Strona 4 z 4

Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają!

: śr maja 20, 2026 8:54 am
autor: Archie Miller
O mamuniu…
Nie potrafił i nawet nie próbował ukryć tego jakie odczucia mu serwowała, gdy przyjemne dreszcze przeplatały się z niepożądanym bólem. Zresztą tego nawet nie dało się kontrolować. On przestał się kontrolować, kiedy tak leżał pod nią całkowicie obezwładniony przez ból, przez szok i przez ten ciepły przyjemny dotyk.
Ileż on by dał, by na moment jeszcze wrócić do tej chwili, w której leżeli na podłodze i cała reszta nie miała żadnego znaczenia. Rozmarzone oczy wbił w przyjaciółkę tak jakby to on był na fazie po kilku drinkach, a nie ona.
Co ta adrenalina robi z człowiekiem!
Oj dużo by dał… dużo, by tylko te jej delikatne dłonie jeszcze przez chwilę bezczelnie eksplorowały mu ciało pod koszulką. Niby to badawczo i kontrolnie, a jednak z czułością, której prawdopodobnie pragnął od dawien dawna, a po tym wydarzeniu pragnąć będzie jeszcze bardziej.
Teraz jednak zamiast czułego dotyku Abby musiał znosić poklepywanie Hanka Hendersona, który jak się okazało miał sporo krzepy jak na swój wiek, bo Archie o mało nie wypluł płuc… no dobra, może niekoniecznie to mu groziło, ale o mały włos się nie popłakał jak dziecko, bo nagle wszystkie wcześniejsze przyjemne doznania zniknęły pod falą nieprzyjemnego - dla odmiany - prądu, który przeszył mu plecy. Grymas wtargnął na jego twarz, gdy dzielnie próbował utrzymać pion i udawać, że wszystko gra bajerując przy tym Abby, że pora się już brać.
Nie, nie, nie, nie…
Głos Abby zadźwięczał mu w uszach. Powinien przewidzieć, że tym razem się mu nie da, huh? Nawet pomimo alkoholowego upojenia nie potrafiła wyzbyć się zawodowego powołania. Nawet Hank słysząc to jej nie, nie, nie… zamarł z ręką w powietrzu, jakby dostał burę od swojej śp. matki, za co akurat Archibald był niezmiernie wdzięczny. Zacisnął usta próbując się nie roześmiać, bo co jak co, ale Abby Wallace w tym swoim lekarskim amoku wyglądała uroczo i zabawnie jednocześnie. Szczególnie gdy opowiadała z przejęciem o SOR-ze i rezonansie, aż uniósł brew gapiąc się w te jej przejęte ślepia i uśmiechając się pomimo rwącego bólu. Kiedy wbiła w niego te swoje niebieskie ślepia, pytając co się tak gapi, Archie tylko przewrócił oczami, ale wilgoć pod rzęsami bezlitośnie zdradzała, że jeszcze chwilę wcześniej bardzo cierpiał. Pomimo jej mądrego wywodu i naprawdę dokuczliwego bólu nie zamierzał dać za wygraną. SOR brzmiał jak wyrok śmierci z n u d ó w, a poza tym nie miał żadnych szans w zestawieniu z nocą spędzoną pod nadzorem przejętej Wallace, szczególnie po tym wszystkim czego doświadczył na parkiecie.
To było silniejsze od niego.
Zdecydował.
Nim jednak zdążył to ogłosić ona pogroziła mu palcem, który niefortunnie wylądował pod jego pachą i odeszła, a Archie wraz z Hankiem odprowadzili ją wzrokiem. Oboje stali nie kryjąc swojego uznania. — Masz świętą rację, Hank — przytaknął i gdyby tylko stał nieco bliżej pani Henderson pewnie też zarobiłby kuksańca w bok. — Najlepsza z możliwych — powiedział pod nosem już bardziej do siebie obserwując jak wraca do nich targając ze sobą kurtki, a jej zawzięta mina sprawiła, że tylko podniósł ręce w geście poddania się… nie całkowitego, ale jednak.
Dobra, wygrałaś! — obwieścił, ale by nie cieszyła się za bardzo szybko dodał. — Tylko wybieram opcję numer dwa — wyszczerzył zęby uśmiechając się radośnie. — Zresztą zobaczysz rano, że jedyne czego będę potrzebował to kilka jajek sadzonych i litr czarnej kawy, a nie rezonans — taaa, marzenie! Jeszcze będzie błagał o to dmuchane kółko.
— Czekajcie dzieciaki! — zawołała nagle pani Henderson i podeszła do swojej torebki wyciągając z niej małe metalowe pudełko z czerwonym drapieżnikiem na wierzchu i zagadała do Trevora, który wcisnął jej do rąk frytki… a raczej torbę mrożonych frytek. — Masz, maść tygrysia. Taka prawdziwa i mocna, Hanka zawsze stawia na nogi. Tylko smaruj ostrożnie bo pali jak samo piekło — ostrzegła wciskając do rąk Abby małe pudełeczko, a Archiemu ładując do rąk paczkę mrożonych frytek. — A to na drogę, zrób sobie okład — chyba nie miał nic do gadania, co nie? Przygarnął frytki i spojrzał na starsze małżeństwo z jakimś takim cichym uznaniem. — Hank — podał mu dłoń ostrożnie, jakby bał się, że starszy pan miał krzepy za dwóch i zaraz go przyciągnie, by znów poklepać po plecach. — Dziękuję za profesjonalną pionizację pacjenta — wyznał i uściskał ostrożnie Panią Henderson, która jeszcze zawołała do Abby na odchodne. — Dbaj o niego i kup mu więcej lodu na tyłek!
Ewakuacja do taksówki okazała się cięższa niż przypuszczał, a przeciez jeszcze chwile wcześnej zapierał się, że pojedzie samochodem. Kiedy ich taryfa podjechała miał wrażenie, że właśnie stanął przed najtrudniejszym życiowym wyzwaniem: jak wsiąść na tylną kanapę i nie zacząć ryczeć przy kobiecie. Jak się okazało to nie było wcale najgorsza część tej podróży, bo typ prowadzący taxi, które wcale nie było relaxy, wjeżdżał chyba celowo w każdą napotkaną dziurę, a Archie wydawał z siebie dziwne niekontrolowane dźwięki i chyba zabrakło mu siły na wdawanie się w dyskusję z tym człowiekiem, choć niewątpliwie rzucał jakieś ciche komentarze pod nosem do Abby. Gdy w końcu dojechali pod jej mieszkanie Archie wygramolił się z niebywałą gracją z taksówki i kuśtykając doczłapał jakoś do jej drzwi i oparł czoło o jej ramię, gdy walczyła z kluczami w zamku. Kiedy drzwi się przed nimi otworzyły zdążył tylko przekląć ściągając buty i rzucił się - choć raczej osunął - na jej salonową kanapę, z której dzisiaj ją pozbierał. Kto by przypuszczał, huh? Wylądował prosto na brzuchu z twarzą wciśnięta w miękką poduszkę i tyłkiem uniesionym lekko w górę by broń boże czegoś nie dotknąć. Dopiero po chwili odwrócił głowę w bok patrząc na stojącą w pobliżu Abby i wyszczerzył zęby w durnym uśmiechu. — Melduję wykonanie zadania, szefowo. Pacjent dostarczony do bazy! — poinformował zastanawiając się co stało się z prezentami od pani Henderson. Ups, mrożone frytki zostały w taksówce, a… — Masz magiczną maść Hanka? — zapytał poklepując się ręką po plecach stwierdzając, że w sumie dosięgnie… choć jego plecy wciąż pamiętały paznkocie Abby i wcale nie byłyby zasmucone powtórką z rozrywki.


Zaopiekuj się mną
Nawet gdy nie będę chciał
Zaopiekuj się mną
Mocno tak ❤️‍🩹

Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają!

: pt maja 22, 2026 3:27 pm
autor: Abby Wallace
Gdyby wybór należał do niej, wzięłaby go na SOR.
Była lekarzem. Oczywiście, ze patrzyła na tego typu kontuzje pod kątem trzeba sprawdzić czy nic nie jest złamanie niż po prostu zamiatać pod dywan i udawać, że do wesela się zagoi. Może wynikało to z faktu, że Abby przez lata stażu w szpitalu swoje się już naoglądała i często coś, co wydawało się najdrobniejszą kontuzją potrafiło przeistaczać się w poważne problemy ze zdrowiem. Nie chciała tego dla Archiego, ale fajnie byłoby to sprawdzić. I pewnie gdyby była trzeźwa i w pełni funkcjonująca na umyśle, to wizyta w szpitalu nawet nie podlegałaby dyskusji, ale tu? Tu jej ciało było miękkie, frywolne, a umysł powolny. Do tego stopnia, że kiedy tylko wróciła z kurtkami, a Miller oznajmił, że wolał ją jako prywatną pielęgniarkę zamiast szpitala, to skinęła głową.
Dobra, ale masz się słuchać! — zagroziła mu i znowu władowała mu palec pod pachę zamiast w klatkę piersiową, co spotkało się z głośnym prychnięciem ze strony Hanka. Abby nawet miała zapytać, co go tak bawiło w całej tej sytuacji, ale wtedy pojawiła się Pani Henderson, cała na biało, z jakąś szatańską maścią w dłoni. Wallace spojrzała na to podejrzliwie, chociaż finalnie skinęła głową i schowała ją do torebki. Jako lekarz miała mieszane uczucie do tego maści tygrysiej, ale tutaj może faktycznie coś pomoże. — Dzięku… a skąd wy macie mrożone frytki? — przekręciła głowę, spoglądając na nich jak na jakiś magików. No bo jak? Przynieśli z domu? Otóż nie, zaraz okazało się, że kiedy Hank zbierał Millera z podłogi, Pani Henderson pobiegła do barmana i wyprosiła całą pakę frytek, które serwują klientom. Wallace nie miała bladego pojęcia, jak ta kobieta to ogarnęła, żeby faktycznie jej dali, ale czy to było ważne? — Nikt o niego nie zadba tak dobrze, jak ja — machnęła ręką, żeby nic się nie martwili, ale jakoś tak poleciała jej dłoń, że sama uderzyła się w czoło. Cóż, w domu z pewnością będzie ciekawie. Może rano oboje pojadą na pogotowie.
Złapała za telefon i zamówiła taksówkę, kiedy Archie żegnał się z ich nowymi znajomymi. Pomogła założyć mu kurtkę i chociaż droga do domu WCALE nie należała do przyjemnych, jakoś udało im się dojechać. Oczywiście Abby z początku nie mogła znaleźć kluczy, co chwile powtarzając Millerowi, że jeszcze trochę, już je czuje, chociaż wcale nie miała pojęcia gdzie były. A potem jeszcze trafić do dziurki… no cyrk na kółkach. Finalnie jednak misja zakończyła się sukcesem i wpadli do środka, oboje zataczając się, każdy z innego powodu.
Wallace przeszła się po mieszkaniu, sprawdzając, czy Erika była w domu, ale na kuchni, na samym środku stołu widniała karteczka, że wróci dopiero jutro. No i elegancko. Chata dla siebie i obolałego tyłka Millera. Przeszła do salonu, niezdarnie odpinając kurtkę, przy okazji obijając się do lampkę, którą złapała w ostatniej chwili. Niby przez alkohol, ale chyba po prostu zapatrzyła się na pozycję, w jakiej leżał Archie. Powiedzmy, że dawała miejsce wyobraźni. Zaśmiała się głośno, gdy oznajmił, że pacjent był dostarczony do bazy.
Świetnie — mruknęła, rzucając kurtką gdzieś na fotel. — W takim razie niech pacjent ściąga gacie, albo chociaż zsunie je do połowy, bo będziemy s m a r o w a ć — na moment przeszła do kuchni, żeby umyć ręce. W końcu dezynfekacja przede wszystkim. Wallace nie miała problemu z takimi rzeczami. W końcu była lekarzem. Części ciała człowieka znała aż za dobrze i nie uznawała czegoś takiego jak wstyd. Nie wiedziała, jakie podejście od tego będzie mieć Miller, ale przecież nie raz już widziała jego tyłek przez tyle lat, ile się przyjaźnili, więc co za różnica? Raz się skacze nago do jeziora a raz… smaruje maścią tygrysią.
Umierasz bardzo? Może chcesz coś przeciwbólowego? — wróciła do salonu, gdzie on wciąż leżał z dupą wyciśniętą prosto do nieba. — Weź opuść ten tyłek i się rozluźnij na początek — poinstruowała i zajęła sobie miejsce tuż obok niego, żeby osobiście podwinąć mu koszulkę. Zrobiła to wyjątkowo delikatnie, gdyby jednak Miller był w wielkim bólu. A następnie przejechała palcami wzdłuż jego kręgosłupa, kierując się coraz niżej. — Powiedź jak zacznie jakoś bardziej boleć — bo jeśli miał tam coś bardziej połamane, może jednak trzeba będzie się pokusić o wizytę na oddziale, ale albo udawał albo faktycznie jakoś się trzymał, bo Abby nie wyczuła pod palcami nic martwiącego. Jego ciało też nie skakało jak pojebane, nie zrywało się, więc może nie było tragedii.
Dobra, to smarujemy. Tylko Miller… — nachyliła się do przodu, na moment kładąc głowę na poduszce obok i łapiąc jego spojrzenie z bezczelnie bliska. — To będzie naprawdę piekło — bo tym charakteryzowała się maść tygrysia. — Nałożę ci pierwsze tu wyżej i jak dasz radę to zejdziemy niżej — zarządziła i nie czekając na jego odpowiedź, po prostu złapała za pudełeczko od Pani Harrisona i zgarnęła na palce solidną ilość maści, a następnie przeniosła maź na ciepłe plecy Millera. Pierwszą warstwę roztarła delikatnie, ale zaraz potem zaczęła nieco mocniej przyciskać i dodawać do tego odpowiednie tempo, żeby jeszcze bardziej rozgrzać skórę i wspomóc wchłanianie, gotowa lada moment usłyszeć krzyki Millera.

be a brave bulwa

Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają!

: pt maja 22, 2026 5:08 pm
autor: Archie Miller
Nikt o niego nie zadba tak dobrze, jak ja.
No właśnie, N I K T! Więc po cholerę jakiś SOR? I coś w tym faktycznie było, bo Wallace od najmłodszych lat wybawiała go z tarapatów jakby miała w swojej głowie patenty ratunkowe na wszystko. Z całą pewnością radziła sobie z wszelkiego rodzaju rozcięciami i przetarciami, których miał multum gdy razem wojowali po Whitby. A i kleszcza to mju niejeden raz pęsetą mamy usuwała, nie wspominając już o tym jak pilnowała go, aby się przypadkiem nie odwodnił, jak przesadził z tanim cydrem za garażami. Karmiła go wtedy paluszkami i poiła woda na zmianę. Była jego prywatnym stróżem i zwyczajnie miał przeczucie, że te mrożone frytki, maść tygrysia i nocna opieka w mieszkaniu Abby zdziałają cuda.
Czy spodziewał się, że tak zakończy się ten wieczór? No z całą pewnością nie sądził, że będzie leżał w ziemniaczanej koszulce na kanapie Wallace, z której sam ją dzisiaj ściągał, a już na pewno nie przypuszczał, że będzie zsuwał gatki z tyłka po to, by sobie go smarować jakąś maścią wątpliwego pochodzenia.
Będziemy s m a r o w a ć — słysząc to zaśmiał się się lekko, choć może też nieco nerwowo. Czy się stresował? Może, odrobinę? Sam nie do końca rozumiał. Fakt, znali się od dziecka i skakali nago do jeziora, widzieli się w naprawde paskudnych sytuacjach więc czysto t e o r e t y c z n i e naprawde nie było tu miejsca na wstyd. Poza tym Archie do wstydliwych nie należał, to jednak teoria często rozjeżdżała się z praktyką… szczególnie jeśli ta praktyka miała na sobie ziemniaczaną koszulkę, była lekko wstawiona i nazywała się Abby Wallace, szczególnie po tym jak zawróciła mu w głowie na parkiecie. W dodatku świadomość, że byli sami na mieszkaniu wcale nie ułatwiał mu utrzymania tempa w normie jak na dżentelmena przystało, ale miał przynajmniej opcję awaryjną i mógł zwalić wszystko na ból.
Nie umieram, po prostu grawitacja już mnie dzisiaj raz pokonała to profilaktycznie unoszę go w górę, wiesz… wolę nie ryzykować — ale na jej polecenie sięgnął grzecznie rękami do zamka spodni, odpiął i posłusznie zsunął z tyłka, a koniec końców opuścił biodra w dół, choć to wcale nie było przyjemne i do łatwiejszych też nie należało.
Leżał i nie zamierzał nic mówić. Ucichł gdy tylko jej ciepłe dłonie z niebywałą delikatnością zaczęły podwijać mu koszulkę. Czuł jej palce na swojej skórze, to jak odbywają ostrożną podróż wzdłuż jego kręgosłupa i na moment zapomniał o tych bolesnych prądach w tyłku. Zamiast bólu znów poczuł ten dreszcz, co na parkiecie. Ciało może nie skakało mi z bólu, ale z całą pewnością spięło się z innego powodu. I kiedy myślał, że naprawdę świetnie sobie radzi to ona zrobiła coś, co wybiło chyba wszystkie bezpieczniki. Nachyliła się! Niby nic, a jednak gdy położyła głowę na poduszkę obok niego i zmusiła do spojrzenia prosto w oczy uderzyło go ciepło jej oddechu, zapach jej perfum i procentów. I patrzył w te jej ślepia czując, że pozwoliłby jej smarować tą maścią całe jego ciało jeśli bardzo by tego chciała. Tak, dla Wallace przeszedłby piekło.
Od samego patrzenia zaczyna mnie palić, więc dajesz Abby — zażartował, że niby jest gotowy na wszystko, ale chyba nie wiedział na co się pisze. — I schodź sobie niżej, gdzie tylko chcesz, masz pełne zaufanie pacjenta — wyznał nim zdążył pomyśleć jak dwuznacznie to brzmiało, a chwilę później sporą ilość tygrysiej maści wylądowała na jego plecach. Pierwsze roztarcie było całkiem znośne, ale gdy Abby podkręciła tempo Archie zacisnął dłonie na poduszkach, a z jego ust wydobyło się głośne syknięcie. Skóra na plecach zapłonęła tak jakby Pani Handerson stała nad nim z jakimś palnikiem. — O ja pierdole, Hank Henderson to jest jednak psychopatą — wyznał zaciskając zęby i ukrywając twarz w poduszce, bo raczej wyglądałby niezbyt atrakcyjnie z tyłkiem na wierzchu piszcząc jak nastolatka na koncercie. A jednak pomimo piekielnego ognia na plecach za nic w świecie nie chciał by przerywała ten mocny, rytmiczny nacisk dłoni.
— To mi robi dziurę w plecach? — zapytał, ale jego głos nie brzmiało normalnie. Znów miał łzy w oczach, dobrze że teraz chował je w poduszkę i ten niewyraźny głos mógł zwalić właśnie na fakt, że gadał do materialu. — Jak włożę tak palec to przejdzie na wylot? — zapytał wyciągając rękę do tyłu i próbując trafić w piekące miejsce, ale raczej to złapał ją za dłonie utrudniając masaż.

Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają!

: ndz maja 24, 2026 8:05 pm
autor: Abby Wallace
Miała wyrzuty sumienia.
Jasne, byłyby one o wiele większe, gdyby była trzeźwa i w pełni świadoma tego, co mu zrobiła, ale nawet po pijaku wciąż czuła się po części winna temu, że Miller skończył z tyłkiem w górze, na rozwalonej kanapie, z głową wciśniętą pomiędzy poduszki, których poszewek nie zmieniała jakiś dobry tydzień. Nic tu nie było przygotowane na gości, a jednak on ugościł się całkiem nieźle. Nawet gacie odpiął tak, jak go prosiła. I chociaż nie miała tego w planach, kiedy zaczął je powoli opuszczać, Wallace na moment zapatrzyła na jego pośladki, czując niewielki ścisk gdzieś w okolicy podbrzusza. Będąc lekarzem mogła wymyślić na to setkę wymówek, a jednak w tamtej chwili ani jedna nie przychodziła jej do główy.
Całe szczęście Archie zawsze wiedział, kiedy rozładować napięcie swoim nienagannym poczuciem humoru. Zaśmiała się głośno, gdy pozwolił jej schodzić tak nisko, jak tylko chciał. Powiedzieć, że jej wyobraźnia nie zadziałała, byłoby kłamstwem. Ona sama jednak niczego nie dała po sobie poznać. No może jedynie na twarzy pojawiły się drobne wypieki, ale całe szczęście on wcale tego nie widział. Z twarzą wbitą w poduszkę był za bardzo zajęty krzyczeniem z bólu niż przejmowaniem się tym, co Wallace miała na twarzy.
Aż tak piecze? — otworzyła szerzej oczy. Abby słyszała wiele historii o maści tygrysiej, jednak nigdy nie testowała jej na własnej skórze. I szczerze? Po tym, jak Miller się wiercił i stękał wiedziała, że nigdy ale to prze nigdy nie spróbuje. — Jeszcze trochę, Archibald — nie przestała ani na moment wytwarzać ciepła przy jego skórze. Widziała, jak robi się czerwona, wyobrażała sobie, jak musiało boleć, ale nie było nic lepszego na obite mięśnie i potłuczenia jak odpowiednie rozgrzanie. Nawet nie zauważyła momentu, jak przesunęła się niżej do tyłka, chociaż Archiem zaczęło nieco bardziej spinać. Czuła pod palcami miejsce, które pewnie bolało go najbardziej, dlatego tam zatrzymała się na dłużej.
Nie ma dziury — zaśmiała się, obserwując, jak próbował wsadzić sobie paluch do pleców. Zaraz jednak strzepała mu palce z miejsca pracy. — Złap się teraz tegoś — ostrzegła i będąc już na ostatniej prostej, jeszcze bardziej przyśpieszyła. Dłoń już ją paliła. Czuła, jak Archie się spina, ale przecież nie mogli się teraz poddać. W końcu ziemniaczane pulpy z Whitby nigdy się nie poddawały! Nigdy nie przegrywały. I on też nie mógł. Ostatnie trzy przeciągnięcia ręką… i sama westchnęła głośno, dysząc ze zmęczenia. Ciekawe kto w tym duecie miał ciężej? Chyba jednak Archie, patrząc po minie, jaką próbował utrzymać wszystko w ryzach.
Ale z ciebie dzielna bulwa! — rzuciła zadowolona, kiedy już doszła do siebie i kompletnie nie mogąc się powstrzymać, po prostu sprzedała mu klapsa w tyłek. — Ej no co ty? Było aż tak źle? — nachyliła się w jego kierunku, otwierając szerzej oczy. Zepsuła go? Spaliła swojego najlepszego przyjaciela jakąś szatańską tygrysią maścią? Może jednak powinni jeszcze dzisiaj pojechać a ten SOR? A może… — To może jednak trochę ojojam? — dopytała, bujając się lekko na boki. Co prawda na połowie pleców miał obrzydliwie cuchnąca maść, ale przecież na górnej części pleców wszystko było w najlepszym porządku. Dlatego nie czekając nawet na jego odpowiedź, Abby nachyliła się nad jego (dosłownie) rozgrzaną skórą i podwinęła ziemniaczaną koszulkę jeszcze wyżej, by po chwili na wysokości łopatek złożyć kilka pojedynczych pocałunków. Tak na odreagowanie. Przeniesienie myśli na coś zupełnie innego.
Lepiej? — spytała gdzieś nad jego uchem, przesuwając się na kark. Czuła pod miękkimi ustami, jak żyła na jego szyi pulsuje energicznie, ale to wcale nie powstrzymało jej, żeby i tam zaczepić go własnymi wargami.

Archie Miller

Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają!

: pn maja 25, 2026 7:48 am
autor: Archie Miller
Leżał nieruchomo z nosem wbitym w poduszkę i przez cały ten czas naprawdę zastanawiał się czy w jego plecach nie powstaje właśnie krater, który nazwie imieniem Hanka Hendersona, bo przez moment był święcie przekonany, że jego skóra zaczyna się topić! Nie miał pojęcia co za ustrojstwo dała im pani Henderson, ale jeśli jeszcze kiedykolwiek się spotkają to będa mieć sporo do przegadania, bo to był zamach na jego życie. W końcu Miller liczył na nieco przyjemniejszą opiekę w ramach zastępstwa nocnej izby przyjęć, a nie palącego w dupę dramatu. Kiedy Abby strzepnęła mu dłoń z pola na którym teraz się skupiała skrzywił się wyraźnie niezadowolony i nawet jakieś mało dżentelmeńskie przekleństwo ulokował w poduszce, w ostatniej chwili zaciskając dłonie na materiale pod nimi, gdy usłyszał ostrzegawcze złap się czegoś.
Tygrysi pogrom zaczyna się za… 3…2…1…
Ja pierdoooooooooole — wysyczał niewyraźnie do poduszki na której zacisnął swoje zęby, jakby był jakimś kundlem i zamierzał rozszarpać na części pierwsze bogu ducha winną zabawkę. Czuł jak wszystkie mięśnie się mu spinają i o rozluźnieniu mógł jedynie pomarzyć, szczególnie jak te jej delikatne p a l ą c e dłonie zjechały prosto do epicentrum w okolice kości ogonowej. Był przekonany, że jako beksa nie prezentował się najlepiej, a mimo to łzy stanęły mu w oczach bo nie potrafił się kontrolować. To była istna tortura.
Pomimo tych traumatycznych okoliczności gdzieś pod tym tygrysim terrorem wciąż tlił się ten intensywny prąd, który to Abby na niego sprowadzała swoim dotykiem. Tak jak wtedy na podłodze w kręgielni, gdy leżała na nim i dłonie wsuwała mu pod koszulkę. Ponownie wyluzował dopiero gdy oderwała od niego dłonie dysząc przy tym ze zmęczenia, a on sam zawtórował jej wypuszczając z płuc całe nagromadzone powietrze czując jak fala bólu ustępuje palącemu, a zarazem dziwnie przyjemnemu ciepłu rozchodzącemu się po jego plecach i pośladkach. Nie spodziewał się, że ta chwila ulgi nagle zostanie przypieczętowania klapsem w tyłek, ale gdy to się stało jęknął zupełnie zaskoczony. — Ała, to strefa chroniona! — wykrzyczał, a jednak z poduszki wydobył się niewyraźny śmiech, bo zdał sobie sprawę jak to wszystko mogło wyglądać, gdy ktoś przyglądałby się im z boku. Miller z rozpalonym tyłkiem na wierzchu i ona wymierzająca mu klapsa… —Jak się tak będziesz zachowywać, to możesz dostać zakaz wstępu! — i gdy już chciał walnąć jakąś ripostę o nietykalności cielesnej to zabrakło mu słów.
Pochyliła się nad nim n a g l e z tą swoją bezczelnie beztroską propozycją ojojania, a on nie mógł, a przede wszystkim to w ogóle nie chciał odmawiać. On w sumie to nawet nie był w stanie przetworzyć tego, co się wydarzyło, bo tylko poczuł jak ona unosi jego koszulkę dużo wyżej niż powinna i zostawia miękki ciepły pocałunek na jego łopatkach.
Przeniesienie myśli, hah. Dobre!
To się jej udało po mistrzowsku, bo Archie nie tylko na moment zapomniał o bólu i pieczeniu, ale nawet o tym jak się oddycha. Odruchowo zacisnął dłoń na poduszce, ale tym razem nie z bólu. Wallace przyprawiła go o zawrót głowy więc dzięki bogu, że właśnie leżał! Jego serce tłukło się jak szalone, gdy pocałunkami przesunęła się w stronę jego karku zmierzając do szyi.
Lepiej?
Nie potrafił odpowiedzieć, nie od razu. Zamiast tego zignorował bolesny (chociaż już delikatnie mniej niż kilka chwil wcześniej — czyżby maść Hanka działała cuda, czy może ojojanie było świetną strategią odwrócenia uwagi?) protest pleców i obrócił głowę na poduszce byle tylko złapać jej spojrzenie. Musiał to zrobić, gdy tylko poczuł jej ciepły oddech na swojej szyi, a teraz patrzył na nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu. Był bezbronny, kontuzjowany i zdany na całkowitą łaskę Abby, a z jego spojrzenia wyparował nagle cały ten jego kumpelski luz i robienie z siebie pajaca. Patrzył na nią tak, że od razu było widać, że teraz wcale nie żartuje, a jego wzrok zsunął się z tych lekko wstawionych oczu prosto na jej usta. Obserwował ją ze skupieniem i najwyraźniej dżentelmeństwo zostawił za progiem, bo nieszczególnie krył się z tym, co właśnie chodziło mu po głowie. Pragnienie, by poczuć te jej miękkie wargi na własnych, było o wiele silniejsze niż jakikolwiek zdrowy rozsądek czy dżentelmeńskie zasady. Przesunął dłoń po kanapie próbując odnaleźć jej palce i delikatnie splótł je ze swoimi, a kciukiem delikatnie gładził skórę na wierzchu jej dłoni.
Potrzeba więcej ojojania — wychrypiał nisko, a jego oczy znów zsunęły się na jej wargi, jakby chciał dać jej znak, gdzie to jej ojojanie powinno się zakończyć. Przeklęte i palące ustrojstwo Hendersonów okazało się bardzo skuteczne w dziedzinach do których nie zostały stworzone, ponieważ nie było już mowy o kumpelskim droczeniu się skoro dystans między nimi praktycznie przestał istnieć, a Archibald oficjalnie wycofywał w myślach wszelkie skargi na maść tygrysią.

Obrazek

Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają!

: pn maja 25, 2026 8:18 pm
autor: Abby Wallace
Faktycznie gdyby ktoś przyglądał im się z boku… zobaczyłby coś o wiele inngo niż faktycznie było. Zobaczyłby roześmianą dziewczynę, dającą klapsa nagiemu, wypiętemu tyłkowi. Mógłby powiedzieć, że to jakaś gra wstępna młodych? Może, bo przecież już po chwili zobaczyłby też, jak Abby kompletnie bez kontekstu zaczyna składać powolne pocałunki na nagiej skórze Millera, przesuwając się coraz wyżej i wyżej w okolice karku.
Z boku mogli wyglądać na kompletnie zauroczonych w sobie dwójkę ludzi.
A przecież prawda była o wiele bardziej rozległa. Obszerna. Ich historia przecież ciągnęła się dziesiątki lat wstecz do pierwszych zabaw w piaskownicy, pierwszej walki o grabki, ciągnięcia za warkocze i rzucanie w siebie robakami. Do tego, że ponad wszystko co czuli gdzieś głęboko w sercu, byli przecież najlepszymi przyjaciółmi. Na dobre i złe. Niezależnie od tego, co by się nie działo, zawsze na zawołanie drugiego.
I właśnie dlatego to, co robiła Abby było kompletnie nie na miejscu.
Zaślepiona ilością alkoholu, jaką wlała w siebie tego wieczoru, pozwalała sobie na zdecydowanie zbyt dużo niż należało dać swojemu najlepszemu przyjacielowi. Jej usta raz po raz przesuwały się po rozgrzanej skórze Archibalda, pozostawiając nieznaczne mokre ślady na plecach, ramionach i karku. Ziemniaczana koszulka na jego ciele była już tak bardzo podwinięta, że zamieniła się jedynie w cienką linię gdzieś ponad łopatkami, która kompletnie nic nie zasłaniała. Na jej nieszczęście oczywiście, bo im bardziej przyglądała się jego mięśnia i tym, jak napinały się pod jej dotykiem, tym bardziej i jej wyobraźnia oraz ciche pragnienia zaczynały przejmować kontrolę. Władać jej umysłem do tego stopią, że chociaż wiedziała, że to wszystko było złe ona tym razem złożyła kilka pocałunków gdzieś za jego uchem, aż Miller nie przekręcił głowy i na nią nie spojrzał.
A to jeszcze bardziej wszystko skomplikowało.
Zamiast przywołać ją do porządku, skarcić, odsunąć się od niej, on patrzył na nią tymi swoimi obłędnymi, turkusowymi oczami, robiąc jej w głowie jeszcze większą papkę z mózgu. I oczekiwał co dokładnie? Że to ona odpuści? Że ona zachowa resztki rozumu? Jeśli tak, to grubo się mylił, bo w żyłach Wallace pływały grube procenty, uzewnętrzniajac jej pragnienia, w postaci potrzeby bliskości z Millerem. Dlatego kiedy on tak błądził spojrzeniem po jej twarzy, kończąc swoją podróż na lekko rozchylonych ustach, Abby wraz z przyśpieszonym biciem serca, przysunęła się jeszcze bliżej. Tak blisko, że jej ramię już praktycznie leżało na jego, a ciepły oddech osadzał się na delikatnie zaróżowionych policzkach.
I jakby tego wszystkiego było mało — tej gęstej atmosfery, przyśpieszonych oddechów, spojrzeń głęboko w oczy — Archie postanowił jeszcze bardziej podbić stawkę. Słyszała doskonale, jak jego dłoń szura po pościeli, a zaraz potem na własnej skórze poczuła, jak odnalazł to czego szukał. Na wstrzymanym oddechu pozwoliła mu spleść ich palce, sama również wprawiajać swój kciuk w ruch.
Potrzeba więcej ojojania.
Powinna się odsunąć.
On powinien to zrobić.
Wszechświat powinien wziąć się w garść i przywołać ich do porządku.
Cokolwiek, kurwa.
Tylko nic takiego się nie stało, a Abby dokładnie widząc, gdzie ląduje jego spojrzenie, sama zlustrowała ten gest, nachylając się do niego i przesuwając de-li-ka-tnie językiem po dolnej wardze, by odpowiednio ją nawilżyć. Czuła jego oddech na swoich ustach. Czuła, jak serce pulsuje jej nawet w żyle na skroni, kiedy była dosłownie milimetry od jego twarzy.
Myślisz, że to ojojanie pomoże ci na ból pleców? — wyszeptała, jeszcze ostatni raz łapiąc jego spojrzenie prosto w oczy, nim znowu przeniosła się na usta, których smak już czuła w głowie, wyobrażała go sobie. — W sumie jest tylko jeden sposób, żeby to sprawdzić — dodała i gotowa przysunąć się do niego, zniwelować te ostatnie nie-zno-śne milimetry, które ich dzieliły, zahaczyła nogą o stolik kawowy. A wtedy jak na złość (albo na zbawienie?), miska z popcornem, z którą Miller ją zastał kilka godzin temu w mieszkaniu wyleciała w powietrze. Popcorn rozsypał się wszędzie. Mieli go nie tylko w nogach, ale też przy głowach, zupełnie jak miskę, która skończyła na plecach Abby.
Wszechświat przemówił.
Uratował ich wieloletnią przyjaźń.
A ona z początku po prostu mrugała w wielkim szoku, a dopiero po chwili buchnęła głośnym śmiechem na całą tą sytuacje, jak miała miejsce. Chociaż akurat to co PRAWIE się stało, wciąż mrowiło ją w skórę. Wyryło się w jej wspomnieniach i niespokojnym oddechu, który Miller wciąż mógł u niej zauważyć. Puściła jego dłoń, żeby zaraz zgarnąć nią kilka kulek popcornu do ust.
Lekko zwietrzały — wydała ekspercką opinię, a zaraz kilka z nich podsunęła też po usta Millera. — Ale wciąż zajebisty — nakarmiła go zupełnie przypadkowo muskając przy tym kącik jego ust. A potem niechętnie się odsunęła, łapiąc głębszy oddech. Serce w piersi wciąż waliło, ale przecież nie mogła aż tak dać tego po sobie poznać, prawda?
Dobra, Miller — odchrząknęła. — Trzeba ci tu pościelić — rzuciła w końcu, drapiąc się nerwowo po głowie, chociaż pierwsze to wypadałoby posprzątać ten cały bałagan, który zrobiło jej jedno szarpnięcie nogą. I nie tylko.

you're messing with my head

Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają!

: wt maja 26, 2026 6:55 pm
autor: Archie Miller
Czy do Archibalda w ogóle docierało po jak cienkim lodzie właśnie stąpali? No właśnie nie do końca, o ile w ogóle! Istny dramat, bo przecież chodziło o Abigail Wallace — kluczową stałą w jego chaotycznym życiu. Abby, której usta teraz niebezpiecznie muskały okolice jego ucha utrudniając mu jakikolwiek racjonalny proces myślowy, bo jak do cholery miał się teraz skupić?!
Nie ważne jak.
Ważne, że p o w i n i e n.
Rozchodziło się przecież o nią, o dziewczynę z którą dzielił wspomnienia od najmłodszych lat i która zawsze była dla niego bezpieczną przystanią, tak jak i on dla niej. Gdyby jedna chwila jej pijackiej słabości i jego dżentelmeństwa na urlopie sprawiła, że między nimi zaczęłaby pojawiać się jakaś przepaść… cóż, chyba by tego nie dźwignął.
Najgorsze w tym całym szaleństwie było to, że on powinien być tym mądrzejszym, zahamować ich w porę, bo w odróżnieniu do niej nie wypił żadnego alkoholu. Więc co się stało z jego trzeźwym myśleniem? Pewnie ucinało pogawędkę z dżentelmeństwem, kiedy Wallace poszerzała horyzonty odsuwając jego koszulkę, a Archie poległ na froncie.
Czy jednak można się mu dziwić?
Cały wieczór się mu zbierało i zwyczajnie go to przerosło. Najpierw to całe niewinne udawanie pary podczas kręglarskich zawodów, które z chwili na chwilę stawało się coraz bardziej naturalne. Potem ta nagła ucieczka do toalety, w której atmosfera wcale nie była lżejsza, a wręcz przeciwnie. Gestniała z każdym kolejnym oddechem. I jeszcze ten nieszczęsny upadek na parkiecie oraz jej dłonie wsuwające się pod jego koszulkę. Każdy by się pogubił! No i na koniec wesoła kumulacja — miękki dotyk jej warg na jego ciele i szept tuż przy jego uchu. Pogubił się i w tym jednym krótkim momencie jego spojrzenie zdradzało wszystkie skrywane dotąd pragnienia.
Warto spróbować — wymruczał, ale czy faktycznie warto Miller? Jesteś tego pewien? Zaryzykujesz?
Do cholery, TAK.
Zaryzykuje.
Archibald Miller zaryzykuje tego wieczoru wszystko dla tego jednego po…
…pcornu?
Wzdrygnął się tylko, gdy coś zestrzelało, a popcorn eksplodował na nich niespodziewanie. Wszechświat kurwa przemówił, akurat teraz. Leżał z otwartymi ustami gapiąc się w sufit i analizując co się właśnie do cholery wydarzyło. Dopiero jej śmiech sprawił, że sam parsknął i automatycznie wręcz przybrał ten swój zawadiacki uśmiech jak gdyby nigdy nic. Choć wcale to nie było nic i wcale się mu nie podobało to jak sytuacja się rozwinęła, już nie mówiąc o tym jak puściła jego rękę, to to w ogóle było słabe strasznie, a w efekcie tego ciągu niefortunnych zdarzeń stał się antyfanem popcornu.
Nie Abby, bo ją to chyba lubił jeszcze bardziej niż wcześniej o ile to w ogóle możliwe.
No nie wiem, kiepski rocznik — odpowiedział z pełną buzią, jak mu podsunęła pod same usta kilka sztuk. Znawca smaku, ehe. Całą uwagę i tak skradły jej palce, które przypadkowo musnęły jego wargi, a jemu znów przeszedł dreszcz po plecach. — Prawdę mówiąc wystarczy, że dasz mi jakiś koc i proszki, a będę spał jak zabity — i pewnie w normalnych warunkach tak właśnie by było, choć po tym czego właśnie doświadczył nie był taki pewien czy szybko zaśnie.
Zamiast nocy z Abby, która finalnie mogłaby się okazać katastrofalna w skutkach dla ich przyjaźni, czeka go upojna noc ze zwietrzałym popcornem, zapowiada się ciekawie! — Ale najpierw to musisz ze mnie zejść, tylko ostrożnie! — nie czarujmy się, maść nie zdziałała żadnych cudów, choć nieco ukoiła falę bólu to jednak wciąż kontuzja o sobie przypominała przy każdym ruchu i nie chciał sobie dokładać.
w naszej przyjaźni nie ma już miejsca dla popcornu 🚫🍿

Ziemniaczane Pulpy z Whitby nie przegrywają!

: śr maja 27, 2026 11:14 pm
autor: Abby Wallace
Warto spróbować.
Warto spróbować.
Warto spróbować.
Warto spróbować.

Te słowa odbijały się w jej głowie echem, błądząc pod czaszką i sprawiając, że serce Abby dosłownie przez moment naprawdę stanęło. Te kilka sekund, kiedy znajdowali się w tak kurewsko niebezpiecznej od siebie odległości, że mogli czuć na sobie wzajemny oddech, a cisze wypełniała tylko krew przepływająca przez żyły i walące serce.
On uważał, że warto spróbować nawet będą na trzeźwo, a ona wciąż pijana, próbowała łapać się jakichkowiek resztek zdrowego rozsądku, żeby ratować ich przyjaźń. Tylko zdrowy rozsądek Abby był chory na miłość i niestety wcale jej nie pomógł.
Zrobiłaby to.
Naprawdę by to zrobiła.
Pocałowałaby go, gdyby wielka micha z niedojedzonym popcornem nie wyleciała w powietrze i nie obsypała ich kukurydzą. A potem wszystko już pękło jak bańka mydlana. Ta chwila zapomnienia, którą naprawę mogli przekreślić te wszystkie lata swojej znajomości. Mogli też zacząć coś zupełnie nowego, ale ta myśl akurat przerażała chyba nie tylko ją i po prostu żadne z nich finalnie nie było gotowe zaryzywać. Przecież od tego nie byłoby już odwrotu. Jednorazowa decyzja, bez biletu powrotnego, przed którą uchronił ich wrzechświat.
Chociaż Abby zwlekając się z niego, jeszcze malowała na twarzy lekki grymas zawodu, próbując uspokoić rozszalałe serce. I nawet kiedy ścieliła mu na kanapie, rzucając się z prześcieradłem do wszystkich brzegów, w głowie wciąż myślała nad smakiem jego ust. Czy smakowałby jak chaosy i piwo bezalkoholowe? A może jak najsłodsza na świecie czekolada? Nie było jej dane się tego dowiedzieć.
Postaraj się spać na brzuchu, ewentualnie na boku, ale z tą nogą o tak — pokazała mu w powietrzu co i jak, a potem jeszcze przeniosła mu szklankę wody, jak na dobrą gospodynie przystało, na koniec obiecując, że jeszcze do niego wróci porozmawiać, jak tylko weźmie prysznic, tylko tak się stało, że prawie pod nim zasnęła, więc po wyjściu od razu skierowała się do łózka.
Rano oczywiście obudził ja ból głowy i kac morderca. Całe szczęście Archie jak zwykle stanął na wysokości zadania i przywitał ją z kubkiem elektrolitów i pysznym śniadaniem. Tyłek też całe szczęście bolał mniej, chociaż nim wypuściła Miller do domu, to jeszcze kazała mu się położyć i dostał na plecki dodatkową warstwę tygrysiej maści, tak profilaktycznie. Tym razem już bez popcornu, ale i bez nadmiernych zbliżeń, które Abby chociaż powiedziała mu, że pamietała jak przez mgłe, tak naprawdę zapamiętała aż za dobrze.
I już wtedy wiedziała, że jeszcze będą z tego kłopoty.
Na za dużo ostatnio sobie pozwalali.
Tylko pytanie, czy którekolwiek z nich przestanie?
koniec
moja ukochana bulwa!