i wish i found you sooner
: pt cze 05, 2026 7:10 pm
Jej piękno rozlewało się na wszystko wokół.
Na emocje rozsadzające jego klatkę piersiową, wypierając niepewność i ponure przekonanie o nadciągającym końcu. Na fatalistyczne myśli uparcie poszukujące rozwiązania, które mogłoby dać im to, co zdążył jej już obiecać, przekształcając je w prawdziwą wiarę we własne kłamstwa. Przy niej to wszystko stawało się prawdziwe, realne, było na wyciągnięcie ręki. Rzeczywistość również stawała się piękna, tak jak malująca się przed nimi przyszłość, w którą zaczynał wierzyć.
Wierzył, że niedługo zmieni się wszystko.
Po raz pierwszy od bardzo dawna mieli przestać żyć pomiędzy jednym kryzysem a kolejnym. Przestać odkładać własne życie na później. Nie dbać o powiadomienia przychodzące na jego telefon, uciec przed widmem groźby wiecznie zawieszonym nad ich głowami. Mogli po prostu ż y ć, w ten sposób, którego namiastkę kradli od losu w przeciągu ostatnich tygodni.
Miała liczyć się tylko ona, gorące morze, miejsce w hotelu na odludziu, w którym nikt nie mógł ich rozpoznać.
Jak tak piękna wizja mogła być fałszywa?
Miłość była równie piękną zasłoną rzeczywistości jak odnajdujące swoje ujście pożądanie. Jak gorąco jej ciała zetknięte z jego, oddech uciekający z płuc synchronicznie. Jak jej splątane włosy, rozrzucone po kolorowym materiale pościeli, atłasowa skóra gdy jego twarz zniknęła w kobiecej szyi.
Nie odpowiedział od razu. Leżał przez chwilę nieruchomo, z ramieniem przewieszonym przez jej talię, wsłuchując się w odgłosy własnego oddechu stopniowo wracającego do normalnego rytmu. Gdzieś pod nimi wciąż trwało przyjęcie. Słyszał przytłumione głosy, śmiech, przesuwane krzesła i czyjeś nawoływanie dochodzące z ogrodu. Wszystko to wydawało się jednak absurdalnie odległe, jakby znajdowało się kilka ulic dalej, a nie jedno piętro pod nimi.
Jego spojrzenie zatrzymało się na niej, gdy wspięła się bliżej. Nie potrafił powstrzymać lekkiego uśmiechu, który wpełzł na jego usta. Była niemożliwa. Jeszcze chwilę temu ledwo odzyskiwali oddech, a ona już wyglądała, jakby planowała kolejne kłopoty.
- Większość osób dostaje na urodziny kartkę i bon do sklepu - wytknął jej, muskając nosem jej. - Twoje wymagania pokazują, jaka jesteś rozpuszczona.
Jego wzrok podążył za kobiecym spojrzeniem, powoli, ociężale rejestrując to, co właśnie sugerowała. Pokręcił głową z rozbawieniem, ale nie było w tym ani grama sprzeciwu. Wręcz przeciwnie. Wizja zniknięcia stąd na resztę nocy wydawała mu się cholernie atrakcyjna. Zabrania jej gdziekolwiek, byle dalej od telefonów, od niedzieli wiszącej nad nimi jak wyrok i od wszystkich decyzji, które czekały tuż za rogiem, domagając się ich podjęcia.
- Wiesz, że normalni ludzie po urodzinowym obiedzie jedzą tort i rozmawiają z rodziną? - odrzucił rzeczowo, bawiąc się kosmykiem jej włosów, który akurat napatoczył się na jego dłoń. - A ty przypadkiem nie bałaś się wysokości? - kontynuował, drążąc nieubłaganie, choć w jego oczach błyszczały ogniki. - Czy to była zwykła wymówka, żebym to ja musiał wspinać się na tamtym balkonie?
Obrócił się w jej stronę, wspierając głowę na zgiętej w łokciu ręce. Chwycił jej udo, zarzucając je na siebie, jego dłoń odruchowo znalazła się na kobiecym pośladku, zaciskając na nim palce zaczepnie.
- To okropny pomysł - skwitował wreszcie, zamykając swoje długie wyliczenia powodów na nie. - Dlatego istnieje ryzyko, że się zgodzę.
margo mercer
Na emocje rozsadzające jego klatkę piersiową, wypierając niepewność i ponure przekonanie o nadciągającym końcu. Na fatalistyczne myśli uparcie poszukujące rozwiązania, które mogłoby dać im to, co zdążył jej już obiecać, przekształcając je w prawdziwą wiarę we własne kłamstwa. Przy niej to wszystko stawało się prawdziwe, realne, było na wyciągnięcie ręki. Rzeczywistość również stawała się piękna, tak jak malująca się przed nimi przyszłość, w którą zaczynał wierzyć.
Wierzył, że niedługo zmieni się wszystko.
Po raz pierwszy od bardzo dawna mieli przestać żyć pomiędzy jednym kryzysem a kolejnym. Przestać odkładać własne życie na później. Nie dbać o powiadomienia przychodzące na jego telefon, uciec przed widmem groźby wiecznie zawieszonym nad ich głowami. Mogli po prostu ż y ć, w ten sposób, którego namiastkę kradli od losu w przeciągu ostatnich tygodni.
Miała liczyć się tylko ona, gorące morze, miejsce w hotelu na odludziu, w którym nikt nie mógł ich rozpoznać.
Jak tak piękna wizja mogła być fałszywa?
Miłość była równie piękną zasłoną rzeczywistości jak odnajdujące swoje ujście pożądanie. Jak gorąco jej ciała zetknięte z jego, oddech uciekający z płuc synchronicznie. Jak jej splątane włosy, rozrzucone po kolorowym materiale pościeli, atłasowa skóra gdy jego twarz zniknęła w kobiecej szyi.
Nie odpowiedział od razu. Leżał przez chwilę nieruchomo, z ramieniem przewieszonym przez jej talię, wsłuchując się w odgłosy własnego oddechu stopniowo wracającego do normalnego rytmu. Gdzieś pod nimi wciąż trwało przyjęcie. Słyszał przytłumione głosy, śmiech, przesuwane krzesła i czyjeś nawoływanie dochodzące z ogrodu. Wszystko to wydawało się jednak absurdalnie odległe, jakby znajdowało się kilka ulic dalej, a nie jedno piętro pod nimi.
Jego spojrzenie zatrzymało się na niej, gdy wspięła się bliżej. Nie potrafił powstrzymać lekkiego uśmiechu, który wpełzł na jego usta. Była niemożliwa. Jeszcze chwilę temu ledwo odzyskiwali oddech, a ona już wyglądała, jakby planowała kolejne kłopoty.
- Większość osób dostaje na urodziny kartkę i bon do sklepu - wytknął jej, muskając nosem jej. - Twoje wymagania pokazują, jaka jesteś rozpuszczona.
Jego wzrok podążył za kobiecym spojrzeniem, powoli, ociężale rejestrując to, co właśnie sugerowała. Pokręcił głową z rozbawieniem, ale nie było w tym ani grama sprzeciwu. Wręcz przeciwnie. Wizja zniknięcia stąd na resztę nocy wydawała mu się cholernie atrakcyjna. Zabrania jej gdziekolwiek, byle dalej od telefonów, od niedzieli wiszącej nad nimi jak wyrok i od wszystkich decyzji, które czekały tuż za rogiem, domagając się ich podjęcia.
- Wiesz, że normalni ludzie po urodzinowym obiedzie jedzą tort i rozmawiają z rodziną? - odrzucił rzeczowo, bawiąc się kosmykiem jej włosów, który akurat napatoczył się na jego dłoń. - A ty przypadkiem nie bałaś się wysokości? - kontynuował, drążąc nieubłaganie, choć w jego oczach błyszczały ogniki. - Czy to była zwykła wymówka, żebym to ja musiał wspinać się na tamtym balkonie?
Obrócił się w jej stronę, wspierając głowę na zgiętej w łokciu ręce. Chwycił jej udo, zarzucając je na siebie, jego dłoń odruchowo znalazła się na kobiecym pośladku, zaciskając na nim palce zaczepnie.
- To okropny pomysł - skwitował wreszcie, zamykając swoje długie wyliczenia powodów na nie. - Dlatego istnieje ryzyko, że się zgodzę.
margo mercer