I have nowhere left to crawl inside
: sob sie 08, 2026 1:44 am
Dlaczego?
To pytanie zajęło ogrom przestrzeni w jej umyśle. Było w nim boleśnie głośne, trudne do zignorowania, wracające niezależnie od tego, ile razy próbowała skierować myśli w zupełnie inną stronę.
A jednocześnie, pomimo tego, jak uporczywie w niej tkwiło, nie potrafiła zadać go na głos.
Nie potrafiła poprosić o odpowiedź. Nie potrafiła, a raczej: nie chciała. W kontrze do przeżerającej jej myśli ciekawości stała o b a w a. Nie przed samym pytaniem, ale przed odpowiedzią. Przed tym, że mogłaby cokolwiek w niej przesunąć, naruszyć skrzętnie ułożone i starannie przygotowane postanowienie, które jeszcze chwilę wcześniej wydawało jej się właściwe. Obawa przed tym, że istniał jakiś bezsensownie sensowny powód, dla którego Vincent Monroe nie chciał pozwolić, aby stała jej się krzywda.
Jego p r o ś b a poruszyła w niej za to coś innego. Uruchomiła stary mechanizm, o którego istnieniu zdążyła niemal zapomnieć, odkąd przywykła raczej do poleceń. Nawet jej siostra jej nie prosiła.
Milczała, nie patrząc na niego.
Obracała jego słowa w głowie, próbując rozłożyć je na części i znaleźć w nich coś, czego mogłaby się uchwycić, ale wszystkie prowadziły ją ostatecznie z powrotem do tego samego, niewypowiedzianego d l a c z e g o.
Odwróciła się powoli w stronę balustrady i oparła na niej dłonie. Obserwowała rozciągającą się przed nimi panoramę miasta, skąpaną w złocie zachodzącego słońca. Widok rzeczywiście zapierał dech w piersiach, nawet jej, choć niemal dekadę spędziła w samym sercu Nowego Jorku i sądziła, że niewiele miejskich pejzaży potrafi zrobić na niej jeszcze jakiekolwiek wrażenie.
— A ty? — spytała w końcu, nie odrywając wzroku od zamieszania na niewielkim skrzyżowaniu daleko w dole. Od tego, jak dwójka kierowców, zamiast rozjechać się po uniknięciu kolizji, wychyla się z okien i krzyczy coś do siebie.
Przypuszczała, że akurat kwestia lokum nie stanowiła dla niego najmniejszego problemu. Vincent Monroe sprawiał wrażenie człowieka, dla którego niewiele rzeczy w ogóle mogło stanowić problem – a już na pewno nie pieniądze czy lokum. Pewnie takich miejsc miał co najmniej pięć.
Nie o to jednak chodziło.
— Zamierzasz w tym czasie naprawić to, o czym mówiłeś? — doprecyzowała po chwili, świadomie chwytając się jego własnych słów.
Dopiero wtedy zerknęła w jego stronę, przez krótką chwilę zatrzymując na nim spojrzenie, zanim ponownie odwróciła je ku miastu.
— Zrobiłeś dla mnie dużo, Vincent. Więcej, niż kiedykolwiek p o w i n i e n e ś. I jeśli dzięki temu, że zostanę tutaj przez noc, będziesz mógł dzisiaj spać spokojnie, zgodzę się. — Niemal każda komórka w jej ciele biła na alarm, bo decyzja jaką podejmowała była po prostu sprzeczna. Sprzeczna z jakąkolwiek jej definicją komfortu.
Nie miała ubrań na zmianę; to miejsce było jej zupełnie obce, więc nawet nie sposób mówić o choćby procencie rozluźnienia. Decyzja, którą podjęła, wyrażona zgoda, w żadnym stopniu nie była bliska temu, co sama tak naprawdę chciała – ale teraz mogła świadomie ją podjąć.
— Nie mam ci się jak inaczej odwdzięczyć za to wszystko. — Uśmiechnęła się przy tym, choć daleko temu było do szczęścia. To, co wykrzywiło kąciki jej ust było gorzkie. — Może zatem już mnie więcej nie ratuj. Nie lubię mieć długów.
one day or day one
To pytanie zajęło ogrom przestrzeni w jej umyśle. Było w nim boleśnie głośne, trudne do zignorowania, wracające niezależnie od tego, ile razy próbowała skierować myśli w zupełnie inną stronę.
A jednocześnie, pomimo tego, jak uporczywie w niej tkwiło, nie potrafiła zadać go na głos.
Nie potrafiła poprosić o odpowiedź. Nie potrafiła, a raczej: nie chciała. W kontrze do przeżerającej jej myśli ciekawości stała o b a w a. Nie przed samym pytaniem, ale przed odpowiedzią. Przed tym, że mogłaby cokolwiek w niej przesunąć, naruszyć skrzętnie ułożone i starannie przygotowane postanowienie, które jeszcze chwilę wcześniej wydawało jej się właściwe. Obawa przed tym, że istniał jakiś bezsensownie sensowny powód, dla którego Vincent Monroe nie chciał pozwolić, aby stała jej się krzywda.
Jego p r o ś b a poruszyła w niej za to coś innego. Uruchomiła stary mechanizm, o którego istnieniu zdążyła niemal zapomnieć, odkąd przywykła raczej do poleceń. Nawet jej siostra jej nie prosiła.
Milczała, nie patrząc na niego.
Obracała jego słowa w głowie, próbując rozłożyć je na części i znaleźć w nich coś, czego mogłaby się uchwycić, ale wszystkie prowadziły ją ostatecznie z powrotem do tego samego, niewypowiedzianego d l a c z e g o.
Odwróciła się powoli w stronę balustrady i oparła na niej dłonie. Obserwowała rozciągającą się przed nimi panoramę miasta, skąpaną w złocie zachodzącego słońca. Widok rzeczywiście zapierał dech w piersiach, nawet jej, choć niemal dekadę spędziła w samym sercu Nowego Jorku i sądziła, że niewiele miejskich pejzaży potrafi zrobić na niej jeszcze jakiekolwiek wrażenie.
— A ty? — spytała w końcu, nie odrywając wzroku od zamieszania na niewielkim skrzyżowaniu daleko w dole. Od tego, jak dwójka kierowców, zamiast rozjechać się po uniknięciu kolizji, wychyla się z okien i krzyczy coś do siebie.
Przypuszczała, że akurat kwestia lokum nie stanowiła dla niego najmniejszego problemu. Vincent Monroe sprawiał wrażenie człowieka, dla którego niewiele rzeczy w ogóle mogło stanowić problem – a już na pewno nie pieniądze czy lokum. Pewnie takich miejsc miał co najmniej pięć.
Nie o to jednak chodziło.
— Zamierzasz w tym czasie naprawić to, o czym mówiłeś? — doprecyzowała po chwili, świadomie chwytając się jego własnych słów.
Dopiero wtedy zerknęła w jego stronę, przez krótką chwilę zatrzymując na nim spojrzenie, zanim ponownie odwróciła je ku miastu.
— Zrobiłeś dla mnie dużo, Vincent. Więcej, niż kiedykolwiek p o w i n i e n e ś. I jeśli dzięki temu, że zostanę tutaj przez noc, będziesz mógł dzisiaj spać spokojnie, zgodzę się. — Niemal każda komórka w jej ciele biła na alarm, bo decyzja jaką podejmowała była po prostu sprzeczna. Sprzeczna z jakąkolwiek jej definicją komfortu.
Nie miała ubrań na zmianę; to miejsce było jej zupełnie obce, więc nawet nie sposób mówić o choćby procencie rozluźnienia. Decyzja, którą podjęła, wyrażona zgoda, w żadnym stopniu nie była bliska temu, co sama tak naprawdę chciała – ale teraz mogła świadomie ją podjąć.
— Nie mam ci się jak inaczej odwdzięczyć za to wszystko. — Uśmiechnęła się przy tym, choć daleko temu było do szczęścia. To, co wykrzywiło kąciki jej ust było gorzkie. — Może zatem już mnie więcej nie ratuj. Nie lubię mieć długów.
one day or day one