a soulmate who wasn't meant to be
: wt kwie 21, 2026 1:13 pm
W i e d z i a ł, że miała rację. Było już za późno na wycofanie się, na powrót do tego miejsca, w którym wszystko opierało się na niedopowiedzeniach, w których jego wina była wciąż poddawana pod interpretację.
Ale nie widziała tej nowej granicy, która dla niego malowała się tak jasno i przejrzyście.
Wyobrażał sobie wiele różnych scenariuszy, w których Margo dowiaduje się o wszystkim. Większość z nich kończyła się tak, jak niemal skończyli dziś - z jego nadgarstkami skutymi kajdankami, z jej wściekłością pchającą go w stronę wyjścia. W stronę konsekwencji, na które zasłużył, nawet jeśli wykonywanie swoich obowiązków miało rozedrzeć jej serce na pół.
Ale to było znacznie g o r s z e.
Myśl, że choć ciągnął ją na dno, to dno miałoby okazać się jeszcze niższe. Że mógłby pozbawić ją tego wszystkiego, co nadawało jej życiu sens - odznaki, na którą tak ciężko pracowała, kariery, którą kochała. Poczucia sprawiedliwości, które kierowało nią na co dzień, a które musiałaby kompletnie wyrzucić, jeśli chciałaby być z nim.
- Nie - wyrwało się z jego ust, zaprzeczenie, które przecież przewidziała, mówiąc mu, że zaraz się wkurzy. I rzeczywiście ta złość zamigotała gdzieś z tyłu jego głowy, gotowa do wzięcia, do wykorzystania - idealne narzędzie, z którego pomocą oddzielał świat od siebie grubą kreską.
Tu nie chodziło o fałszowanie dokumentów, ani nawet o współpracę z półświatkiem. O to wszystko, co gdyby wypłynęło na wierzch, przysporzyłoby jej problemów i być może nieprzychylnej reputacji, gdyby nie wyparła się tego odpowiednio szybko.
Tu chodziło o to wnętrze ciemnego baru, o wściekłość, która pchała go naprzód, za wszelkie granice, których nigdy nie powinno się przekraczać. O źródło tej smyczy, założonej na jego szyi przez Carbone'a, zdolnej zniszczyć nie tylko jego, ale i wszystkich wokół. O krew, której do dziś nie był w stanie zmyć ze swoich dłoni, o to, do czego był z d o l n y.
- Nie ma nic, co mogłabyś zrobić, żeby nas z tego wyciągnąć - rzucił wreszcie, ostrzej, ponieważ najwyraźniej to do niej nie docierało. Margo zawsze wierzyła, że jest w stanie coś osiągnąć, nawet w sytuacjach beznadziejnych usiłowała stworzyć plan. Ale czy istniał plan, który wskrzeszałby do życia dawno pogrzebane trupy?
Jego dłonie sięgnęły do jej ciała, wciąż będącego blisko, gotowego zareagować. Uniósł ją lekko, zaciskając palce na jej talii by fizycznie zsunąć ją z siebie, nie pozwalając, by ta bliskość dalej go mamiła. By karmiła go myślami, że to wszystko mogło się udać.
By zmuszała go, by przyznał się przed samym sobą co z r o b i ł.
- To się kończy w grobie albo za kratami - warknął, przekonany, że nie miała pojęcia o czym mówiła - nie mogła mieć, w końcu niczego jej nie m ó w i ł. - Chcesz ze mną trafić do więzienia, Margo?
Póki nie wiedziała, wierzył, że mogłaby się z tego w y b r o n i ć. Póki nie znała tego jednego grzechu, który w każdym sądzie wsadziłby ją za kraty za współudział przez sam fakt tego, że nie aresztowała go własnoręcznie.
Uniósł się z kanapy, znajdując leżące na ziemi spodnie. Potrzebował dystansu, potrzebował jakiejkolwiek formy ochłonięcia, otrzeźwienia z tych wszystkich emocji, które wiecznie w nim wzbudzała.
- Nie pozwolę ci na zrujnowanie sobie życia - westchnął, zatrzymując się w połowie ubierania by przetrzeć zmęczoną twarz, jeszcze nie wiedząc gdzie podziała się jego koszula.
margo mercer
Ale nie widziała tej nowej granicy, która dla niego malowała się tak jasno i przejrzyście.
Wyobrażał sobie wiele różnych scenariuszy, w których Margo dowiaduje się o wszystkim. Większość z nich kończyła się tak, jak niemal skończyli dziś - z jego nadgarstkami skutymi kajdankami, z jej wściekłością pchającą go w stronę wyjścia. W stronę konsekwencji, na które zasłużył, nawet jeśli wykonywanie swoich obowiązków miało rozedrzeć jej serce na pół.
Ale to było znacznie g o r s z e.
Myśl, że choć ciągnął ją na dno, to dno miałoby okazać się jeszcze niższe. Że mógłby pozbawić ją tego wszystkiego, co nadawało jej życiu sens - odznaki, na którą tak ciężko pracowała, kariery, którą kochała. Poczucia sprawiedliwości, które kierowało nią na co dzień, a które musiałaby kompletnie wyrzucić, jeśli chciałaby być z nim.
- Nie - wyrwało się z jego ust, zaprzeczenie, które przecież przewidziała, mówiąc mu, że zaraz się wkurzy. I rzeczywiście ta złość zamigotała gdzieś z tyłu jego głowy, gotowa do wzięcia, do wykorzystania - idealne narzędzie, z którego pomocą oddzielał świat od siebie grubą kreską.
Tu nie chodziło o fałszowanie dokumentów, ani nawet o współpracę z półświatkiem. O to wszystko, co gdyby wypłynęło na wierzch, przysporzyłoby jej problemów i być może nieprzychylnej reputacji, gdyby nie wyparła się tego odpowiednio szybko.
Tu chodziło o to wnętrze ciemnego baru, o wściekłość, która pchała go naprzód, za wszelkie granice, których nigdy nie powinno się przekraczać. O źródło tej smyczy, założonej na jego szyi przez Carbone'a, zdolnej zniszczyć nie tylko jego, ale i wszystkich wokół. O krew, której do dziś nie był w stanie zmyć ze swoich dłoni, o to, do czego był z d o l n y.
- Nie ma nic, co mogłabyś zrobić, żeby nas z tego wyciągnąć - rzucił wreszcie, ostrzej, ponieważ najwyraźniej to do niej nie docierało. Margo zawsze wierzyła, że jest w stanie coś osiągnąć, nawet w sytuacjach beznadziejnych usiłowała stworzyć plan. Ale czy istniał plan, który wskrzeszałby do życia dawno pogrzebane trupy?
Jego dłonie sięgnęły do jej ciała, wciąż będącego blisko, gotowego zareagować. Uniósł ją lekko, zaciskając palce na jej talii by fizycznie zsunąć ją z siebie, nie pozwalając, by ta bliskość dalej go mamiła. By karmiła go myślami, że to wszystko mogło się udać.
By zmuszała go, by przyznał się przed samym sobą co z r o b i ł.
- To się kończy w grobie albo za kratami - warknął, przekonany, że nie miała pojęcia o czym mówiła - nie mogła mieć, w końcu niczego jej nie m ó w i ł. - Chcesz ze mną trafić do więzienia, Margo?
Póki nie wiedziała, wierzył, że mogłaby się z tego w y b r o n i ć. Póki nie znała tego jednego grzechu, który w każdym sądzie wsadziłby ją za kraty za współudział przez sam fakt tego, że nie aresztowała go własnoręcznie.
Uniósł się z kanapy, znajdując leżące na ziemi spodnie. Potrzebował dystansu, potrzebował jakiejkolwiek formy ochłonięcia, otrzeźwienia z tych wszystkich emocji, które wiecznie w nim wzbudzała.
- Nie pozwolę ci na zrujnowanie sobie życia - westchnął, zatrzymując się w połowie ubierania by przetrzeć zmęczoną twarz, jeszcze nie wiedząc gdzie podziała się jego koszula.
margo mercer