pact with the devil
: ndz cze 07, 2026 7:37 am
Był to Subin. Wyraźny koszmar, który miał stać się jawą. Mężczyzna, który miał nie być tak zdolny i nie mieć takich koneksji, by znaleźć każdego, gdziekolwiek. A jednak – stał w łazience. We Włoszech, podczas wydarzenia, które dla Navi miało być tym ‘najszczęśliwszym dniem w życiu’, jeśli wierzyć wszystkim tym przesądom.
Tyle tylko, że ona przecież już taki dzień miała! Lata temu, gdy poślubiała Subina.
Nie odpowiedział jej na pierwsze pytanie, jakie zadała. Celowo ją zignorował, a może uznał, że sama wpadnie na pomysł, co on miałby tu robić. Chociaż nie, pewnie była na to zbyt głupia. Była tylko kobietą, a kobiety były głupie.
Stał i chełpił się jej reakcją. Tym, jak jej ciało się spięło na jego widok; jakby sobie właśnie przypomniała, gdzie jest jej miejsce. I kto miał nad nią kontrolę, a także komu podlegała. I najwyraźniej był zadowolony z tego, że to uczucie nie zaniknęło. I nie chodziło tu o miłość. Chociaż to było również coś, na co pracowało się latami.
Na kolejne pytanie już zareagował.
— To nie było takie trudne — odpowiedział, uśmiechając się. Tyle tylko, że w tym uśmiechu nie było żadnego ciepła czy szczęścia, które można by przypisać mężowi, który z ulgą odnotowuje, że właśnie odnalazł swoją zaginioną żonę. Swoją żonę, którą miałby uznać za martwą. Uśmiech ten był jadowity i bardziej przypominał bestię, która po długim, przeciągającym się polowaniu, w końcu dopadła swoją ofiarę. Nie będąc nawet głodną.
Można się było jednak powiedzieć, że jedno, proste pytanie nie spotka się z odpowiedzią. A przynajmniej nie taką, która by cokolwiek wyjaśniła.
— Nie oszukujmy się, k o c h a n i e. Jesteś moją żoną, należysz do mnie, znajdę cię zawsze i wszędzie.
Brzmiało całkiem znajomo, jak znajoma deklaracja.
Obejrzał ją dokładnie, od stóp do głów, mierząc jej sylwetkę i pozwalając, by wyraz niezadowolenia, może nawet zdegustowania, pojawił się na jego gębie.
— Widzę, że ci się przytyło — stwierdził, nie ruszając się z miejsca, najwyraźniej w pełni świadomy tego, gdzie uciekł wzrok Navi i o czym myślała. Każda na jej miejscu pewnie myślałaby o ucieczce, a jednak tym razem nie zamierzał jej na to pozwolić. — Ale spokojnie, doprowadzimy cię do porządku. Ominiesz parę posiłkow i szybko wrócisz do formy.
Czyli do głodzonego szkieletora, pewnie o to mu chodziło.
Kącik ust Subina drgnął prześmiewczo, jakby właśnie pomyślał o czymś, co rzeczywiście go rozbawiło. Postąpił o krok, kręcąc przy tym głową, jakby w wyrazie niedowierzania. Jakby właśnie pomyślał o jakimś absurdzie.
— Naprawdę myślałaś, że możesz ode mnie uciec? Że dam ci odejść? — Wyraz jego twarzy zmienił się natychmiastowo, ściągając się w wyraźnym gniewie. Podszedł jeszcze bliżej kobiety. — Jesteś moją żoną, kurwa. — Trzask przetoczył się po pomieszczeniu, w którym się znajdowali. Uderzył ją. Otwartą dłonią spoliczkował pannę młodą, w ramach kary. Z pełną siłą, nie miarkując się przy tym. Wymierzył jej karę, tak jak już to kiedyś robił. Choć pewnie gdyby zapytać jego, to i tak był delikatny (i to pewnie powiedziałby że z miłości, a sam policzek był wyrazem troski; jak również powiedziałby, że ‘jego to boli bardziej niż ją’). — Twoje miejsce jest przy mnie, rozumiesz? — wycedził w złości, puszczając dłonie wzdłuż siebie. Zacisnął je jednak w pięści w wyrazie frustracji. — Zabiorę cię do domu — dodał, ostro cedząc ostatnie słowo przez zaciśnięte zęby, chcąc zaakcentować, że wszędzie indziej nie było jej miejsce, a to gdzie przez cały ten czas się znajdowała nie było jej domem. — A jak jeszcze raz choćby spróbujesz uciec, to cię zabiję, rozumiesz?
Navi Yun
Tyle tylko, że ona przecież już taki dzień miała! Lata temu, gdy poślubiała Subina.
Nie odpowiedział jej na pierwsze pytanie, jakie zadała. Celowo ją zignorował, a może uznał, że sama wpadnie na pomysł, co on miałby tu robić. Chociaż nie, pewnie była na to zbyt głupia. Była tylko kobietą, a kobiety były głupie.
Stał i chełpił się jej reakcją. Tym, jak jej ciało się spięło na jego widok; jakby sobie właśnie przypomniała, gdzie jest jej miejsce. I kto miał nad nią kontrolę, a także komu podlegała. I najwyraźniej był zadowolony z tego, że to uczucie nie zaniknęło. I nie chodziło tu o miłość. Chociaż to było również coś, na co pracowało się latami.
Na kolejne pytanie już zareagował.
— To nie było takie trudne — odpowiedział, uśmiechając się. Tyle tylko, że w tym uśmiechu nie było żadnego ciepła czy szczęścia, które można by przypisać mężowi, który z ulgą odnotowuje, że właśnie odnalazł swoją zaginioną żonę. Swoją żonę, którą miałby uznać za martwą. Uśmiech ten był jadowity i bardziej przypominał bestię, która po długim, przeciągającym się polowaniu, w końcu dopadła swoją ofiarę. Nie będąc nawet głodną.
Można się było jednak powiedzieć, że jedno, proste pytanie nie spotka się z odpowiedzią. A przynajmniej nie taką, która by cokolwiek wyjaśniła.
— Nie oszukujmy się, k o c h a n i e. Jesteś moją żoną, należysz do mnie, znajdę cię zawsze i wszędzie.
Brzmiało całkiem znajomo, jak znajoma deklaracja.
Obejrzał ją dokładnie, od stóp do głów, mierząc jej sylwetkę i pozwalając, by wyraz niezadowolenia, może nawet zdegustowania, pojawił się na jego gębie.
— Widzę, że ci się przytyło — stwierdził, nie ruszając się z miejsca, najwyraźniej w pełni świadomy tego, gdzie uciekł wzrok Navi i o czym myślała. Każda na jej miejscu pewnie myślałaby o ucieczce, a jednak tym razem nie zamierzał jej na to pozwolić. — Ale spokojnie, doprowadzimy cię do porządku. Ominiesz parę posiłkow i szybko wrócisz do formy.
Czyli do głodzonego szkieletora, pewnie o to mu chodziło.
Kącik ust Subina drgnął prześmiewczo, jakby właśnie pomyślał o czymś, co rzeczywiście go rozbawiło. Postąpił o krok, kręcąc przy tym głową, jakby w wyrazie niedowierzania. Jakby właśnie pomyślał o jakimś absurdzie.
— Naprawdę myślałaś, że możesz ode mnie uciec? Że dam ci odejść? — Wyraz jego twarzy zmienił się natychmiastowo, ściągając się w wyraźnym gniewie. Podszedł jeszcze bliżej kobiety. — Jesteś moją żoną, kurwa. — Trzask przetoczył się po pomieszczeniu, w którym się znajdowali. Uderzył ją. Otwartą dłonią spoliczkował pannę młodą, w ramach kary. Z pełną siłą, nie miarkując się przy tym. Wymierzył jej karę, tak jak już to kiedyś robił. Choć pewnie gdyby zapytać jego, to i tak był delikatny (i to pewnie powiedziałby że z miłości, a sam policzek był wyrazem troski; jak również powiedziałby, że ‘jego to boli bardziej niż ją’). — Twoje miejsce jest przy mnie, rozumiesz? — wycedził w złości, puszczając dłonie wzdłuż siebie. Zacisnął je jednak w pięści w wyrazie frustracji. — Zabiorę cię do domu — dodał, ostro cedząc ostatnie słowo przez zaciśnięte zęby, chcąc zaakcentować, że wszędzie indziej nie było jej miejsce, a to gdzie przez cały ten czas się znajdowała nie było jej domem. — A jak jeszcze raz choćby spróbujesz uciec, to cię zabiję, rozumiesz?
Navi Yun