Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?
: śr sie 12, 2026 7:16 pm
trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłośćMieszała mu w głowie.
Czego od niego chciała? Czego chciała przychodząc tu dzisiaj do niego? Opowiadać mu wciąż o swoim wspaniałym mężu. On nie chciał tego słuchać. Chciał jej. Nie liczył się z tym, że na przeciwko niego siedzi kobieta zamężna, siedzi matka małego dzieciątka, które teraz pewnie... płacze za nią.
Jak zamykał oczy, to mógł sobie to wyobrazić, dziecinny pokój, w którym Queenie trzyma w ramionach swoje maleństwo i Heatha za jej plecami.
Zemdliło go.
Zaraz wyrzucał jej to, jak kiedyś go potraktowała. Co powiedziała... Nie jemu przecież, ale Kristin. Doskonale to słyszał.
- Nie musiałaś... - pokręcił głową, bo chociaż te słowa nie opuściły jej ust, kiedy stała przed nim, kiedy patrzyła mu w oczy, to przecież doskonale wiedział, że chodziło o niego, bo to był ten dzień, kiedy on chciał przekroczyć pewne granice. Kiedy ich niewinne pocałunki i trzymanie się za rękę mieli jakoś określić, a ona mu uciekła. A potem ze łzami, przecież słyszał to w jej głosie, tłumaczyła Kristin jak to nie może go kochać, bo był... nikim.
Patrzył na jej twarz, kiedy się zmieniła. Nie wiedziała, że ją słyszał? Na pewno nie. Tylko Kristin widziała go wtedy, ale Queenie nie. Nie chciał stawać z nią twarzą w twarz, patrzeć w te smutne oczy, które nie potrafiły na niego spojrzeć, kiedy wyznawała by mu prawdę.
Ale ją znał.
- O tobie? - powtórzył po niej i prychnął - o tym, że zmarnujesz sobie życie przy mnie, owszem. O tym jak bardzo nie mogę ci dać tego, co inni chłopcy... - może powiedziałby coś jeszcze, ale już po bladych policzkach Pani Wyatt ciekły łzy. A jego...
Zamurowało.
Chciał do niej sięgnąć, wytrzeć jej twarz, bo mimo, że miał jej to za złe, to złamane serce, to przecież nie mógł patrzeć na jej łzy.
- Bo nie chciałem, żebyś musiała powtarzać mi to samo co jej... Cała we łzach - jak teraz. Odwrócił od niej spojrzenie, kiedy wycierała się w dłonie, a potem chusteczkę, kiedy łzy spływały na kamienną posadzkę pod jej stopami. Skąd te łzy? Dlatego, że wreszcie zrozumiała, jak wtedy złamała mu serce, że on to wszystko wiedział?
Ciężko mu z tym było, a myślał, że to wyznanie spadnie jak kamień z serca, że sprawi, że poczuje się wolny. Nie czuł się wcale, nie kiedy płakała rzewnie i pytała dlaczego nie wrócił wcześniej - a do czego miałem wracać Queenie? Kiedy nie mogłem ci zapewnić tego co twój mąż? Teraz mogę. Mógłbym, gdybyś tylko chciała - te słowa powiedział chłodno. Zakładając od razu, że nie chciała. Jego.
Przyjął inną taktykę. Drażnił się z nią wspominając o Bree.
Cios w serce, za cios w serce. Niech teraz obydwa krwawią, tak jak jego przez te wszystkie lata.
- Bo? Dlaczego miałbym ją zostawić? - jeszcze pociągnął ją za język. Jeszcze chciał, żeby mu to powiedziała, dlaczego miałby nie igrać z uczuciami jej szwagierki. Dążył do jednego, do tego, żeby Queenie wyznała mu co czuła. To co siedziało w jej ślicznej główce, to czym kierowało się jej serce, które przecież zabiło mocniej, kiedy się do niej przysunął. Czuł to.
Kiedy zaglądał w jej piękne, błękitne oczy z bliska, kiedy mówił jej te wszystkie słowa. O jej ślubie, o mężu. A ona zostawiała je bez odpowiedzi. A ona tylko... lgnęła do niego.
I ich usta spotkały się na ten jeden krótki moment, pocałunek delikatny jak trzepot skrzydeł motyla, czy był prawdziwy? Rzeczywisty? Czy tylko go sobie wyobraził, otumaniony zapachem jej drogich perfum?
Poczuł go na plecach i w piersi, w której serce znowu szarpnęło do niej mocniej. A potem... ten kurewski zawód, kiedy musiał się od niej odsunąć, bo do kuchni wkroczyła Bree.
W pierwszym odruchu, zaćmiony jeszcze tym nibypocałunkiem, a może jej spojrzeniem, tęsknym i szczerym, jak jeszcze nigdy odkąd się znowu spotkali, chciał ją wyprosić. Niepotrzebna im tu była, nie w momencie, w którym dawne uczucia odżyły i mogły między nimi wybuchnąć prawdziwym płomieniem. A ona tu przychodziła, gasiła je w zarodku.
Ale kiedy Bree weszła w głąb kuchni, kiedy zapytała Queenie co ona tutaj robi, to uderzyło w niego coś jeszcze. Że to była jej szwagierka, siostra jej męża. Że Queenie Wyatt już nie była jego. I on jej też nie.
Nie zrzucił z ramienia dłoni Bree, przytulił do niej policzek, na złość niebieskookiej, blondwłosej nimfie. Na złość tej, która wyrwała mu serce, a dzisiaj wprawiła je w ponowne bicie. Dzisiaj oddała mu życie.
- Nie jest wcale tak późno - wtrącił się Ares i tym razem uciekł spod ręki Bree przystając przy kuchni. Zajął się makaronem, który podczas tych swoich umizgów z Panią Wyatt, chyba rozgotowali - nie odpisywałem ci, bo dzisiaj planowałem spędzić wieczór z dawną przyjaciółką Bree - znowu był bezczelny? Blondynka popatrzyła na niego z boku, a Horne spojrzeniem zaczepił o błękitne oczy Queenie - ale skoro już wpadłaś, to możesz z nami zjeść - znowu robił jej na złość?
Zapewne.
Miłość i złośliwość mieszały się w ich relacji, przeplatały tworząc kalejdoskop emocji i uczuć. Tak silnych, że ciężko było z nimi dyskutować, tylko czy... wygrywała złość? Czy mi-łość?
złość czy miłość?