wherever you go, i go there too
: pt lip 24, 2026 2:29 pm
Mógłby odpowiedzieć, że nie było żadnego, dobrego rozwiązania, które mogliby wybrać w tamtej sytuacji - ale czy kiedykolwiek tkwili w i n n e j? Wyglądało na to, że od samego początku tkwili w punkcie, z którego nie było żadnego wyjścia. Nie było sposobu na wyplątanie się z tej sieci tak, by nie tknęły ich konsekwencje.
Wyłącznie zamienili jedne na drugie.
Za wszelką cenę pragnął tego uniknąć. Wspomnienia z doków wracały, wcześniej odegnane normalnością, której tak desperacko poszukiwali. Huk wystrzału, błysk broni w ręku pieprzonego Collinsa. Krew, gorąca krew zalewająca jego ręce gdy wsuwał je pod kobiecą talię i jej cichnący głos. Każdy obraz, każdy dźwięk i każdy zapach wzniecał w nim na nowo furię, którą skutecznie udało mu się pogrzebać pod grubym kocem bezpieczeństwa, do którego udało mu się ją zabrać.
A z którego teraz znów musieli się wychylić, jeśli mieli doprowadzić tę sprawę do końca.
- Wiem, Margo - odrzucił, choć, jakby w sprzeciwie do wypowiadanych przez niego słów, jego głowa pokręciła się na boki gdy przechodził do salonu, odnajdując leżącą na ziemi koszulkę. - Nie wiem, czy naprawdę uważasz, że liczyłem na to, że kogokolwiek przechytrzę? Że wrobię Carbone'a, wsadzę go do więzienia i magicznie rozwiążę nasz problem?
Westchnął, świadom tego, że poruszała się za jego plecami. Nie chciał, by niepotrzebnie się nadwyrężała ale wiedział, że próba namówienia jej by została w łóżku gdy on sam z niego wyszedł była z góry skazana na porażkę.
Wsunął koszulkę na siebie, ignorując całkowity nieład, w którym pozostały jego włosy. Odwrócił się w jej stronę, jej pytanie niosło się echem w pomieszczeniu, uderzając od jego ścian - zaś niewypowiedziana odpowiedź paliła go w gardło gdy przełknął ślinę, skupiając się na czymś innym.
- Wiedziałem, co się stanie gdy tam pójdę - odpowiedział w końcu, krótko, niemal jałowo, jakby dzięki temu ciężar jego słów mógł nieco unieść się pod wpływem pozbawionego uczuć tonu. - I wiedziałem, jak to może się skończyć.
I o to nie dbał.
Samo w sobie było to odpowiedzią na jej pytanie - nie pozwoliłby, by zrobiła to samo, ponieważ on był w stanie zrobić w s z y s t k o by trzymać ją od tego z dala.
Łącznie z wejściem prosto w paszczę bestii samemu, z zamiarem założenia na jej nadgarstek jednej kajdanki, by drugą zamocować na własny.
- Cały ten czas próbujemy zrobić to właściwie i cały czas nam się nie udaje - wytknął, wracając do nazwiska diabła, który nagle pojawił się między nimi w konwersacji. Diabła, którego wypuścił, którego samo istnienie wzbudzało płynącą w jego żyłach wściekłość, ale który teraz, w oderwaniu od emocji, był jakimś w y j ś c i e m. - Może potrzeba potwora, żeby pozbyć się innego.
margo mercer
Wyłącznie zamienili jedne na drugie.
Za wszelką cenę pragnął tego uniknąć. Wspomnienia z doków wracały, wcześniej odegnane normalnością, której tak desperacko poszukiwali. Huk wystrzału, błysk broni w ręku pieprzonego Collinsa. Krew, gorąca krew zalewająca jego ręce gdy wsuwał je pod kobiecą talię i jej cichnący głos. Każdy obraz, każdy dźwięk i każdy zapach wzniecał w nim na nowo furię, którą skutecznie udało mu się pogrzebać pod grubym kocem bezpieczeństwa, do którego udało mu się ją zabrać.
A z którego teraz znów musieli się wychylić, jeśli mieli doprowadzić tę sprawę do końca.
- Wiem, Margo - odrzucił, choć, jakby w sprzeciwie do wypowiadanych przez niego słów, jego głowa pokręciła się na boki gdy przechodził do salonu, odnajdując leżącą na ziemi koszulkę. - Nie wiem, czy naprawdę uważasz, że liczyłem na to, że kogokolwiek przechytrzę? Że wrobię Carbone'a, wsadzę go do więzienia i magicznie rozwiążę nasz problem?
Westchnął, świadom tego, że poruszała się za jego plecami. Nie chciał, by niepotrzebnie się nadwyrężała ale wiedział, że próba namówienia jej by została w łóżku gdy on sam z niego wyszedł była z góry skazana na porażkę.
Wsunął koszulkę na siebie, ignorując całkowity nieład, w którym pozostały jego włosy. Odwrócił się w jej stronę, jej pytanie niosło się echem w pomieszczeniu, uderzając od jego ścian - zaś niewypowiedziana odpowiedź paliła go w gardło gdy przełknął ślinę, skupiając się na czymś innym.
- Wiedziałem, co się stanie gdy tam pójdę - odpowiedział w końcu, krótko, niemal jałowo, jakby dzięki temu ciężar jego słów mógł nieco unieść się pod wpływem pozbawionego uczuć tonu. - I wiedziałem, jak to może się skończyć.
I o to nie dbał.
Samo w sobie było to odpowiedzią na jej pytanie - nie pozwoliłby, by zrobiła to samo, ponieważ on był w stanie zrobić w s z y s t k o by trzymać ją od tego z dala.
Łącznie z wejściem prosto w paszczę bestii samemu, z zamiarem założenia na jej nadgarstek jednej kajdanki, by drugą zamocować na własny.
- Cały ten czas próbujemy zrobić to właściwie i cały czas nam się nie udaje - wytknął, wracając do nazwiska diabła, który nagle pojawił się między nimi w konwersacji. Diabła, którego wypuścił, którego samo istnienie wzbudzało płynącą w jego żyłach wściekłość, ale który teraz, w oderwaniu od emocji, był jakimś w y j ś c i e m. - Może potrzeba potwora, żeby pozbyć się innego.
margo mercer