Strona 4 z 5

a soulmate who wasn't meant to be

: wt kwie 21, 2026 1:13 pm
autor: Rhys Madden
W i e d z i a ł, że miała rację. Było już za późno na wycofanie się, na powrót do tego miejsca, w którym wszystko opierało się na niedopowiedzeniach, w których jego wina była wciąż poddawana pod interpretację.
Ale nie widziała tej nowej granicy, która dla niego malowała się tak jasno i przejrzyście.
Wyobrażał sobie wiele różnych scenariuszy, w których Margo dowiaduje się o wszystkim. Większość z nich kończyła się tak, jak niemal skończyli dziś - z jego nadgarstkami skutymi kajdankami, z jej wściekłością pchającą go w stronę wyjścia. W stronę konsekwencji, na które zasłużył, nawet jeśli wykonywanie swoich obowiązków miało rozedrzeć jej serce na pół.
Ale to było znacznie g o r s z e.
Myśl, że choć ciągnął ją na dno, to dno miałoby okazać się jeszcze niższe. Że mógłby pozbawić ją tego wszystkiego, co nadawało jej życiu sens - odznaki, na którą tak ciężko pracowała, kariery, którą kochała. Poczucia sprawiedliwości, które kierowało nią na co dzień, a które musiałaby kompletnie wyrzucić, jeśli chciałaby być z nim.
- Nie - wyrwało się z jego ust, zaprzeczenie, które przecież przewidziała, mówiąc mu, że zaraz się wkurzy. I rzeczywiście ta złość zamigotała gdzieś z tyłu jego głowy, gotowa do wzięcia, do wykorzystania - idealne narzędzie, z którego pomocą oddzielał świat od siebie grubą kreską.
Tu nie chodziło o fałszowanie dokumentów, ani nawet o współpracę z półświatkiem. O to wszystko, co gdyby wypłynęło na wierzch, przysporzyłoby jej problemów i być może nieprzychylnej reputacji, gdyby nie wyparła się tego odpowiednio szybko.
Tu chodziło o to wnętrze ciemnego baru, o wściekłość, która pchała go naprzód, za wszelkie granice, których nigdy nie powinno się przekraczać. O źródło tej smyczy, założonej na jego szyi przez Carbone'a, zdolnej zniszczyć nie tylko jego, ale i wszystkich wokół. O krew, której do dziś nie był w stanie zmyć ze swoich dłoni, o to, do czego był z d o l n y.
- Nie ma nic, co mogłabyś zrobić, żeby nas z tego wyciągnąć - rzucił wreszcie, ostrzej, ponieważ najwyraźniej to do niej nie docierało. Margo zawsze wierzyła, że jest w stanie coś osiągnąć, nawet w sytuacjach beznadziejnych usiłowała stworzyć plan. Ale czy istniał plan, który wskrzeszałby do życia dawno pogrzebane trupy?
Jego dłonie sięgnęły do jej ciała, wciąż będącego blisko, gotowego zareagować. Uniósł ją lekko, zaciskając palce na jej talii by fizycznie zsunąć ją z siebie, nie pozwalając, by ta bliskość dalej go mamiła. By karmiła go myślami, że to wszystko mogło się udać.
By zmuszała go, by przyznał się przed samym sobą co z r o b i ł.
- To się kończy w grobie albo za kratami - warknął, przekonany, że nie miała pojęcia o czym mówiła - nie mogła mieć, w końcu niczego jej nie m ó w i ł. - Chcesz ze mną trafić do więzienia, Margo?
Póki nie wiedziała, wierzył, że mogłaby się z tego w y b r o n i ć. Póki nie znała tego jednego grzechu, który w każdym sądzie wsadziłby ją za kraty za współudział przez sam fakt tego, że nie aresztowała go własnoręcznie.
Uniósł się z kanapy, znajdując leżące na ziemi spodnie. Potrzebował dystansu, potrzebował jakiejkolwiek formy ochłonięcia, otrzeźwienia z tych wszystkich emocji, które wiecznie w nim wzbudzała.
- Nie pozwolę ci na zrujnowanie sobie życia - westchnął, zatrzymując się w połowie ubierania by przetrzeć zmęczoną twarz, jeszcze nie wiedząc gdzie podziała się jego koszula.

margo mercer

a soulmate who wasn't meant to be

: wt kwie 21, 2026 2:52 pm
autor: margo mercer
Przyglądała mu się w milczeniu, śledząc każdy jego ruch z tą samą uważnością z jaką wcześniej wsłuchiwała się w jego słowa. Widziała, jak sięga po ubrania, jak nerwowo próbuje je na siebie narzucić, jakby każdy kolejny gest miał przywrócić mu kontrolę, której wyraźnie zaczynało mu brakować. W tym pośpiechu było coś chaotycznego, co nie pasowało do jego zwyklej wyważonej, opanowanej natury.
I może właśnie dlatego nie ruszyła się od razu, pozwoliła mu w tym trwać przez kilka uderzeń serca, obserwując, jak próbuje uciec, choć właściwie nie miał dokąd.
Dopiero gdy jego dłoń sięgnęła w stronę koszuli, która zsunęła się na podłogę, uprzedziła go jednym, prostym ruchem. Pochyliła się, podniosła materiał i zatrzymała go przy sobie, nie oddając, choć widziała w jego spojrzeniu, że to właśnie tego szukał. W tym geście było coś niemal dziecinnego i przekornego, gdy przesunęła ją wyżej, osłaniając nią nagie ciało tylko na tyle, na ile uznała za konieczne, a potem oparła się ciężej o wezgłowie kanapy.
Zmęczenie było w niej aż nadto widoczne, nie to chwilowe, fizyczne, lecz to głębsze, które osiadało w mięśniach, w spojrzeniu i głębokim oddechu, który raz po raz wypełniał jej płuca. - Przestań pieprzyć - rzuciła bez podnoszenia głosu, bardziej znużona niż wściekła, choć gdzieś pod spodem znowu tliło się napięcie.
Przymknąwszy oczy, zbierała myśli, które od kilku dni krążyły w niej bez końca, zanim znów na niego spojrzała, tym razem bez tej wcześniejszej miękkości. - Wiem o wszystkim od ponad tygodnia - dodała spokojniej, czując jakby tłumaczyła dziecku najprostszą na świecie rzecz. - Znalazłam na ciebie wystarczająco dużo, żeby to zakończyć jednym ruchem. Wiem, co trzymasz w szufladzie, wiem, gdzie byłeś i z kim się spotykałeś. Nie zrobiłam z tym n i c - uniósłszy lekko podbródek, spojrzała na niego uważniej, mając nadzieję, że wreszcie zobaczy w jego oczach, że rozumie.
- Jesteś tak głupi, że naprawdę sądzisz, że mi się upiecze, jeśli to wyjdzie na jaw? - zapytała cicho, niemal bezbarwnie, bo dla niej odpowiedź była oczywista od samego początku. Wiedziała, co to znaczyło. Wiedziała, że każda godzina milczenia dokładała kolejną warstwę winy, że każdy dzień, w którym nie zrobiła n i c, oddalał ją od tej wersji siebie, którą kiedyś była. Nie było już czystej linii, nie było wyraźnego podziału - w s z y s t k o zaczęło się mieszać, zlewać w jedną, niewygodną prawdę. - Myślisz, że ktoś uwierzy tobie, umoczonemu glinie, że kobieta, którą pieprzy niemalże od początku ich wspólnej pracy, n i c nie wiedziała? - prawie się zaśmiała na ten absurdalny pomysł. - Jest za późno - powtórzyła ciszej, a spokój w jej głosie mógł drażnić bardziej niż jakikolwiek krzyk.
Ostatnie godziny rozciągnęły się w jej głowie jak coś nierealnego, jakby przeszli przez wszystkie możliwe emocje naraz - od wściekłości, przez rozpacz, po tę niebezpieczną bliskość, która znowu wszystko poplątała. Wchodzili na skraj, tylko po to, by za chwilę spaść jeszcze niżej, nie znajdując żadnego punktu zaczepienia.
- Jestem zmęczona tym, że mnie chcesz i nie chcesz jednocześnie - powiedziała w końcu, przesuwając dłonią po twarzy, próbując zetrzeć z niej resztki emocji. - Odsuwasz mnie, żeby za chwilę znowu wrócić. Mówisz, żebym odeszła, a potem sam stoisz pod moimi drzwiami - jej spojrzenie na moment straciło ostrość, jakby gdzieś w nim przemknęło coś bardziej osobistego, ale szybko zniknęło, zastąpione tą samą, spokojną determinacją.
- Ile jeszcze będziemy to ciągnąć? - zapytała ciszej. - Ile jeszcze czasu zajmie ci pogodzenie się z tym, że mnie w to wciągnąłeś, a ja zostałam, bo taki jest m ó j wybór? - koszula, którą trzymała przez cały ten czas w końcu opuściła jej dłonie i poleciała w jego stronę, trafiając go w klatkę piersiową.
Podniosła się z kanapy powoli, czując chłód na skórze, który dopiero teraz zaczął do niej docierać. Sięgnęła po leżącą niedaleko bluzę, narzucając ją na siebie bez pośpiechu; materiał otulił ją szczelniej zanim związała włosy w niedbały kucyk, zbierając je z karku szybkim, wprawnym gestem.
Dopiero wtedy spojrzała na niego znowu, już nie z miejsca, w którym leżeli razem, ale z tej drugiej strony, gdzie stała pewniej i stabilniej. - Wychodzisz czy zostajesz?

Rhys Madden

a soulmate who wasn't meant to be

: wt kwie 21, 2026 3:54 pm
autor: Rhys Madden
Absurd przekroczył jakąkolwiek skalę w pewnej chwili - może wtedy, gdy chwyciła jego koszulę, w tym dziecinnym geście próbując powstrzymać go przed ubraniem się i wyjściem na zewnątrz. A może wtedy, gdy w ogóle z niego zleciała, choć przecież nie powinna, nie teraz, gdy nienawidziła go tak do głębi i nie miał prawa do przebywania w jej mieszkaniu wbrew jej woli.
Złość przemknęła po jego mimice, cień w zielonych oczach zwiastujący linię szkwału, do której znów, nieubłaganie się zbliżali. Z jego ust wydobyło się mruknięcie niezadowolenia, coś na granicy między prychnięciem a westchnieniem, co było przeznaczone wyłącznie do jej logiki - o ile mógł ją w ten sposób nazywać.
- Nie z tym nastawieniem - odparł ironicznie, sięgając po koszulę lecz zatrzymując się w połowie ruchu. Wystarczyło już, że zdjął ją ze swoich kolan, nie zamierzał jej obnażać, jakby nagle mu to przeszkadzało choć chwilę wcześniej bardzo wiele podobnych zasad wyleciało przez okno pod wpływem chwili, impulsu.
- Za taką osobę się uważasz, Margo? - prychnął, tkwiąc przed nią w tym półmroku w samych spodniach. Blizna po ranie, którą zszywała, zbledła pod wpływem ostatnich miesięcy. Teraz bardziej przypominała wszystkie inne, znaczące jego skórę wraz z całym, nagromadzonym z nimi doświadczeniem. - Za kobietę, którą pieprzę?
Koszula pomknęła w jego stronę - złapał ją w powietrzu, przez chwilę wyłącznie patrząc na podnoszącą się z kanapy kobietę. Kobietę, która oferowała, że z jej pomocą wydostaną się z tego gówna razem, a która jednocześnie nie potrafiła wyobrazić sobie rzeczywistości, w której wypiera się świadomości o jego przestępczych działaniach.
Bo tak było wygodnie.
- Co powie twój ojciec, gdy jego córka wyląduje w więzieniu za współudział? - wycedził, świadom kolejnej, pieprzonej granicy, która znów została przez niego przekraczana. Patrzył, jak wiązała swoje włosy, samemu wciąż trzymając w dłoni koszulę zamiast ją na siebie założyć. - Że byłaś słaba, zakochując się w złym mężczyźnie? Że tego się po tobie spodziewał, bo jesteś kobietą?
Prychnął, wreszcie rozprostowując materiał, który zmiął się w jego zaciśniętych palcach. Powoli zaczął się ubierać, zbyt wolno by faktycznie śpieszyć się do wyjścia, ale wystarczająco by zrobić coś z rękami.
- Miesiąc temu nie byłaś w stanie zrezygnować z pieprzonego Bianchiego. Przypomnij mi, co wtedy mi mówiłaś? - syknął, wsuwając na siebie koszulę i odpowiadając tak szybko, że nie była w stanie przemycić własnych słów. - Że potrzebujesz tego. Że musisz wierzyć, że odpowiedzialnych ludzi dosięgnie sprawiedliwość, inaczej nie będziesz w stanie funkcjonować.
Jego guziki były rozpinane pośpiesznie i w ten sam sposób były teraz zapinane, jeden po drugim, niedbale, zatrzymując się na trzech ostatnich, które nie były już potrzebne.
- To jest twój świat, Margo. Nie wiesz, o czym mówisz.

margo mercer

a soulmate who wasn't meant to be

: wt kwie 21, 2026 6:55 pm
autor: margo mercer
Wrócili do punktu wyjścia, w którym bliskość zaczynała go uwierać, jakby każdy centymetr dzielącego ich dystansu był jednocześnie granicą, której nie potrafił przekroczyć bez poczucia winy. Widziała to wyraźnie w sposobie w jaki zmieniał się jego wyraz twarzy, w napięciu zbierającym się w barkach, w tym znajomym chłodzie, który powoli wypierał wszystko, co wydarzyło się między nimi jeszcze chwilę temu.
- Pozwól, że ci coś wyjaśnię - weszła mu w zdanie spokojnie, stojąc naprzeciw niego bez cienia zawahania. Była zmęczona, ale nie cofnęła się ani o krok, nawet gdy próbował ją sprowokować. Nie podniosła też głosu, nie potrzebowała tego; każde słowo miało wystarczający ciężar, by wybrzmieć dokładnie tak, jak chciała. Patrząc na niego uważnie, próbowała przebić się przez warstwę obronną, którą tak uparcie wokół siebie budował i choć jej spojrzenie stwardniało, nie było w nim chłodu.
- Miesiąc temu myślałam, że mam za partnera uczciwego człowieka. Takiego, który wykonuje swoją robotę dlatego, że wyznaje takie same zasady jak ja. Myślałam, że odznaka coś dla niego znaczy i że nigdy, pod żadnym naporem ludzi i wydarzeń, nie zwróciłby się przeciwko niej - na moment zacisnęła szczękę, jakby powstrzymywała coś więcej, co cisnęło się na usta, ale nie pozwoliła sobie na rozproszenie. Jej ciało pozostawało niemal nieruchome, jedynie dłonie zdradzały napięcie, lekko zaciskając się na materiale bluzy, która osłaniała jej ciało wyłącznie do połowy ud - w sposób zupełnie nieprzystający do ciężaru tej rozmowy.
- Miesiąc temu myślałam, że człowiek, którego kocham nigdy nie oszukałby mnie w ż a d e n sposób, że daje mi dokładnie tyle, ile otrzymuje ode mnie. Miesiąc temu miałam sztywny kręgosłup, kompas moralny ustawiony w prawidłową stronę i z zamkniętymi oczami rozróżniałam dobro od zła - gdy tylko spróbował się odezwać, uniosła lekko dłoń, uciszając go tym jednym gestem, nie odrywając od niego wzroku. - Zmiotłeś to w pył, a ja przez tydzień próbowałam siebie przekonać, że będę w stanie się odciąć i sprawić, że właśnie tego odpowiedzialnego człowieka dosięgnie sprawiedliwość z mojej ręki, ale... - wypuściła głośno powietrze, jakby cień frustracji wymsknął się zupełnie wbrew jej woli. - niespodzianka, kurwa, n i e potrafię tego zrobić - wzruszyła ramionami, rozkładając ręce na boki w geście, który był bardziej rezygnacją niż obojętnością, a jej usta wykrzywił cień gorzkiego uśmiechu.
- Nie potrafię, dociera to do ciebie? Stawiając na szali dwie najważniejsze dla mnie rzeczy, ona przechyla się w twoją stronę. T y do tego doprowadziłeś - zrobiła krok bliżej, świadomie niwelując przestrzeń, którą próbował między nimi stworzyć, zmuszając go do tego, by znów musiał ją widzieć z bliska bez możliwości schowania się za dystansem.
- Dlatego wybacz, ale wszystkie twoje argumenty są naprawdę s ł a b e. Powinieneś się przejmować moim ojcem i tym, za kogo się uważam dużo wcześniej - cisza, która zapadła po jej słowach była niemal tak ciężka, jak ta, którą przyniósł tu ze sobą kilka godzin wcześniej. - Bądź chociaż konsekwentny, Rhys - nie odpuszczała, odpowiadając mu dosłownie w chwili, w której przestawał mówić. - Nie przychodź do mnie, nie wyznawaj mi miłości, nie mów, czego byś dla mnie nie zrobił, jeśli za chwilę masz traktować mnie w t e n sposób.

Rhys Madden

a soulmate who wasn't meant to be

: śr kwie 22, 2026 12:56 am
autor: Rhys Madden
Tylko Margo była w stanie w ciągu godziny wzbudzić w niego tak wiele emocji - wręcz, kurwa, w s z y s t k i e, na obu końcach spektrum. Od poczucia winy i smutku, przez wściekłość i furię, aż po desperacką tęsknotę, pragnienie bliskości. Zataczali kręgi, miotali się, jakby to wszystko, co spadło na jej głowy było jakiegoś rodzaju procesem żałoby, a ona spadała z jednego poziomu na drugi, to znów wracała się na poprzedni.
Nie potrafiąc się z tym p o g o d z i ć.
- Dziękuję, że mi to wyjaśniłaś - odparł chłodno, gdy wreszcie pozwoliła mu mówić i gdy znów stanęła tuż przed nim, skracając dystans między nimi, którego desperacko potrzebowali. - Czyli tydzień temu byłaś osobą o żelaznym kręgosłupie moralnym, a teraz kiedy ja go już złamałem, wybierasz mnie bo nie jesteś w stanie wepchnąć mnie za kraty?
Nie cofnął się, nawet jeśli tego się po nim spodziewała. Faktycznie, sporo wyklarowała, tłumacząc motywacje stojące za jej zachowaniem. Malując go tym samym jako jeszcze gorszego niż ten jego obraz, który stworzyła wcześniej.
Malując go jako osobę, która pozbawiła ją standardów, które miała wcześniej, która ją uwiodła i zniżyła do swojego poziomu. Prychnął, spoglądając na nią z mieszanką ponurej akceptacji i niedowierzania - jak mogła myśleć, że to w jakikolwiek sposób prostowało ich relację? Jeśli nie wcześniej, powinien odejść teraz, mając czarno na białym potwierdzenie swoich win, jak i tego, że ta miłość wyniszczała ją od środka.
A jednak jego nogi tkwiły w miejscu, niezdolne do poruszenia się zawsze, gdy tkwiły w jej pobliżu. Nie był w stanie się odsunąć, mógł jedynie sprawić, że zrobi to ona.
- Więc jak teraz będzie? Staniesz się moją partnerką w zbrodni? - wycedził, wciąż tkwiąc w miejscu, ale jego sylwetka pochyliła się nad stojącą naprzeciw kobietą. Dłuższe kosmyki włosów opadały na jego czoło, muskając skórę w miejscu, w którym jego brwi unosiły się w górę. - Zaakceptujesz to, że pracuję dla Carbone'a, jeśli będę z tobą s z c z e r y? - kontynuował, każde słowa traktując jak szpilkę, wbijaną coraz głębiej i głębiej. - Będziesz przychodziła do pracy i udawała, że nie robię tego, co robię? Ponieważ mnie kochasz?
Frustracja znów zalała jego ciało i duszę, zmusiła go do wyprostowania się. Napięcie trzymało jego ciało jak imadło, od szczęki, przez ramiona aż po dłonie, zwinięte odruchowo w pięści.
- Do jasnej cholery, Margo, nie potrafisz się nawet stawić na komisariacie - warknął, w tej całej konwersacji zgrabnie omijając fragment, w którym to o n do niej wracał - a ona miała rację. Ponieważ nie mógł się od niej odsunąć.
Mógł tylko sprawić, że odsuwała się ona.
- Nie jesteś w stanie żyć ze mną w ten sposób, nie zachowuj się, jakby to w ogóle było opcją - zakończył, choć wątpił, by mogło to do niej dotrzeć. W stanach takich jak ten, do Mercer nie docierało nic.

margo mercer

a soulmate who wasn't meant to be

: śr kwie 22, 2026 8:10 am
autor: margo mercer
To, co jeszcze chwilę temu wydawało się w jej głowie spójne, poukładane i w jakiś pokręcony sposób logiczne, rozpadło się pod ciężarem jego słów szybciej, niż była gotowa to przyjąć.
Gdy wypowiedział to na głos, bez filtrów, bez tej miękkości, którą sama nadawała tej sytuacji w myślach, poczuła, jak coś nieprzyjemnie ściska ją od środka. Skrzywiła się lekko, bardziej odruchowo niż świadomie, jakby jej ciało szybciej niż rozum zareagowało na to zderzenie z rzeczywistością, której nie chciała widzieć w tak ostrym świetle. - Tydzień temu nie wiedziałam tego, co niestety wiem teraz - odpowiedziała ciszej, niemal przygaszona przy jego napięciu, które wypełniało przestrzeń między nimi i pchało go do przodu, do kolejnych słów wypowiadanych z precyzją, która bolała bardziej niż fizyczna krzywda.
Tym razem nie weszła mu w zdanie. Pozwoliła mu mówić, choć każde kolejne pytanie wbijało się w nią głębiej, odsłaniając coś, czego sama nie potrafiła jeszcze nazwać. Stała przez chwilę bez ruchu, patrząc na niego z tym samym skupieniem, ale bez wcześniejszego uporu, bo nagle zabrakło jej odpowiedzi. Nie dlatego, że nie chciała ich udzielić, tylko dlatego, że naprawdę ich nie miała. - Nie wiem - przyznała w końcu cicho, bez prób maskowania tej niewiedzy czymkolwiek innym.
Odsunęła się o krok, potem kolejny, jakby dopiero teraz dotarło do niej, jak bardzo była zmęczona staniem naprzeciw niego i przyjmowaniem wszystkiego, co na nią zrzucał. Podeszła do okrągłego stolika i usiadła na jego krawędzi, opuszczając na chwilę wzrok, bo ciężar, który nosiła w sobie od dni, znowu dał o sobie znać, przygniatając ją w sposób, który odbierał siłę nawet na utrzymanie prostej sylwetki. - Nie wrócę do pracy - pokręciła głową powoli, jakby to była jedyna rzecz, której była pewna. - Nie mogę nawet dokończyć sprawy z Collinsem, bo jeśli wsadzę go za kratki, to pociągnie cię za sobą - podniosła na niego spojrzenie, tym razem bez tej wcześniejszej twardości, zastąpionej rozczarowaniem, które nie było wymierzone tylko w niego.
- Przerzucasz na mnie odpowiedzialność za decyzje. Chcesz, żebym to ja coś zrobiła - powiedziała spokojnie, ale wyraźnie. - Nie podoba ci się żaden mój krok, każdy krytykujesz - mimo, że jej głos nie podniósł się ani o ton, napięcie było wyczuwalne w każdym słowie. - Kiedy założyłam ci kajdanki, drżałeś i n i g d y nie pozwoliłbyś, żebym doprowadziła to do końca. Kiedy chcę spróbować to rozwiązać, nazywasz mnie głupią, bo według ciebie nie ma wyjścia - westchnęła, potrzebując na moment pauzy. - Kiedy cię nie wybieram, wracasz i mówisz, że nigdy nikogo tak nie kochałeś. Kiedy cię wybieram, robisz wszystko, żeby mnie od tego wyboru odepchnąć - jej ramiona opadły lekko, jakby coś w niej wreszcie ustąpiło pod naporem tej sprzeczności, w której tkwili.
- Nie mam już siły na to - dodała ciszej, a zmęczenie wybrzmiało w końcu bez żadnej osłony. - Po prostu rób, co chcesz.
Nie patrzyła na niego przez chwilę, skupiając wzrok gdzieś obok; potrzebowała tej krótkiej ucieczki, choćby tylko spojrzeniem. W jej postawie na próżno było szukać oznak walki, naznaczało ją tylko wyczerpanie po niej - takie, które zostaje, gdy człowiek zrozumie, że żadna odpowiedź nie będzie wystarczająco dobra, by naprawić to, co już się rozpadło.

Rhys Madden

a soulmate who wasn't meant to be

: czw kwie 23, 2026 4:24 pm
autor: Rhys Madden
Tkwili w niemożliwej do rozwiązania sytuacji. To nie tak, że stała się taką z perspektywy czasu - była nią od samego początku, gdy tylko Margo zaczęła zagłębiać się w to bagno, w którym tkwił od dwóch lat. I choć świadomość tego, że nie było z niej prawdziwego wyjścia towarzyszyła mu od samego początku, dopiero od pewnego czasu wraz z nią czaiło się rozwiązanie.
Rozwiązanie, którego nigdy wcześniej nie brał pod uwagę.
Nigdy wcześniej nie pragnął przełożenia czyjegoś innego dobrobytu ponad własny. Spoglądając w lustro nigdy nie widział po drugiej stronie szlachetnego człowieka, którym być może był kiedyś - był świadom swojego egoizmu, tej hipokryzji, która każdego dnia towarzyszyła mu w drodze na komisariat. Zaakceptował swoją rolę w społeczeństwie, z daleka od wszystkich, którzy mogli wnieść do jego życia coś więcej - by następnie, w ten czy inny sposób, to zabrać. Odejść, odsunąć się, u m r z e ć. Samotność była mu na rękę, ograniczała konsekwencje jego działań do niego samego.
Wiedział, że któregoś dnia to życie, które prowadził, będzie musiało się skończyć. Kariera umoczonego policjanta nigdy nie była zbyt długa - wiązała się ze zbyt wielką ilością zagrożeń nadchodzących z obu stron. Mógł zostać przyłapany, jego ruchy mogły zostać dostrzeżone przez aparat sprawiedliwości, prowadząc innego detektywa po nitce do kłębka. Z drugiej strony mógł też okazać się nieprzydatny, mógł być ciężarem dla słynącego z efektywności mafioza, a w takim wypadku wiedział, że posiadał zbyt wielką wiedzę na temat jego operacji i posunięć.
Nigdy jednak nie spodziewał się, że to skończy się w t e n sposób.
Uważał swoje serce za skamieniałe, pokryte bliznowatą tkanką, przez którą nie dało się przedrzeć. To miejsce, w którym niegdyś tkwiły intensywne emocje miało być puste, jałowe, niezdolne do przyjęcia czegoś nowego - lecz Margo pojawiła się w nim jak zasiane ziarno, kiełkując w coś, czego nie dało się już poskromić. Co rosło z każdym dniem i tygodniem, obejmując coraz to większe obszary, aż wreszcie całkowicie nim zawładnęło.
A teraz tkwił przed nią, przed osobą, która stała się najważniejszym punktem, wokół którego kręciła się jego pieprzona egzystencja i patrzył, jak ją n i s z c z y ł. Wszystkim tym, co robił, wszystkim co mówił, a zwłaszcza tym, co zachowywał dla siebie.
Miała rację. To nie mogło się udać, nie było wersji rzeczywistości, w której mogliby zjeść ciastko i je mieć. Dlatego jego twarz przybierała coraz to bardziej ponury wyraz gdy spoglądał na jej odsuwanie się, na zmęczenie wkraczające tam, gdzie jeszcze chwilę temu była miłość. Z każdą chwilą i każdym oddechem, jej, jego, coraz bardziej czuł tę pustkę, którą na moment wyparła, nicość schowaną pod pnączami jej miłości.
- Wracam - przyznał, na moment również odbiegając wzrokiem w bok. - Chociaż nie powinienem.
Odwrócił się, ruszając w stronę drzwi - nie do nich samych, ale do kurtki leżącej na ziemi. Schylił się, podnosząc ją, zakładając na siebie. Pachniała światem, który zostawił na zewnątrz, poza tą bańką, która prysła w środku.
- Zrobię to, czego chce ode mnie Carbone. Doprowadzę sprawę Morettiego do końca - postanowił, zatrzymując się przed drzwiami, jeszcze nie sięgając do klamki, choć przecież była na wyciągnięcie ręki. Musiał to zrobić, musiał zagwarantować jej bezpieczeństwo. - A później się przyznam.

margo mercer

a soulmate who wasn't meant to be

: czw kwie 23, 2026 8:09 pm
autor: margo mercer
Czuła się tak, jakby ktoś posadził ją w ostatnim wagoniku rozpędzonego rollercoastera i zatrzasnął zabezpieczenie, nie dając żadnej możliwości zejścia. Raz znajdowała się wysoko, niemal odurzona nadzieją, przekonana, że może jednak istnieje droga wyjścia, a chwilę później spadała gwałtownie w dół, z żołądkiem podchodzącym do gardła, z paniką rozlewającą się po ciele.
Euforia mieszała się z rozpaczą, gniew ustępował miejsca tęsknocie, a tęsknota zmieniała się w zmęczenie tak ogromne, że przestawała odróżniać, co naprawdę czuje.
To właśnie jej zrobił. Nie tylko ją zranił, zmienił sposób w jaki postrzegała świat. Pozwolił jej uwierzyć w rzeczy, które nigdy nie miały prawa istnieć. Pozwolił zakochać się nie tylko w sobie, ale również w wizji ich przyszłości, budowanej z drobnych gestów, spojrzeń, obietnic niewypowiedzianych na głos, lecz obecnych w każdym jego ruchu. Winiła go za to bardziej niż za wszystkie kłamstwa. Za to, że wiedział, jak kruche były fundamenty, po których kazał jej chodzić i mimo to nie zatrzymał jej ani razu.
Patrzyła na niego i przez jedną krótką chwilę pragnęła, by po prostu z n i k n ą ł. By zamknęła oczy, policzyła do trzech, a kiedy je otworzy - jego już tu nie będzie. Spróbowała nawet mrugnąć mocniej, dłużej, jakby ten dziecięcy odruch miał odciąć ją od rzeczywistości, która zaczynała zaciskać się wokół gardła.
- Jasne, że to zrobisz - pokiwała głową powoli, patrząc na niego bez ruchu. - A później postawisz mi kolejny warunek i ja nie będę mogła zrobić nic - jej głos był cichy, nie było w nim już siły do walki, tylko zmęczenie, które odbierało zdolność do gwałtownych reakcji. Siedziała na brzegu stolika, obserwując, jak porusza się po mieszkaniu, jak sięga po kurtkę, jak przygotowuje się do wyjścia, choć każda część jego ciała zdradzała, że równie mocno chce zostać. - Wszystko dalej będzie kręcić się wokół ciebie. Nadal będziesz mówił, że robisz to dla mnie - przygryzła dolną wargę, mocniej niż powinna, szukając w tym drobnym ukłuciu bólu, czegoś, co pozwoliłoby utrzymać się w pionie.
- A czy chociaż raz n a p r a w d ę pomyślałeś o moich uczuciach, Rhys? Zastanowiłeś się, co czuję zamiast decydować, czego według ciebie potrzebuję? - zapadła cisza, ciężka i nieruchoma. Spuściła wzrok na swoje dłonie, przez chwilę śledząc drobne drżenie palców, których nie była w stanie opanować. Wszystko w niej działało wolniej, jakby organizm odcinał kolejne zasoby energii, próbując przetrwać.
- Przypomnij sobie, co czułeś, gdy nagle zabrakło w twoim życiu Sophie. Skazujesz mnie na to samo dobrowolnie, bo tak chcesz. Tym jest twoja miłość - gdyby miała w sobie jeszcze resztki siły, podeszłaby do niego, złapała za ramiona, zmusiła, by spojrzał na nią inaczej. Ale teraz siedziała nieruchomo, prowadząc tę rozmowę niemal mechanicznie. - A na koniec zaplanowałeś dla siebie więzienie, gdzie przyznasz się do wszystkiego, co zrobiłeś, bo inni zasłużyli na prawdę, a ja nie dostanę od ciebie nawet tego.
Zaśmiała się cicho, gorzko, bez śladu rozbawienia. Wreszcie zmusiła ciało do ruchu, podnosząc się powoli od stolika. Nie spojrzała na niego, kiedy podeszła do ściany i podniosła spodnie leżące na podłodze. Założyła je powoli, skupiając się na tej prostej czynności bardziej, niż było to konieczne. - Wydaje mi się, że wyjaśniliśmy sobie wszystko - nie odwróciła się w jego stronę.
Zamiast tego zaczęła zbierać porozrzucane rzeczy, poprawiać przedmioty na blacie, przesuwać kubek, składać koc. Chaos, który przez ostatnie dni przestał mieć znaczenie, nagle zaczął ją drażnić. Potrzebowała zająć ręce czymkolwiek, by nie patrzeć na niego, nie obserwować, jak zmienia się jego twarz, jak twardnieje spojrzenie, jak kolejne emocje przesuwają się po nim falami, których nie miała siły analizować.

Rhys Madden

a soulmate who wasn't meant to be

: czw kwie 23, 2026 8:24 pm
autor: Rhys Madden
Znalazł się w miejscu, w którym nie mógł wygrać. Nie było decyzji, którą mógłby podjąć dobrze, nie było magicznego wyjścia, dzięki któremu skończyłoby się wywoływane przez niego cierpienie. Zabrnął w to zbyt daleko, zabierając ją ze sobą i choć nie potrafił powiedzieć, by żałował ostatnich miesięcy, nie zatrzymywało to frustracji, ogarniającej jego ciało i umysł swoją falą.
- Co innego mam robić? - warknął, choć przecież powiedziała mu wcześniej, czego pragnęła - lecz c o by to zmieniło?
Dowiedziała się już prawie wszystkiego innego, dowiedziała się o tym, co robił za zamkniętymi drzwiami i to zrujnowało jej życie. Czym był ten ostatni strzęp prawdy, jak nie ostatnim gwoździem wbitym do trumny tego wszystkiego, co ich łączyło? Tą jedną rzeczą, której nie będzie w stanie przełknąć, nie będzie potrafiła jej zignorować tak, jak zignorowała wszystko inne, jeszcze chwilę temu.
- Spierdoliłem wszystko wpuszczając cię do swojego życia. Czy nie to chcesz usłyszeć, Mercer? - dodał, wykonując krok w jej stronę, w stronę tego pieprzonego stolika, o który teraz się opierała, w zbyt wielkiej bluzie, w spiętych włosach - śladach tego, co przed chwilą ich łączyło, a co teraz rozwaliło się na kawałki. Na jego założoną kurtkę i jej odwrócony wzrok. - Spierdoliłem to na samym początku i teraz nie wiem jak mam z tego, do cholery, wybrnąć.
Nie wiedział gdzie leżała innego rodzaju prawda - ta tworząca fundament bariery, za którą trzymało się to ostatnie wyznanie. Czy była wyłącznie związana z drżeniem jego dłoni, gdy wspomnienia zabierały go z powrotem do wnętrza ponurego baru, czy też znowu z czymś egoistycznym, kompletnie wyzutym ludzkich odruchów - z potrzebą bycia wystarczająco czystym, by była w stanie znieść jego miłość. Z nieprzekraczaniem tej ostatniej bariery, za którą żadna, nawet najbardziej intensywna emocja w jej sercu nie byłaby w stanie pozwolić jej na przebywanie w jego towarzystwie.
Ale wiedział, że przecież już ją stracił. Margo po prostu jeszcze o tym nie wiedziała.
- Wiem tylko jak mogę zapewnić ci bezpieczeństwo - wycedził, kolejnym krokiem zbliżając się do stolika, do pełnych złości i zmęczenia oczu, do ciała, które wciąż nosiło na sobie zapach jego perfum. - Przed człowiekiem, z którym ty poszłaś, kurwa, na obiad.
Nie było w tym żadnego sensu, w tym cierpieniu, podtrzymywanym przez wymijające konwersacje i nieustanne odwracanie spojrzenia, czy jego własnego, czy jej. Nie było celu, innego niż przekręcanie ostrza wbitego w jej serce, wydłużaniem tej chwili, w której jej twarz wykrzywi ś w i a d o m o ś ć tego, jakim człowiekiem był. Obrzydzenie, nienawiść, wszystko, co spoglądało na niego z jego własnego odbicia w lustrze, gdy nieopatrznie ku niemu spojrzał.
Gdy tym razem skracał dystans między nimi, powietrze już było ciężkie, nasiąknęło wagą słów, które nie zostały jeszcze wypowiedziane. Wyczuł, jak chłód wypełnia jego żyły, jak jego dłonie zaciskają się w pięści być może tylko po to, by nie okazać drżenia.
A może po to, by nie widział schowanej w ich wnętrzu czerwieni.
- Zabiłem kogoś, Margo - wychrypiał, nieobecnym wzrokiem błądząc po jej twarzy, choć z każdym zamknięciem powiek był w innym miejscu, innym czasie. Chłód w jego krwiobiegu zmienił się w lód. - Zabiłem kogoś, kogo nie miałem prawa zabijać.

margo mercer

a soulmate who wasn't meant to be

: pt kwie 24, 2026 9:02 am
autor: margo mercer
Nie istniała granica, której człowiek zakochany nie próbowałby przesunąć. Najpierw robił to ostrożnie, niemal niezauważalnie, tłumacząc sobie, że przecież chodzi wyłącznie o jeden wyjątek, jeden kompromis, jedną decyzję podjętą wbrew sobie. Później przychodziła kolejna, odrobinę większa, łatwiejsza do zaakceptowania, bo poprzednia zdążyła już osiąść na sumieniu i przestała uwierać.
Człowiek uczył się żyć z rzeczami, które wcześniej wydawały mu się niemożliwe. Uczył się tłumaczyć cudze błędy, usprawiedliwiać własne wybory, przesuwać linię dobra i zła tak długo, aż przestawał pamiętać, gdzie znajdowała się pierwotnie. Miłość nie odbierała rozsądku od razu. Robiła to powoli, niemal niezauważalnie, zamieniając granice w coś płynnego, podatnego na ruch, rozciągającego się dalej i dalej. Aż wreszcie docierał do miejsca, w którym nie było już nic do przesunięcia. Do ściany, której nie dało się obejść ani przeskoczyć.
I wtedy pozostawało jedno pytanie - czy próbowałby mimo wszystko znaleźć inną drogę? Czy dalej szukałby sposobu, by nie stracić tego, co kochał nawet jeśli oznaczało to zgubienie samego siebie?
Pierwsze słowa dotarły do niej w y r a ź n i e. Usłyszała je, przyjęła ich ciężar, lecz umysł odmówił współpracy. Nadal przesuwała dłonią po szklankach stojących na stole, porządkując je w bezmyślnym rytmie, jakby ruch rąk mógł ochronić ją przed tym, co właśnie wydarzyło się w przestrzeni między nimi. Jej ciało działało automatycznie, nieświadome katastrofy, która właśnie rozdarła powietrze.
Drugie zdanie przecięło wszystko.
Szklanka wysunęła się spomiędzy palców i runęła na podłogę. Huk rozbijanego szkła zabrzmiał nienaturalnie głośno, ostro i brutalnie. Drobne odłamki rozsypały się wokół jej bosych stóp, błyszcząc w półmroku niczym fragmenty czegoś, czego nie dało się już poskładać.
Zabiłem kogoś.
Echo tych słów nie milkło. Odbijało się od ścian jej głowy, wracało raz po raz, nie pozwalając myślom ruszyć dalej. Czuła, jak żołądek zaciska się boleśnie, jak coś ciężkiego osiada na jego dnie i odbiera możliwość wykonania pełnego oddechu. Z a s t y g ł a. Nie potrafiła poruszyć ani dłonią, ani nogą; trwała w bezruchu, sparaliżowana nie samym wyznaniem, lecz jego ciężarem.
Powoli wyprostowała plecy i dopiero wtedy zauważyła, jak blisko stał. Nie pamiętała momentu, w którym skrócił dystans; nie wiedziała, czy zrobił krok, czy może ona przestała dostrzegać przestrzeń między nimi. Wystarczyłoby wyciągnąć rękę, by go dotknąć, wystarczyłoby poruszyć palcami.
Patrzyła na niego długo. Widziała człowieka, którego k o c h a ł a z siłą przekraczającą zdrowy rozsądek. Człowieka, którego obecność uspokajała ją bardziej niż cokolwiek innego. Jednocześnie dostrzegała obcego - kogoś, kto stał przed nią od początku, lecz pozostawał ukryty za starannie budowaną fasadą. Nie wiedziała, co powinna poczuć - czy chłód powinien rozlać się po żyłach i wygasić wszystko, co nosiła dla niego pod skórą? Czy miłość miała umrzeć w tej jednej sekundzie, rozbita o prawdę tak brutalną, że nie pozostawiała miejsca na złudzenia? Czy wściekłość powinna odebrać jej oddech, zastąpić współczucie, odebrać zdolność patrzenia na niego bez obrzydzenia?
N i c z tego nie przyszło. Najpierw pojawiło się coś znacznie gorszego - potrzeba zrozumienia.
Drgnęła gwałtownie, gdy jeden krok naprzód wydarzył się niemal bez jej zgody, dłoń uniosła się odruchowo, pragnąc dotknąć jego spokojnej, zasnutej chłodem twarzy. Zaraz potem cofnęła się dwa razy, zahaczając łydką o kanapę, gdzie zachwiała się, tracąc równowagę. Powietrze utkwiło jej w gardle, a serce zaczęło bić zbyt szybko, nierówno i boleśnie. - Kurwa, Rhys... - słowa wyszły z niej cicho, bez śladu złości.
Zrobiła kolejny krok w tył, potem następny, a plecami niemal uderzyła o ścianę prowadzącą do sypialni. Nie uciekała przed nim ze strachu, uciekała przed sobą, przed tym, że mimo wszystkiego nadal chciała zostać. Przycisnęła dłoń do klatki piersiowej, próbując uspokoić oddech. Płuca pracowały chaotycznie, łapczywie, lecz żaden wdech nie przynosił ulgi. Panika zaczęła wspinać się wyżej, rozlewając po żebrach, gardle i karku, podczas gdy świat zwęził się do nierównego pulsu i ciężaru wbitego pod mostek. - Nie dam rady.
Powinna go wyrzucić, p o w i n n a kazać mu wyjść, zamknąć drzwi i pozwolić, by ta noc skończyła się definitywnie, a jednak dominujące uczucie było inne. Nie przerażało jej to, że zabił. Przerażało ją, że mimo tej wiedzy nadal pragnęła do niego podejść, objąć go, powiedzieć, że znajdą rozwiązanie, a on nie zostanie z tym sam.
Ta myśl uderzyła mocniej niż wszystko inne.
Odwróciła się gwałtownie i weszła do sypialni, niemal wpadając do środka. Ruchy miała chaotyczne, pozbawione planu. Chwyciła za walizkę stojącą przy ścianie i rzuciła ją na łóżko. Otworzyła ją drżącymi palcami, po czym zaczęła wrzucać do środka przypadkowe rzeczy - bluzę, spodnie, kosmetyczkę, ładowarkę, której nawet nie rozplątała.
Działała na autopilocie, próbując znaleźć zajęcie dla rąk, by nie rozsypać się całkowicie. Potrzebowała ruchu, potrzebowała wyjazdu. P o t r z e b o w a ł a uciec od mieszkania pachnącego nim, od szkła rozsypanego na podłodze, od prawdy, która właśnie rozdarła jej świat na pół.
Najbardziej jednak potrzebowała uciec od faktu, że mimo wszystko nadal nie potrafiła przestać go kochać. Od tej świadomości, że nie istniało n i c, co mogłoby sprawić, że nie wybierze jego.

Rhys Madden