bo życzył im obu jak najlepiej, zwłaszcza wiedząc, jak bardzo zawsze się kochali - choć do tej pory miłość Santiago do Alvaro odbierał raczej jako miłość do młodszego brata, więc wyobrażał sobie, że ten kochał młodego tak, jak Salazar kochał Santiago. Skoro jednak dojrzeli wreszcie do tego, żeby być razem - a właściwie: że Santiago dojrzał - to życzył im, żeby byli szczęśliwi, a nie kłócili się o rzeczy, na które właściwie obaj nie bardzo mieli wpływ.
- Nie musisz wyrzucać z siebie wszystkiego, ale możesz wyrzucić chociaż część; taką, którą chcesz się podzielić, a która nie nadwyręży jakoś bardzo twoich granic - dodał po chwili do tego, co powiedział Sergio, już po powrocie Santiago z papierosa. Przyglądał się bratu z troską, naprawdę chcąc dla niego jak najlepiej i pragnąc, by temu było choć trochę lżej na duszy. - Nie musisz też dzielić się niczym, Sergio ma rację, ale... ma też rację w tym, że jeśli nikomu nie mówisz o czymś, co jest dla ciebie trudne i jeśli wszystkie negatywne emocje kumulujesz w sobie, spychając je gdzieś głęboko, to one w końcu się uwolnią. - westchnął cicho, upijając łyka wina, po czym dodał jeszcze, nieco ciszej. - Wierz mi, przerabiałem to. Byłem w momencie życia, w którym wszystko denerwowało mnie do tego stopnia, że wybuchałem przy dosłownie drobnym problemie, który nawet mógł nie być problemem, ale dla mnie urastał wtedy do wagi czegoś nie do przeskoczenia. Wydzierałem się na wszystkich, o wszystko potrafiłem zrobić awanturę... - popatrzył z żalem na swojego męża. - I wiem, że gdybym w końcu nie poszedł z kimś o tym pogadać - celowo wolał nie użyć słowa "psycholog" w swojej wypowiedzi. - to mimo całej swojej miłości do mnie Sergio po prostu by ze mną nie wytrzymał.

Santiago de la Serna Alvaro Salvatierra Sergio Martinez

Jeźdźcy Apokalipsy

: ndz mar 22, 2026 1:33 pm
autor: Santiago de la Serna
Słysząc to wszystko, Santiago powiódł wzrokiem po zebranych, na chwilę zatrzymując spojrzenie na każdym z nich. Wreszcie wyciągnął z kieszeni elektronicznego papierosa, pociągnął i wypuścił dyn, siedząc teraz już prosto - zdjął rękę z oparcia krzesła i wyglądał teraz jak mafioso planujący egzekucję. Oparł łokcie na stole, jedną dłoń zwinął w pięść, przykrywając ją drugą i przycisnął je do ust, wciąż patrząc na mężczyzn. Mięsień na jego szczęce drgał nerwowo.
- Czyli chcecie posłuchać o tym, co mnie boli - odezwał się jakiś czas później, patrząc teraz głównie na Sergio i Salazara - o tym, co mi siedzi na sercu; chcecie posłuchać, jak się nad sobą użalam i jaki jestem biedny? - w jego głosie nie było słychać ataku ani ironii, był dość spokojny, ale lekko jeszcze drżący z powodu niedawnych emocji, które z niego jeszcze nie zeszły, właśnie dlatego, że on się nie wygadał i nie oczyścił własnej atmosfery. Nadal miał przed tym bardzo duże opory, nie bardzo wiedział nawet, co i jak miałby teraz powiedzieć, bo nie umiał mówić o uczuciach, nie zawsze nawet potrafił je nazwać i uświadomić sobie, co czuje - Czy może uważacie, że powinienem pójść do psychologa? - przy tym pytaniu spojrzał w oczy bratu. Przez cały czas miał usta zakryte tymi zwiniętymi dłońmi, muskając je wargami - Nie pójdę do psychologa. I cokolwiek by mnie nie bolało, to myślę, że nie powinienem o tym opowiadać, zwłaszcza ludziom, których skrzywdziłem. Przepraszam was za wszystko, co wam zrobiłem, najbardziej za to ukrywanie, że przeżyłem la mierda el tunel. Ale Salazarowi i Alvaro mówiłem już, dlaczego to zrobiłem i wierzę, że Sal przekazał to później tobie, Sergio. Alvaro zresztą teraz też o tym mówił. Nie wiem, na ile to, co zrobiłem jest dla was zrozumiałe, ale mam nadzieję, że mimo wszystko akceptujecie to. Albo... jeśli nie, jeśli macie jakieś pytania, to mogę na nie odpowiedzieć, żeby pomóc wam to zrozumieć i zaakceptować.
Mimowolnie przed oczami znów stanęły mu te sceny z tunelu, to, jak odpędzał od siebie Alvaro, jak cholernie się o niego bał i jak bardzo był przerażony, kiedy wreszcie zobaczył policjantów i zaczął do nich strzelać, trzymając w dłoni detonator i czekając, aż wejdzie tam odpowiednio dużo ludzi, żeby wyrządzić jak największe szkody. Jak bał się nacisnąć ten pieprzony przycisk, ale był zdeterminowany, żeby to zrobić, bo nie widział innego rozwiązania ani własnej przyszłości.
Te wspomnienia odbiły się na jego twarzy, w opuszczonych teraz oczach, w zwiniętych wciąż w pięść dłoniach przyciśniętych mocno do ust, w zmarszczonych brwiach i zaciśniętych mocno zębach.
- Tak czy inaczej, czasu nie cofnę, więc mogę jedynie was przeprosić za ten ból. Jeśli nie jesteście w stanie tego przyjąć, to też zrozumiem.

Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez

Jeźdźcy Apokalipsy

: ndz mar 22, 2026 2:06 pm
autor: Salazar Martinez
Salazar zacisnął na moment szczęki, a mięśnie na jego żuchwie zadrżały podobnie, jak u Santiago. Cieszył się, że oddziela ich od siebie zastawiony jedzeniem i winem stół, bo inaczej zdzieliłby go podobnie, jak te parę dni temu, gdy tu przyjechał - z tą różnicą, że może teraz dla odmiany celowałby raczej w nos.
- En primer lugar, hermano: nadie dijo que tuvieras que sentir lástima por ti mismo. - zaczął, siląc się na spokój i chyba w miarę mu się to udawało, bo panował nad głosem na tyle, żeby go nie podnosić, żeby nie krzyczeć i żeby powiedzieć rzeczowo wszystko to, co chciał powiedzieć, a nie robić tutaj przy stole kolejną awanturę. Swoją drogą, nawet nie zauważył, że przerzucił się na chwilę na hiszpański, ale to był jego rodzimy język, w nim zwykle myślał i w nim czuł, więc chyba samo mu się tak zrobiło, gdy odczuwał silne emocje. A teraz, patrząc na brata, który jak zwykle był pieprzonym gburem i na Alvaro, który siedział teraz z widelcem w jednej dłoni i kieliszkiem w drugiej, z opuszczoną głową i wyglądając, jakby kompletnie nie wiedział co zrobić i jakby znów był na granicy płaczu, znów odczuwał silne emocje.
- Po drugie, nikt nie każe ci iść do psychologa, bo wszyscy wiemy, że tego nie zrobisz - prychnął krótko, mimowolnie; jakby się nie starał być spokojny, to głos i tak mu drżał. - Nie zrobisz tego, chociaż owszem, potrzebujesz psychologa; ja wiem dlaczego, bo mieliśmy wspólnego ojca, mój mąż również wie, bo jest moim mężem i uważam, że powinien wiedzieć takie rzeczy. Nie wie tylko Alvaro, bo najwyraźniej według ciebie nie musi wiedzieć zbyt dużo. Powinien być jak jedna z twoich pięciu żon, tak? Cicha, dystyngowana, zawsze uśmiechnięta, zawsze u twojego boku, zawsze znosząca twoje humory i dostosowująca się do tego, jaki jesteś. Powinien się zmienić, dostosować się do tego, czego ty potrzebujesz, powinien być cichutki i ułożony, nie powinien też okazywać swoich własnych emocji, bojąc się, że jeśli to zrobi, to znów powiesz, że skoro ma się tak zachowywać, to może lepiej powinniście zostać przyjaciółmi, a on powinien się wynieść. - nie zauważył, że noga zaczęła mu lekko podskakiwać, a kciuk lewej dłoni znalazł się pomiędzy jego zębami; przygryzał go, żeby się uspokoić, ale niestety nie bardzo pomagało.
- Z tego co pamiętam to wciąż jesteś jeszcze żonaty, więc może zadzwoń do niej, hm? Może przyjedzie i będzie twoją ozdóbką bez własnego zdania i własnych myśli? Jak ona miała na imię..? A, wszystko jedna, i tak wszystkie były takie same. - parsknął krótko i machnął ręką, po czym popatrzył na Sergio; spodziewał się, że ten zaraz znów go uspokoi i usadzi, ale musiał przynajmniej wyrzucić z siebie to, co budziło w nim teraz zachowanie brata. - Nikt nie oczekuje, że będziesz nas przepraszał. Myślę, że liczyliśmy... a właściwie najbardziej Alvaro, bo to on jest głównym zainteresowanym, że przynajmniej spróbujesz wykonać tę tytaniczną pracę, którą on wykonał chwilę temu. Ale może w twoim mniemaniu nie musisz, hę? Może to tylko w nim jest problem i faktycznie on powinien się zmienić i dostosować do ciebie, a ty nie musisz robić nic i nikt nie ma prawa oczekiwać od ciebie chociażby odrobinę... nie wiem, kurwa, przyzwoitości. - opuścił głowę i pokręcił nią, znów sięgając po swój kieliszek. - Przepraszam, nie powinienem tego mówić, nie powinienem cię atakować, powinienem pozwolić ci żyć w przeświadczeniu, że jesteś biedny i skrzywdzony i wszyscy dookoła się na ciebie uwzięli, ale nie mogę patrzeć na to, że robisz temu chłopakowi to, co przerabiałeś już pięć razy, w każdym swoim małżeństwie. Santiago, na miłość boską, nie rozumiesz, że chcemy dla ciebie dobrze? Że chcemy twojego szczęścia? - upił parę łyków i odstawił kieliszek na stół. - Mówiłeś, że jesteś z nim szczęśliwy. Widziałem to w twoich oczach. Dlaczego robisz wszystko, żeby odszedł? - przełknął ślinę, widząc kątem oka, jak Palermo prostuje się na krześle i wstrzymuje oddech. - Bo wiesz o tym, że właśnie to robisz, prawda? Widzisz to? Oczywiście, że widzisz, bo jesteś inteligentnym facetem. Uważasz, że będzie mu lepiej bez ciebie, tak? Dlatego dążysz do tego, żeby cię znienawidził i zostawił?

Santiago de la Serna Alvaro Salvatierra Sergio Martinez

Jeźdźcy Apokalipsy

: ndz mar 22, 2026 2:24 pm
autor: Santiago de la Serna
Santiago przez cały czas tego wywodu Salazara siedział w tej samej pozycji: z przyciśniętymi do ust dłońmi, cały sztywny i napięty. Jego klatka piersiowa coraz ciężej unosiła się i opadała z każdym oddechem, ale poza tym Tiago się nie poruszył. Patrzył jedynie na brata, piorunując go wzrokiem. Po tym, gdy Salazar skończył mówić, Tiago jeszcze dłuższy czas siedział w ten sposób, czując znów buzującą w nim złość i próbując ją uspokoić. Chciał zacząć wrzeszczeć, pokłócić się z bratem - i był pewien, że wtedy do tej kłótni włączyłby się również Alvaro. Czuł się też niesłusznie oskarżany w tym momencie, bo nie czuł, żeby teraz zrobił czy powiedział coś złego, nie atakował nikogo, tylko próbował wytłumaczyć, co czuje. Właśnie chciał się przed nimi choć trochę otworzyć, chciał spróbować. Być może w takim razie zrobił to w zły sposób, może Sal nie rozumiał, co się do niego mówi... a może po prostu nie powinien próbować.
Nie czuł też, że Alvaro powinien się do niego dostosować w każdym szczególe, że powinien po prostu być taki, jak Tiago oczekuje. Uważał to oskarżenie za całkowicie niesłuszne i niesprawiedliwe, bo nigdy nie próbował zmusić Alvaro do zaakceptowania go takim, jaki jest i przede wszystkim do dostosowania się do niego w każdym możliwym aspekcie. Tym bardziej to było według niego niesłuszne, że przecież próbował się przed nim otwierać, próbował się dla niego zmienić. W tym momencie jednak czuł, że ta ciężka, ogromna brama, którą uchylił, znów się zamyka dzięki jego braciszkowi. Oprócz chęci wrzeszczenia, chciało mu się również płakać i miał ochotę rzucić wszystko i po prostu sam odejść. Ponownie naszły go myśli o tym, żeby zostawić ich wszystkich w spokoju i usunąć największy problem ich życia: siebie.
- Tak, uważam, że będzie mu lepiej beze mnie - odpowiedział w końcu cicho, drżącym i lekko łamiącym się głosem - ale nie dążę do tego, żeby mnie znienawidził. To miło, że tak mnie odbierasz.
Przełknął z trudem ślinę, mając ochotę wstać od tego stołu i sobie gdzieś pójść i nigdy nie wrócić. Jego zaczerwienione wcześniej oczy teraz stały się jeszcze bardziej czerwone, ale jeszcze nie pojawiły się w nich łzy - zdołał je na razie powstrzymywać. Nie do końca rozumiał, skąd się wziął ten atak, ale skoro cokolwiek by nie zrobił i nie powiedział, to słyszał tylko krzyki i ataki, to zamknął się i nie miał ochoty mówić nic więcej. Nie chciał wywoływać tu awantury, dlatego obawiał się teraz powiedzieć cokolwiek więcej. Nie bardzo wiedział, czego Sal od niego oczekuje i co miałby powiedzieć, żeby było dobrze.

Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez

Jeźdźcy Apokalipsy

: ndz mar 22, 2026 2:49 pm
autor: Alvaro Salvatierra
Alvaro przyglądał się temu wszystkiemu z bólem, nie bardzo rozumiejąc w jaki sposób właściwie doszło do tych oskarżeń. Skąd się to nagle wzięło Salazarowi? Dlaczego robił Santiago wyrzuty o coś, co go przecież nie dotyczyło? I w czym to miało pomóc, w jaki sposób miało to sprawić, że Santiago się otworzy i będzie chciał się z nimi czymkolwiek dzielić?
Odłożył w końcu widelec, napił się wina i odstawił też kieliszek, po czym skrzyżował ramiona na piersi, patrząc to na Santiago, to na Salazara, czasem zerkając też na Sergio wzrokiem mówiącym mniej więcej "zrób coś ze swoim mężem, bo to się źle skończy".
- To było... niepotrzebne - odezwał się w końcu cichym, choć nieco drżącym głosem, patrząc teraz prosto na Sala. Nie wyglądał na zdenerwowanego, zezłoszczonego czy coś w tym stylu, raczej po prostu na smutnego. Przede wszystkim zabolało go to, że Santiago został przez brata niesłusznie zaatakowany i to, że do tego ataku posłużył się de facto nim.
- Nie podoba mi się, że wyżywasz się na Tiago i nie podoba mi się, że powołujesz się przy tym na mnie. Nie mieszaj mnie w to, bo nie wiesz o czym mówisz. - poruszył się na krześle, jakby szukał lepszej, wygodniejszej pozycji, koniec końców zakładając nogę na nogę i wtulając mocniej plecy w oparcie, wciąż z rękoma skrzyżowanymi na piersi. - Ani nie czuję, że wymaga się ode mnie, żebym się do kogokolwiek dostosował, ani zmienił, ani tym bardziej nie widzę, żeby Santiago robił wszystko, żebym go zostawił i znienawidził. - pokręcił głową, wciąż ze smutkiem, odchylając się nieco na krześle.
W trakcie jego wypowiedzi dobiegł do nich płacz dziecka, coraz głośniejszy i coraz bardziej domagający się przytulenia, więc Alvaro podniósł się z krzesła i ruszył w kierunku pokoiku, w którym znajdował się mały. Wyjął go z łóżeczka, biorąc na ręce i przytulił do siebie, kołysząc lekko, żeby młody się uspokoił. Na szczęście Tiago chyba po prostu przebudził się z drzemki i odkrył, że jest sam, co mu się nie spodobało, bo gdy tylko znalazł się na rękach u Palermo, to momentalnie się uspokoił. Alvaro wrócił więc do zgromadzonych przy stole; nie było go raptem minutę, więc pozwolił sobie kontynuować wcześniejszą wypowiedź, tym razem z młodym na rękach.
- Nie podoba mi się też, że oceniasz nas związek, chociaż nic o nim nie wiesz i nikt cię o to nie prosi. Ja nigdy nie wtryniałem się w twoje małżeństwo z Sergio i nie sądzę też, żeby Santiago to robił. Proszę więc, żebyś ty również tego nie robił, bo nie wiesz nic o naszym związku, a ja naprawdę nie życzę sobie, żebyś powoływał się na mnie i moje dobro, żeby sobie pokrzyczeć na mojego faceta.
Alvaro zajął swoje miejsce, sadzając sobie młodego na kolanach; dziecko było w tym wieku, że siadało już, gdy mogło się o coś oprzeć, więc teraz było oparte o brzuch Palermo. Mały Tiago machał łapkami i coś gaworzył, wyciągając rączki do Santiago. W pewnym momencie też dało się zrozumieć dopominające się uwagi "da-da!" z jego ust, gdy młody stwierdził, że Santiago zbyt długo go ignoruje.

Santiago de la Serna Sergio Martinez Salazar Martinez