are you reaching out?
: wt paź 27, 2026 1:11 am
Całe swoje życie tkwiła w przeświadczeniu, że pomimo tego, kim byli członkowie jej rodziny, ona ich wspólnym grzechem była nieskalana.
W końcu była l e p s z a, była d o b r a. Nigdy w życiu nie sięgnęła po broń, nigdy nie byłaby w stanie skierować ją w stronę innego człowieka, nacisnąć na spust. Jej dłonie były nieskalane szkarłatem, który ją otaczał, jej ciało niezdolne do gwałtowności potrzebnej, by wyrządzić drugiemu człowiekowi krzywdę.
Jedyną osobą, którą krzywdziła, była ona sama.
Krzywdziła się na treningach, zarzynając w imię nieosiągalnej perfekcji. Poza posiadłością, okazując swój bunt w nierozsądnych decyzjach. Wśród ludzi, którzy nie zasługiwali na jej uwagę, mężczyzn skłonnych uśmierzyć jej egzystencjalne cierpienie chwilą uciechy.
Jakże mogłaby więc być jak o n i? Kim ty właściwie jesteś, Elena? Chciałaby znać na to pytanie odpowiedź.
Znała tylko słowa wyryte w jej umyśle od najmłodszych lat. Była tancerką, była dobrą córką, była odpowiednio ułożoną damą. Była dobra, bezbronna i niewinna, była też sprytna, bystra i zaradna.
Była okrutna w tym, jak go traktowała.
Była oszustką, kłamiącą każdego dnia nawet, jeśli kłamstwo było wyłącznie niedopowiedzeniem.
Była bezczelną manipulantką, kradnącą dla siebie odrobinę szczęścia kosztem mężczyzny, w którego sercu miała utknąć jak drzazga.
- Caspian... - zaczęła, jej głos drżący od ciężaru jego słów - słów, które były prawdziwe, dlatego tnąc, pozostawiały w jej sercu rany.
Jakże mogła myśleć, że nad tym panowała?
Jak mogła w swej naiwności zakładać, że Marshall mógłby być człowiekiem, który ją n a p r a w i, gdy jej zepsucie płynęło w żyłach Santorinich od pieprzonych pokoleń?
Wpuściła go do swojego świata w nadziei, że ten przedsionek, który ku niemu otworzyła, mu wystarczy. Drobne pomieszczenie, w którym jej prawdziwe myśli przemykały wraz z rodzimym językiem, ujawniając odrobinę tego, kim była pod zbudowaną przez siebie fasadą. Z jakiegoś powodu to wydawało jej się szczególne.
Nikomu innemu nawet go nie pokazała.
Ale to nie było wystarczające. To było zbyt mało, by miało prawa mu wystarczyć. Zbyt mało by mógł pojąć, kim była, ale jakże mogła mu to pokazać gdy sama nie była tego pewna? Bez tego ciężaru, bez cierpienia, bez blizny na swojej talii i wspomnienia szkarłatnej podłogi, kim w ogóle była Elena Santorini?
Jakże mógł ją obronić, jeśli nie wiedział nawet przed czym miałby to zrobić?
Marshall był jak ona. Był jak lustrzane odbicie jej własnej duszy, zaklęte w innej osobie. W jej oczach to on był światłem i słońcem, to on był d o b r y, to on zasługiwał na to wszystko, co powtarzano jej w młodości, że powinno do niej należeć. Nawet brutalność i przemoc, które znaczyły jego dłonie czyniły go bohaterem, nie mordercą.
A na jej ścieżce nie tkwiło już nic poza cierpieniem i bezsensowną śmiercią.
Nie wiedziała, jak mogłaby to wyrazić, przekazać. Ani włoski, ani angielski nie były zdolne do przetłumaczenia takiego rodzaju cierpienia.
Kłamstwo było jej ukojeniem.
- Mi dispiace. Non credo di essere pronto per questo - szepnęła, oplatając się ramionami w próbie odgrodzenia od tego, w jaki sposób wysunął się z wody.
W próbie przetrwania odtrącenia, które, choć zasłużone, zabolało ją do głębi, zakradło się do jej ciała nagłym przygarbieniem, rozerwało duszę na dwa kawałki.
- Io... semplicemente... - żałosna próba znów wyrwała się z jej ust, znów nie napotykając niczego wartościowego. - Meriti qualcuno di meglio di me.
Każde z nich było popsute w podobnych miejscach, jedno nie mogło uzupełnić braków drugiego.
Wiedziała jednak, że fragment jej duszy na zawsze pozostanie w tym miejscu - gdzieś w jego ramionach, w chłodnej wodzie na ojczystej ziemi, której myślała, że już nigdy nie zobaczy.
Przy Vespie, zakupionej od ręki w impulsywny sposób.
Na lotnisku, na którym zjawiła się sama, ciągnąc bagaż jedną ręką, drugą nieustannie sięgając po chusteczki.
Głupia, naiwna baletnica. Zła, okrutna Santorini.
Podrygi serca, które wzięły nad nią kontrolę, wymykając się okowom umysłu i teraz każde z nich płaciło za to swoją cenę.
Może kiedyś, w innym miejscu, innym czasie, byłaby gotowa ukazać mu więcej niż przedsionek do własnej duszy.
Może w innym życiu.
forse in un'altra vita, amore mio
W końcu była l e p s z a, była d o b r a. Nigdy w życiu nie sięgnęła po broń, nigdy nie byłaby w stanie skierować ją w stronę innego człowieka, nacisnąć na spust. Jej dłonie były nieskalane szkarłatem, który ją otaczał, jej ciało niezdolne do gwałtowności potrzebnej, by wyrządzić drugiemu człowiekowi krzywdę.
Jedyną osobą, którą krzywdziła, była ona sama.
Krzywdziła się na treningach, zarzynając w imię nieosiągalnej perfekcji. Poza posiadłością, okazując swój bunt w nierozsądnych decyzjach. Wśród ludzi, którzy nie zasługiwali na jej uwagę, mężczyzn skłonnych uśmierzyć jej egzystencjalne cierpienie chwilą uciechy.
Jakże mogłaby więc być jak o n i? Kim ty właściwie jesteś, Elena? Chciałaby znać na to pytanie odpowiedź.
Znała tylko słowa wyryte w jej umyśle od najmłodszych lat. Była tancerką, była dobrą córką, była odpowiednio ułożoną damą. Była dobra, bezbronna i niewinna, była też sprytna, bystra i zaradna.
Była okrutna w tym, jak go traktowała.
Była oszustką, kłamiącą każdego dnia nawet, jeśli kłamstwo było wyłącznie niedopowiedzeniem.
Była bezczelną manipulantką, kradnącą dla siebie odrobinę szczęścia kosztem mężczyzny, w którego sercu miała utknąć jak drzazga.
- Caspian... - zaczęła, jej głos drżący od ciężaru jego słów - słów, które były prawdziwe, dlatego tnąc, pozostawiały w jej sercu rany.
Jakże mogła myśleć, że nad tym panowała?
Jak mogła w swej naiwności zakładać, że Marshall mógłby być człowiekiem, który ją n a p r a w i, gdy jej zepsucie płynęło w żyłach Santorinich od pieprzonych pokoleń?
Wpuściła go do swojego świata w nadziei, że ten przedsionek, który ku niemu otworzyła, mu wystarczy. Drobne pomieszczenie, w którym jej prawdziwe myśli przemykały wraz z rodzimym językiem, ujawniając odrobinę tego, kim była pod zbudowaną przez siebie fasadą. Z jakiegoś powodu to wydawało jej się szczególne.
Nikomu innemu nawet go nie pokazała.
Ale to nie było wystarczające. To było zbyt mało, by miało prawa mu wystarczyć. Zbyt mało by mógł pojąć, kim była, ale jakże mogła mu to pokazać gdy sama nie była tego pewna? Bez tego ciężaru, bez cierpienia, bez blizny na swojej talii i wspomnienia szkarłatnej podłogi, kim w ogóle była Elena Santorini?
Jakże mógł ją obronić, jeśli nie wiedział nawet przed czym miałby to zrobić?
Marshall był jak ona. Był jak lustrzane odbicie jej własnej duszy, zaklęte w innej osobie. W jej oczach to on był światłem i słońcem, to on był d o b r y, to on zasługiwał na to wszystko, co powtarzano jej w młodości, że powinno do niej należeć. Nawet brutalność i przemoc, które znaczyły jego dłonie czyniły go bohaterem, nie mordercą.
A na jej ścieżce nie tkwiło już nic poza cierpieniem i bezsensowną śmiercią.
Nie wiedziała, jak mogłaby to wyrazić, przekazać. Ani włoski, ani angielski nie były zdolne do przetłumaczenia takiego rodzaju cierpienia.
Kłamstwo było jej ukojeniem.
- Mi dispiace. Non credo di essere pronto per questo - szepnęła, oplatając się ramionami w próbie odgrodzenia od tego, w jaki sposób wysunął się z wody.
W próbie przetrwania odtrącenia, które, choć zasłużone, zabolało ją do głębi, zakradło się do jej ciała nagłym przygarbieniem, rozerwało duszę na dwa kawałki.
- Io... semplicemente... - żałosna próba znów wyrwała się z jej ust, znów nie napotykając niczego wartościowego. - Meriti qualcuno di meglio di me.
Każde z nich było popsute w podobnych miejscach, jedno nie mogło uzupełnić braków drugiego.
Wiedziała jednak, że fragment jej duszy na zawsze pozostanie w tym miejscu - gdzieś w jego ramionach, w chłodnej wodzie na ojczystej ziemi, której myślała, że już nigdy nie zobaczy.
Przy Vespie, zakupionej od ręki w impulsywny sposób.
Na lotnisku, na którym zjawiła się sama, ciągnąc bagaż jedną ręką, drugą nieustannie sięgając po chusteczki.
Głupia, naiwna baletnica. Zła, okrutna Santorini.
Podrygi serca, które wzięły nad nią kontrolę, wymykając się okowom umysłu i teraz każde z nich płaciło za to swoją cenę.
Może kiedyś, w innym miejscu, innym czasie, byłaby gotowa ukazać mu więcej niż przedsionek do własnej duszy.
Może w innym życiu.
koniec 