Poison on the inside, I could be your antidote tonight
: ndz lip 26, 2026 4:54 pm
— Co byłaby ze mnie za kapłanka, gdybym odmawiała pomysłom swojej bogini? — Skłoniła się lekko na znak, że w każdym momencie może dać jej się pochlastać, jeśli Rue uzna, że to brzmi jak doskonała zabawa na wieczór. Proponowała jej upuszczanie krwi, zanim w ogóle zdążyły się porządnie poznać i obdarować szczerą sympatią, więc to raczej nic dziwnego, że teraz zakładała, że dziewczyna tylko czeka na pozwolenie, by móc wyprawiać ze swoją artystką jakieś chore bezeceństwa. Spodziewała się po niej absolutnie wszystkiego. Albo i więcej.
Takie bezczelne flirtowanie na pewno nie pomoże im zachować spokojnej głowy, a co za tym idzie, wstrzemięźliwości. Żadna z nich nie potrafiła się jednak powstrzymać. Wygląda na to, że muszą cały czas wchodzić sobie do głowy w jakiś sposób. Najczęściej opiera się właśnie na lubieżnych sugestiach albo okrutnych kłótniach. Z dwojga złego tak było po prostu lepiej. Lubiła ją przecież taką. Kręciła ją jak nikt inny. Jej bezczelność była wyjątkowo ekscytująca. Stanowiła dla Cross wyzwanie i nie dawała jej się tak łatwo zawstydzić. Zbicie jej z pantałyku nie było proste, a ostatnim razem dało się chyba właśnie, gdy rysowniczka powinna oddać jej w barze majtki pozostawione kilka dni wcześniej w mieszkaniu.
— Lubisz zostawiać u mnie części garderoby, nosić moje rzeczy, a teraz chcesz sprezentować przemoczoną dzięki mnie bieliznę? Podoba mi się to, jak grasz ze mną ubraniami, ale nie rozumiem, czemu w takim razie zawsze się oburzasz, kiedy proszę, żebyś ubrała się ładnie specjalnie dla mnie? — Jej spojrzenie automatycznie zawędrowało niżej, gdy tylko wspominała o majtkach Ruelle. Nie potrafiła się nie zastanawiać nad tym, w jakim były obecnie stanie i jak łatwo byłoby je zsunąć ze swojej modelki. Dziewczyna bardzo sprawnie potrafiła wywołać w swojej artystce tego typu emocje i pomysły, zawirusowując sobą każdą jej myśl.
Drugim biegunem do wrośniętego w ich relację flirtowania były kłótnie. Od nich udawało im się dzisiaj powstrzymywać naprawdę skutecznie. To, że się jeszcze nie pożarły, było sukcesem. Z każdą chwilą los podsuwał im do rąk nowe okazje, a one odwracały wzrok i udawały, że tego nie widzą. Zbywanie milczeniem nie było idealną metodą. Powinny nauczyć się po prostu ze sobą rozmawiać i w pokojowy sposób przedstawiać, co im nie pasuje. Ale na to było zdecydowanie za wcześnie. Musiały najpierw nauczyć się doceniać takie momenty jak ten. Spojrzała na tanatopraktorkę z ukosa, gdy ją dogoniła. Ostatnie, czego od niej potrzebowała, to litość, a wcale nie miała pewności, że te słowa były jej pozbawione. O to jednak pożarłyby się na bank.
— Potrzebujesz mojego wizerunku do jakiegoś rytuału? Trzeba było mówić. Podarowałabym ci autoportret. — Wyjęła z kieszeni jedną z odbitek i podała ją dziewczynie. Przekucie całej sytuacji w żart nie było głupim pomysłem. Dzisiaj śmieszki szły im naprawdę nieźle i wynikały z nich prawie same dobre rzeczy. Warto spróbować pójść w tę stronę podobnie.
Artystka zatyrzmała się w pewnym momencie przy Bobrze (czy jaki jest kanadyjski odpowiednik Żabki?), żeby kupić papierosy. Ponieważ jest bardzo kulturalna, zapytała Prescott, czy sobie czegoś życzy i jeśli się na coś zdecydowała, to oczywiście też jej to kupiła. Schowała paczkę fajek do kieszeni, ale szybko je stamtąd wyjęła, bo miała na sobie przecież damskie spodnie, a wszyscy wiemy, jak wygląda kwestia kieszeni w takich. Zanotowała w głowie, że musi je potem przerobić. Wręczyła papierosy Rue, która miała przecież torebkę, więc powinno być łatwiej. Na zewnątrz w międzyczasie zdążyło się zrobić już ciemno. Wieczór wciąż był jeszcze młody, ale teraz otaczało je bardziej znajome środowisko. Bez słońca w roli świadka łatwiej im było rozmawiać.
— Żeby dostać się do Don Mills mamy dwie opcje. Możemy obejść cały teren, co zajmie nam oczywiście skandaliczną ilość czasu albo możemy przejść samym środkiem — wyjaśniła, gdy skręciły w jakąś ulicę. Ruchem ręki wskazała na cmentarz, który znajdował się na przeciwko. Miała rację. Cmentarz na obrzeżach był potężny i otoczony ze wszystkich stron parkiem. Żeby dostać się do jakiejkolwiek komunikacji miejskiej, muszą znaleźć się po jego drugiej stronie.
— Więc wybór jest chyba oczywisty, bo to aż do bólu w twoim stylu, tak? — Pchnęła przymkniętą, metalową bramę, która skrzypnęła, bardzo starając się brzmieć złowieszczo i gestem zaprosiła Prescott do pójścia przodem. Może gdyby nie było tak wcześnie, było trochę straszniej? Albo gdyby to te dwie nie były dużo bardziej nieprzewidywalne niż nocne spacery przez cmentarz.
Ruelle I. Prescott
Takie bezczelne flirtowanie na pewno nie pomoże im zachować spokojnej głowy, a co za tym idzie, wstrzemięźliwości. Żadna z nich nie potrafiła się jednak powstrzymać. Wygląda na to, że muszą cały czas wchodzić sobie do głowy w jakiś sposób. Najczęściej opiera się właśnie na lubieżnych sugestiach albo okrutnych kłótniach. Z dwojga złego tak było po prostu lepiej. Lubiła ją przecież taką. Kręciła ją jak nikt inny. Jej bezczelność była wyjątkowo ekscytująca. Stanowiła dla Cross wyzwanie i nie dawała jej się tak łatwo zawstydzić. Zbicie jej z pantałyku nie było proste, a ostatnim razem dało się chyba właśnie, gdy rysowniczka powinna oddać jej w barze majtki pozostawione kilka dni wcześniej w mieszkaniu.
— Lubisz zostawiać u mnie części garderoby, nosić moje rzeczy, a teraz chcesz sprezentować przemoczoną dzięki mnie bieliznę? Podoba mi się to, jak grasz ze mną ubraniami, ale nie rozumiem, czemu w takim razie zawsze się oburzasz, kiedy proszę, żebyś ubrała się ładnie specjalnie dla mnie? — Jej spojrzenie automatycznie zawędrowało niżej, gdy tylko wspominała o majtkach Ruelle. Nie potrafiła się nie zastanawiać nad tym, w jakim były obecnie stanie i jak łatwo byłoby je zsunąć ze swojej modelki. Dziewczyna bardzo sprawnie potrafiła wywołać w swojej artystce tego typu emocje i pomysły, zawirusowując sobą każdą jej myśl.
Drugim biegunem do wrośniętego w ich relację flirtowania były kłótnie. Od nich udawało im się dzisiaj powstrzymywać naprawdę skutecznie. To, że się jeszcze nie pożarły, było sukcesem. Z każdą chwilą los podsuwał im do rąk nowe okazje, a one odwracały wzrok i udawały, że tego nie widzą. Zbywanie milczeniem nie było idealną metodą. Powinny nauczyć się po prostu ze sobą rozmawiać i w pokojowy sposób przedstawiać, co im nie pasuje. Ale na to było zdecydowanie za wcześnie. Musiały najpierw nauczyć się doceniać takie momenty jak ten. Spojrzała na tanatopraktorkę z ukosa, gdy ją dogoniła. Ostatnie, czego od niej potrzebowała, to litość, a wcale nie miała pewności, że te słowa były jej pozbawione. O to jednak pożarłyby się na bank.
— Potrzebujesz mojego wizerunku do jakiegoś rytuału? Trzeba było mówić. Podarowałabym ci autoportret. — Wyjęła z kieszeni jedną z odbitek i podała ją dziewczynie. Przekucie całej sytuacji w żart nie było głupim pomysłem. Dzisiaj śmieszki szły im naprawdę nieźle i wynikały z nich prawie same dobre rzeczy. Warto spróbować pójść w tę stronę podobnie.
Artystka zatyrzmała się w pewnym momencie przy Bobrze (czy jaki jest kanadyjski odpowiednik Żabki?), żeby kupić papierosy. Ponieważ jest bardzo kulturalna, zapytała Prescott, czy sobie czegoś życzy i jeśli się na coś zdecydowała, to oczywiście też jej to kupiła. Schowała paczkę fajek do kieszeni, ale szybko je stamtąd wyjęła, bo miała na sobie przecież damskie spodnie, a wszyscy wiemy, jak wygląda kwestia kieszeni w takich. Zanotowała w głowie, że musi je potem przerobić. Wręczyła papierosy Rue, która miała przecież torebkę, więc powinno być łatwiej. Na zewnątrz w międzyczasie zdążyło się zrobić już ciemno. Wieczór wciąż był jeszcze młody, ale teraz otaczało je bardziej znajome środowisko. Bez słońca w roli świadka łatwiej im było rozmawiać.
— Żeby dostać się do Don Mills mamy dwie opcje. Możemy obejść cały teren, co zajmie nam oczywiście skandaliczną ilość czasu albo możemy przejść samym środkiem — wyjaśniła, gdy skręciły w jakąś ulicę. Ruchem ręki wskazała na cmentarz, który znajdował się na przeciwko. Miała rację. Cmentarz na obrzeżach był potężny i otoczony ze wszystkich stron parkiem. Żeby dostać się do jakiejkolwiek komunikacji miejskiej, muszą znaleźć się po jego drugiej stronie.
— Więc wybór jest chyba oczywisty, bo to aż do bólu w twoim stylu, tak? — Pchnęła przymkniętą, metalową bramę, która skrzypnęła, bardzo starając się brzmieć złowieszczo i gestem zaprosiła Prescott do pójścia przodem. Może gdyby nie było tak wcześnie, było trochę straszniej? Albo gdyby to te dwie nie były dużo bardziej nieprzewidywalne niż nocne spacery przez cmentarz.
Ruelle I. Prescott