Strona 4 z 6

cariño, te presento a Pati

: ndz maja 24, 2026 8:46 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Trochę go uspokoiły słowa Pilar, bo jakby się okazało, że Luciano tutaj kogoś trzymał na siłę, no ale rzeczywiście wszystko wskazywało, że nie. Odesłał Emilio na górę i znowu stanął obok Stewart słuchając jej uważnie.
- W sumie to tak... - stwierdził rozglądając się po ścianach, ale zaraz tracił ją ramieniem - ale taśma to wiesz, nie tylko do przetrzymywania - oczywiście, że ją zaczepiał, on nawet w takiej sytuacji, w takiej scenerii nie potrafił sobie odmówić. Nigdy nie potrafił. Mimo wszystko trawił w głowie jej słowa - ale czemu tutaj, a nie w przytułku? - bo przecież skoro tam pracował, to mógł tam załatwić miejsce, Madox coś o tym wiedział, Luciano robił takie rzeczy od ręki, zrobiłby wszystko dla tych ludzi - to musiał być ktoś, kogo on nie mógł tam umieścić - stwierdził Noriega i on zaraz siedział na biurowym krzesełku, żeby się na nim zakręcić. Bo Madox nie umiał nawet przez chwilę ustać w miejscu, a zwłaszcza jak myślał, a teraz głowił się nad tym co powiedziała Pilar - nie znam się za bardzo na kobietach w ciąży... - zaczął i znowu się obrócił dookoła - ale prochy? Chyba lepiej tego nie łączyć, nie cariño? - już znowu wstawał i szarpnął kocem, z którego wypadły te wszystkie szpargały - chociaż kurwa... Na ulicy to wszystko jest możliwe, i ta lalka...- trącił ręką jakąś szmacianą laleczkę. A zaraz sięgał po zdjęcie, aż klęknął na podłodze zastanawiając się skąd on zna tę kobietę obok Luciano. Chwilę się głowił, ale zaraz skojarzył.
Skinął głową na pytanie Pilar - tak, ale nie wiem... czy lepiej porozmawiać z nią, czy najpierw z Hugo? Bo wiesz jak złapiemy jedno, to zaraz ustalą jakąś wspólną wersję, więc możemy zaskoczyć tylko jedno z nich... Hugo to prosty facet, ale mnie nie lubi, bo Madox Noriega to problemy - spojrzał na nią poważnie, bo chyba ona coś o tym wiedziała - jej nie znam, ale w przytułku niektórzy wiedzą, że wpłacam datki, no i wiesz, zawsze jest też mój urok osobisty - podnosił się już z ziemi otrzepując kolana z kurzu, z ciemnymi tęczówkami utkwionymi w jej pięknych, czekoladowych oczach. I już się wyrwał do niej, tylko wtedy zawołał go Emilio, a Madox od razu strzelił oczami - chyba będę musiał później sprawdzić jak on działa - jeszcze się uśmiechnął do Stewart, a zaraz już wołał w kierunku schodów - idę! Daj mi minutę! - jeszcze się przysunął do Pilar - dobra, ale szybko, bo czuję, że bez twojego wsparcia Emilio skopie mi tyłek - jeszcze się do nie pochylił kiedy muskała jego policzek, a jego ciemne spojrzenie złapało to zdjęcie w złotej ramce na biurku, a potem wzrok Stewart, ale zaraz Madox wyrwał się po schodach. Jak ten drugi dzieciak i jeszcze Pilar mogła słyszeć jak przebiegli nad piwnicą do drzwi prowadzących do ogrodu, coś do siebie krzycząc.
Madox najpierw kazała Emilio zrobić kilka pajacyków, sam też w tym uczestniczył, a potem dwie rundki wokół ogródka, żeby się rozgrzać, bo tutaj przecież ważne było profesjonalne podejście - z takimi rękawicami to nie mam szans - Noriega kręcił głową, a potem jeszcze wylądowali z młodym na ziemi i najpierw Madox zrobił po trzy pompki, na dwóch rękach, a potem na każdej z osobna. I kiedy Emilio też chciał, to Madox mu trochę pomógł łapiąc go za koszulkę i ciągnąc do góry. Tak się bawili, że w końcu Emilio zrobił pompkę bez rąk, ale Noriega zaraz stwierdził - dobra, bo porwiemy koszulkę i matka nas zabije - Emilio zaczął się śmiać, ale zaraz się podnosił i poprawiał rękawice.
- To jest mama Madox, moja mami! - zawołał wesoło chłopiec, a Noriega pokiwał głową. Młody chyba miał dobry kontakt z mamą, lepszy na pewno niż Madox ze swoją.
Ale w zasadzie to się nad tym nie zastanawiał, bo zaraz podbił piłkę, żeby odbić ją kolanem, a potem podbić kilka razy główką.
- Dawaj na bramę - pierwszy był Emilio, stanął w bramce w swoich bramkarskich rękawicach, a Madox przebiegł się z piłką, trochę podryblował, a potem kopnął z wyczuciem w dzieciaka, który złapał piłkę - o kurde, mówiłem, że nie mam szans - rozłożył ręce, ale kiedy Emilio odrzucił mu piłkę, to Madox znowu poprowadził ją sobie dalej od bramki - poczekaj, patrz na to... Ale nie wiem czy wyjdzie - nawijał już, a zaraz chciał zaprezentować Emilio kopniaka z przewrotki, średnio mu to wyszło, uzielenił całe spodnie i koszulę, ale nawet nie trafił w piłkę, aż Emilio zaniósł się głośnym śmiechem pochylając nad Madoxem, który leżał na trawie. I zaraz Noriega szarpnął chłopaka za koszulkę i połaskotał go po brzuchu - ładnie to się tak śmiać? - rzucił, ale sam też się śmiał. Chwilę tarzali się po trawie, śmiejąc głośno, kiedy Pilar już wyszła przed dom. Ale zaraz się zbierali, a Madox wykonał kilka podskoków.
- Dobra, to teraz ja na bramę - stwierdził, a Emilio pokiwał głową i zaraz ustawiał się z piłką, tylko wtedy dołączyła do nich Pilar. A Madox oczywiście zaraz się zagapił, a kiedy wyprowadziła atak, to on... rzucił się w zupełnie drugim kierunku. Oczywiście, że na ziemię, żeby było dramatycznie - oh mierda... - wyrwało mu się, a Emilio znowu parsknął głośnym śmiechem, ale zaraz pokazywał Stewart swoje rękawice i ją chwalił. I Madox też się podniósł z ziemi, otrzepał trochę, a zaraz ruszył do nich - jestem kiepskim bramkarzem - rzucił, a zaraz puszczał do Pilar oczko - a ona jest świetna - poklepał Stewart po tyłku, a zaraz znowu sobie podbił piłkę - ale patrzcie na to - najpierw jednym ramieniem, potem na główkę i jeszcze na klatę. Może nawet jeszcze by coś pokazał, ale na ganek już wyszła Alma i zawołała Emilio, że to już pora do domu. Chłopak trochę się krzywił, ale Madox zaraz oparł mu rękę na ramieniu - Emilio teraz musisz słuchać się mami, ale następnym razem to wezmę też swoje rękawice, dobra? - Emilio aż klasnął w dłonie, ale zaraz popędził do domu. Madox jeszcze chciał podbić piłkę, ale tym razem zjechała mu po tym jego eleganckim buciku - i nie takie buty - to już rzucił do Pilar, a zaraz rzucił jej też piłkę - i następnym razem ja tobie strzelę gola cariño - mrugnął do niej jednym okiem, a zaraz objął ją ramieniem, kiedy ruszyli jeszcze do domu, żeby się pożegnać i oddać piłkę.

ella es genial 🥅⚽

cariño, te presento a Pati

: ndz maja 24, 2026 10:43 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Do twarzy mu było z dziećmi.
Chociaż wiedziała, jakie na ten moment miał do tego podejście, jak bardzo za nimi nie przepadał, tak Pilar była przekonana, że kiedyś, jednego dnia Madox będzie niesamowitym ojcem. Może on nie zawsze to w sobie widział, może czasami uważał się za tego chłodnego, pozbawionego empatii człowieka, jednak Stewart wiedziała swoje. Wiedziała, jak dobre było jego serce oraz to jak świetne miał podejście do dzieci. Jasne, czasami palnął jakąś głupotę, czasami nie umiał ugryźć się w język, ale w tym samym czasie okazywał im odpowiednią troskę oraz potrafiła rozbawić i rozumieć jak mało kto. Wyjątkowo dobre było to połączenie. I nawet kiedy wychodziła na ogród i widziała, jak leżą razem na trawie i śmieją się głośno… poczuła tak dziwnie ciepłe uczucie w brzuchu, że na moment aż się przeraziła.
Rozczulił ją ten widok.
Aż nie mogła przestać się uśmiechać.
A potem wbiła do nich już z zupełnie innym, bojowym nastawieniem i strzeliła Noriedze gola. Trochę z przypadku, trochę bo jednak kiedyś kopała co nieco piłki, ale najważniejsze było to, że się udało i mały patrzył na nią z prawdziwym uznaniem. A potem jeszcze przybił jej piąteczkę i zaczął pokazywać swoje świetne rękawice, które dostał w zeszłe święta pod choinkę od świętego mikołaja.
Dobra, dobra, to następnym razem ja na bramkę — rzuciła zadowolona, zarzucając dłonie na biodra. — Tylko ja nie mam takich fajnych rękawic — skrzywiła się teatralnie, robiąc przy tym rozbawiony grymas. Emilio natomiast wyjaśnił jej, że to przecież nic, bo jego tata też ma rękawice i pewnie te jego będą dobre na Pilar, na Madoxa zresztą pewnie też. — No i super. Może nawet wpadniemy do ciebie pojutrze, wiesz? — rzuciła spokojnie, Emilio podskoczył radoścnie, a Stewart podniosła spojrzenie na Madoxa. Jeszcze nawet nie zdążyła z nim o tym pogadać.
Zaraz jednak zrobiła się do tego idealna okazja, bo Alma wyszła na ganek, wołając swojego syna na kolacje. Emilio z początku wcale nie chciał iść, ale Madox wyjątkowo dobrze wyjaśnił mu, ze teraz powinien słuchać się mamy i nie stresować jej jeszcze bardziej. Chłopczyk skinął głową i pobiegł do środka, zostawiając ich na moment samych.
Alma mówiła, że pojutrze ma lekarza i nie ma z kim zostawić Emilio — zaczęła od razu wytłumaczenia, od razu odrwacajać się do swojego narzeczonego, akurat w momencie, kiedy piłka spadła mu z buta. — Zaproponowałam, że mogę wpaść go popilnować — wzruszyła ramionami. Na moment uciekła od niego wzrokiem, bądząc myślami wokół zdjęcia, które znaleźli na dole, do Sofii, o której… — Myślałam, że może jakby młody położył się spać, mogłabym trochę… pogrzebać w pokoju babki. Może znalazłabym tam coś więcej o tej kobiecie? — spojrzała w końcu na niego, zawieszając spojrzenie na pięknych, czekoladowych oczach. Nie mogła oczekiwać od niego, że będzie chciał marnować swój czas na siedzenie z cudzym dzieckiem, jednak gdzieś w środku miała nadzieje, że może będzie chciał tu przyjechać z nią. I to nawet nie chodziło o to, że Pilar nie dałaby sobie rady, ale… jakoś z Noriegą wszystko było lepsze. Czuła się pewniej. Bo chociaż przyciągali wspólnie kłopoty, to też razem sobie z nimi radzili. Postanowiła jednak zostawić mu wybór. Nigdy przecież nie chciała mu nic narzucać.
Dała mu się objąć ramieniem i skierować w stronę domu. Po drodze oczywiście próbowała wyszarpać mu piłkę, ale tym razem Madox był o wiele bardziej czujny i szybszy, w porównaniu do tego, co prezentował na bramce i nie pozwolił jej na to. Szarpali się cała drogę, aż do kuchni, gdzie Emilio już siedział przy stole, cały upaćkany płatkami. Mleko miał dosłownie wszędzie: na koszulce, na stole i nawet na policzku oraz czole.
Zostaniecie na kolacje? — Alma odwróciła się od kuchenki, gdzie w płytkim garnku pichciła coś niesamowicie smacznego. A przynajmniej zapach, jaki się unosił o tym świadczył. Pilar aż zaburczało w brzuchu. I może nawet rozważyliby żeby zostać, ale kiedy tylko Stewart wyjrzała jak mało jedzenia Alma tam miała, pokręciła głową.
Dziękujemy, ale będziemy się zbierać — rzuciła, zaciskając palce na dłoni Noriegi. — Mamy jeszcze kilka spraw do załatwienia — uśmiechnęła się ciepło, oczywiście potem dodając jeszcze, że jak tylko czegoś więcej się dowiedzą w sprawie Luciano, to będą się kontaktować. Uścisnęła się z Almą, zupełnie jak Madox, a potem oboje zbili piąteczki z Emilio, który już nawijał o tym, jak to będą strzelać karniaki, tylko żeby Madox nie zapomniał odpowiednich ciuchów i rękawic. — Trzymajcie się — rzuciła, kiedy byli już w drzwiach wyjściowych, a zaraz potem ładowali się do czarnego SUVa, którego Ana w końcu wcale nie umyła, wiec z tyłu na karoserii mieli jedną, wielką kreskę. Chociaż tyle, biorąc pod uwagę, że mógł to być jakiś durny, mało kulturalny napis.
Wezmę go jutro na myjnie, jak chcesz — rzuciła, kiedy Madox już wyjeżdżał z podjazdu i dołączał do ruchu drogowego. — I tak będę musiała podjechać do klubu po Furię. Może wstąpię przy okazji do szpitala, żeby zobaczyć, czy uda mi się czegoś dowiedzieć o matce Almy — dodała spokojnie, chociaż w głowie znowu odpływała już gdzieś myślami. — No chyba, że teraz jedziemy się przesiąść — spojrzała na niego wymownie. — W końcu chciałeś się dzisiaj przejechać Jaguarem.

Será como tú quieras

cariño, te presento a Pati

: pn maja 25, 2026 12:53 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Madox już stanął koło Emilio i Pilar, patrzył na dzieciaka, kiedy nawijał, że ten gol Stewart był super, że inne dziewczyny tak nie grają, ale u nich w drużynie też jest kilka i są fajne, tylko nigdy nie chcą iść na bramkę. A wtedy Pilar powiedziała, że następnym razem ona pójdzie, ale nie ma takich fajnych rękawic.
- Dam ci moje - od razu zaproponował jej Madox, co prawda on nie grał na pozycji bramkarza, tylko lewego skrzydłowego, ale na treningach czasem stanął na bramie, więc rękawice swoje miał. Ale zaraz Emilio proponował jej też te swojego taty. Obaj w nią wpatrzeni jak takie dzieciaki, zakochane szczeniaki, a Emilio zaraz nawet nawijał im o tym, jaka Pilar była super. Według Madoxa też była, więc zaraz się uśmiechnął i pokiwał głową.
- Nie znam fajniejszej dziewczyny - dodał jeszcze. A kiedy Stewart oznajmiła, że może wpadną tu pojutrze, to mały aż wyskoczył w górę z radości. Znowu zaczął im gadać o tym, że teraz jak pójdzie na trening, to wszystkim opowie o Pilar, i może nawet zagadałby ich na śmierć, bo buzia mu się nie zamykała, ale zawołała go matka. Całe szczęście.
Madox odprowadził go spojrzeniem, a zaraz ciemne tęczówki zawiesił na twarzy Pilar, kiedy zaczęła mu tłumaczyć powód, dla którego oni mogli się tu pojawić za dwa dni. Oczywiście Madox nie miał nic przeciwko. On już i tak obiecał sobie, że przecież musi Almie przekazać te rzekome pieniądze z funduszu wsparcia, to znaczy pieniądze były prawdziwe... Nie istniał tylko tan cały fundusz.
Słuchał uważnie swojej narzeczonej.
- Spoko, to... mogę przyjechać z tobą, ja się zajmę młodym, a ty w spokoju się rozejrzysz - zaproponował, on nawet na moment nie spuścił z niej wzroku, a zaraz już stał obok, żeby złapać znowu jej spojrzenie - a jak czujesz? Że jest coś na rzeczy? Wiesz... ona jest ładna i ty jesteś ładna, to może nic nie znaczy, ale może coś... Może to ta kurwa przepowiednia tej karlicy? Cały czas mam wrażenie, że wisi nad nami jakieś fatum, nie wiem... klątwa? Może powinniśmy poszukać nowej wróżki, żeby nas odczarowała? - oczywiście już jej znowu nawijał, wszystko co miał w głowie. Bo Madox taki był, jak robiło się poważnie, jak widział po Pilar, że coś jest nie tak, to chciał ją zagadać... na śmierć, jak Emilio ich. Dużo emocji chował za paplaniem, i za żartami. A czasem za słowami, których w ogóle nie przemyślał. Bo Madox działał impulsywnie, narwanie wręcz. Ale teraz zaraz stanął obok niej z piłką pod pachą, sięgnął do niej ramieniem, żeby ją do siebie przyciągnąć, bo co by się nie działo, no to był z nią. Czy postanowiłaby grzebać w rzeczach babki, czy jednak szukać wróżki karlicy, która ich odczaruje.
Ruszyli do domku i Madox oczywiście nie pozwolił jej zabrać sobie piłki, tylko się drażnił, ale gdzieś po drodze zaproponował jeszcze.
- A może następnym razem przyjdziesz na mój mecz? No wiesz, to nie jest w zasadzie piłka nożna najwyższej klasy, bo w Kanadzie mało kto chce w to grać, ale jest zabawnie - jeszcze się odwrócił do niej przodem podnosząc piłkę do góry i zrobił dwa kroki tyłem, ale prawie się wyjebał o schodek, więc się odwrócił, żeby już wejść po nich normalnie. Jeszcze może chciał coś dodać, że na te mecze to praktycznie przychodzi sama rodzina zawodników, albo ich jakieś żony, matki i kochanki?
Tylko, że już weszli do kuchni, a Madox uśmiechnął się na widok upaćkanego Emilio. Poturlał mu piłkę po podłodze. Pewnie zaraz by się zgodził, że zostaną na kolacji, bo przecież Madox nigdy nie miał problemu z tym, żeby się gdzieś wprosić, ale wyczuł jak Pilar zacisnęła mocniej palce na jego ręce.
- Tak, jeszcze muszę zajrzeć do klubu... sportowego. Alma mogę jutro wpaść, w sprawie tego funduszu? Bo chłopaki mnie zjedzą jak tego nie zrobię, wydelegowali mnie do tego, a ja jestem trochę kiepski w takich sprawach organizacyjnych - już jej tak nawijał, jaki to biedny Madox, nie umiał takich rzeczy załatwiać, ale chłopaki mu kazali. Tylko, że Madox umiał sobie wszystko załatwić. Ale przecież Alma nie musiała o tym wiedzieć. Pozwoliła mu. Grzecznie się pożegnali, krótkim no to cześć, bo przecież nie dobranoc. A z Emilio piąteczkami i w końcu wyszli, a zaraz pakowali się do samochodu. Chociaż Madox jeszcze przed nim stanął oglądając tą czerwoną kreskę na boku. Ale w końcu wsiadł, a zaraz zjeżdżał z krawężnika.
- W sumie możemy tak zrobić, a jutro przyjedziesz do klubu i weźmiesz furia roja - te ostatnie słowa wypowiedział z tym swoim hiszpańskim akcentem zerkając w kierunku Pilar - ja podrzucę Almie tę forsę, jak myślisz ile taki klub mógł uzbierać? W ramach takiego funduszu? - bo Madox tak naprawdę nie miał pojęcia. Nawet sięgnął ręką, żeby poklepać Stewart po kolanie, kiedy zobaczył, że ona znowu wracała myślami do tego co się stało z babką.
To był dobry plan...
Dobry, do momentu, w którym nie zaproponowała mu przejażdżki Jaguarem. Bo zaraz spojrzał na nią z ukosa. Bo przecież on chciał się dzisiaj przejechać Jaguarem, no i może wreszcie bo go też ochrzcili? Chwilę walczył ze sobą, bo też w głowie miał już inny plan. A on jednak nie przwidywał wizyty w klubie. Ale Jaguar...
- Jeszcze zdążę się nim przejechać - stwierdził w końcu, a zaraz znowu odwracał się w jej kierunku - a wiesz jak jest w klubie? Jak tylko się pojawię, to zaraz wszyscy czegoś chcą, a teraz niech Pati sobie radzi - zerknął jeszcze na swój telefon, który zostawił w aucie, ale nawet nie było na nim żadnych powiadomień, odrzucił go z powrotem do schowka między siedzeniami - a chciałbym... zabrać cię gdzieś na kolację. Wiesz jest taka kolumbijska knajpa, co prawda nie gotują tam tak dobrze jak w Medellin, ale nawet okej, co myślisz? - zerknął na nią z ukosa wymijając jakieś auto... na podwójnej ciągłej, za co samochód z tyłu go strąbił, a on tylko pokazał mu faka - bo teraz już niby możemy... wyjść do ludzi? - skoro policja już wiedziała. I półświatek też. A zresztą kogo oni tam spotkają w kolumbijskiej knajpie? Innych Kolumbijczyków? Byle nie Diego, bo jego już na dzisiaj Madox miał dość. Wjechali już na oświetlone ulice Toronto, ale jeszcze Madox zostawił wybór Pilar, bo ona to przecież zawsze robiła bardziej z głową, to ich wychodzenie do ludzi. Mogli też jechać prosto na chatę i coś zamówić, bo Ricz z Rosą byli na jakimś rejsie, co niestety wiązało się z tym, że musieli sami sobie gotować. Chyba czekał ich tydzień jedzenia kanapek i ryżu.

Por fin podemos salir a ver a la gente, ¿verdad? ₊˚⊹ᰔ

cariño, te presento a Pati

: pn maja 25, 2026 4:12 pm
autor: Pilar Noriega
Ona jest ładna i ty jesteś ładna, może to nic nie znaczy.
Chciała, żeby to było takie proste.
Żeby można było po prostu stwierdzić, że wyglądały podobnie, bo płynęła w nich latynoska, gorąca krew. Ale przecież ona były kurwa identyczne. Jak dwie krople wody. Jak siostry, które może i nie wychowywały się razem ale wywodziły się z jednej matki.
Matka.
To słowo też gdzieś dzwoniło jej w głowie, ale przecież nie chciała tego do siebie dopuścić. Znowu robić sobie nadzieje. Zresztą na co? Na to, żeby tylko się jeszcze bardziej zaleźć? Przecież miała już rodzinę. Miała Madoxa. Nic więcej nie było jej potrzebne. Wiedziała to. Była tego pewna. A jednak to jedno nieznośne pytanie, które chciała zadać własnej matce odkąd tylko pamiętała, wciąż kręciło się gdzieś w myślach. Chociaż to jedno. Dlaczego mnie zostawiłaś? Chciała wiedzieć. Miała dobry powód? A może po prostu jej nie chciała? Uciekała przed kimś? Bała się? A może była jebanym tchórzem i Pilar tak naprawdę odziedziczyła charakter po ojcu. Ten sam bezczelny i impulsywny, który pokazywała każdego dnia, ale też gdzieś z pokładami dobra i empatii, które starała się okazywać drugiemu człowiekowi.
Chciała mu o tym wszystkim opowiedzieć, podzielić się tym nadmiarem rozkmin, ale temat bardzo szybko przeskoczyła na granie w piłkę. Uśmiechnęła się przelotnie, gdy spytał, czy przyjdzie na jego kolejny mecz. Znowu spróbowała mu wyrwać piłkę, ale on znowu jej na to nie pozwolił i kiedy się nachyliła tylko skradł jej całusa.
A będę mogła zrobić sobie jakiś wielkie napis z kartonu? — zaśmiała się, łapiąc jego przenikliwe spojrzenie. Ta, Pilar z wielkim bannerem, na meczu piłki nożnej, wspierająca swojego narzeczonego. Kurwa, kto pisał tą historię? Bo jeszcze pół roku temu, słysząc coś podobnego obśmiałaby kogoś od góry do domu. A tu proszę, jakie życie jednak potrafiło być przewrotne. — Madito golito — machnęła ręką w powietrzu, pokazując mu, co by napisała na takim kartonie. Pewnie jeszcze dorysowała masę serduszek i krzywą piłkę do nogi. — O albo zbiorę też inne żonki i zrobimy jakiś okrzyk… Czy są w dołku czy na szczycie Torońskie Diabły ponad życie — krzyknęła zadowolona, oczywiście się przed nim zgrywając, chociaż na mecz faktycznie mogła się przejść. Wiedziała, że grywał z chłopakami, ale faktycznie nigdy nie widziała go w akcji. Najwyższy czas. — A tak serio, to oczywiście, że przyjdę — skinęła głową i tym razem to ona ukradła mu przelotny całus nim weszli do domu i zamienili kilka zdań z Almą, umówili się na pojutrze z pilnowaniem Emilio, a Noriega jeszcze na jutro, żeby przekazać jej pieniądze z funduszu, który nawet nie istniał.
A ja wiem, pewnie z kilka tysięcy — odpowiedziała mu na pytanie, ile powinien jej właściwie dać kasy, kiedy już siedzieli w samochodzie i wyjeżdżali z podjazdu. — Jak spróbujesz jej dać za dużo, to pewnie nie przyjmie, dlatego poszłaby w jakieś pięć koła — typowa, dobra wypłata przeciętnego Kanadyjczyka, akurat będzie miała na rachunki, jedzenie, lekarzy i jeszcze może coś dla siebie lub dzieciaków. Trzeba było przecież mieć nadzieje, że niedługo Luciano faktycznie się znajdzie i wszystko wróci do normy. A przynajmniej taką nadzieje miała Pilar. Chociaż do szpitala do babki też chciała jeszcze zajrzeć. Ale to już jutro, bo jak się okazało, Madox miał już dla nich plany na resztę wieczoru.
Chcesz mnie zabrać na kolacje? — zaśmiała się, słysząc jego propozycję. — A przepraszam z jakiej okazji? — wyszczerzyła się, dźgając go gdzieś w ramię. Przecież oni wiecznie tylko brali jedzenie na wynos albo jadali w pierwszej, lepszej przypadkowej knajpie, a tu proszę. Aż tak zaplanowany wypad? Chociaż z drugiej strony… — Wiesz, że nigdy nie odmówię jedzenia — tak to podsumowała, już pomijając fakt, że gdziekolwiek on by nie chciał jechać, przecież Pilar pojechałaby za nim. Na koniec świata. Byle razem. Kolumbijska knajpa w tym wszystkim brzmiała dobrze. No tylko właśnie, jak to było z tym wychodzeniem do ludzi? — A swoje dupeczki normalnie brałbyś do takich miejsc? — spojrzała na niego wymownie, lekko się przekręcając na fotelu, by mieć do niego lepszy dostęp. — Czy normalnie obracasz je na szybko w aucie albo na zapleczu i odwozisz do domu? — nachyliła się bliżej, zaczepiając go o ramię. Pilar też nie za bardzo wiedziała, jak do końca odnaleźć się w tej nowej sytuacji. Wcześniej nie mogli się nigdzie pokazywać i każde wyjście publiczne było niebezpieczne, ale teraz, kiedy i Eliot był w to wszystko zamieszany może nawet powinni? Pytanie tylko, jaką dokładnie bajeczkę chcieli sprzedać. Skoro Pilar miała się tylko dobrze ruchać, może nie powinni? A z drugiej strony skoro robiła to aż tak dobrze, ze z nią zamieszkał, to przecież mógł zabrać swoje kobietę na kolacje. W tym wszystkim można było naprawdę dużo gdybać, jednak chyba ostateczny głos miał brzuch Stewart… który nagle i kompletnie niezapowiedzianie zaburczał głośno, wypełniając całe wnętrze czarnego SUVa. — Dobra chuj, jedź do tej knajpy — przewróciła oczami. I tyle było z prowadzenia dyskusji. Własne ciało ją zdradzało. W ostatnim czasie dosłownie ze wszystkiego. Tak jak ostatnio, kiedy się kółcili, a wystarczył jeden jego dytyk, żeby jej mięśnie naturalnie się spięły, a ciało drżało. Była prze-wi-dy-wal-na..
Wsadziła rękę do kieszeni kurtki, by znaleźć telefon i ustawić mu nawigacje na odpowiedni adres, przy okazji sprawdzić, czy nic nie wyjebało się w róbcie, jednak zamiast na znajomą teksturę komórki natrafiła na kawałek papieru, który zabrała z piwnicy. Wyciągnęła powoli zdjęcie. Trochę się pomięło, ale zaraz wyprostowała je własnymi palcami, znowu przyglądając się kobiecie na zdjęciu. Kątem oka widziała, że Madox się jej przygląda.
No co? Przecież to nie tak, że Luciano teraz go potrzebuje — przewróciła oczami, sprzedając mu uderzenie w ramię. No przecież Stewart nie była żadną złodziejką, po prostu chciała je na chwile… pożyczyć. Sama nie wiedziała po co. Chyba żeby jeszcze bardziej katować się tą jedną, wielką niewiadomą, w jakiej się znalazła z cała akcją z Sofią. Znowu przejechała opuszkiem po twarzy kobiety i znowu poczuła jakiś dziwny ścisk z żołądku. — A co jak to… — zawahała się. Słowo matka za nic nie mogło przejść jej przez gardło. No kurwa nie potrafiła go wypowiedzieć. A może nie chciała tego do siebie dopuścić. — Jakaś moja rodzina? — dodała w końcu i chcąc nie chcąc przeniosła lekko przestraszony, nerwowy wzrok na swojego narzeczonego, patrząc prosto w jego piękne, troskliwe oczy.

:pilar2:

cariño, te presento a Pati

: pn maja 25, 2026 6:11 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
- A jaki? Ten z ósemką na koszulce jest mój? - zapytał w odpowiedzi na ten karton i kiedy się do niego pochyliła to się do niej wyrwał, żeby musnąć wargami jej pełne, gorące usta - albo karniaki strzelam tylko z numerem osiem? - pokazał jej czubek języka, a kiedy zaproponowała swój napis na kartonie, to parsknął śmiechem. Zaraz wywracał tymi ciemnymi oczami znowu odwracając się do niej, zatrzymując gdzieś na schodkach - tylko matka tak do mnie mówiła, Madito, to może ja na takich meczykach będę mówił, tam siedzi moja mamacita?- i nawet zszedł schodek niżej, tak, że stanął tuż przed nią i musiał ją przy sobie przytrzymać, żeby nie zrzucić jej z wąskich schodków. Pochylił się do niej, tylko, że zaraz znowu roześmiał się głośno - ale okrzyk mi się podoba, czy są w dołku, czy na szczycie, torontońskie diabły ponad życie - powtórzył po niej szybko - nauczę chłopaków, będziemy się tak motywować, a nie jakieś co ty odpierdalasz Madox - puścił do niej oczko, a kiedy stanęła na palcach, żeby do niego sięgnąć, żeby skraść mu buziaka, to złapał ją za pośladek.
Niechętnie ją puścił, tak samo niechętnie potem wychodziło od Almy, bo jeszcze Emilio nawijał coś o piłce, a Madox oparł się obok niego o blat i podbierał mu suche płatki słuchając dzieciaka, ale w końcu wyszli.
W końcu siedzieli w SUVie. A Noriega zaraz pytał Pilar o ten fundusz, bo ona to jednak miała do takich rzeczy głowę. On by pewnie od razu wywalił czek na jakieś wielkie kwoty, bo on przecież nie miał umiaru.
- Dobra... Lepiej w gotówce, nie? Wezmę spod łóżka - stwierdził, jakby całkiem normalne było trzymanie kasy pod łóżkiem. Ale Pilar i tak wiedziała, że tam ją miał, to po co miał kręcić?
Zresztą zaraz już jej nawijał, że chce ją zabrać na kolację, a na jej pytanie wywracał oczami.
- A to musi być jakaś okazja? Nie wystarczy, że jesteśmy głodni i nie potrafimy gotować? - zerknął na nią z ukosa, a zaraz szarpnął się, żeby ją ugryźć w palec, którym go dźgnęła, ale przytrzymał go pas, więc nie wyszło mu to wcale - wiem, i batonów z żabciami - znowu się do niej uśmiechnął. Jeszcze mógłby wymienić pewnie kilka rzeczy, których Pilar nie potrafiła mu nigdy odmówić, zwłaszcza, gdy przed nią klęczał z te lo ruego na ustach, ale akurat musiał zmienić pas. Chociaż na kolejne pytanie Stewart, zaraz znowu odwracał się w jej kierunku.
Zastanowił się.
Nie chciał tego psuć, bo przecież dzisiaj się jeszcze nie pokłócili, ale z drugiej strony...
- Czasem brałem, zależy, czy to był tylko seks, czy jeszcze jakieś inne profity - znowu na nią zerknął - mówiłem ci, że było kilka takich lasek, z którymi... Nie wiem, chodziłem? Najgorsze były te fancy restauracje gdzie chciała wychodzić Cherry, jakieś kurwa gówno z cukinii, albo małże - aż wystawił język krzywiąc się - ale z Debbie mieliśmy taką fajną meksykańską knajpę, a Haddie świetnie gotowała - wzruszył ramionami. Pewnie były jeszcze jakieś inne panienki, które gdzieś tam zaprosił, zdarzało mu się. Na te jej kolejne słowa znowu strzelił oczami w sufit, bo to też mu się zdarzało... Zaliczyć laskę w aucie, albo na zapleczu i odesłać ją do domu, a jak był w humorze, to zamówić jej taksę - różnie, ale żadnej jeszcze nie obracałem tak namiętnie, że aż musiała się do mnie wprowadzić - kłamał troszeczkę... Bo z Haddie zamieszkali razem, ale to wyszło z jej intencji. Z Cherry też razem pomieszkiwali, on u niej. No i Debbie, ta też czasem się u niego zatrzymywała. Ale prawda jest taka, że nigdy Madox żadnej sam tego nie zaproponował, nie nalegał. A jeśli chodzi o Pilar, to przecież sam jej sugerował, żeby wynajęła swoje mieszkanie. I on naprawdę spałby w klubie, gdyby rzeczywiście się pokłócili, a potem nie pogodzili. Bo to mieszkanie to już traktował jako ich wspólne. Tylko ciekawe jak odbierze to półświatek.
- Myślę, że wiesz... Jak Madox Noriega chce, żeby kobieta była w nim zakochana, to zabiera ją czasem na kolację, albo do jaskini Diabła, na jakieś fajne wakacje, albo festiwal kolorów, wiesz jak chłop chce to się... - i chciał powiedzieć, że stara. Bo on czasem się dla niej starał, żeby ją zaskoczyć, skakaniem z klifu, albo czerwonym Jaguarem. Tylko, że wtedy zaburczało jej w brzuchu, a Madox aż parsknął śmiechem - ja doskonale wiem czego ty potrzebujesz cariño - pochylił się w jej kierunku, a zaraz sięgnął do niej ręką, żeby ją poklepać po brzuchu, a potem siebie - chociaż ja też jestem taki głodny, że chyba zjem tam wszystko, co mają w menu - zerknął na nawigację, chociaż mniej więcej wiedział jak jechać. Zaraz zresztą wbił spojrzenie w Pilar, kiedy wyciągnęła to zdjęcie, wzruszył na jej słowa ramionami - Pilar… ja akurat... też bym je zawinął - uśmiechnął się do niej, ale Madox to nigdy nie miał problemu z tym, żeby coś ukraść - to chyba ja mam na ciebie taki wpływ - rzucił kiedy sprzedała mu kuksańca w ramię, a zaraz do niej sięgał - pokaż - wyjął jej zdjęcie z ręki, ale w pierwszej chwili mu się nie przyjrzał, bo parkował na jakimś wolnym miejscu przy krawężniku, a ten SUV potrzebował trochę miejsca. Ale Madox idealnie się wcisnął, między dwa samochody. I dopiero podniósł sobie fotkę do twarzy. Nie no, ta kobieta była w chuj podobna do Pilar. Aż zaraz jego ciemne tęczówki znowu przeniosły się na Stewart, kiedy ona akurat wspomniała to, że co jak to jakaś jej rodzina.
Madox zaraz sięgnął do niej ręką, do jej policzka, żeby oprzeć na nim wytatuowane palce, musnąć go szorstkimi opuszkami - to zajebiście. Przecież... chciałaś się czegoś dowiedzieć, i jakby to rzeczywiście był właściwy trop... no to przecież nawet lepiej - spojrzał jej jeszcze raz w oczy - tylko proszę cię Pilar, nie nakręcaj się, nie chcę, żebyś później to przeżywała - cierpiała. Pochylił się do niej tak, że oparł głowę na jej ramieniu - gdyby okazało się, że to jednak jakiś fałszywy trop, bo wiesz masz mnie... I wszystkich w Medellin - może powiedziałby jej coś jeszcze, zwłaszcza że już przytulał się do jej szyi, tylko wtedy to jemu zaburczało w brzuchu, głośno, a Madox zaraz podniósł na nią spojrzenie - przepraszam cię, ale pomyślałem o żarciu ciotki Catheriny - mruknął przepraszająco, a zaraz już wysiadali, żeby po chwili stanąć przy ladzie w tej kolumbijskiej knajpce. Zapach tam był wyborny. Sam lokal nie był duży, ciasny, trochę ciemny, drewniane meble, ale dużo kolumbijskich akcentów, no i było pełno ludzi, którzy rozmawiali miedzy sobą głównie po hiszpańsku, z tym charakterystycznym akcentem. Madox zaraz oparł rękę o ladę przy biodrze Pilar stając za jej plecami, kiedy patrzyli na tablice z wypisanymi potrawami.
- Na pewno buñuelos i churros, na deser, ale nie wiem ja chyba chcę bandeja paisa, i empanady - rzeczywiście Madox chyba zjadłby wszystko w menu, zwłaszcza kiedy poczuł te znajome zapachy - a sok z mango? Na pewno sok z mango - dziewczyna za kasą notowała wszystko, a zaraz spojrzała na Pilar, żeby ona dołożyła jeszcze coś od siebie.

¿Sabes que mi familia ahora también es la tuya? ✧˚ ༘ ⋆。♡˚🏠︎

cariño, te presento a Pati

: pn maja 25, 2026 7:40 pm
autor: Pilar Noriega
Miał rację — nie potrzebowali okazji.
Mogli w końcu jak normalna para wybrać się razem do restauracji na wspólną kolacje, bez obawy, że wyjdzie na jaw, że się spotykają. To wszystko i tak już wyszło bez ich zgody. Pierwsze wiedział półświatek, biorąc pod uwagę to, że ktoś ich śledził i rozsyłał zdjęcia z pogróżkami, a zaraz potem dowiedziała się również policja po akcji z Daltonem. A może było odwrotnie? Niezależnie od tego, kto wiedział pierwszy, oni nie musili się już tak bardzo ukrywać. Wciąż musieli być ostrożni, wciąż nie mogli pokazać, że kochali się nad życie, ale wszystko inne było jak najbardziej dozwolone.
Słuchała go uważnie, kiedy opowiadał o swoich wcześniejszych związkach i chociaż nic nie była w stanie poradzić na kłujące uczucie zazdrości, tak na zewnątrz nie dała niczego po sobie poznać. Madox miał swoją przeszłość, zupełnie jak i ona, nie mogli wymagać od siebie, że wszystko co robili będzie pierwsze. Mogło być wyjątkowe, jasne, jedyne w swoim rodzaju, ale przecież każde z nich niosło za soba jakiś bagaż doświadczeń i poprzednich miłostek. Madox co prawda miał ich więcej niż Pilar, więcej tych bardziej poważnych, ale ona nie chciała go za to oceniać. Wiedziała, że zostawił to wszystko już za sobą, a więc nie miała prawa się o cokolwiek z tego gniewać.
Miała za to prawo zaśmiać się głośno, gdy stwierdził, że żadnej jeszcze nie poobracał tak namiętnie, że aż musiała się do niego wprowadzić. Coś w tym było. Faktycznie musiał się chwilami naprawdę nagimnastykować, żeby mu uległa. Pilar z reguły miała o wiele więcej wątpliwości niż on, bywała bardziej ostrożna, ale jakoś pod koniec dnia zawsze kończyła tam gdzie on. Teraz nawet we wspólnym mieszkaniu.
Nagimnastykować to pewnie ja się musiałam, żebyś mnie tam chciał — dodała do tej całej odklejonej narracji. — Pewnie tymi nogami za głowę — puściła w jego kierunku oczko i poprawiła się na fotelu. Musiała złapać trochę dystansu, bo im bardziej się do niego przysuwała, tym większą ochotę miała umieścić dłoń na jego udzie i… a przecież wszyscy wiedzą, jak to by się skończyło. Pewnie nawet nie dojechaliby do tego meksykańskiej knajpy.
Musiała zając się czymś innym, dlatego zaraz sięgnęła zdjęcia, które ukradła do kieszeni kurtki i wyciągnęła je, rozprostowując papier palcami. Sama nie wiedziała, co powinna o tym wszystkim myśleć, chociaż kiedy Madox oznajmił, że asam też by zawinął tą fotkę, uśmiechnęła się do niego delikatnie.
W końcu teraz jestem kobietą gangusa — zaczepiła go, przy okazji podając zdjęcie. — Kleptomania powinna być u mnie na porządku dziennym — ta, pewnie tak samo jak bicie ludzi i wciąganie koksu, ale jednak do tego poziomu jeszcze nie doszła. Chociaż z drugiej strony, jakby tak spojrzeć na to, co działo się w Meksyku… cóż chyba naprawdę niewiele jej do tego brakowało.
Przyglądała się Noriedze, gdy ten oglądał zdjęcie. Jego oczy błądziły po fotografii, a potem przenosił je z Sofii na Pilar i tak na zmianę, aż ona w końcu nie podzieliła się z nim swoimi zmartwieniami. Bo jakby na to nie spojrzeć, to jednak dla niej to nie do końca była dobra informacja, bo Pilar… no kurwa bała się. Bała się zawodu, bała się znowu bycia odrzuconą. I kiedy on tak zaczął się tym ekscytować, że to zajebiscie przecież, że czegoś mogłaby się dowiedzieć, ona wciąż sama nie wiedziała.
Ale ja się wcale nie nakręcam… — mruknęła na jego kolejne słowa i na moment wyrwała mu zdjęcie z rąk, żeby sama mogła się mu przyjrzeć z bliska, akurat w momencie, gdy Madox opowiadał o tym, jak przecież miała jego i całą jego rodzinę w Medellin. I coś w tym było, bo przecież jakby na to nie spojrzeć, jego ciotki dały jej więcej matczynej miłości, niż… no ktokolwiek inny w całym jej życiu. Niż matka, która zostawiła ją na pierdolonej wycieraczce bidula, bo jej nie chciała. Nawet nie weszła z nią do środka, po prostu ją wyrzuciła jak…
Wiesz co, masz racje — pociągnęła nosem, przywołując się do porządku i wyprostowała nieznacznie z jego głową na swoim ramieniu. — Jebać to — ostatni raz spojrzała na zdjęcie, zaciskając palce na obu brzegach u góry fotografii, a potem kompletnie nagle i bez ostrzeżenia po prostu przedarła je na pół. I znowu. I znowu. Aż nie zostały z tego jakieś marne strzępki. — Wyjebała mnie. Nie chciała w swoim życiu, nawet nie powinnam się tym interesować nie powinna się nakręcać. I nie miała zamiaru. Dlatego podarła zdjęcie i cisnęła nim na deskę rozdzielczą, a kiedy Madoxowi zaburczało w brzuchu, uśmiechnęła się do niego jakoś blado.
Vamos — skinęła głową i od razu odwróciła się, żeby odpiąć pas. Serce biło jej mocniej, kiedy jeszcze rzuciła okiem na poszczępione zdjęcie, ale może tak właśnie było trzeba. Zostawić to. Po prostu to kurwa zostawić i do tego nie wracać. Chociaż jeszcze w drodze do środka przypomniały się jej słowa pieprzonej wróżki karlicy, która przecież powiedziała, że Pilar jeszcze kiedyś odnajdzie matkę. Nieprzyjemny dreszcz przeszedł po jej plecach, ale całe szczęście Madox wystarczjąco szybko zajął ją menu i pozycjami, z których trzeba było coś wybrać. Pilar jak zwykle… nie potrafiła, bo ona zjadłaby wszystko, jak leci. Dlatego kiedy tylko jej narzeczonego złożył swoje zamówienie, ona tylko spojrzała na dziewczynę i z uśmiechem na ustach…
Dla mnie dokładnie to samo — rzuciła spokojnie, a kobieta chyba nawet podziękowała jej skinieniem głowy, bo zamiast zapisywać kolejne rzeczy, to walnęła po prostu wielkie x2 pod całą listą, jaką podyktował jej Madox, a potem kazała im usiąść i poczekać. Nim nawet zdążyli wybrać stolik, kelnerka stanęła za nimi z koszyczkiem pandebono w dłoni. Jak się szybko okazało, była to przystawka, jaką każdy z gości dostawał w oczekiwaniu na główny posiłek — niewielkie, miękkie bułeczki serowe, robione z jakieś specjalnej mąki, której nazwę Pilar po raz pierwszy słyszała w życiu, dlatego tylko skinęła głową, kiedy kobieta wszystko wyjaśniła, na znak, że wszystko zrozumiała.
Myślisz, że ciotka Catherina by zaakceptowała? — zainteresowała się, łapiąc jedną bułeczkę w dłonie. Trochę ponaciskała ją w palcach, zafascynowana tym, jak miękka faktycznie była jej tekstura i jak poddawała się naciskowi, a następnie wgryzła się w nią ze smakiem. — Jak dla mnie zajebiste — rzuciła z pełną buzią. No tylko Pilar akurat była mocno średnim krytykiem jedzenia, biorą pod uwagę, że pochłaniała wszystko, jak leci. — Mówiłeś im w ogóle, że się zaręczyłeś? — spytała o chwili, przyglądając mu się uważnie, łapiąc kilka łyków soku z mango, który przyniosła kelnerka.

¿Les dijiste que estabas comprometida?

cariño, te presento a Pati

: pn maja 25, 2026 9:50 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Uśmiechnął się, kiedy Pilar mu powiedziała, że musiała się nagimnastykować, żeby ją chciał, bo po pierwsze to oboje wiedzieli jaka była gibka, po tym pilatesie, na który chodziła z Heleną, a po drugie...
To rzeczywiście musiała. Bo Madox czasami był okropny, wychodziły z niego te jego przyzwyczajenia, to przedmiotowe traktowanie kobiet na przykład, do którego on przywykł przez osiem lat grając swoją rolę. Wychodziło z niego to jaki był chorobliwie zazdrosny i złośliwy. To, że nie umiał usiedzieć w miejscu, nie umiał się zatrzymać. Ryzykował dla zabawy i był uzależniony od tego, żeby się działo, od adrenaliny, często przecież samemu prowokując różne akcje. Bójki, wyzwiska, albo coś odklejonego, jak tan ślub w Vegas. Chociaż to akurat był pomysł Williama.
Madox był bardzo specyficzny, zepsuty, ale gdzieś tam w środku przecież inny, dobry, troskliwy i... starający się?
I może gdyby Pilar nie umiała założyć tych nóg za głowę, to by wcale tego nie dostrzegła? Nie odkryła tej drugiej strony medalu, którą przecież on mało komu pokazywał.
Ale umiała. Umiała też sprawić, że się znowu do niej uśmiechał, szczerze, a nie tak jak w klubie.
- Od tego się zaczyna cariño, najpierw drobne kradzieże, a potem jest coraz gorzej - rzucił i znowu ją zaczepił klepiąc po kolanie. Chociaż Pilar przecież pokazała mu już jaka z niej kobieta gangstera, kiedy nago otwierała drzwi wytrychem, żeby włamać się komuś do domu. Kto tak robi?
Przyszła Pani Noriega.
Zaraz przyglądał się zdjęciu, a potem Pilar, a potem znowu zdjęciu, póki mu go nie wyrwała.
- Yhm… Ty się nigdy nie nakręcasz - podniósł spojrzenie na jej oczy, bo przecież za dobrze ją znał. Ale oni chyba oboje tacy byli, dawali z siebie sto procent, albo dwieście. Jak w coś wchodzili to na maksa, nie było półśrodków. I Madox doskonale o tym wiedział - Pilar ja po prostu... - i już chciał powiedzieć, że się o nią martwi, ale ona wtedy się z nim zgodziła, a zaraz rwała to zdjęcie z jebać to na ustach, a Madox od razu się wyprostował - nie no kurwa, Pilar! - warknął do niej jakoś ostrzej - nie o to mi chodziło, to... - ściągnął do siebie brwi - Pilar… sama wiesz, jakie kurwa życie pisze czasem popierdolone scenariusze, nie wiesz czy cię nie chciała, nie wiesz nic... - pokręcił głową, jeszcze chciał coś powiedzieć, ale wtedy zaburczało mu w brzuchu, a zaraz ona go już pośpieszała, więc tylko zgarnął te strzępki zdjęcia ostrożnie do swojego portfela, a zaraz wysiadł za nią. Nie dał jej nawet chwili na te wszystkie myśli, na to, żeby się od niego zdystansowała, bo przecież zaraz już był tak blisko niej, że mogła czuć na plecach jego klatkę piersiową. I potem przy ladzie też, pochylał się do niej, kiedy studiowali menu. A zaraz składali zamówienie, on składał, a Pilar zgodziła się na to samo.
- I Chocolate Santafereño - jeszcze się zwrócił do dziewczyny za ladą - ale jedną, bo nie wiem czy jej zasmakuje - dodał, kiedy Pilar już wybierała im stolik. Gdzieś pod ścianą, troszkę na uboczu. A zaraz się do niej dosiadał, najpierw na przeciwko, jakby rzeczywiście byli na jakiejś eleganckiej kolacji, na której mogliby patrzeć sobie w oczy i sięgać do siebie ponad stołem. Ale przecież... Madox nie byłby sobą, gdyby zaraz nie przysiadł się obok niej, tak, że jego kolano zaraz ją zaczepiło, a on sięgnął za jej plecy, żeby oprzeć rękę na oparciu jej krzesła. Bardzo blisko. Bardzo dotykalscy.
Od razu złapał jedną pandebono i on bez macania wpakował ją sobie do buzi, a zaraz odezwał się z pełnymi ustami.
- Za-e-bista - pokiwał głową z uznaniem, a kiedy przełknął to znowu się odezwał - dawno tu nie byłem, chyba mają jakiegoś lepszego kucharza, ale zresztą, zobaczymy... - no bo to przystawka, a Madox nauczył się nie chwalić dnia przed zachodem słońca. Zwłaszcza w ich wypadku było to nie na miejscu. Też sięgnął po szklankę z sokiem, ale on wypił połowę na raz. Ciemne tęczówki zawiesił na pięknej twarzy Pilar, a zaraz skinął głową - mówiłem... I mówiłem też, że chciałbym cię tam znowu zabrać... bo chciałbym. Marie od razu uznała, że musimy tam zrobić przyjęcie zaręczynowe, ale to straszna nuda - sięgnął po następną bułeczkę i tym razem ugryzł kawałek - no chyba, że byś chciała? - znowu wpatrywał się w jej oczy. W Medellin takie zaręczyny to była sprawa całej rodziny. Ciotki już mówiły mu przez telefon, że ślub musi brać w Kolumbii. Tylko, że przecież oni z Pilar nie planowali wielkiego, kolumbijskiego wesela. I Madox chyba nawet się cieszył, że to nie będzie powtórka z rozrywki. Bo on już raz się szykował do takiego, no i nie wyszło - a ty rozmawiałaś ostatnio z Marie? - zapytał, bo wiedział przecież, że to robiły. On głównie dzwonił do Ticiano, czasem łapał ciotki, a Marie ostatnio jakoś mniej. Chociaż z tego co mu mówiła, to była szczęśliwa. Madox chciał jeszcze coś powiedzieć, ale wtedy kelnerka przyniosła im pierwsze danie, a może to też była przystawka?
Chocolate Santafereño - kubek mocnej gorącej czekolady, i jakaś bułeczka. Na pierwszy rzut oka wyglądało normalnie...
A on zaraz podsunął filiżankę pod nos Pilar - spróbuj, uwielbiasz czekoladę - przysunął się do niej bliżej, a zaraz rozerwał tą bułeczkę i sięgnął po łyżeczkę, żeby zamieszać. Łyżeczkę, na której z tej czekolady wyłowił rozpuszczony ser żółty, który zaraz nakładał na to pieczywo. Ser żółty... w gorącej czekoladzie, podał go Pilar.

Me gustaría llevarte a Medellín 🗺️⁀જ✈︎

cariño, te presento a Pati

: pn maja 25, 2026 11:29 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Może faktycznie taka była — nakręcała ile na wszystko sto razy bardziej niż przeciętny człowiek powinien. Ale co ona mogła poradzić na to, że jak już coś robiła, to robiła to na sto procent albo dwieście? Pilar nie uznawała półśrodków, dla niej nie było robienia czegoś na odpierdol. Albo robisz porządnie, albo wcale — tak często wpajali im jeszcze w bidulu i to akurat jedna z tych dobrych rzeczy, jakie z niego wyniosła. A kiedy połączyć tą desperacje i brak odpuszczania z jej nadwyżką emocjonalną w niektórych przypadkach… może faktycznie nie powinna nastawiać się na nic dobrego.
I chociaż Madox wcale nie miał akurat TEGO na myśli w przypadku Sofii i całej akcji ze zdjęciem, to pomógł jej dojść do właśnie takich wniosków. Do tego, że może faktycznie nie było co wgłębiać się w temat tej kobiety, rozważać, czy ona mogła być rodziną, bo przecież można się było zawieść. Dlatego potargała to zdjęcie. Nie chciała mieć z nim nic wspólnego. A potem na moment żałowała. Tylko na chwile, bo kiedy Noriega zaczął nawijać o tym, jak to życie potrafiło piać popierdolone scenariusze i jak to nie było wiadomo, czy ją chciała, to Stewart odwróciła się do niego z impetem i zajrzała w jego ciemne oczy.
Oczywiście, ze kurwa nie chciała — tym razem to ona warknęła. — I masz racje, nie powinnam się tym interesować, bo tylko się zawiodę — dodała już ciszej, wygramolająć się z auta. Powinna jak Madox — iść po prostu do przodu i nie odwracać się za siebie. Nie czekać, aż skurwysyn zwany życiem w końcu ją dogoni i znowu rzuci kłody pod nogi. Temat szukania matki zawsze kończył się dla niej bólem i zwodem, odgrzebywaniem tych ran, które potem tylko zamiast się goić piekły jeszcze bardziej, jakby ktoś sypał na nie kilo jebanej soli. Tak nie powinna wyglądać miłość. I nie wyglądała.
Dlatego trzeba było to zostawić.
Skupić się na tu i teraz. Na przystawkach, które po chwili wylądowały przy stoliku w knajpie, pyszne bułeczki w stylu Kolumbijskim, które dosłownie rozpadały się w ustach. Chociaż one dzisiaj smakowały zajebiście, wsród goryczy popołudnia, które wcale nie należało do kolorowych. Aż mruknęła pod nosem i przymknęła oczy, gdy delektowała się tym niesamowitym smakiem. Mogłaby przysiąc, że już takie jadła w Medellin podczas śniadania, ale nie była pewna. Przecież tam była tak kolosalna ilość jedzenia, że gdyby chciała wszystkiego spróbować, to pewnie musiałaby jeść przez bity tydzień, na każdym przyjęciu coś innego.
I o kolejnym, tym razem zaręczynowym zaraz nawijał Noriega, gdy opowiadał o tym, jak rodzina w Kolumbii przyjęła jego wieści o zaręczynach.
Przyjęcie zaręczynowe? — prychnęła z bułką w ustach, aż kilka drobinek posypało się jej pomiędzy wargami i spadło prosto na koszulkę Madoxa. To zaś rozbawiło ją jeszcze bardziej i zaraz cała ich obsmarkała tą bułką. — A na czym polega takie przyjęcie? Coś jak kawalerski i panieński tylko z rodziną? — dopytała, przy okazji nachylając się w jego stronę i strzepując z niego wszystkie okszuski, jakimi go opluła chwilę temu. — Chciałabym polecieć do Medellin, ale… może nie koniecznie na nasze przyjęcie? Nie wiem, ja się chyba nie nadaje na takie rzeczy — westchnęła. Pilar może i lubiła imprezy, ale bardziej takie, na których można się było po prostu najebać i dużo tańczyć, a nie przyjmować gości, upewniać się, że każdy się dobrze bawi i chodzić jak na szpilkach. Już wystarczajaco naoglądała się Marie i tego jak była zestresowana w dniu, który miał być tym najszczęśliwszym w jej życiu.
Westchnęła, kiedy spytał, czy rozmawiała z Marie w ostatnim czasie. Może nawet na moment uciekła spojrzeniem od jego ciemnych oczu, a na koniec jeszcze wpakowała sobie resztkę bułki do ust, przeżuwając ją baaardzo powoli. Do momentu, aż kelnerka nie przyniosła im czekolady z jeszcze większą ilością bułek.
Jak tak dalej pójdzie, to najem się przed głównym żarciem — skwitowała, kręcąc głową z niedowierzaniem, chociaż z drugiej strony, miała przed sobą szklaneczkę z czymś, co wyglądało jak gorąca czekolada, wiec Stewart oczywiście już oblizała usta i nachyliła się bliżej, obserwując jak Madox bierze kawałek bułki, a potem łyżką sięga do płynnej czekolady i… — Co to kurwa jest?! Ser? — przystawiła głowę praktycznie do samej szklanki, obserwując jak ciągnął się, cały upierdolony w czekoladzie. Zaraz jednak przeniosła spojrzenie na Noriegę. — Ser z czekoladą? Barbarzyństwo — pokręciła głową z kompletną dezaprobatą dla tego idiotycznego pomysłu, a kiedy kazał jej spróbować, to popatrzyła na niego jak na wariata. Nie chciała tego próbować. No kurwa nie chciała, głowa już odmówiła jej smaku, a jednak przecież to była Pilar. Ona nigdy się nie poddawała. — Dawaj, ale jak się porzygam, to pakujesz mi jedzenie na wynos i zawozisz do domu — mruknęła tuż przy jego twarzy, a następnie wzięła głęboki oddech i… spróbowała tego, tak, jak zalecił jej Madox. Chwile to wszystko żuła, potem jeszcze trawiła, mlaskała, zastanawiała się, podczas gdy on czekał na werdykt. — Smakuje jakbym zjadła tosta z serem i zapiła go czekoladą — skwitowała w końcu, patrząc na niego jakimś pomieszaniem rozbawienia i obrzydzenia w jednym. Niby smakowało to źle, niby nie powinno iść razem, a jednak po chwili… no jednak to była czekolada, a Pilar kochała czekoladę, więc złapała kilka łyczków, jednak finalnie zostawiła to Noriedze. W końcu słyszała jak zamawiał buñuelos i churros, nie będzie się zapychać jakimś serem z czekoladą, ja potem miała władować w siebie prawdziwy deser. I kiedy on tak zajadał się tym Chocolate Santafereño, Pilar znowu westchnęła, wracając myślami do Marie, o której w końcu mu nie opowiedziała.
Gadałam ostatnio z Marie… dość często — przyznała w końcu, wtulajac się w niego bardziej i układając głowę na jego silnym ramieniu, przy okazji złapała również wytatuowaną dłoń i jak zwykle zaczęła się bawić jego palcami. — Tio widuje się z Rosą za plecami Marie — powiedziała w końcu, krzywiąc się przy tym nieznacznie. Wiedziała, że to jego kumpel, najlepszy, brat, ale kurwa. Madox mógł poczuć jak Pilar się spięła. — Przejrzała ostatnio jego telefon, bo coś podejrzewała, ale nie wiedziała co z tym zrobić, więc kazałam jej przejrzeć jego telefon jak poszedł pod prysznic i… kurwa Madox, oni cały czas rozmawiają. Spotykają się średnio raz w tygodniu, kiedy Ticiano mówi Marie, że chodzi na trening z chłopakami — podniosła na niego spojrzenie, wbijając je prosto w ciemne, czekoladowe oczy Madoxa. Oboje wiedzieli, co to znaczyło. Wiedzieli aż za dobrze.

Tienes razón

cariño, te presento a Pati

: wt maja 26, 2026 10:54 am
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Wywrócił oczami na jej słowa i pewnie by jej znowu nawijał, że czasami nie da się mieć wszystkiego, trzeba wybierać...
I oni przecież też w pewnym momencie, na samym początku gotowi byli wybrać to co mieli, odpuścić, jak przyjechali z Medellin, to przecież mieli przejść nad tym wszystkim co się wydarzyło do porządku dziennego, taki był plan.
Tylko, że wcale nie potrafili, co okazało się zaraz w klubie, kiedy Noriega się wyrwał, żeby ją osłonić, kiedy strzelała do nich Ruby, a potem Pilar wyjęła mu kulkę i znowu go szyła. I jak oni nad tym mieli przechodzić do porządku dziennego? Jak odpuścić i udawać, że to nic nie znaczy, że nic się nie zmieniło? Nie dało się. Można było tylko założyć kominiarkę i schować się za choinką, w nadziei, że nikt tego nie zauważy.
Ale przecież nie każdy był tak zawzięty jak oni, tak uparty, tak... popierdolony. I Madox coś o tym wiedział, jak on przez całe swoje życie odpuszczał... A tylko dla niej - przestał. Postanowił zawalczyć, co by się nie działo. Nawet jeśli miałby to przypłacić życiem, to przecież było warto.
Popukał ją po czole, kiedy już wyszli z samochodu, z loca na ustach, bo Pilar była szalona, nie umiała odpuszczać, nakręcała się, ale przecież... nie bała się niczego.
Bała się... odrzucenia. Czego zresztą świadectwo dała mu ostatnio, kiedy przez pojebane żarty Williama prawie się rozeszli.
- Wiesz, że nawet jeśli by się okazało, że to fałszywy trop, to... będę ja? I jak się okaże, że to twoja matka też, i jak się okaże, że nie, to wciąż? - nie czekał na jakąś odpowiedź z jej strony, po prostu chciał, żeby to wiedziała.
I chyba wiedziała, a zresztą on zaraz dostawiał sobie krzesło obok niej, bo po drugiej stronie stołu byłoby za daleko. Nie mógłby jej zaczepiać. Co oczywiście robił, kiedy jej opowiadał o tym zaręczynowym, nudnym przyjęciu.
Chociaż kiedy bułka poleciała Pilar prawie nosem to on też parsknął śmiechem, wcale się nie przejmując okruszkami na swojej koszulce, bo on już się opierał na krześle odchylając głowę do tyłu, kiedy go otrzepywała.
- No nie do końca, bo kawalerski, czy panieński w Kolumbii to jest impreza, może tam zrobię swój kawalerski? Chociaż ostatnio zaproponowałem chłopakom, że w Bangkoku, ale to jeszcze jak odzywaliśmy się z Willem - tak trochę odbiegł od tematu, ale zaraz machnął na to ręką, Patel już na pewno nie będzie na jego kawalerskim - to jest bardziej takie... no nie wiem, przyjęcie do rodziny, wszyscy błogosławią ten związek i dostajemy medaliki, a potem jest fiesta i jesteś nasza... - wbił w nią ciemne spojrzenie, ale zaraz pochylał się do niej, żeby musnąć wargami jej pełne usta, krótko, zaczepnie - ale ty już jesteś nasza - stwierdził, bo co by nie powiedzieć, to ciotki przyjęły ją do rodziny, myśląc już wtedy, że była jego dziewczyną. A nie była wcale. Na jej kolejne słowa pokiwał głową, a zaraz znowu przysuwał się do niej opierając rękę na oparciu jej krzesła - też o tym myślałem... żebyśmy tam polecieli po ślubie, bo wiesz jak przed, to będą cisnąć, żeby to zrobić tam, w Medellin nie ma czegoś takiego jak kameralny ślub, a przynajmniej nie w naszej rodzinie - wzruszył ramionami, ale zaraz pochylał się do jej ramienia, żeby przesunąć po nim szorstkim policzkiem - ty się do wszystkiego nadajesz - mruknął jej do ucha. Chociaż prawda jest taka, że Madox już przechodził przez takie przyjęcie i było tak sztywno, że wcale nie wspominał go jakoś miło, wszystko musiało być tak jak chciała Rosa, a on musiał tam łazić w białej koszuli jak jakiś pajac - tylko wiesz co? Nie każ mi ubierać białej koszuli, no i... ja najbardziej lubię, jak u nas to wszystko wychodzi spontanicznie, a nie według planu, wiesz o co mi chodzi? - na pewno wiedziała, bo oni nic nie planowali. Oni kurwa brali to, co dawał im los. Wyciskali chwile. Do cna. I chociaż czasem wszystko się wypierdalało, a oni lądowali boleśnie na ziemi, to co? To zaraz się otrzepywali i szli dalej. Zawsze.
Nie umknęło jego uwadze to jak odwróciła wzrok, gdy zapytał o Marie, od razu wyczuł, że coś było nie tak, ale kelnerka przyniosła im Chocolate Santafereño.
- No to uwaga, tylko spróbuj, bo jak przyniosą Bandeja Paisa to trzeba zjeść wszystko - chociaż Madox to nie miał z tym problemu, akurat kolumbijskiego żarcia to nigdy nie mógł sobie odmówić, ale tak naprawdę zamówił tą czekoladę, żeby sprawdzić jak Pilar zareaguje na takie nietypowe połączenie, chociaż w Kolumbii było to na porządku dziennym, oni w ogóle lubili takie połączenia smakowe. Uśmiechnął się na zdziwienie Stewart, a zaraz kiwał głową - najlepsze połączenie - już rozsmarował roztopiony ser na pieczywie, odgryzł kawałek, a potem wyciągnął w kierunku Pilar, żeby spróbowała. Oczywiście, że by jej nie odpuścił, więc kiedy się zgodziła, to wepchnął jej spory kawałek do buzi i pokiwał głową - będziesz zachwycona - przepił czekoladą, Pilar też. A Madox zaraz uśmiechnął się szeroko czekając na ocenę - no mówiłem, że dobre, tosty są dobre, czekolada też - on nawet zrobił sobie jeszcze jedną taką kanapeczkę i popił ją czekoladą, już cały był nią upierdolony, a ser to miał nawet gdzieś na brodzie. Dopiero kiedy Pilar wróciła do tematu Marie, to znowu utkwił w niej spojrzenie. No wiedział, że coś jest na rzeczy, zwłaszcza kiedy Stewart sięgnęła do jego ręki i zaczęła przesuwać na niej pierścionki. Podniósł jeszcze filiżankę i to był błąd, bo kiedy Pilar powiedziała, że Tio widuje się z Rosą, to prawie się zakrztusił tą czekoladę, popłynęła mu po brodzie i wolną ręką ją wytarł.
- Co kurwa? Pojebało go? - oczywiście, że się uniósł, ale on w odruchu już praktycznie mechanicznym, takim, którego już wyuczyło się jego ciało, na pamięć, przytulił ją do siebie, kiedy się spięła. Bo to było już jakieś silniejsze od niego, mózg nawet tego nie kodował - zaraz do niego zadzwonię i mu powiem co myślę, ale go opierdolę... Miał przecież z tym skończyć - nawijał już i nakręcał się. Wybaczył Ticiano, bo właściwie jemu wyszło to przecież na dobre, był mu nawet wdzięczny, że nie skończył z Rosą, ale tego co on robił Marie... tego nie umiał mu wybaczyć - jebany Ticiano, i jebana Rosa - aż pokręcił głową marszcząc brwi - może... Zaprosimy ich do nas? Albo Marie? Albo nie wiem... polecimy tam i skopię Tio dupę? - no bo prawda jest taka, że co oni mogli zrobić na odległość? Madox w ogóle nie rozumiał Ticiano, ale Marie też nie, ani nawet Rosy, która się w to wpierdalała. Ale akurat Rosa była chyba najgorsza z całej tej trójki. Już wyjął telefon i nawet chciał wstać opierając rękę na kolanie Pilar - dzwonię do niego - no tak, bo przecież Madox nie umiał na spokojnie, tylko od razu działać. Galen Wyatt dzwonił do jego narzeczonej z głupim telefonem, to on się nawet sekundy nie zastanawiał, tylko poszedł... skopać mu dupę. Taki był Madox, impulsywny. Narwany.
Tylko, że akurat wtedy kelnerka przyniosła im Bandeja Paisa, które pachniało obłędnie i zapytała jak ich Chocolate Santafereño, a Madox pokiwał głową - świetna, jak w Kolumbii - rzucił, a dziewczyna się uśmiechnęła i zaraz zainteresowała. Gadka-szmatka wyszło na to, że jej rodzice też pochodzą z Kolumbii, no i mają od niedawna kucharza Kolumbijczyka.
Troszkę ochłonął podczas tej rozmowy z kelnerką, a zresztą on zaraz już sięgał po widelec, żeby spróbować tego dania, bo aż ślinka mu się zbierała w buzi. Było dobre, naprawdę smaczne, ale jednak Madox musiał do tego wrócić - i co z tym zrobimy? - zapytał, jakby oni rzeczywiście coś mogli, ale przecież... oni zawsze pomagali. Wszystkim.

Porque nunca te rindes 🤎ྀིྀི☕︎ᝰ.ᐟ

cariño, te presento a Pati

: wt maja 26, 2026 3:36 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
dużo przekleństwa
Śmiesznie słuchało się o tym, jak Madox planował już swój kawalerski, w dodatku w jebanym Bangoku, kiedy ona nawet nie wiedziała, czy w ogóle chciała organizować jakikolwiek panieński. No bo z kim? Z dziewczynami z komendy, gdzie zaraz mogło się okazać, że połowa z nich była wyrwana przez jej przyszłego męża? A może z najbliższymi kumplami, jakich miała, z Harrisonem na czele? Pilar miała mało koleżanek. A nawet gdyby mogła zgarnąć Rosę i Marie na jakiś wypad, to czy w ogóle miała taką potrzebę? Sama nie wiedziała. Ostatnio tak dużo się działo… w ich związku ale też przecież w pracy, i po pracy, kiedy to zamiast odpoczywać oni brali na swoje barki kolejne sprawy i jeszcze teraz ta Sofia…
Jej głowa była przebodźcowana.
Przytłoczona.
Nie miała w tym wszystkim głowy do imprez przed ślubem, kiedy nawet nie wiedziała, kiedy i czy w ogóle uda im się doprowadzić ten ślub do skutku, biorąc pod uwagę groźby, jakie dostawali. A już na pewno nie była gotowa na żadne wielkie przyjęcia dla rodziny, gdzie wszyscy by ich błogosłwali i dawali medaliki.
Zdecydowanie wole tam polecieć już po — zgodziła się z nim w stu procentach. Szanowała tradycje rodzinne w Kolumbii, ale jednak takie planowane przyjęcia wcale nie były w ich stylu. Oni przecież nie umieli trzymać się planu. Wiecznie szyli na bieżąco i bawili się najlepiej, kiedy mogli spontanicznie brać wszystko takie, jakim było. — I żadnych białych koszul, proszę cię — przewróciła oczami, przysuwając się od niego bliżej. — Nie po to zabujałam się w najbardziej kolorowym człowieku w Toronto, żebyś teraz łaził przy mnie w białych koszulach — bo taka była prawda. Madoxa zawsze zwracał na siebie uwagę. Nawet jeszcze przed Medellin, kiedy przychodziła do klubu tylko i wyłącznie po informacje, porozmawiać z nim, podyskutować, on zawsze wyglądał dobrze. Było go widać na samym końcu klubu, na parkiecie, wszędzie gdzie się nie pojawił, każdy wiedział, że to on. Dumnie nosił na sobie te wszystkie kolory, emanując pewnością siebie. —Lubie kiedy się wyróżniasz — mruknęła, nachylając się w jego stronę. W pierwszej chwili chciała skraść mu przelotny pocałunek, jednak wtedy kelnerka ładowała na ich stolik część zamówienia, więc finalnie tylko nachyliła się do jego ucha i szarpnęła zębami za płatek, przy okazji trącając językiem złoty kolczyk.
Ten ślub miał być ich. Nikogo innego. I jeśli to zależałoby tylko od niej, Pilar naprawdę chciałaby obudzić się jednego dnia, stwierdzić, że to dzisiaj, a potem on przejechałby palcem po mapie i wylosował coś kompletnie randomowego. Tylko oni. Bez świadków, bez żadnej rodziny. Sami. Razem. I przygoda, która zapewne przyniosłaby im cały kalejdoskop emocji. To właśnie był jej wymarzony ślub. Na pełnym spontanie. Bo co takie planowane śluby miały? Cóż, patrząc na Marie i Tio nie za wiele dobrego.
Podniosła spojrzenie na jego twarz, kiedy zakrztusił się czekoladą na wieści o tym, że Tio wciąż spotykał się z Rosą.
No pojebalo i to kurwa porządnie — odpowiedziała mu praktycznie od razu, nim jeszcze zdążył ją bardziej do siebie przyciągnąć. Pilar już co prawda przepracowała ten temat do tego stopnia, że umiała mówić o tym spokojnie, ale widząc tak bardzo nabuzowanego Madoxa, czuła powoli jak i jej ciało znowu zalewa irytacja. — Co ona ma takiego w sobie, co? — podniosła na niego spojrzenie, zaglądając w ciemne oczy Noriegi. — Co takiego ma, że straciłeś dla niej głowę? Że Tio… że Marie jest dla Tio niewystarczająca? — nie mogła tego pojąć. Nie mogła kurwa zrozumieć konceptu zdrady, szczególnie po jebanym ślubie. Była w stanie jeszcze zaakceptować jakieś wątpliwości podczas spotykania się, umawiania, ale teraz? Kiedy powiedziało się sakramentalne tak, a do tego w zdrowiu i chorobie, dopóki śmierć nas nie rozłączy, a potem wychodziło się z domu i szło się pieprzyć z kimś innym? Pojebane.
Kiedy Madox się wyrwał, żeby do niego zadzwonić, Pilar od razu złapała go za przedramię z krótkim poczekaj na ustach, ale tak naprawdę zatrzymała go kelnerka, która w idealnym wręcz momencie przyniosła wielkie talerze obłędnie pachnącego jedzenia. Pilar uśmiechnęła się nerwowo do kobiety, a na pytanie czy wszystko w porządku skinęła głową, upewniając ją, że tak. To nawet nie oni ze sobą się kłócili… oni po prostu już mieli taki narwany, impulsywny charakter. Nie umieli na spokojnie przyjmować tego typu informacji. Ona targała jedyne zdjęcie, które mogło być śladem po jej matce, a on zrywał się by dzwonić do Tio. Tacy już byli. Pojebani.
I tylko oni kurwa potrafili z krzyków po chwili przejść do normalnego jedzenia i jak gdyby nigdy nic rozmawiać z kelnerką o tym, ze na kuchni był nowy prawdziwy kolumbijski kucharz i jedzenie uległo poprawie. Chociaż kiedy kobieta odeszła od stolika, Pilar westchnęła głośno, zaraz po tym jak władowała sobie kawałek jajka do ust.
I co z tym zrobimy?
A da się z tym coś w ogóle zrobić? — wbiła w niego spojrzenie. Nie było w nim za grosz rozbawienia. — Serio pytam. Ty znasz Tio najlepiej. Uważasz, że da się z tym coś zrobić? — odstawiła sztućce i spojrzała na niego wymownie. — Bo jak dla mnie Marie powinna wnieść o rozwód. Zostawić jego zdradziecką dupe i chuja, którego nie umie utrzymać w gaciach. Bo co to kurwa za związek oparty na zdradach? — aż pokręciła głową z niedowierzaniem. Bo chociaż minęło tak wiele czasu od wizyty w Medellin, ona wciąż tego nie rozumiała. — Ja nie wiem, jakim cudem ona w ogóle powiedziała mu tak, kiedy dobrze wiedziała, że zdradzał ją już przed ślubem. Jak można w ogóle być z kimś takim? No przecież kurwa… — złapała w płuca więcej powietrza i pokręciła głową. — Aż mi niedobrze jak o tym myśle — szczególnie teraz, kiedy potrafiła postawić się na miejscu Marie. W końcu będą jeszcze w Kolumbii Pilar nie wiedziała dużo o związkach. Jasne, trochę słyszała tu i tam, ale nigdy nie wiedziała, z czym to się wiąże na własnej skórze. Teraz już wiedziała. Wiedziała, jak to było kochać kogoś na zabój, do utraty tchu, do jebanego bólu. I szczerze? Gdyby się dowiedziała, że Madox przez cały ten czas, kiedy wyznawał jej miłość, kiedy byli oficjalnie razem, zdradzał ją z inną kobietą… no przecież jej serce dosłownie rozpadłoby się na milion kawałków. W życiu nie mogłaby być z kimś takim. Nie mogłaby nawet na niego patrzeć.
Z początku myślałam, żeby ich tutaj do nas zaprosić. Chociaż na weekend — odezwała się po chwili, odrzucając głowę do tyłu i przymykając oczy, żeby rozluźnić kark i to całe napięcie, które się w nim zgromadziło. — Ale boje się, że jak tylko go zobaczę, to go zabije — żartowała? Chciałaby, ale na ten moment nie wiedziała, czy autentycznie nie doszłoby do rękoczynów. Przez ostatnie miesiące Marie stała się dla Pilar jak siostra. Dużo rozmawiały, jako jedyna wiedziała o jej związku z Madoxem, zwierzały się sobie, a przecież Stewart za swoimi ludźmi poszłaby w ogień. Na prawdziwą wojnę. A tym bardziej nie potrafiła być obojętna na to, kiedy ktoś ich krzywdził.


No sé qué hacer